O porażce, z której zrodziło się zwycięstwo
Weszło Extra

O porażce, z której zrodziło się zwycięstwo

Gdy mowa o ekstraklasie, trudno nawet pod koniec listopada typować, kto za paręnaście kolejek skończy jako zwycięzca, kto jako pucharowicz, a kto jako wielki przegrany. Jednak kiedy kibice Lechii Gdańsk patrzą w tabelę, mają sporo powodów do optymizmu. Ich klub jako pierwszy przekroczył barierę trzydziestu oczek, ma przyzwoity zapas punktowy nad resztą stawki, a dziś może jeszcze dalej odskoczyć drugiej przed tą kolejką Jagiellonii. Krótko mówiąc: wiara, że Lechia po 36 latach wróci do Europy, po raz kolejny jest w Gdańsku wielka.

Piszemy „po raz kolejny”, bo Lechia i europejskie puchary to jednak para niedobrana. Ileż to razy w ostatnich latach fani biało-zielonych mogli wodzić palcem po mapie i zastanawiać się, w którym miejscu Starego Kontynentu przyjemnie byłoby zobaczyć swoich pupili, który stadion fajnie byłoby odwiedzić? Co najmniej kilka takich przypadków można zliczyć.

Zaczęło się od ery Tomasza Kafarskiego. Lechia w sezonie 10/11 po 28. kolejce była na trzecim miejscu – dopiero co ograła Lecha Poznań i wydawało się, że nic nie może jej zatrzymać, tym bardziej kolejni rywale. Widzew i Zagłębie to nie byli przeciwnicy z górnej półki. No, ale niestety, gdańszczanie nie wytrzymali, dostali dwa razy po łbie i skończyli dopiero jako siódmy zespół w lidze. Z historii jeszcze świeższej: Lechii pod wodzą Nowaka w sezonie 15/16 do pucharów potrzebne było zwycięstwo w ostatniej kolejce z Cracovią. Peszko wychodzi sam na sam, ale potyka się na piłce. 2:0 dla Pasów i to one zagrały swój dwumecz w Europie.

Rozgrywki 16/17. Marco Paixao ma na nodze mistrzostwo dla Lechii, ale jego strzał broni Malarz. Jagiellonia wyrównuje stan meczu z Lechem i – zamiast triumfu – jest czwarta pozycja. Która akurat nie gwarantuje udziału w eliminacjach do Ligi Europy, ten przywłaszczyła sobie, jak na złość, Arka Gdynia, zwyciężając na Narodowym. Podwójny cios.

Gdzie kończy się pech, a zaczyna frajerstwo? Trudno tę granicę zdefiniować, ale zdaje się, że biało-zieloni chcą ją ostatnio przebadać bardzo dokładnie.

Dzisiejsza Lechia to przecież zespół kilkaset razy bogatszy niż ten z 1983, a to jednak trzecioligowiec sensacyjnie pobił rywali w walce o Puchar Polski. I ruszył na podbój Europy.

– Lekceważono nas, bo nie sądzono, że klub grający tak nisko może czymkolwiek zagrozić, ale rzeczywistość okazała się dla rywali smutna, a dla nas wesoła. Dzisiaj Lechia gra w Ekstraklasie, a myśmy byli nieznani, występowało u nas 80% wychowanków, młodych chłopaków, którzy mieli jednak talent, bo potem to potwierdzili w kadrze i pierwszej lidze. Choćby Jacek Grembocki. Nawet gdyby teraz Lechia zdobyła Puchar Polski, byłoby to zupełnie nieporównywalne do tamtego sukcesu – mówił Jerzy Jastrzębowski na łamach Weszło. Lechia w drodze po puchar ogrywała pierwszoligowców: Śląska, Zagłębie Sosnowiec czy Widzewa, ze Smolarkiem i Młynarczykiem. Natomiast w finale musiał ustąpić jej Piast Gliwice, przegrywając 1:2.

W nagrodę gdańszczanie mogli wziąć rodziny i pojechać nad Balaton, czyli podstawowy kierunek turystyczny w szarych latach PRL-u. Tam czekali na to, kogo przyniesie im los w Pucharze Zdobywców Pucharów. – Nie było znaczenia, czy wpadniemy na drużynę z Bułgarii, NRD, czy skądkolwiek. Każdego rywala trudno byłoby nam przeskoczyć. W każdym razie, jedynym, który trafił z typem, był Andrzej Salach, bo on mówił, że dobrze byłoby zmierzyć się z Juventusem. Wiem, że wielu moich kolegów po tej informacji nie mogło zasnąć przez całą noc. To były nasze marzenia, czuliśmy się jak w niebie – opowiada Lech Kulwicki.

– Ja, jako jedyny, nie pojechałem nad Balaton, ponieważ odbierałem mieszkanie w Gdańsku. Wiadomość o wylosowaniu Juventusu usłyszałem w radiu. Zamarłem. Natomiast w drugiej chwili się ucieszyłem, gdyż pomyślałem, że – nikomu nie ujmując – wczoraj grałem na stadionie Wełny Rogoźno, a jutro będę grał na Juventusie – wspomina Tadeusz Fajfer.

