Narodowa Gala Boksu powraca: pozew (?) i burza wokół biletów
Inne sporty

Narodowa Gala Boksu powraca: pozew (?) i burza wokół biletów

Narodowa Gala Boksu nie pozwala o sobie zapomnieć. W ostatnich dniach okazało się, że Marcin Najman nie opłacił jeszcze wszystkich rachunków. Zalega z częścią pieniędzy nie tylko głównym bohaterom gali (Arturowi Szpilce i Izu Ugonohowi), ale także promotorowi Andrzejowi Wasilewskiemu. Na tym jednak nie koniec – Najman ma także poważne zastrzeżenia do transmitującej to wydarzenie Telewizji Polskiej i zapowiada pozew sądowy. „Jeśli będę musiał, to zrobię to z krwawiącym sercem” – przyznał w rozmowie z Weszło.

Na samym początku warto przypomnieć sekwencję wydarzeń. Zaczęło się – jak zawsze w tego typu przypadkach – od szalonego pomysłu. W listopadzie 2017 roku Najman ogłosił światu, że pod koniec maja zorganizuje wielką galę na Stadionie Narodowym. Impreza miała nawiązywać do stulecia odzyskania niepodległości i już wtedy była reklamowana jako coś więcej niż zwykłe bokserskie wydarzenie. W centrum pierwszej wersji plakatu znaleźli się Mariusz Wach (miał wystąpić w walce wieczoru), Rafał Jackiewicz (miał zaliczyć walki w trzech różnych formułach, co miało mu dać miejsce w księdze rekordów Guinnessa), Marcin Najman i Artur Bińkowski (mieli walczyć ze sobą w czymś przypominającym chyba bokserski freak fight).

Życie brutalnie zweryfikowało te śmiałe plany i żadne z tych wydarzeń nie doszło do skutku w pierwotnie planowanym kształcie. Po drodze przez moment mogło się jednak wydawać, że impreza nabiera rozpędu. Trzeba przyznać, że Najman znalazł się we właściwym miejscu, we właściwym czasie – Andrzej Wasilewski właśnie zmieniał partnera telewizyjnego i przenosił się z Polsatu do Telewizji Publicznej. Szef grupy KnockOut Promotions nie traktował Narodowej Gali Boksu jako konkurencji. Wręcz przeciwnie – w całej sytuacji dostrzegł raczej szansę na wystawienie swoich zawodników bez większego ryzyka. W razie niewypału krytyka spadłaby przecież na budzącego i tak już duże kontrowersje organizatora. Jak mawiają Anglicy: win/win situation.

Już na samym początku ogłoszono występ Ewy Piątkowskiej (10-1), która długo czekała na kolejną walkę po wywalczeniu tytułu mistrzyni świata. Potem do obsady dołączył nawet Artur Szpilka (20-3, 15 KO). Do projektu udało się także zaangażować niezwiązanego z Wasilewskim Izu Ugonoha (17-1, 14 KO), który podobnie jak „Szpila” miał wrócić na ring po dłuższej przerwie. Niecałe dwa tygodnie przed samą imprezą zostało wreszcie oficjalnie potwierdzone to, o czym od dawna spekulowano w kuluarach – okazało się, że wydarzenie pokaże na swoich antenach Telewizja Polska.

Organizator imprezy od początku zapowiadał, że najważniejsze momenty zamierza pokazać w systemie Pay-Per-View. Gdy okazało się, że w przedsięwzięcie zaangażowała się TVP, to stało się jasne, że o żadnych dodatkowych opłatach mowy być nie może. Najman znalazł inne wyjście – zamierzał udostępnić za opłatą dostęp do transmisji dla osób spoza Polski. Najpierw zapowiadał, że zrobi to na stronie narodowagalaboksu.com, ale… ktoś podkupił mu domenę. Ostatecznie udało się z adresem narodowagalaboksu.pl, ale wszystko już poszło do druku i pierwotną wersję banera trzeba było ordynarnie zaklejać taśmą. Wpadki nie udało się do końca ukryć, co dość dobrze widać na poniższym zdjęciu.

