Przyjacielu, myślałem, że wpadnę tu tylko po dziesięć bramek! 
Weszło Extra

Przyjacielu, myślałem, że wpadnę tu tylko po dziesięć bramek! 

Niewielu jest w naszym kraju piłkarzy z tak bogatym życiorysem, jak Ricardinho. Wywodzi się z biednej faweli, gdzie zaczął grać w piłkę w klubie dopiero w wieku 16 lat. Trafił do Polski, gdzie zbudował sobie markę, a później odszedł do pływającego w kasie i sukcesach na lokalnym poletku Sheriffa. Po drodze zaliczył bogaty klub w Emiratach, wielką Cvernę Zvezdę i FK Tosno występujące w lidze rosyjskiej, które dziś rozwiązało działalność (bankurctwo). 

O faweli, w której dzieciaki nie mają nawet butów. O testach w Espanyolu, po których menedżer współpracujący z Rivaldo zaszył się pod ziemię. O pierwszym epizodzie w Wiśle Płock, kiedy Libor Pala potrafił ściągnąć z boiska po siedemnastu minutach. O Tyraspolu, w którym najczęstszym zdaniem słyszanym od policji było „proszę jechać”. O Rosji, w której dominowało inne wyrażenie – „zapłacimy za tydzień”. O Emiratach, w których kibice w ramach wdzięczności wręczali smartfony. 

– Tamten sezon był bardzo ciężki, więc gdy podpisałem tu kontrakt, nie myślałem o tym, by być jednym z najlepszych strzelców. Przyjacielu, myślałem, że wpadnę tu tylko po dziesięć bramek! – mówi nam Ricardinho, jeden z najlepszych piłkarzy, jacy trafili do naszego kraju latem. Zapraszamy! 

Nie pasujesz do obrazu stereotypowego Brazylijczyka. 

Przyjacielu, dlaczego? 

Nie lubisz samby, nie wychodzisz na miasto. Wszyscy mówią o tobie, że jesteś bardzo spokojny, wręcz nieco wycofany. To do was niepodobne.

Zawsze taki byłem. Alkohol? Nigdy w życiu! Czasami napiję się jednego piwa i to wszystko. Poza boiskiem faktycznie jestem spokojny, lubię posiedzieć w domu z rodziną czy znajomymi. Ale na boisku? Potrzebuję walki. Przyjacielu, na boisku walczę przecież o chleb dla rodziny, o mleko dla mojej córki. Zdaję sobie sprawę, że Brazylijczycy kochają imprezy, alkohol, kobiety, ale nie oceniam, każdy ma przecież swoje życie. Gdybym nie miał żony, może też chodziłbym na imprezy? Ja po prostu czuję się szczęśliwy, gdy jestem z żoną i córką. 

Doceniania tego, co dzisiaj masz, nauczyło cię dzieciństwo w faweli. Pochodzisz z faweli w Sandro Ante, miasta leżącego niedaleko wielkiego Sao Paulo, a więc zakładam, że wiesz, co to bieda i niebezpieczeństwo. 

Gdy ludzie pytają mnie o fawelę, myślą, że w każdej faweli jest wielka bieda, nikt nie ma nawet na jedzenie, nie ma niczego. Przyjacielu, to nie jest prawda. Fawele też są fajne. Oczywiście, są rzeczy, które nie są zbyt dobre jak bandyci czy dilery biegający z karabinami, ale nie znam drugiego miejsca, w którym ludzie są aż tak pomocni. Ktoś ma jakiś problem – od razu pomogą mu wszyscy. Dziś mam posiadłość w centrum Sandro Ante, ale moja rodzina – mama, tata, dziadek – wciąż mieszka w faweli. Mogliby się wyprowadzić, ale nie chcą. Gdy jestem w Brazylii, więcej czasu spędzam w faweli niż w moim domu. Czuję się tam dobrze. Mieszkałem tam przecież dwadzieścia lat. 