Dziś każdy polski klub, trafiając na Juventus mógłby się natychmiast żegnać z europejskimi rozgrywkami. Wówczas Lechia miała prawo obawiać się sromotnej klęski, wręcz dwucyfrówki w plecy. Cóż Stara Dama miała za kapelę, to głowa mała. Platini, Boniek i kilku mistrzów świata z 1982 roku: Gentile, Rossi, Scirea, Cabrini, Tardelli… Trudno się dziwić, że ta ekipa koniec końców wygrała PZP w 1984 roku. Wizyta w Gdańsku stanowiła dla Włochów zaledwie przetarcie przed prawdziwą rywalizacją.

Mówiąc wprost: z perspektywy Platiniego czy Rossiego, mecz z biało-zielonymi był mniej więcej tak samo prestiżowym wyzwaniem, jak dla Tadeusza Fajfera starcie z nieszczęsną Wełną Rogoźno.

***

Lechia miała uzasadnione powody, żeby trząść przed mocarnym rywalem portkami. Jednak zawodnicy postanowili z tej przygody wycisnąć dla siebie jak najwięcej. Kulwicki, kapitan tamtego zespołu, wspomina, że najdalej poza blok wschodni udało mu się zajechać do Bremy, tak więc i dla niego, i dla reszty chłopaków – często dużo młodszych od lidera – wycieczka do Włoch był ogromnym przeżyciem. Polska Rzeczpospolita Ludowa, gdzie dobiegło końca piekło stanu wojennego, była w 1983 roku krajem smutku i utraconych nadziei. Trudno ją w ogóle porównywać ze słoneczną Italią.

Biało-zieloni nie ograniczyli się do krótkiej wizyty krajoznawczej w Turynie. Nie, Lechia urządziła sobie tournée po Italii (zahaczając o Szwajcarię), w czasie którego rozgrywane były sparingi. A może inaczej: nie Lechia sobie urządziła, tylko zaprosił ją tam Johnny River. – Myśmy wtedy nie wiedzieli, co to za postać, nikt się w jego historię nie wgłębiał. Teraz po latach wyczytałem, że był menadżerem, sprowadzał zespoły pieśni i tańca do Włoch, pomagał potem Widzewowi, obrotny człowiek. Wtedy się tym nie interesowaliśmy, wystarczyło nam zaproszenie, graliśmy mecze w La Spezii, nawet w Lugano w Szwajcarii, to było pewnie dla niego opłacalne i też na tym zarobił, bo nikt charytatywnie tego nie organizował. Może też przez to, że Lechia była drużyną Wałęsy, chciał sobie zrobić reklamę, ale nie wiem, nie chcę dorabiać historii – mówił Jastrzębowski.

– On zgłosił się do nas przez swojego przedstawiciela, który był menadżerem grupy Vox, z Rynkowskim w składzie. Ten przedstawiciel złożył nam ofertę i myśmy ją przyjęli. River był energicznym człowiekiem, ale prowadził swoją działalność chaotycznie. Zaskakiwał nas, bo też nie mieliśmy żadnego doświadczenia przy podobnych wyjazdach i wydarzeniach – wspomina Zbigniew Golemski, ówczesny dyrektor klubu.

karykatura

Rzeczywiście – nazwanie Lechii lat osiemdziesiątych „drużyną Wałęsy” jest może pewnym nadużyciem, ale jednak pod paroma względami jak najbardziej uzasadnionym. Na kultowym obiekcie przy ulicy Traugutta w Gdańsku-Wrzeszczu narodził się kibicowski fenomen walki o wolną Polskę. To właśnie tam wykuwał się wizerunek kibica-patrioty-buntownika, który poniekąd funkcjonuje do dziś. – To było ważne miejsce mapie antykomunistycznego oporu w Gdańsku. Mówimy o szerokim zjawisku, które określamy jako biało-zielona albo stadionowa opozycja – opowiadał w rozmowie z gosc.pl dr Karol Nawrocki, współautor książki „Wielka Lechia moich marzeń”.

Tłumacząc, że kibice Lechii chętnie angażowali się wówczas we wszystkie próby oporu przed represyjnym państwem. Gdy nadarzyła się okazja, by dokuczyć Partii, chłopcy z biało-zielonymi szalikami pod szyją od razu meldowali gotowość do akcji. Manifestacje, niepoprawne politycznie oprawy, rozdawanie zakazanych ulotek, rozklejanie plakatów. Prężnie działająca komórka anty-PRL-owskiej opozycji, która rozpędziła się jeszcze w latach siedemdziesiątych i dokuczała rządowi aż do upadku reżimu.

Krwawo stłumione protesty z grudnia 1970 roku na trwałe uczyniły ze stadionu przy Traugutta ośrodek buntu przeciwko władzy. Nieudolnej, zbrodniczej władzy, która otworzyła ogień do własnych obywateli. – Po grudniu 1970 roku nic nie było już takie same, nie tylko w Trójmieście. Milicja Obywatelska była powszechnie znienawidzona, bo wszyscy wiedzieli, że właśnie z tej strony nadeszło główne uderzenie na stoczniowców Gdańska, Gdyni i Elbląga – opowiadał w rozmowie z Weszło ksiądz Jarosław Wąsowicz, autor „Biało-zielonej Solidarności”. – Rzeczywiście od tej pory, już od 1971 roku, na meczach zaczęły się pojawiać okrzyki takie jak „Grudzień Pomścimy”. W 1975 odbyło się zaś spotkanie z Widzewem Łódź, przy okazji którego po raz pierwszy odbyła się masowa manifestacja połączona z potężnymi zamieszkami.