 

Dlaczego o tym wspominamy? Bo dla każdego, kto obserwował ten projekt z bliska, nie było tajemnicą, że tego typu przeróżnych niedoróbek pojawiło się więcej. Kilka dni przed datą imprezy okazało się zresztą, że Eric Molina (26-5, 19 KO) – awizowany od dawna jako rywal Mariusza Wacha (33-3, 17 KO) w walce wieczoru – nie będzie jednak rywalem Polaka, bo wpadł na dopingu. Mimo takiej wpadki organizator niemal do końca sugerował, że Amerykanin może przylecieć do Warszawy i wyjść do ringu praktycznie prosto z samolotu.

Ostatecznie do tego nie doszło, a Wach – przedstawiany od samego początku jako główny bohater gali – w ogóle nie wziął w niej udziału. Sam Najman jeszcze 2 dni przed galą zapewniał, że sprzedano już ponad 20 tysięcy biletów. Ostatecznie podczas trwającej ponad 6 godzin imprezy przez Stadion Narodowy przewinęło się niecałe 18 tysięcy widzów. Nie brakowało relacji, że większość biletów została rozdana na szeroką skalę. Maciej Kawulski z KSW po wszystkim ocenił, ze faktycznie sprzedano tylko 3 tysiące biletów. Pisał też o domach mediowych, które dostawały do dyspozycji setki darmowych wejściówek. Najman odgryzał się pisząc o kłodach rzucanych mu pod nogi na każdym kroku – nawet podczas rozliczeń z platformami sprzedającymi bilety.

Poziom sportowy całego wydarzenia to zupełnie inna sprawa. Bywało z tym różnie – świetnie pokazali się w polskiej wojnie Norbert Dąbrowski i Robert Talarek. Nie zawiodła też dramaturgia w pojedynku Piątkowskiej, ale już walki Szpilki i Ugonoha były z różnych względów wyprane z emocji. Ogólny odbiór imprezy w bokserskim i dziennikarskim środowisku był dość negatywny – powszechnie powtarzano, że z dużej chmury spadła co najwyżej mżawka.

Wisienką na torcie był występ samego Najmana, który wcześniej w niejasnych okolicznościach podziękował za udział w imprezie Arturowi Binkowskiemu. „Olimpijczyk” i tak wpadł na jedną z ostatnich konferencji prasowych, gdzie starł się z Arturem Szpilką i prawie sprowokował go do bójki. Sam organizator ostatecznie wyszedł do ringu z Rihardsem Bigisem (12-6, 10 KO), ale nie bardzo wiadomo w jakim celu. Być może po prostu chciał zrobić sobie prezent i usłyszeć jak zapowiada go Michael Buffer? Swoją drogą był to chyba najlepszy moment całej walki, w której Najman zrezygnował w czwartej rundzie z powodu kontuzji. Na kartach dwóch sędziów przegrał do tego momentu wszystkie rundy.

Oczywiście po wszystkim usłyszeliśmy coś zupełnie innego. Organizator chwalił się „drugą największą bokserską imprezą w historii Polski” pod względem liczby widzów i z miejsca zapowiedział, że za rok spróbuje ponownie. Nie przeszkadzało mu, że przed chwilą został wygwizdany na Stadionie Narodowym przez polskich kibiców. Następnego dnia dogadał się z Bigisem w sprawie rewanżu. Szybko dla wszystkich choć trochę interesujących się boksem stało się jasne, że taka impreza po prostu nie mogła się spiąć pod względem finansowym i ktoś na pewno musiał do tego dołożyć.

Punkt pierwszy – zaległe pieniądze

Dziś wiemy, że pół roku po zakończeniu gali Najman nie opłacił jeszcze wszystkich faktur. Nie zapłacił pełnej gaży Ugonohowi i Szpilce, czego się zresztą nie wypiera. Ma także zaległości wobec Andrzeja Wasilewskiego, który nie mogąc się doczekać pełnej spłaty w końcu upublicznił sprawę na Twitterze. Choć faktura została wystawiona, a Najman zapłacił 2/3 należności (dokładnie 40 z 60 tysięcy złotych), to na razie nie chce spłacić reszty. Przekonuje, że brakującą kwotę oddał promotorowi z nawiązką… w biletach na Narodową Galę Boksu.