Fawele są też różne. W Rio de Janeiro są o wiele bardziej niebezpieczne, bo tam znacznie ważniejszą rolę w życiu ludzi odgrywają narkotyki. Podobnie jest w Sao Paulo, gdzie gangi chcą wszystko kontrolować. U nas, w mniejszym mieście, fawele są zupełnie inne. 

Jak reagują na ciebie ludzie z faweli, gdy wracasz na urlop? Na ciebie, czyli osobę, której się powiodło, która robi karierę, którą stać na wiele rzeczy, o których oni nawet nie marzą. 

Przyjacielu, w mojej faweli wszyscy znali mnie już zanim wyjechałem do Europy. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy, zawsze mu pomogę. 

– Ricardo, ostatnio gorzej u nas z jedzeniem, nie mam też na buty, a stare mi się rozpadły. 
– Bardzo proszę, nie ma żadnego problemu. 

Moi znajomi mnie lubią, a ja ich, więc sobie pomagamy. Oczywiście w pewnych granicach, bo ludzie czasami myślą na zasadzie: on gra w piłkę, więc na pewno ma wielką kasę. Przecież to nieprawda. Gram w piłkę, ale nie mam takiej kasy, jak najwięksi piłkarze. Najpierw muszę zadbać o rodzinę, a dopiero potem o innych ludzi. 

WARSZAWA 10.11.2018 MECZ 15. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - ZAGLEBIE SOSNOWIEC RICARDINHO STRZELA GOLA MATEUSZ CICHOCKI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Kiedy trafiłeś do pierwszego klubu? 

Gdy miałem szesnaście lat. 

Bardzo późno.

Dołączyłem wtedy do Sandro Ante, drużyny z mojego miasta.

Przyjacielu, to wszystko jest trochę inne niż w Europie. Tutaj dla rodziców najważniejsza jest szkoła. Dopiero potem posyłają dziecko na piłkę, kosza, taniec, cokolwiek. W Brazylii masz przed sobą wybór – albo piłka, albo nauka. Większość dzieciaków w Brazylii nie ma zupełnie nic. Ani pieniędzy, ani możliwości na dobrą szkołę. Futbol zmienia ich życie, tak samo jak zmienił moje. Nie mam pojęcia, co by się ze mną stało, gdyby nie piłka. Może jakimś cudem miałbym szansę na pójście na studia? Pewnie bym pracował fizycznie. Dlatego piłka jest bardzo ważna dla dzieciaków, traktują ją jako jedyną szansę na lepsze życie. Taki dzieciak pracuje nad sobą, jest skupiony na piłce i zdeterminowany. 

Grałeś dzień w dzień na ulicach?

Oczywiście. Czasy się zmieniają, ale nie w Brazylii. Gdy byłem dzieckiem nawet nie marzyłem o czymś takim jak Playstation, tak samo jak dzisiejsze brazylijskie dzieciaki nie mogą o nim pomarzyć, skoro ich jedynym zajęciem jest gra w piłkę z kumplami i to bez butów, bo na buty nie ma pieniędzy. Na ulicach wciąż zobaczysz masę dzieciaków ganiających za piłką. Gdy mają siedemnaście lat, po takiej szkole życia na ulicach mogą spokojnie iść do klubów grać o to wszystko, czego nie mieli w dzieciństwie – o samochody, konsole, dobre życie. 

Dołączyłem do klubu wprawdzie późno, ale mieliśmy świetną ekipę. Graliśmy wtedy w drugiej lidze i awansowaliśmy do pierwszej. Dziś Sandro Andre gra na czwartym poziomie rozgrywkowym. Szybko wypatrzył mnie Espanyol i zaprosił na testy. Wszystko miało być w porządku, poleciałem do Hiszpanii i… mój agent zniknął. 

Przyjacielu, to trudna sytuacja. Ten agent pracował wtedy dla Rivaldo, więc był poważną postacią. Powiedział mi, żebym zerwał swój kontrakt, bo Espanyol na pewno mnie weźmie. Rozwiązałem umowę i zostałem na lodzie. Dopiero później pojawił się ponownie mój agent i powiedział:

– Nie wyszło z Espanyolem, ale mam dla ciebie inną opcję, z Polski. Górnik Łęczna. 