Zamieszkami, które spowodowało ostentacyjne skatowanie jednego z kibiców. Na oczach widowni. Tłum zareagował gniewem. – Wtedy rozpoczęła się walka, która rzeczywiście zagościła na dłużej na stadionie przy ul. Traugutta – opowiadał Wąsowicz. – Od sierpnia 1980 kibice Lechii stali się zaś niejako emisariuszami „Solidarności”. Już w czasie strajków na meczu w Płocku kolportowano ulotki strajkowe ze Stoczni Gdańskiej. Później „Solidarność” i Lechia stały się w Gdańsku niemal synonimami. Po stanie wojennym to było jedno z niewielu miejsc, gdzie tak duże grupy ludzi mogły się gromadzić w sposób niekontrolowany przez władzę. Na każdym meczu dochodziło więc do manifestacji poparcia dla podziemia, dla „Solidarności” czy przeciw komunistycznym władzom. Tak było przez całą dekadę.

Wróćmy jednak na południe Europy, gdzie zawodnicy Lechii przeżywali właśnie podróż życia, organizowaną przez rezolutnego Johnny’ego Rivera. Ten tajemniczy jegomość to, bez artystycznego pseudonimu, po prostu Jan Strzelecki, menadżer działający na terenie Włoch, zamieszany w kilka mini-afer finansowych. Nie cieszył się specjalnie dobrą reputację, ale trudno, by Lechia miała wówczas wybrzydzać. On załatwił wyjazd, oni, piłkarze, mieli wychodzić na spotkania w jego koszulkach. Co więcej – przy meczu z Juventusem każdy z zawodników miał dostać za to po 100 dolarów. No, ale River przypadkowo zniknął i dopiero na pół godziny przed meczem, gdy doszła do niego informacja, że ekipa Jastrzębowskiego chce wyjść na Stadio Comunale w treningówkach, wparował do szatni i rozdał zawodnikom co należne.

Można więc o nim wiele mówić, ale biało-zielona ekipa na pewno nie zapomni mu faktu, że dzięki rozległej siatce swoich znajomości zorganizował jej audiencję u Jana Pawła II. – Przed audiencją mieliśmy odbyć spowiedź, by przyjąć Komunie Świętą od papieża. Przyszedł do nas dzień wcześniej ksiądz z Watykanu, ale przedstawiciele władz, którzy z nami byli, nie chcieli się na to zgodzić. Postawiliśmy się jednak, podjąłem decyzję z trenerami Jastrzębowskim i Gładyszem, że ta spowiedź się odbędzie u mnie w pokoju. Na naszą odpowiedzialność. No i drużyna stała wężykiem na korytarzu, a ksiądz przyjmował po kolei w pokoju moim i Ryśka Polaka – wspomina Kulwicki. I dodaje: – Papież wiedział o meczu. Stwierdził: – Życzę wam szczęścia, ale nie mówcie tego głośno, bo mnie wyrzucą z Watykanu.

Fajfer: – Papież spytał: kto jest bramkarzem? Ja się zgłosiłem i Ojciec Święty stwierdził, że wie, że ja mam najgorzej, bo sam bronił i jak coś źle zrobił, to też wszystko było na niego.

I cóż, w sumie można stwierdzić, że papież miał rację, bo przy każdej okazji wspominek tego meczu pamięta się, że do 20. minuty Lechii to spotkanie szło, ale błąd Fajfera otworzył worek z bramkami, którego już nie udało się z powrotem zawiązać na supeł. Choć sam golkiper widzi to trochę inaczej: – To nie był do końca błąd. Na dziesiątym metrze po dośrodkowaniu już miałem piłkę, złapałem ją. Jednak bodaj Andrzej Salach podstawił mi się, zrobił mi stołek i ta futbolówka wypadła. Potem się wszystko posypało. Szkoda, bo do tamtej pory gra Lechii wyglądała obiecująco.

– Nie murowaliśmy się, graliśmy swoją piłkę – mówi Kulwicki. – Przez 20 minut oni byli zaskoczeni, że nie mieli żadnej sytuacji – Gentile grał z lewej strony i co chwile podbiegał do Trapattoniego, żeby porozmawiać – twierdzi Jastrzębowski. – Czuliśmy po tym spotkaniu niedosyt. Mieliśmy przecież w pierwszych minutach jedna-dwie sytuację – dodaje Fajfer.

I naprawdę, nie mitologizujemy tego spotkania, bo, choć wynik 0:7 brzmi okropnie, to gdańszczanie nie mieli się czego wstydzić. Sam Dino Zoff, wówczas już asystent Trapattoniego, mówił po meczu: – Przecież każdy zdawał dobie sprawę, że Juve jest zdecydowanym faworytem. Lechia miała bardzo dobry początek. Przez ponad kwadrans gdańszczanie grali, jak z nut, a zawodnicy oznaczeni numerami dziewięć i osiem (Grembocki i Kowalczyk) popisali się nawet efektownymi zagraniami technicznymi. Żal mi trochę polskiego bramkarza, wiem dobrze, jak czuje się zawodnik występujący na tej pozycji, który musi przeżywać rozpacz po takim błędzie. Lechia i tak by przegrała, ale jej porażka nie musiała się zacząć od tak przykrej historii. Po utracie bramki Lechia porzuciła dyscyplinę taktyczną i to ją, w meczu z takimi lisami, jak moi koledzy, zgubiło. Ale brawo za odwagę!