„Na gali odbyło się 12 pojedynków. Wszyscy uczestnicy tych walk mieli bardzo dobre jak na polskie standardy gaże. Wszyscy dostali pieniądze w komplecie – nawet Mariusz Wach i Eric Molina, którzy tu nie wystąpili. Artur Szpilka i Izu Ugonoh mają wypłacone na dziś po 2/3 gaży, które były opłacone w dwóch transzach. Do zapłaty została trzecia transza, która wkrótce będzie przelana” – zapowiada organizator Narodowej Gali Boksu w rozmowie z Weszło.

„Z Andrzejem Wasilewskim sytuacja jest inna. Wystawił mi fakturę na 60 tysięcy, z tego ma już zapłacone 40 tysięcy – brakuje jeszcze tych dwudziestu, które moim zdaniem zostały z nawiązką zapłacone w biletach. Dzień przed galą Andrzej Wasilewski zażyczył sobie ode mnie biletów za łączną kwotę 40 tysięcy złotych. Nasza umowa nie obejmowała żadnych biletów. Jestem zdumiony, że nie rozliczył się potem ze mną. Jak się wchodzi do piekarni i jest dużo chleba, to się go nie wynosi – trzeba za niego zapłacić. Tak samo na stacji benzynowej – jak się tankuje, to nie można odjechać bez zapłacenia. Jeśli Andrzej Wasilewski nie rozliczy się ze mną za te bilety, to straci twarz w biznesie” – dodaje Najman.

„Chciałbym już dziś przestrzec wszystkich jego parterów, by nigdy nie dawali mu żadnych biletów jeśli wcześniej za nie nie zapłaci. Oby nie spotkała ich taka sytuacja jak mnie. Nie stać mnie, żeby dawać komuś prezenty za 40 tysięcy! Mogę je robić najbliższym, ale nie Andrzejowi Wasilewskiemu. Oczekuję, że będzie honorowy i zwróci pieniądze. Dziś mogę tylko żałować, że sytuacja, w której Marcin Rekowski sygnalizował, że nie dostał pieniędzy za walkę nie była dla mnie większą lampką ostrzegawczą, bo po takim sygnale nie powinienem zgodzić na wydanie tych biletów bez pieniędzy” – twierdzi Marcin Najman.

Wersja Andrzeja Wasilewskiego:

„Przy negocjacjach związanych z Narodową Galą Boksu zgodziłem się na mniejszy procent niż zawsze. Poza tym sam opłaciłem przygotowania Artura i całą resztę tego typu wydatków. Razem z Marcinem Najmanem uzgodniliśmy, że wystawię fakturę właśnie na taką kwotę – ta suma naprawdę nie wzięła się z kosmosu. W organizację samej Narodowej Gali Boksu się nie angażowałem. Nie przeszkadzałem ani nie pomagałem. Mało tego – przed galą i nawet po gali wciąż tego przedsięwzięcia jakoś broniłem i to mimo wielu różnych ataków” – przyznaje.

„Co do biletów – faktycznie odbierałem je dzień przed imprezą, na ceremonii ważenia. Marcin nie miał tych biletów, na które się umawialiśmy. Przekazał mi takie „porozrzucane” – kilka w drugim rzędzie, kilka w czwartym, kilka w siódmym… Dziś wiem, że powinienem tej sprawy bardziej przypilnować. Cała praktyka jest jednak normalna przy tego typu imprezach. Przecież to nie jest tak, że organizatorzy by te bilety sprzedali, gdyby mi ich wtedy nie przekazał. Widziałem wiele kłótni z udziałem Marcina Najmana i wiem, że ma taki styl dyskutowania. To wojna totalna, w której miesza wszystko z wszystkim i sięga czasami po najbardziej absurdalne argumenty” – ocenia szef KnockOut Promotions.

Już na pierwszy rzut oka widać w tych relacjach stanowiska niemożliwe do pogodzenia. Mimo wszystko spróbujmy uporządkować  fakty. Marcin Najman nie wypiera się, że wciąż jest winny pieniądze Andrzejowi Wasilewskiemu – tu obie strony się zgadzają, a wszystko dodatkowo potwierdza nieuregulowana wciąż faktura. Sprawa z biletami to kwestia, którą należy rozpatrywać oddzielnie. Wiemy jednak na pewno, że Najman te bilety po prostu przekazał i obie strony nie podpisały żadnego zobowiązania do finansowego uregulowania tej kwestii. Jeśli organizator Narodowej Gali Boksu chciał je włączyć do ogólnego rozliczenia z Wasilewskim, to dlaczego mimo wszystko zapłacił promotorowi 40 tysięcy z żądanych sześćdziesięciu? Gdyby zapłacił dwadzieścia i przedstawił taki punkt widzenia, to rzeczywiście sprawa w jakimś sensie miałaby pewne podstawy (przynajmniej logiczne i matematyczne).