Trochę spory rozstrzał. 

No pewnie, przyjacielu! Zwłaszcza, że koniec końców trenowałem z Espanyolem. Miałem osiemnaście lat, więc wysłano mnie do drugiej drużyny. Tylko raz trenowałem z pierwszym zespołem. Co mogę powiedzieć? Świetni piłkarze. Znacznie lepsi niż w Ekstraklasie, każdy to wie. 

Nie miałem wyjścia, pozostawałem bez kontraktu. Reagowałem bardzo nerwowo. Przecież moje marzenia to jedno, rodzina, o którą musiałem dbać, to drugie. Chciałem wtedy wracać do Brazylii i zająć się normalną pracą. Wcześniej miałem dobry kontakt, byłem blisko rodziny, a tu… zostałem z niczym i sam. Powiedziałem sobie jednak: zostaję i walczę o swoją karierę. 

Odbyłem jeszcze w międzyczasie testy w Arce Gdynia, ale ostatecznie powiedzieli „nie”. Nie żałuję, że tak się potoczyło, bo dziś jestem szczęśliwy. 

Łęczna nie jest najłatwiejszym miejscem na zaaklimatyzowanie się w Europie. Co było dla ciebie najtrudniejsze na początku? 

No nie jest (śmiech). Moje życie wyglądało bardzo prosto: rano na trening, a potem powrót do domu i gra na konsoli. Żyłem sam, bo nie miałem wtedy jeszcze żony. W dniu wolnym jeździliśmy do Lublina wraz z Nildo, który bardzo mi pomagał na początku. Płock też nie jest wielkim miastem, ale znacznie lepszym niż Łęczna – są w nim galerie handlowe, niedaleko jest Warszawa. Na dodatek do Łęcznej przyjechałem zimą. Pogoda… No cóż, była ciężka. 

Nawet w Lechii Gdańsk po jednym z meczów Bogusław Kaczmarek powiedział, że zdjął cię, bo zamarzłeś. 

Pamiętam to! Graliśmy z Górnikiem Zabrze i w drugiej połowie sam pokazałem, że potrzebuję zmiany, bo było zbyt zimno. Wytrzymałem tylko dziesięć minut drugiej połowy (śmiech). Przed przyjazdem do Polski nigdy nie przeżyłem minusowej temperatury. Teraz już się przyzwyczaiłem. Grałem przecież w Rosji, która jest jeszcze zimniejsza niż Polska, na Mołdawii też wcale ciepło nie było. 

Do Łęcznej jechałeś z nastawieniem: muszę za wszelką cenę się przebić? 

Tak. Po pół roku prezes Dmoszyński, który w międzyczasie przeniósł się z Łęcznej do Płocka, wziął mnie ze sobą do Wisły. Górnik podpisał ze mną kontrakt tylko na pół roku, więc było to łatwe. 

WARSZAWA 10.11.2018 MECZ 15. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - ZAGLEBIE SOSNOWIEC NICO VARELA RICARDINHO FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

W Płocku trafiłeś na Libora Palę. I wtedy musiałeś przeżyć prawdziwy szok. 

Tak! Co prawda grałem u niego, ale to crazy coach! Dużo mi pomógł, przekazywał mi wiele wskazówek. Początkowo trochę tego nie rozumiałem, ale dziś wiem, że bez tego byłbym innym piłkarzem. Było wiele śmiesznych sytuacji. Po każdym meczu na przykład wystawiał nam noty. I ja miałem tylko dwie. Strzeliłem bramkę – było dziewięć. Nie strzeliłem – było cztery. Kiedyś strzeliłem trzy bramki i… znów było dziewięć. A inny piłkarz strzelił jedną i dostał dziesięć. Innym razem graliśmy w lidze z Sandecją. Na początku meczu zamiast wybić piłkę spróbowałem podania do kolegi. Trafiłem w przeciwnika, ten uderzył sprzed pola karnego i była bramka. Libor Pala… zmienił mnie. Po siedemnastu minutach! Wygraliśmy 6:1, ale i tak nie potrafiłem zrozumieć, jak można kogoś tak szybko zmienić. 