Zbigniew Boniek mówił z kolei: – To nie jest wina Lechii, że tak wysoko przegrała. Przecież oni starali się, jak mogli, ale nic więcej nie byli w stanie zdziałać. Zresztą, obecny prezes PZPN-u mył się po meczu w szatni Lechii. – Przyniósł mi dwie pary rękawic. Wtedy nawet takich rzeczy brakowało – mówi Fajfer.

Tak, to była różnica światów na wielu poziomach. Finansowym, sportowym, organizacyjnym. Lechia pojechała na ten mecz w czternastu, by w samolocie wystarczyło miejsca dla, by tak rzec, odpowiednich osób. W efekcie rezerwowym bramkarzem był kierownik drużyny, Ferdynand Wierzba. Dlatego nie może dziwić, że po powrocie do Polski na lotnisku czekał tłum gdańskich kibiców, który przyszedł podziękować za walkę.

***

I szykować się do kolejnej walki. Wówczas niewielu  wiedziało, że działacze formalnie zdelegalizowanej, zdemoralizowanej i dość mocno poturbowanej podczas stanu wojennego „Solidarności”, konkretnie Ruchu Młodej Polski, na rewanżowe starcie szykują prawdziwą bombę i kombinują, jak pod czujnym okiem esbeków przemycić na trybuny Lecha Wałęsę. Jak przedrzeć się przez kordon ZOMO i uczynić ze spotkania wielką manifestację. Rozbudzić w narodzie ducha na oczach zagranicznych mediów.

Które dobrze wiedziały, jak ważnym ośrodkiem na mapie anty-komunistycznego oporu jest w Polsce Gdańsk i zjeżdżały na mecz rewanżowy wielką liczbą. Licząc – i słusznie – że coś się może wydarzyć poza boiskiem, bo na murawie nie było przecież mowy o niespodziance.

Wałęsa był w 1983 roku raczej podłamany – publiczna telewizja wyemitowała na jego temat potężny paszkwil, program „Pieniądze” (zmontowane nagranie rozmowy Lecha z jego bratem, Stanisławem), który miał go na dobre zdyskredytować w oczach rodaków, sugerując szwindle. Zresztą materiały rozpowszechniano również drogą dyplomatyczną wśród członków kapituły noblowskiej. Komuniści chcieli raz na zawsze pogrzebać symbol strajków z sierpnia 1980 roku, które wstrząsnęły PRL-em. Przyszły prezydent Polski zaczął tracić wiarę, że ludzie jeszcze kiedykolwiek się za nim wstawią, że jeszcze kiedykolwiek za nim podążą. Był – skądinąd raczej błędnie – przekonany, że kampania propagandowa wymierzona przeciwko jego osobie odniosła pożądany skutek.

– Ten film w owym czasie był postrzegany jako prowokacja milicji i SB – mówił ksiądz Wąsowicz. – Po latach, gdy mamy już nieco więcej informacji, nic nie jest tak jednoznaczne, jak w tamtym okresie. Wówczas jednak wierzyliśmy, że bardzo potrzebna jest taka wielka manifestacja, którą faktycznie determinacją kilkunastu osób, kibiców Lechii, udało się zorganizować.

No, ale trzeba było ten rewanż przede wszystkim zagrać. Mecz uwypuklił przepaść organizacyjną, bo stadion Lechii w ogóle nie nadawał się do przyjęcia rywala takiej klasy. Prace renowacyjne musiały ruszyć bardzo wcześnie, by w ogóle mogła być mowa o organizacji spotkania.

– Stadion był w opłakanym stanie i przed meczem z Juventusem dzień i noc wylewano trybuny betonem, także dzięki temu spotkaniu przetrwał do dzisiaj – praktycznie się nie zmienił, dorobiono jedynie krzesełka plastikowe. Wyremontowano nawet dzięki temu spotkaniu także szatnie, myśmy swoją oddali Juventusowi, bo była większa i lepsza, sami poszliśmy do mniejszej – wspomina Jastrzębowski. Jednak i takie poświęcenie mogło nie wystarczyć. – Delegat UEFA, lustrując obiekt, dopatrzył się przerwy między trybuną a ogrodzeniem. Na czworakach można by było przejść tamtędy na płytę. Stwierdził więc, że musimy to zabezpieczyć, bo kibice mogliby wbiegnąć na boisko i on na coś takiego nie pozwoli. Nie mieliśmy już czasu na robienie ogrodzenia z siatki, ale mieliśmy bannery od… Johnny’ego Rivera. On nam ciągle przypominał o zobowiązaniach wobec niego za pobyt, ale wywieszać tych bannerów Marlboro nie mieliśmy obowiązku. Jednak zrobiliśmy to, bo przydały się na tę przerwę, na którą zwrócił uwagę delegat. Zakryliśmy ją tym sposobem – mówi Golemski. I dodaje: – Delegat do całej sprawy podszedł liberalnie, bo widział z jakim klubem ma do czynienia. Wyraził zgodę na zagranie meczu

