Kubica w Formule 1, czyli niemożliwe nie istnieje!
Inne sporty

Kubica w Formule 1, czyli niemożliwe nie istnieje!

Wiadomość dnia już znacie: Robert Kubica wraca do ścigania w Formule 1. Wraca po ośmiu latach przerwy, po koszmarnym wypadku w którym prawie stracił życie. Wraca na swoich warunkach, przy owacji ludzi związanych ze sportami motorowymi i mediów z całego świata.

Formuła 1 to specyficzny sport. Wyobraźcie sobie, że jest do wzięcia znakomity piłkarz, gracz ze światowej czołówki, w dodatku o znanym nazwisku i z chwytliwą historią do sprzedania w mediach. I taki zawodnik zgłasza się do kilku topowych klubów z największych lig, proponując swoje usługi. Testy medyczne i pierwsze treningi wykazują, że rzeczywiście jest gotowy do gry na poziomie Champions League. Na dokładkę, setki tysięcy jego kibiców już przebierają nogami, robią akcje poparcia w mediach społecznościowych, prezentują wielką flagę z jego nazwiskiem. Jeśli jesteś szefem klubu, już możesz liczyć ile biletów na mecze i koszulek im sprzedasz. Słowem: samograj. I teraz wyobraźcie sobie, że ten sam klub postanawia jednak postawić na dość anonimowego młodego piłkarza, którego jedyną przewagą jest fakt, że stoi za nim mocny sponsor.

Kasa, misiu, kasa

Absurdalne? Pewnie, że tak. Żaden poważny klub nie zrezygnuje z dobrego piłkarza dla kilku, czy nawet kilkunastu milionów euro. W Formule 1 wygląda to niestety zupełnie inaczej. Właśnie dlatego rok temu Williams podpisał kontrakt ze Siergiejem Sirotkinem. 23-letni Rosjanin nie był żadnym wielkim talentem, jego wyniki w niższych seriach nikogo nie zwalały z nóg. Miał jednak wsparcie oligarchów, dzięki którym ruble płynęły szerokim strumieniem.

Brutalna dla Williamsa prawda jest taka, że jeszcze jakiś czas temu na rosyjską kasę nikt w zespole nawet by nie spojrzał. W latach dziewięćdziesiątych ekipa z Grove rozdawała karty. W 1996 roku na przykład Damon Hill i Jacques Villeneuve wygrali 12 z 16 wyścigów. W sumie Williams ma na koncie 9 tytułów mistrzowskich wśród konstruktorów (więcej ma tylko Ferrari) i 114 wygranych wyścigów (trzecie miejsce w klasyfikacji wszech czasów).

Ostatnio jednak, najkrócej mówiąc szału nie ma. W 2014 roku Felipe Massa wygrał kwalifikacje w Austrii, a razem z Valtterim Bottasem regularnie stawał na podium (9 razy). Zespół zakończył sezon na 3. miejscu wśród konstruktorów, zdecydowanie wyprzedzając Ferrari. Rok później były jeszcze 4 podia i ponownie 3. miejsce w generalce. Potem jednak nastąpił zjazd. Sezony 2016 (1 podium, 5. miejsce na koniec sezonu) i 2017 (1 podium, 5. miejsce) nie były jeszcze fatalne. Koszmar przyszedł w tym roku, kiedy Williams pasował do reszty stawki jak pięść do nosa i generalnie zbierał lanie na każdym polu. Szczyt osiągnięć: raz ósme miejsce, raz dziewiąte i raz dziesiąte. W sumie – siedem punktów w dwudziestu wyścigach (czyli w czterdziestu startach). W tym samym czasie sam Lewis Hamilton wykręcił prawie 400 punktów. Ba, nawet mocno krytykowany Esteban Ocon, który po sezonie najpewniej wyleci z F1, zdobył 49 oczek, czyli siedem razy więcej niż obaj kierowcy Williamsa razem wzięci. Gdyby z Formuły 1 spadało się, jak z lig piłkarskich, Williams w tym roku byłby jak Benevento, które zaczęło poprzedni sezon Serie A od 14 porażek z rzędu i jeszcze przed Bożym Narodzeniem mogło powoli witać się z Serie B.

Daswidania, Siergiej!

Jeśli weźmiemy to pod uwagę, trudno się dziwić, że władze brytyjskiej stajni powiedziały: dość, tak dalej być nie może. Trzeba pamiętać, że w międzyczasie mocno zmieniła się sytuacja. Głównym sponsorem zespołu dotychczas był Lawrence Stroll, kanadyjski miliarder z branży odzieżowej. Układ był prosty: Stroll senior wykładał kasę, a Stroll junior miał gdzie się ścigać. W trakcie sezonu Papa Stroll wykupił jednak zespół Force India i od nowego sezonu jego syn będzie jeździł właśnie tam. Co więcej, po sezonie 2018 wygasa kontrakt zespołu Williams z Martini, słynnym producentem alkoholi. Wiadomo już, że umowa nie zostanie odnowiona, co oznacza dla stajni kolejną dziurę w budżecie.