W Lechii miałeś dobre wejście, ale później bardzo przygasłeś. 

Początkowo tworzyłem dobry duet z Abdou Razackiem Traore. Rozumieliśmy się w zasadzie bez słów, nawet nie musiałem na niego patrzeć, a już wiedziałem, gdzie mi zagra. Zimą odszedł do Turcji. Czułem się o wiele gorzej, nie mogłem grać tej piłki, którą graliśmy wcześniej. Do dziś nie wiem, czy gdybym wtedy nie został w Polsce, czy nie grałbym dziś gdzieś znacznie wyżej. Odszedłem do Sheriffa, który na lokalnym podwórku jest dużym zespołem, ale sama liga… Zła, bardzo zła. Katastrofalna! Tyle, że graliśmy w Lidze Europy, dwa razy byłem królem strzelców i uważają mnie za jednego z najlepszych piłkarzy w historii Sheriffa. 

Nie jest to zbyt popularny kierunek dla piłkarzy z Ekstraklasy. Dlaczego  w ogóle zdecydowałeś się, by tam iść? 

Dlatego, że zaproponowali mi bardzo dobry kontrakt. Lepszy niż Lechia Gdańsk. Sportowo ważne było to, że każdego roku grają w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów i Ligi Europy, na co w Lechii raczej nie miałem szans. Już w pierwszym sezonie zakwalifikowaliśmy się do pucharów, gdzie grałem z Tottenhamem czy Anżą Machaczkała. Ostatecznie Sheriff trochę zablokował moją karierę. Dostawałem wtedy wiele ofert, ale reakcja Sheriffa zawsze była taka sama.

– Dajemy 600 tysięcy. 
– Chcemy dwa miliony! 

Mieli pieniądze, więc mogli windować stawkę. Dali mi dobry kontrakt, więc nie mogłem narzekać. 

Wiadomo, że liga mołdawska nie uchodzi za najlepszą, ale spodziewałeś się, że zrobisz tam aż taką furorę? 

Szczerze to tak. Nie ma nic lepszego niż granie z dobrymi piłkarzami. A w Sheriffie było takich wielu, zwłaszcza na tle rywali, którzy bardziej chcieli cię skopać niż grać z tobą w piłkę. Ekstraklasa stoi dużo wyżej niż mołdawska liga. 

Ale sam Sheriff pokazał nam ostatnio, kto jest górą. 

Bo Sheriff grałby w Polsce co roku o mistrzostwo. 

Czyli to wyeliminowanie Legii nie było dla ciebie żadnym zaskoczeniem. 

Było, bo Legia to wielka drużyna, która co roku gra w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Jeśli porównałbyś tamtą Legię i tamtego Sheriffa pozycja po pozycji, wyszłoby ci, że proporcje są siedem do czterech na korzyść Legii. 

Jak wykrzesać z siebie motywację grając na stadionach, które niekiedy nie mają nawet trybun? 

Tak naprawdę stadiony miał tylko tylko Sheriff i Zimbru Kiszyniów, na którego obiekcie gra reprezentacja. Reszta stadionów wyglądała jak boczne boisko Wisły Płock. Całą bazę Sheriff miał znakomitą. Ponad piętnaście boisk, cały kompleks, dobry stadion. Uwierz mi, że żaden klub w Polsce nie ma takiej bazy jak Sheriff. W Mołdawii nie ma kibiców jak w Polsce – jak tych z Legii, Lecha czy Lechii. Kraj tak nie kocha piłki. Lubi, ale nie kocha. 

A motywacja? Przyjacielu, pamiętaj o jednym. Masz dobry kontrakt, więc pracujesz jak możesz i oddajesz zdrowie dla Sheriffa, niezależnie od tego, z kim grasz i gdzie. 