Zainteresowania spotkaniem było ogromne – mimo porażki 0:7 w pierwszym spotkaniu szacowano, że Juventus w Gdańsku chce obejrzeć 100 tysięcy osób. Oficjalnie podawano, że na stadion weszło 30 tysięcy, ale ta liczba była znacznie większa, bo ludzie siedzieli nawet na drzewach. Do tego bramkarze wpuszczali kogoś po znajomości, na czarnym rynku – z kilkukrotną przebitką – hulały fałszywki. Betonowe ogrodzenie stadionu miało wyrwy, przez które tez można było się prześlizgnąć, kiedy stróż akurat był zajęty powstrzymywaniem kogoś przy innej dziurze. W tłumie pojawiały się nawet postaci w biały pidżamach – pacjenci położonej nieopodal stadionu Akademii Medycznej. Wrzeszcz ogarnął totalny szał i chaos.

Euforia z okazji przybycia takiego rywala to jedno, ale bezpieczeństwo to drugie. Mogło dojść do tragedii. – Jedna z trybun, która wszerz była zabezpieczona siatkami i belką, zaczęła pękać w szwach. Sam to zauważyłem – może wysokość nie była pokaźna, metr, dwa, ale gdyby ludzie pospadali, to przy panice wiele mogłoby się stać. Wzięliśmy więc kątówki i podparliśmy elementy ogrodzenia. Pomogli nam w tym chłopacy z obstawy meczu, którzy przytrzymywali kątówki przy odpowiednim nachyleniu. Ale zresztą tych chłopaków też było za mało, bo według norm powinno ich być dwa-trzy razy tyle na obiekcie. Jak dzisiaj sobie o tym pomyślę, to drugi raz bym takiej imprezy nie organizował – mówi Golemski. I przyznaje, że organizatorzy zdecydowanie przeholowali z rozdawnictwem wejściówek, ale po prostu nie mieli serca nikomu odmówić. Do Gdańska walili drzwiami i oknami ludzie z całej Polski.

Doszło nawet do tego, że widzowie rozsiedli się na bilbordach reklamowych i stadionowym zegarze, któremu również groziło zawalenie. Dla niektórych, jak choćby Sławomira Siezieniewskiego, dziennikarza i kibica Lechii, zabrakło miejsca na obiekcie.

– Dzięki niezawodnemu wujkowi Ignasiowi miałem bilety – opowiadał Siezieniewski w rozmowie z Weszło. – Ale nie zerwałem się ze szkoły wystarczająco wcześnie i gdy przyjechałem na stadion – mniej więcej dwie godziny przed meczem – nie było szans, żeby cokolwiek zobaczyć. Trzy rzędy stojące zajęte, okoliczne drzewa – to samo. Co widziałem? Skrawek murawy, prawy narożnik boiska między łokciem jednego a brzuchem drugiego. Wściekły wróciłem do domu. Drugą połowę obejrzałem w telewizji.

– Tłumy wpuszczone na stadion były niewiarygodne. Później krążyły plotki o fałszowaniu biletów, a organizatorzy tłumaczyli sytuację wygodą siedzących, którzy podobno zajmowali więcej miejsca niż wyliczono. To było święto. Juventus był jak dziś Real czy Barcelona razem wzięte. Najlepsi piłkarze świata Rossi, Boniek czy Platini kontra trzecioligowcy. Mimo że Lechia przegrała w Turynie 0:7, wszyscy chcieli zobaczyć najlepszych. To było coś nieprawdopodobnego. Do socjalistycznego kraju takie zespoły normalnie nie przyjeżdżały – dodawał prezenter TVP.

Organizacja meczu była więc na styku, ale samo spotkanie – o dziwo – również. Lechia sensacyjnie prowadziła – po golach Kowalczyka i Kruszczyńskiego – 2:1 aż do 77 minuty. Dopiero wejście Platiniego sprawiło, ze Stara Dama wyrównała, a potem, za sprawą Zbigniewa Bońka, ustaliła wynik na 3:2. Wieczór Wybrzeża pisał: Przekonał się trener Trapattoni, że drużyna z Gdańska ma swoją wartość. Ostatecznie biało-zieloni zeszli z murawy pokonani. Przegrali jednak z arcymistrzami futbolu, którym – co tu ukrywać – sprzyjało trochę szczęście, choć o wszystkim w pierwszej kolejności decydowały umiejętności. W sumie przegrany pojedynek, ale publiczność opuszczała stadion w pełni chyba usatysfakcjonowana.

***

„W pełni usatysfakcjonowana” to oczywiście dość wymijające określenie, które nie do końca oddaje wymiar tego, co się wówczas na obiekcie przy ulicy Traugutta wydarzyło.