Kiedy Stroll ogłosił, że zmienia barwy, Williams podpisał na nowy sezon kontrakt z George’em Russellem. 20-letni Anglik to duży talent, rok temu wygrał serię GP3, w tym jest o krok od zwycięstwa w Formule 2. Co ważne, dzieciak z King’s Lynn cieszy się wsparciem Mercedesa. To niemiecki gigant, wykorzystując swoje wpływy, namówił Williamsa na podpisanie umowy z Russellem. Anglik zajął miejsce zwolnione przez Strolla. Potem, o drugi fotel, toczyła się walka między Sirotkinem, a Kubicą. Podobne starcie rok temu wygrał Rosjanin. Nie można powiedzieć, żeby odwdzięczył się za zaufanie popisami na torze. W 20 wyścigach zdobył 1 punkcik i zajmuje solidne ostatnie miejsce w klasyfikacji generalnej. Od dziś już wiemy oficjalnie, że w przyszłym sezonie nie będzie miał okazji na powiększenie swojego dorobku. Williams zdecydował, że zamiast słabego Rosjanina z dużą kasą, woli dobrego Polaka z mniejszą kasą. Ale wcale nie taką znowu małą…

No hard feelings

Sto milionów złotych – tyle według nieoficjalnych informacji „Przeglądu Sportowego” zapłaci PKN Orlen za dwuletnią umowę z Williamsem. W niektórych miejscach można przeczytać „Orlen zapłaci 100 milionów za dwa lata startów Kubicy”. Żeby była jasność: to nie jest żadna łapówka, czy płacenie kasy pod stołem po to, żeby komuś „załatwić” miejsce w bolidzie. To klasyczna umowa sponsorska, w myśl której polski koncern zostanie partnerem brytyjskiej stajni. W zamian za zaangażowanie finansowe otrzyma miejsce na swoje logo nie tylko na bolidzie Williamsa, ale także na kombinezonie i kasku.

Sto milionów złotych to nie jest wielka kwota. Oczywiście, chciałbym mieć sto milionów, ba, chciałbym mieć milion. Orlen zdecydował się stworzyć największy w historii projekt sportowo-wizerunkowy. Sto milionów to kwota w zaokrągleniu, rozłożona na dwie raty. Robert Kubica przez najbliższy rok będzie miał fotel w bolidzie Williamsa. Umowę sponsorską można automatycznie przedłużyć na kolejny rok, wtedy będzie to kolejne 50 milionów. Z moich nieoficjalnych informacji wynika, że jeśli po pierwszym sezonie Kubica pójdzie gdzie indziej, Orlen pójdzie za nim – mówi Kamil Wolnicki z „Przeglądu Sportowego”, który jako pierwszy napisał o umowie Polaka z PKN Orlen.

rk mm
Te rozmowy trwały od bardzo dawna. Zaczęły się dużo przed upublicznieniem taśm i ciągnęły się wiele miesięcy. Przy takich poważnych kwotach do ustalenia jest mnóstwo rzeczy – zdradza Wolnicki. – Obrazki z wyścigów Formuły 1 trafiają do miliardów ludzi na całym świecie, dzięki czemu można dotrzeć z przekazem reklamowym do szerokiego odbiorcy. Orlen ma swoje stacje w Polsce, Niemczech, Czechach i na Litwie, ale swoje produkty sprzedaje w prawie stu krajach na całym świecie. Taka umowa i obecność w Formule 1 może się przełożyć na zwiększenie sprzedaży. Jestem przekonany, że nikt bez przemyślenia i analizy nie wydaje tak dużych pieniędzy.

Limity i ograniczenia nie obowiązują go

Znak zapytania, który stawiany jest przy nazwisku polskiego kierowcy dotyczy jego sprawności. W lutym 2011 roku w feralnym wypadku na rajdzie Kubica wjechał w barierę ochronną. Ta, zamiast odbić samochód, wbiła się do jego wnętrza, masakrując prawą rękę i nogę kierowcy. O ile nogę dość szybko udało się doprowadzić do porządku, sprawa z ręką była o wiele poważniejsza. Brutalnie mówiąc: gdyby lekarze nie mieli świadomości, że na stole operacyjnym mają gwiazdę Formuły 1, natychmiast by amputowali prawą rękę Kubicy, żeby chronić jego życie. Po kilkunastu operacjach i wielu miesiącach rehabilitacji sytuacja została opanowana. Przeciętny Kowalski mógłby – mimo wielu ograniczeń – wrócić do w miarę normalnej pracy i w miarę normalnego funkcjonowania na co dzień. Kubica przeciętnym Kowalskim jednak nigdy nie był i być nie zamierzał. Heroicznie walczył o powrót za kierownicę. Udało się wrócić do rajdów. Wielu kibiców pamięta głównie nieudane starty i wypadki. Prawda jest jednak taka, że kariera Polaka w rajdach była imponująca. Zdobył mistrzostwo świata w klasie WRC2, a w WRC, czyli na absolutnym rajdowym topie, wygrywał odcinki specjalne. Powiedzmy to wprost: rywalizując z gośćmi, którzy całe życie jeździli rajdówkami, a w dodatku prowadząc praktycznie jedną ręką!