Jak wyglądało twoje życie w Tyraspolu? Jak w Łęcznej? 

Lepiej! W Łęcznej nie miałeś niczego, a Tyraspol był trochę jak Płock. No, z jedną różnicą – Płock ma galerie handlowe. W Tyraspolu było wiele fajnych restauracji, stolica Mołdawii była całkiem niedaleko, a my, jako piłkarze, mieliśmy znacznie łatwiej, by się w ogóle do niej dostać. 

Tyraspol to tak naprawdę stolica Naddniestrza – kraju, którego prawie nikt na świecie nie uznaje. Kraju bardziej rosyjskiego niż mołdawskiego, który na każdym polu chce rywalizować z Mołdawią. 

Gdy jakiś człowiek chce jechać do Kiszyniowa, musi uzyskać wizę. Jeśli chce wrócić do Tyraspolu, musi uzyskać pozwolenie na powrót. 

Do tego inna waluta, inny rząd, inny język, wszystko. 

To szalone, wiem. Jako piłkarze Sheriffa mieliśmy wszystko załatwiane od ręki, więc dla mnie nie stanowiło to problemu. Tak samo jak policja. 

– Gdzie tak pan pędzi? 
– Jestem piłkarzem Sheriffa. 
– A, to proszę jechać! 

Jest bieda, ale na ulicach za bardzo jej nie widać. Jest normalnie, choć przy takim Gdańsku to jednak duża różnica. Polityka? Też jej nie odczuwałem. Nie ma żadnych walk, panuje spokój. 

W Tyraspolu mówi się po rosyjsku, jest więcej Rosjan i Ukraińców niż Mołdawian, którzy mówią z kolei po rumuńsku. 

Właściciel Sheriffa to jedna z najważniejszych osób w Naddniestrzu. Utworzył partię, która przejęła władzę w kraju, do tego jest właścicielem stacji benzynowych, sklepów, gazety, telewizji, telefonii komórkowej i wielu, wielu innych biznesów. 

Bardzo dobry, uczciwy człowiek. Prawdziwy szef. Jeśli powiedział ci, że ci zapłaci, to ci to zapłacił. Wszystko w Tyraspolu – stacje benzynowe, supermarkety, banki – miały logo Sheriffa. Śmiałem się z kolegą: 

– Patrz, daje nam pieniądze, a później na każdym kroku idziemy mu je zwracać! 

To prawda, że chcieli cię zwerbować do reprezentacji Mołdawii? 

Tak. 

I co, poszedłbyś?

No pewnie. Ale musiałbym zostać w lidze mołdawskiej. Przedstawili mi taki plan: podpiszesz z nami jeszcze na rok i dostaniesz wtedy paszport. Ale chciałem zrobić krok do przodu i odszedłem do Crvenej Zvezdy, która dała mi dobry kontrakt i miała fantastycznych kibiców. 

I to nie byłby dla ciebie żaden problem? Przecież jesteś Brazylijczykiem. 

Nie, żaden.

PLOCK 27.10.2018 MECZ 13. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - PIAST GLIWICE 1:1 RICARDINHO FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

W międzyczasie poszedłeś jeszcze na pół roku do Emiratów. Kontrakt życia? 

Zapłacili Sheriffowi 400 tysięcy euro za sześć miesięcy mojej gry. Po tym okresie mogli mnie wykupić, ale nie dogadano się co do warunków, bo Sheriff znów oczekiwał wielkich pieniędzy. Wzięli mnie, bym pomógł w uniknięciu spadku i cel się udał. Poziom ligi był na pewno lepszy niż w Mołdawii, choć trochę gorszy niż w Polsce. W całej lidze było wielu ciekawych zawodników. Może ci z Emiratów nie byli zbyt jakościowi, ale obcokrajowcy z Brazylii, Argentyny czy Afryki znacznie podnosili poziom ligi. Tym bardziej szkoda, że w Polsce może grać tylko dwóch piłkarzy spoza UE. Życie w Dubaju było fantastyczne, ale Polska przyciąga tym, że możesz się wybić, odejść do lepszych klubów we Francji czy Turcji. Tam przyciągają tylko pieniądze.