W takim wypadku nie może ich mieć, bo nic nie zostało ustalone na piśmie. Sprawa z fakturą na tym tle wygląda zupełnie inaczej – jeśli się uzgodniło warunki i złożyło podpis, to trzeba płacić i dotrzymywać terminów. Kwestia biletów w gruncie rzeczy dotyczy samych zainteresowanych, bo nikt poza nimi nie wie, jakie były rzeczywiście warunki ich przekazania i czy rzeczywiście miały potem zostać rozliczone finansowo. Sam Najman odwołuje się do „honoru”, bo nie ma innego wyjścia. Zwyczajnie nie ma prawnych narzędzi, które pomogłyby mu inaczej uregulować tę sprawę.

Punkt drugi – kontrowersyjna geoblokada

To jednak dopiero pierwszy punkt rewelacji wokół Narodowej Gali Boksu. Według Marcina Najmana jest on jednak nierozerwalnie związany z punktem drugim. Promotor zarzuca transmitującej wydarzenie Telewizji Polskiej niedotrzymanie warunków umowy, co miało narazić go na konkretnie wyliczone straty finansowe. Jednym z punktów umowy miało być zapewnienie geoblokady – mechanizmu uniemożliwiającego odbiór transmisji na stronie internetowej TVP osobom mieszkającym poza Polską. Jedyną legalną możliwością obejrzenia gali poza granicami kraju miało być wykupienie wartego 20 dolarów pakietu Pay-Per-View bezpośrednio od promotora.

Najman swoje straty z tego tytułu wycenia dosyć odważnie na 400 tysięcy dolarów. Rachunki nie są skomplikowane i każda osoba po trzech klasach szkoły podstawowej może je wykonać na własną rękę. Organizator imprezy po prostu ocenia, że w nielegalny sposób (i co ważne – z powodu błędu TVP) galę obejrzało on-line 20 tysięcy osób. I tu pojawia się pierwsza ciekawa rozbieżność, bo 20 tysięcy osób faktycznie obejrzało Narodową Galę Boksu on-line na stronie TVP. Problem w tym, że według naszych informacji zdecydowana większość z tego grona to osoby, które obejrzały ją legalnie na terytorium Polski, co znając internetowe realia nie wydaje się zresztą specjalnie dziwne.

„W umowie zapewniłem sobie prawo, by móc galę sprzedać poza granicami Polski w formule Pay-Per-View. Geoblokady nie było lub była założona w sposób wadliwy. Wiem, że 20 tysięcy ludzi obejrzało galę w internecie. Gdy wysłałem pierwsze pismo do Telewizji Polskiej, to dostałem odpowiedź, że geoblokada została założona prawidłowo. Komunikacja urwała się, gdy zażądałem dostępu do logów. W nich wszystko jest zapisane czarno na białym i telewizja ma ustawowy obowiązek, by przechowywać je przez rok. I niech ich ręka boska broni przed skasowaniem tego przed upływem ustawowego terminu. Geoblokady nie było i mam na to dowody” – przekonuje Marcin Najman. Co na to druga strona?

„Transmisja z Narodowej Gali Boksu była geoblokowana, a raporty po wydarzeniu pokazują, że mechanizm działał prawidłowo” – informuje TVP w komunikacie dla serwisu „Press”. Dodano, że identyczne zabezpieczenia zastosowano podczas największych sportowych imprez (igrzyska olimpijskie, mundial) i wtedy również działały prawidłowo. Jakie dowody ma Marcin Najman? To między innymi zrzuty ekranu od osób, które przekonują, że oglądały galę na stronie TVP, choć teoretycznie nie powinny mieć takiej możliwości. Problemów z uznaniem takich argumentów jest kilka. Obejście geoblokady w dzisiejszych czasach zajmuje niecałe dwie minuty – odpowiednie wtyczki można znaleźć do właściwie każdej przeglądarki.