Choć do obstawy spotkania wyznaczono przeszło dwa tysiące mundurowych, nie udało się wyłowić w tłumie charakterystycznego wąsacza, który rozsiadł się na jednej ze świeża wylanych z betonu trybun. – Służby przyszły do nas do klubu. Kazali wyjść ludziom z biur i zajęli pokój, który jest na pierwszym piętrze. To był pokój kierownika od sekcji piłki nożnej. Wybrali go, bo mieli tam wgląd na tłum, który wchodził na stadion od strony kas. Nikt z nas tam nie mógł już potem wejść. Natomiast wcześniej byli w klubie współpracownicy Wałęsy w sprawie biletów. Dostali je, ale czy Wałęsa będzie na pewno, tego nikt nie wiedział – mówi Golemski.

– Opozycyjne nastroje we wrześniu 1983 r. były fatalne: zmęczenie społeczeństwa, brak porozumienia w podziemiu, nieudane manifestacje z 31 sierpnia 1983 roku, emisja programu „Pieniądze”. To, co wydarzyło się na meczu, stało się natomiast największą pokojową manifestacją solidarnościową w Polsce po 13 grudnia – wspominał doktor Nawrocki. Dodając, że funkcjonariusze SB prawdopodobnie doskonale wiedzieli o obecności Wałęsy w tłumie, ale nie zdecydowali się na reakcję, traktując go jako „osobę prywatną”. Trzeba było za wszelką cenę uniknąć zamieszek, a próba wyłowienia Lecha z tłumu mogłaby podpalić lont, który wysadziłby cały Gdańsk w powietrze.

Tymczasem „Solidarność” była przecież formalnie rozwiązana, więc wypadało potraktować jej dawnego lidera jako zwykłego szaraczka, zamiast nadawać mu dodatkowe znaczenie represjami na oczach tłumów i zagranicy.

Jak opisuje Jacek Słoma z Instytutu Pamięci Narodowej na łamach pamięć.pl, władze dbały przede wszystkim o poprawny charakter transmisji i patrzyły na ręce włoskim reporterom, którzy wynikiem rewanżu zainteresowani byli średnio lub wcale. Redaktor naczelny Gdańskiego Ośrodka Telewizji miał dołożyć wszelkich starań, by na antenie nie pojawiły się żadne antyrządowe wystąpienia. Co oczywiście było zadaniem karkołomnym, bo gdy tylko kibice zdali sobie sprawę w obecności Wałęsy na meczu, zaczęli wznosić niepoprawne politycznie hasła i skandować „Solidarność”.

Szum wokół przywódcy zrobili… właśnie Włosi, którzy, w towarzystwie amerykańskich reporterów, pędem popędzili z kamerami i aparatami pod trybunę, na której stał Wałęsa. To zwróciło uwagę kibiców na całym obiekcie i zogniskowało ją na liderze związkowców. Apogeum nastąpiło w przerwie meczu – trybuny drżały od okrzyków: „Lechu! Lechu!”. Zbigniew Boniek musiał tłumaczyć zdezorientowanym zawodnikom Juventusu, co się właściwie dzieje.

Telewizja musiała stosować dość prostackie metody, żeby cała ta atmosfera nie wydostała się poza Gdańsk. – Śnieżenie, „przepraszamy za usterki”, wyciszanie głosu. Próba wymazania całej akcji. Te solidarnościowe hasła mocno ich zabolały… – wspominał ksiądz Wąsowicz. – To było tuż po zakończeniu stanu wojennego, ale reżim Jaruzelskiego wciąż dokuczał Polakom, tak jak czynił to aż do samego końca. 

Tamtego pamiętnego dnia służby podzieliły całe miasto na siedem sektorów, w każdym z nich rozmieszczając oddziały milicji. Liczące od kilkudziesięciu do kilkuset funkcjonariuszy. Na stadionie pojawiły się trzy pełne kompanie milicjantów i 200 szpicli w cywilu, wyposażonych wyłącznie w aparaty i kamery. Mieli oni wskazywać oddziałom prewencji, kogo trzeba wyłowić z tłumu, fotografować posiadaczy antyrządowych transparentów i nagrywać tych, którzy wznosili niezgodne z linią Partii hasła. Trzeba powiedzieć, że Służba Bezpieczeństwa odrobiła pracę domową i do tamtego starcia przygotowała się niemal perfekcyjnie. Niemal.

Zainstalowanie Wałęsy na trybunach zostało zaaranżowane przez działaczy trójmiejskiej opozycji, którzy na Traugutta bywali często, a nie tylko od święta. Po prostu – kibicowali Lechii, kibicują zresztą do dziś. Między innymi przez braci Arkadiusza i Sławomira Rybickich, Piotra Adamowicza i Andrzeja Kowalczysa, związanych ze wspomnianym Ruchem Młodej Polski, skupionym wokół Aleksandra Halla. Bilety załatwiał Kowalczys, który pracował wtedy na poczcie we Wrzeszczu jako listonosz i mógł wymieniać się fantami pod przykrywką przekazywania telegramu. Wręczył dyrektorowi klubu przesyłkę z liścikiem „Lechia Gdańsk. Życzymy wygranej. Kibice.” i oczywiście papierkami o wartości bardziej materialnej, niźli sentymentalnej. W zamian otrzymał osiem biletów. – Nasz punkt znajdował się na wysokości pola karnego, blisko młyna. Na tyle blisko, by najbardziej zagorzali kibice mogli podchwycić wykrzykiwane przez nas hasła i zdecydować o powodzeniu całej akcji – wspominał Kowalczys w rozmowie z Kosycarz Foto Press.

