Liverpool posadzony w Parku Książąt
Weszło

Liverpool posadzony w Parku Książąt

Jeśli Leonardo Di Caprio szukał na Parc de Princes inspiracji pod filmowy scenariusz, na pewno pluł sobie w brodę, że nie wybrał jednak wizyty na spotkaniu GKS-u Katowice z ŁKS-em Łódź. Liverpool był przecież dzisiaj tak bezradny, że choćby ten mecz miał potrwać jeszcze trzydzieści lat, i tak nic by nie strzelił; Hollywood nie przepada za tak jednostronnymi historyjkami, woli raczej od zera do bohatera niż od zera (celnych strzałów z gry w pierwszej minucie) do zera (celnych strzałów z gry do minuty dziewięćdziesiątej).

PSG od samego początku miało Liverpool dokładnie tam, gdzie chciało. Powitali rywala mało kurtuazyjnie – jeśli to byłaby impreza, a The Reds byliby gośćmi, to zagonionymi do sprzątania, zmywania i wrzucania węgla.

Paryżanie dobrymi okazjami sypali jak z rękawa, spychając Anglików za podwójną gardę. Obejrzeliśmy chytry strzał Di Marii, a przede wszystkim Thiago Silvę na szóstym metrze od bramki Alissona, całkowicie osamotnionego, ale uderzającego głową wprost w golkipera. Polscy sędziowie odgwizdali spalonego, ale powtórki tej decyzji nie wsparły. Śmierdziało golem tak, że aż zatykało – trafienie Bernata, po asyście Van Dijka, naturalną konsekwencją.

Ekipa Kloppa odpowiedziała tak, jak lubią odpowiadać ekipy Kloppa: ultrapressingiem. Przyznajemy, to jednak na swój sposób efektowne, jeśli naciskasz dwoma graczami obrońcę w jego polu karnym, odzyskując finalnie piłkę. Ale co z tego, skoro Liverpool nie potrafił stworzyć z tego zupełnie nic? Szarpał się Salah, ale na szarpaniu się kończyło. Kwintesencją popisów LFC główka Firmino, która – sami nie wiemy – była strzałem, czy jednak tylko zgraniem. Tak czy siak, PSG nie zostawiało ani rywalowi, ani przypadkowi zupełnie nic.

Przyszła 37 minuta i PSG przeprowadziło modelową kontrę. Ile trwała cała ta akcja w trójkącie Mbappe-Cavani-Neymar? Może siedem, może osiem sekund? Tyle wystarczyło, by przenieść piłkę z własnej połowy prosto do siatki. I znowu Alissona trudno winić: miał prawo liczyć, że odbita przez niego piłka zostanie zaasekurowana. Tymczasem wsparcia nie miał żadnego i Neymar pewnie dokończył dzieła.

Liverpool ruszył do ataku, ale ruszył tak, jakby skrzynia biegów zacięła mu się na drugim biegu. Przełamanie przyszło znikąd, po kontrowersji nad kontrowersje, ale czekamy na większe autorytety: sami nie jesteśmy pewnie czy był tu faul czy nie. Mane szukał jedenastki? Tak. Ale jest też bezdyskusyjny wjazd w nogi w polu karnym? Czy jednak nie?

Milner trafił z wapna i Liverpool miał jakże cennego gola kontaktowego, a jeszcze gola do szatni. A jednak po zmianie stron ani przez chwilę nie zapachniało wyrównaniem. 2:1 może sugerować, że był to mecz, w którym rezultat chociaż przez jakiś czas tańczył na ostrzu noża – potwierdzenia na boisku żadnego. Zawsze w odpowiednim momencie pojawiał się Thiago Silva, Marquinhos czy Kimpembe i akcja LFC była duszona w zarodku. Nawet jak w pewnym momencie udało się Liverpoolowi wysoko odebrać piłkę i ruszyć atakiem czterech na trzech, wszystko skończyło się zablokowanym strzałem Salaha zza szesnastki. A więc nie tylko, że nie dali mu miejsca by uderzył – nie zostawili też tyle miejsca, by miał do kogo podać. Duża klasa.

To PSG było bliżej trzeciego gola i szczerze mówiąc na niego zasłużyło. Zaczęło drugą połowę od trafienia, którego Marciniak słusznie nie uznał (minimalny spalony). Kąśliwie uderzał głową Marquinhos, w końcówce mieliśmy bombę Neymara z rzutu wolnego, wcześniej kontratak Mbappe zablokowany przez Robertsona. Żaden ze zmienników Kloppa – Shaqiri, Sturridge, Keita – nie wniósł na boisko nic poza swoją koszulką. PSG powinno jeszcze dostać karnego za faul na Neymarze, ale polski sędzia na jedenasty metr nie wskazał. Ten błąd – ewentualnie błędy, jeśli liczyć karnego LFC – nie przeszkodziły Paryżanom w odniesieniu zwycięstwa, ale wątpimy, by tak prędko zapomniano Polakowi ten wieczór.

Wygrał lepszy, wygrał dojrzalszy, wygrał ten, kto – rzadko się zdarza – zrealizował boiskowy plan od A do Z.

Jeśli Mick Jagger miał zejść po meczu zagrać komuś „Satisfaction”, to nie miał szans pomylić szatni.

Paris Saint Germain – Liverpool FC 2:1

Bernat 13, Neymar 37 – Milner 45

 

 

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (9)