Adrian Mierzejewski opowiadał, że w arabskich krajach zdarzały się sytuacje, gdy jakiś niezwiązany formalnie z klubem bogaty szejk wpadał po dobrym meczu do szatni i wykładał milion premii na stół.

Aż tak to nie miałem, choć mój kumpel, który grał w innym klubie w Emiratach, opowiadał coś dokładnie takiego samego. Ja miałem inną sytuację. Po pierwszym meczu, w którym dałem asystę, koło mojego samochodu stało kilku kibiców. 

– Ricki, możemy z tobą pogadać i zrobić sobie zdjęcie? 
– Przyjaciele! Nie ma żadnego problemu. 

Zrobili sobie ze mną zdjęcia, porozmawiali, a potem dali mi… najlepszy smartfon Samsunga, jaki w ogóle był na rynku. Mojemu koledze w identycznej sytuacji kibice wręczyli na parkingu dziesięć tysięcy dolarów. Jeśli grasz dobrze, w Emiratach masz wszystko. 

Wróciłeś na sezon do Sheriffa, po czym zaliczyłeś chyba najgorszy rok w twojej karierze. Najpierw trafiłeś do Cvernej Zvezdy, w której prawie w ogóle nie grałeś. Co poszło nie tak? 

Wielka drużyna, w której miałem wielu przyjaciół. Początkowo grałem często, w lidze czy eliminacjach do pucharów. Doznałem kontuzji i gdy wróciłem już do zdrowia, na moje miejsce wskoczyli inni piłkarze i drużyna wyglądała bardzo dobrze. Trener nie chciał nic zmieniać, szans dla mnie było mniej. Zacisnąłem zęby i czekałem na szanse, ale jej nie dostałem. Powiedziałem agentowi, żeby poszukał mi nowego klubu, bo nie wyobrażałem sobie siedzenia na ławce. W każdym klubie, w jakim byłem, grałem w pierwszym składzie. Ale dziś myślę, że to był błąd. Gdybym miał więcej cierpliwości, na pewno bym się przebił do wyjściowej jedenastki. 

Ale cięższą sytuację przeżyłem w FK Tosno, gdzie grałem wszystko i to w dobrej lidze, ale trafiłem do nieuczciwego klubu. Obiecywali mi bardzo dużo, ale wypłacili tylko dwie pensje i nic więcej. Dziś klub został rozwiązany. Ale jeśli kiedyś wrócą, pierwsze co to będą musieli wypłacić nam nasze zaległości. 

Odzyskasz te pieniądze? 

Nie wiem. Zdaję sobie sprawę, że będzie ciężko. Sprawa jest już w FIFA. Jeśli wrócą i nie zmienią nazwy – z pewnością odzyskam. Walczę o cały kontrakt, a nie tylko zaległości. Powiedziałem wprost prezesowi: 

– Odpuszczam jedną pensję, dajcie mi pozostałe dwie, rozwiążmy kontrakt i już niczego od was nie chcę. 

– Możemy dać ci tylko 1,5.
– To dajcie 1,5. 

No i… nie dali. Przed podpisaniem kontraktu rozmawiałem z trenerem od przygotowania fizycznego, z którym się znałem. Mówił, że klub jest stabilny i nie ma żadnych problemów z finansami. Opowiadał raczej o premiach niż zaległościach. 

To w ogóle był dziwny klub. Powstał niedawno temu w niewielkiej wiosce, Tosno, gdzie w ogóle nie rozgrywał meczów, a w oddalonym o 200 kilometrów Tichwinie lub Sankt Petersburgu, który leży jeszcze dalej. Od początku mieli wielkie ambicje i szybko awansowali do elity, mimo że praktycznie nie mieli żadnych kibiców i stadionu. I tak jak szybko dobił do najlepszych, tak szybko upadł. 