Na stadion Wałęsa ze swoją świtą przyjechał cywilnym samochodem. Był oczywiście śledzony, jego telefon bez wątpienia znajdował się na podsłuchu, ale nikt nie interweniował, gdy Lech – osobiście prowadząc auto – zaparkował nieopodal stadionu, od strony ulicy Krętej. Sławomir Rybicki doskonale tamte tereny znał, więc wiedział, którędy trzeba się przemknąć, żeby uniknąć zamieszania i ewentualnych kontroli. Potem włączyli się w tłum kibiców – Wałęsa, Rybicki – wówczas jego sekretarz, drugi z braci – Arkadiusz, który zginął w katastrofie smoleńskiej. I ochroniarz Lecha, Henryk Mażula.

Niektórzy rozpoznawali Wałęsę, ale większość kibiców gnała po prostu na mecz. Nie w głowie była ludziom podupadła „Solidarność”, gdy trzeba było zajmować miejsca na trybunach. Kowalczys i kilku kumpli już grzało siedzonka na obiekcie – weszli na stadion równo z otwarciem bram, pięć godzin przed meczem, żeby nie było kłopotów z odpowiednim ulokowaniem Wałęsy. W wyeksponowanym miejscu, na Prostej, vis a vis partyjnych dygnitarzy, którzy obsadzili trybunę Krytą. – W całej akcji uczestniczyło dziesięć osób. W końcu musieliśmy ustąpić, zachowaliśmy miejsce tylko dla trójki. Tłum napierał, pojawiały się wyzwiska i przepychanki – opowiadał działacz podziemia.

– Nasze szczęście na stadionie było wielkie. Nie spodziewałem się, że ta akcja, przecież w dużej mierze improwizowana, bez środków łączności, opierająca się na zaufaniu, wyjdzie tak dobrze – opowiadał Rybicki portalowi KFP. Podkreślając, że podstawowym celem RMP wcale nie było zbulwersowanie tłumu i zorganizowanie wielkiej, pro-solidarnościowej manifestacji. Działacze chcieli po prostu wprowadzić Wałęsę w tłum. Udowodnić mu, że lud wciąż w niego wierzy i chce jego przywódca, w co sam „Lechu” mocno powątpiewał.

Rybicki: – Ważne było to, żeby Wałęsa nabrał otuchy. Trzeba pamiętać, że 1983 r. nie był dobrym okresem dla podziemia solidarnościowego. Mieliśmy za sobą nieudane próby zorganizowania manifestacji 31 sierpnia. Na kilka dni przed meczem – a w istocie na krótko przed ogłoszeniem werdyktu Komitetu Noblowskiego – telewizja opublikowała zmanipulowaną przez SB rozmowę Lecha Wałęsy z jego bratem Stanisławem dotycząca rzekomych malwersacji finansowych. Cel był jasny: komunistom chodziło o skompromitowanie Wałęsy w oczach świata. Lechu był przygnębiony. Widziałem to, współpracowaliśmy wtedy bardzo blisko. Uznałem, że Lechia jest tym miejscem, w którym może on odzyskać wiarę w to, że ludzie go widzą i akceptują.

– W tym wszystkim chodziło nie tylko o pokazanie, że nastawieni antykomunistycznie gdańszczanie popierają Wałęsę, ale też o przekaz międzynarodowy z tego wydarzenia. Media zagraniczne były ważnym elementem naszego planu. To musiało przenieść się poza granice Polski. Niezwykle ważną rolę w akcji stadionowej odegrał Piotr Adamowicz, wówczas korespondent Agencji Reutera. Miał na ten mecz akredytację dziennikarską, był blisko mediów zagranicznych. Dzięki nim świat dowiedział się o tym wydarzeniu. Kiedy w przerwie zaczęliśmy robić wokół Wałęsy zamieszanie – on stał, a my siedzieliśmy wokół niego i apelowaliśmy o zajęcie miejsc siedzących do najbliższych sąsiadów, żeby lider mógł wyróżniać się z otoczeni.

– Piotr wskazywał nas swoim zagranicznym kolegom i podsuwał kluczowe nazwisko: „Słuchajcie, tam coś się dzieje, tam chyba jest Wałęsa”. Kilka chwil później kamery pojawiły się na bieżni, vis-à-vis przywódcy Solidarności, który kłaniał się publiczności i wznosił dłoń w geście zwycięstwa, stojąc cztery czy pięć rzędów od korony stadionu. Wtedy zaczęliśmy skandować jego imię i nazwisko. Coraz szersze kręgi wokół nas krzyczały „Lech Wałęsa! Lech Wałęsa!”. Ta fala roznosiła się po trybunach. Wielu ludzi, którzy byli od nas dalej, nie wiedziało nawet, że Wałęsa jest na stadionie. Słyszeli manifestację solidarnościową i przyłączali się do niej. Skala tego wydarzenia przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. A ponieważ wielki sukces Wałęsy i Solidarności już stał się faktem, zdecydowaliśmy, że nie będziemy w tłumie aż do końca meczu. Nie chcieliśmy tego zepsuć, wystawiając się na ewentualne prowokacje i zadymy. Wyszliśmy kilka minut przed końcem gry tą samą drogą, którą przyszliśmy. Efekt osiągnęliśmy.