Organizator Narodowej Gali Boksu daje TVP czas na ustosunkowanie się do zarzutów do 23 listopada. „Jeśli będę musiał składać pozew, to zrobię to z krwawiącym sercem. Współpracujemy 5 lat, zrobiliśmy razem pożegnanie Andrzeja Gołoty i wiele innych gal. Nigdy wcześniej nie było najmniejszych problemów we współpracy między mną a TVP. Być może problem jest w tym, że wówczas szefem sportu był Włodzimierz Szaranowicz, znakomity dziennikarz i bardzo porządny człowiek. Może komplikacje powoduje to, że nie on jest teraz szefem sportu w TVP” – dodaje Najman. Marek Szkolnikowski – obecny dyrektor TVP Sport – w krótkim komunikacie przekazanym serwisowi sport.pl skomentował zarzuty krótko i dosadnie. „To stek bzdur” – stwierdził.

W całej sprawie znów warto skupić się na detalach. Wycena szkody przedstawiona przez Marcina Najmana już na pierwszy rzut oka wydaje się dziwna, bo naprawdę trudno uwierzyć, by wszyscy z 20 tysięcy widzów w internecie mogli oglądać tę galę nielegalnie. Organizator imprezy nie ma jednak szczegółowych danych, dlatego przyjmuje najbardziej korzystne dla siebie założenie. Według naszych informacji łączna liczba osób, które oglądały galę na stronie TVP spoza Polski, nie przekroczyła tysiąca. Sama geoblokada faktycznie była założona zgodnie z powszechną praktyką i ciężko będzie udowodnić telewizji jakieś zaniedbania w tej kwestii, choć wszystko zależy oczywiście od konkretnych zapisów w umowie.

Nie sposób też przejść do porządku dziennego nad kolejnym logicznym uproszczeniem. Nawet jeśli przyjmiemy, że na stronie TVP galę faktycznie obejrzało 20 tysięcy osób spoza Polski, to w jaki sposób można dowieść, że te same 20 tysięcy osób zapłaciłoby za dostęp do tej transmisji 20 dolarów? „Wiele razy próbowałem sprzedawać Pay-Per-View zagranicę i efekt był prawie zawsze zerowy. Polacy mieszkający poza granicami kraju po prostu nie kupują Pay-Per-View” – tłumaczy Andrzej Wasilewski.

Szef grupy KnockOut Promotions przyznaje, że upublicznił całą sprawę, by przestrzec przyszłych współpracowników Najmana, który niedługo zamierza przedstawić więcej szczegółów dotyczących swojego kolejnego bokserskiego projektu, choć nie rozliczył jeszcze poprzedniego. „Prawda o Narodowej Gali Boksu jest prosta – organizatorzy podjęli się organizacji tej imprezy nie mając zabezpieczonych środków. Jak znam biznes, to Marcin Najman pewnie stracił na tym pieniądze i zwyczajnie po ludzku mu współczuję, ale dlaczego na jego błędach mają cierpieć i tracić inni? Spróbował, nie udało się, trudno – na tym polega ryzyko biznesowe, ale faktury trzeba spłacać. Kto nie ma miedzi, ten niech w domu siedzi” – kończy Wasilewski.

Organizator Narodowej Gali Boksu ubolewa z kolei, że sprawa wyszła na jaw w takich okolicznościach. „W trakcie ośmiu lat zrobiłem 14 gal i nie znajdzie pan ani jednego zawodnika, który nie dostałby ode mnie pełnej gaży. Chciałbym, aby było jasne, że uważam za żenujące prowadzenie takich dyskusji publicznie. Nie ja to jednak zacząłem. Po prostu musiałem zniżyć się do poziomu rozmówcy” – dodaje. Jeśli Marcin Najman faktycznie zdecyduje się na drogę sądową, to będzie musiał mieć naprawdę mocne dowody. Najpierw musi udowodnić złamanie warunków umowy przez TVP, a potem rzetelnie wycenić swoją szkodę poniesioną z tego tytułu. Zrzuty ekranu zdecydowanie nie są dowodami najcięższego kalibru. Dużo większą moc mają w tym wypadku słowa, a w bokserskim środowisku niewiele jest bardziej bolesnych zarzutów, niż ten o uchylanie się od terminowego spłacania należności. A akurat z tym oskarżeniem w przypadku Narodowej Gali Boksu nie polemizuje nikt – nawet Marcin Najman…

KACPER BARTOSIAK

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (1)