Żyliśmy i rozgrywaliśmy mecze w Sankt Petersburgu. Prezydent wykładał na klub wielkie pieniądze, ale na ostatnie sześć miesięcy przyszła nowa osoba. I przestała wykładać pieniądze. Codziennie słyszałem tylko „następny tydzień, następny tydzień”. Zawsze pieniądze miały być za tydzień. Ale jest OK, przyjacielu. W Wiśle kontrakt nie jest taki sam, liga też nie jest taka sama, bo w Rosji poziom był naprawdę wysoki, ale jestem szczęśliwy i czekam na inne możliwości gry w lepszej lidze. Czekam na to, co Bóg dla mnie przygotował. Jeśli będą jakieś oferty, usiądę z klubem i porozmawiam. 

Byłeś w ogóle kiedykolwiek w tym Tosno? 

Nie, nigdy.

Przez pół roku gry w Tosno ani razu nie byłeś w Tosno? 

No nie (śmiech). Treningi mieliśmy dwa razy dziennie w St. Petersburgu. Koledzy mówili, że nie bardzo jest po co jechać do Tosno, to taka trochę Łęczna.

Ilu kibiców przychodziło na wasze mecze? 

Nie wiem, przyjacielu. Dwieście? Może czasami trzysta. To maks.  

Przez te problemy z FK Tosno nie mogłeś podpisać przez dwa miesiące kontraktu z Wisłą Płock. 

Niestety, wciąż obowiązywał mnie kontrakt. Musiałem rozwiązać najpierw swoje sprawy w Rosji, dopiero mogłem związać się nową umową. Mówili mi, że jeśli chcę szybko podpisać z nowym klubem, muszę zrzec się całych zaległości. Przedstawiłem uczciwie sprawę trenerowi i dyrektorowi sportowemu. Stwierdzili, że mogą na mnie poczekać, aż mój prawnik załatwił wszystko z rosyjską federacją. 

WARSZAWA 26.08.2018 MECZ 6. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - WISLA PLOCK RICARDINHO FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Miałeś dużo ofert przed sezonem?

Tak, było ich sporo, ale Wisła była konkretna. Przedstawiła wprost, co może mi zaproponować, nie obiecywała nie wiadomo czego, jak bywało to w przypadku innych klubów. Nie wierzyłem w dużą część tych opowieści. Pytałem o realia panujące w Wiśle i powiedziano mi, że to wiarygodny klub, który płaci na czas i sportowo w ostatnim sezonie radził sobie bardzo dobrze. 

Spodziewałeś się, że po takim roku będziesz sobie radził w Polsce tak dobrze?  

Tamten sezon był bardzo ciężki, więc gdy podpisałem tu kontrakt, nie myślałem o tym, by być jednym z najlepszych strzelców. Przyjacielu, myślałem, że wpadnę tu tylko po dziesięć bramek! Teraz mam ich dziewięć, więc szybko poszło. 

To jeszcze jedna i masz luzik do końca sezonu.

Tak (śmiech). Jeszcze nie strzeliłem dziesięciu, więc nie ustalam nowego celu. Ale wolę sytuację, gdy drużyna wygrywa nawet mimo tego, że nie wpisałem się na listę strzelców. 

Liga bardzo się zmieniła?

Moim zdaniem wcześniej była lepsza. Było w niej więcej dobrych piłkarzy. 

Albo ty – cytując klasyka – wracasz silniejszy. Po ostatniej bujance dorobiłeś się już ksywki Ronaldo? 

Wszyscy mówili, że to piękna bramka. Ale akurat w tamtej kolejce były ładne jeszcze dwie inne – Buksy i Flavio. To piękne trafienia, ale w każdej kolejce możesz takie zobaczyć, dlatego nie rozumiem, dlaczego mój gol nie został bramką kolejki. Taka kiwka nie zdarza się zbyt często. A ksywka? Przyjacielu, no pewnie, że tak. Nico Varela po tej bramce od razu powiedział: – Ricardo, czułem się jakbym widział samego Ronaldo! 

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (26)