Wałęsa wyszedł kilka przed końcem meczu – opowiadał z kolei Arkadiusz Rybicki w rozmowie z lechia.gda.pl. – Wiedział, że jeśli zostanie do końca, będzie musiał poprowadzić 30.000 ludzi. Dokąd? Na Smoluchowskiego stanął nagle przed szpalerem młodych ZOMO-wców. Z ich krótkofalówek dobiegały jeszcze rozkazy: „alarm! przygotować się! poprawić szyk!”. A tu Wałęsa stał przed nimi. Zbledli i rozstąpili się bez rozkazu. To wolność torowała sobie drogę nie czekając na pozwolenie.

Oficjalna notatka oficera SB głosiła: „Podczas meczu z Juventusem na stadionie Lechii zgromadziło się ponad 40 tys. ludzi. Poziom meczu oraz panująca atmosfera była dobra. Nie obeszło się jednak bez incydentów związanych z obecnością na meczu L. Wałęsy. Przybył on w towarzystwie 2 księży. Nie było wśród nich ks. Henryka Jankowskiego. W przerwie meczu grupa kibiców rozpoznała Wałęsę i zaczęła wznosić okrzyki „Lechu! Lechu!”. Wałęsa wstał i pozdrawiając kibiców sprowokował parę tysięcy ludzi siedzących w tym samym i sąsiednich sektorach do okrzyków „Solidarność”. Skandowanie trwało kilka minut.”

Efekt udało się osiągnąć, choć tylko połowicznie. Stadion rzeczywiście huczał od pro-solidarnościowych haseł, ale partyjni propagandyści dość sprytnie sobie z tym poradzili i nie dopuścili do tego, żeby niepoprawne scenki z meczu przedarły się do świadomości mieszkańców całego kraju. Transmisję pocięto, relację odpowiednie zmontowano. Co było tym prostsze, że kibice podchwycili temat dopiero w przerwie, w pierwszej połowie działaczom RMP nie udawało się rozhuśtać atmosfery w tłumie.

Natomiast po zakończeniu spotkania mundurowi dość sprawnie skanalizowali nastroje na obiekcie i wskutek tego podniecony tłum… po prostu rozszedł się do domów po końcowym gwizdku arbitra. Doszło oczywiście do starć z ZOMO, ale bez zamieszek na większą skalę.

Nastroje po stanie wojennym były jeszcze zbyt podłe, żeby można było wówczas, we wrześniu 1983 roku, pokusić się o cokolwiek więcej, niż tylko pojedyncza, trochę improwizowana, pokojowa manifestacja. Ale Lech Wałęsa – tydzień później nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla – znów uwierzył, że ma społeczne poparcie. Znów poczuł się liderem. – Ten mecz pokazał, że nie będzie wolności bez „Solidarności”. Że „Solidarność” istnieje. Że walczymy i że wygramy – skomentował przyszły prezydent Polski. Długo trzeba było go namawiać na udział w całym przedsięwzięciu, ale – jak sam przyznawał – ostatecznie swojej zgody nie żałował, bo jeszcze nigdy wcześniej i nigdy później nie otrzymał takiej owacji.

Zagraniczne media ilustrowały Wałęsę-noblistę zdjęciem ze stadionu przy ulicy Traugutta, gdy dumnie stoi ponad tłumem kibiców.

***

Co sprawiło, że Lechia postawiła się Juventusowi? Po pierwsze na pewno charakter gdańskiej drużyny. – Włosi nie spodziewali się naszej aż tak agresywnej gry. Dlatego ten mecz był tak wyrównany – mówi Fajfer. Po drugie wspaniały doping tej gdańskiej rzeszy fanów. – Mnie to niosło jako trenera, myślę, że piłkarzy podwójnie, wspaniale się grało. Nie ma gwizdów, wyzwisk, tak jak dzisiaj – Lechia grać, przepraszam, kurwa mać, nie. To była zupełnie inna sprawa, wszyscy doceniali różnicę klas i zaangażowanie. My też się spotykamy z chłopakami w oldbojach i mówimy, że nasza gra naprawdę wyglądała całkiem nieźle na tle tak silnego zespołu – mówi Jastrzębowski.

No i po trzecie pewnie fakt, że Juventus Lechię pewnie jednak zlekceważył, przyjeżdżając z zapasem siedmiu goli. Choć tu wśród lechistów zdania są podzielone:

– Myślę, że tak, zlekceważyli nas. Mieli taki wynik… – Fajfer.

– Nie wyobrażam sobie, by profesjonaliści, jakimi tamci zawodnicy Juventusu z pewnością byli, mogliby nas zlekceważyć – Kulwicki.

Jakiekolwiek były powody, ten mecz i jego otoczka nigdy nie wyblaknie na kartach historii. Mimo porażki podbudowano Solidarność, Wałęsę, ale i Lechię, która od sezonu 84/85 grała już w pierwszej lidze. Tyle że dziś, w innych czasach, na porażkach już tyle się nie zbuduje. Czas dla Lechii na nowy rozdział swojej historii.

MICHAŁ KOŁKOWSKI i PAWEŁ PACZUL

KOMENTARZE (6)