Potem podjął próbę powrotu do Formuły 1, czyli zrobienia czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się kompletnym science-fiction. Zaliczył jeden test, potem następny i kolejny. Już rok temu o tej porze był o krok od spełnienia marzeń. Wtedy na drodze stanął mu wspomniany Siergiej Sirotkin i jego pieniądze oraz brak zdecydowania polskich sponsorów. Tym razem przeszkód już nie było.

Z ludzkiego punktu widzenia rozumiem, że to jest historia, w którą prawdopodobnie nikt nie wierzył. Nie poddałem się chyba tylko ja i ludzie wokół mnie. Wszyscy jednak wiedzieliśmy, że to może być coś, czego nie uda się osiągnąć. Udało się, co pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Z punktu widzenia kierowcy powiem, że musicie poczekać kilka miesięcy, żeby zobaczyć. Ale gdybym nie był w stanie jeździć wystarczająco konkurencyjnie, nie byłoby mnie tutaj. To jednak normalne, że ludzie, widząc moje ograniczenia, pytają jak to możliwe, że mogę to robić. W to trudno uwierzyć. Moje ograniczenia mnie nie ograniczają tak, jak większość ludzi sądzi – zapewnia Robert Kubica.

Nie przekonuje was to? Warto zrozumieć, że niesprawnego kierowcy nikt by nie dopuścił do startów na tym poziomie, bez względu na to, ile kasy zapłaciliby jego sponsorzy. Światowa Federacja Samochodowa (FIA) ma bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące bezpieczeństwa. Aby uzyskać Superlicencję, czyli prawo jazdy na bolid F1, kierowca musi przejść serię testów. Jednym z nich jest próba błyskawicznego opuszczania kokpitu (umiejętność niezbędna do ewakuacji w razie wypadku i pożaru bolidu). Kubica, przez niektórych uważany za inwalidę z jedną sprawną ręką, wykonał ten test najszybciej ze wszystkich kierowców!

Kubica nie ukrywa, że ma pewne ograniczenia. Nie próbuje ściemniać, że jego prawa ręka jest w pełni sprawna. Podkreśla jednak, że nie przeszkadza mu to w ściganiu się. – Po moim wypadku odkryłem, że aby jeździć po rondzie zwykłym autem, nie muszę trzymać kierownicy, wystarczy, że ją pocieram. Bolid F1 to nie zwykły samochód, ale… byłem w szkole, gdzie dali mi do ręki ptaka. Musiałem go trzymać tak, żeby nie odleciał, ale nie na tyle mocno, żeby go wystraszyć. W taki sam sposób należy trzymać kierownicę – wyjaśnia.

Za Williamsem najgorszy sezon w historii. Kończą go jednak spektakularnie – umożliwiając jeden z największych (być może największy) powrót w historii sportu. Póki co oczywiście nie da się powiedzieć, czy dzięki pomocy polskiego kierowcy (i polskiego sponsora) przyszłoroczny bolid będzie się nadawał do walki o wyższe lokaty. Już teraz jednak pewne jest, że pod względem marketingowym może to być wielki sukces. Rano, kiedy ogłaszano spodziewaną od kilku dni decyzję o oddaniu kierownicy w ręce Kubicy, wejść na stronę Williamsa było tak dużo, że padły serwery…

Naczynia w dalszej układance są bardzo ściśle połączone. Kubica potrzebuje sponsora i bolidu (ma jedno i drugie, choć drugie – póki co – wątpliwej jakości); Williams potrzebuje sponsora i kierowcy; Orlen potrzebuje wyników Kubicy i przełożenia się zaangażowania w F1 na podniesienie sprzedaży i budowanie wizerunku firmy. Słowem: może się okazać, że mamy do czynienia z win-win-win situation, ale może się także skończyć spektakularną klapą na wszystkich frontach. Prawda jest jednak taka, że jeszcze niedawno dzisiejsze ogłoszenie kontraktu wydawało się równie prawdopodobne, co wygrana polskiego klubu w Lidze Mistrzów. Tymczasem Kubica po raz kolejny udowodnił, że warto marzyć i walczyć o swoje marzenia wszelkimi sposobami. A skoro tak, to nikt nie zabroni mu wierzyć, że cała ta historia skończy się jeszcze lepiej niż w ekipie z końca stawki. Może rok w Williamsie, a potem wymarzony kontrakt w Ferrari? Czerwony kombinezon do przymiarek już wisiał w szafie w jego domu, może jeszcze będzie pasował? Niemożliwe? E, niemożliwe nie istnieje!

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (19)