Zabrakło Lewandowskiego? Ofensywa na tym specjalnie nie ucierpiała
Weszło

Zabrakło Lewandowskiego? Ofensywa na tym specjalnie nie ucierpiała

Kapitan, lider, super-gwiazda, najlepszy polski piłkarz od czasu Zbigniewa Bońka. Nie ma sensu pisać pochwalnego peanu na cześć Roberta Lewandowskiego, bo wszyscy są świadomi jego klasy i rozmaitych zalet. Co nie zmienia faktu, że ostatni naprawdę kozacki mecz w kadrze jej kapitan zagrał ładne pół roku temu, jeśli nie dawniej, jeszcze w poprzednich eliminacjach. Dziś go zabrakło. I nie dało się tego na boisku odczuć.

Ba, można się było pod jego nieobecność pokusić o przełamanie żałosnej passy i upragnione zwycięstwo w Guimaraes. Można było, ale podopieczni Jerzego Brzęczka zafundowali nam na koniec coś na kształt Japonii-bis. Niepotrzebne tchórzostwo trenera sprowokowało kunktatorstwo u zawodników. Zamiast rzucić się rywalowi do gardła, zwolnili. Zamiast wrzucić piątkę, zredukowali do dwójki.

Na wyraźne życzenie selekcjonera. Cóż – to siedzi w nich jak szósty zmysł i nic z tym nie zrobisz.

*

Byłoby zbyt śmiałym stwierdzenie, że reprezentacja na nieobecności Lewego wręcz skorzystała. Bez przesady. Jednak zastępujący go Arkadiusz Milik spełnił wszystkie kryteria, za które stereotypowo i z braku laku się napastnika Bayernu po każdym meczu wyróżnia. Że szarpał, że się zastawiał, że wychodził do grania, że ściągał obrońców, że szukał gry na jeden, dwa kontakty. Milik wszystko to robił, a jeszcze w odpowiednim momencie skorzystał z babola portugalskiej defensywy i wykazał się żelaznymi nerwami, gdy trzeba było po razu drugi wykonać rzut karny. Który sam wywalczył, przywracając zespół do meczu, gdy sytuacja zaczęła się naprawdę robić nieciekawa.

Trudno powiedzieć, jak kadra by zniosła jeszcze jedną wpadkę. Kolejny prztyczek w i tak już obolały nos. Reakcja całego zespołu na wyrównujące trafienie była dość wymowna. Zaiskrzył team spirit.

Kiedy brakuje w wyjściowym składzie kapitana, najskuteczniejszego napastnika i w ogóle najlepszego piłkarza w całej ekipie, a drużyna na tym przesadnie nie cierpi – jest to problem. I to bynajmniej nie problem drużyny. Robert Lewandowski – o ile oglądał mecz – powinien sobie wziąć zaobserwowane sceny do serca i przemyśleć, jak wiele swoją grą, swoją postawą, swoją osobowością dawał reprezentacji w ostatnich miesiącach. Czy zaoferował partnerom z kadry wszystko, co tylko mógł – jako kapitan, jako kumpel i jako wybitny napastnik.

Bo kiedy w defensywie zabraknie Kamila Glika, to ten fakt aż razi po oczach. Do dziś tęskno nam również do Grzegorza Krychowiaka z 2016 roku, do dziś druga linia cierpi na jego piłkarskim regresie. Bez dynamiki Grosickiego na skrzydle trudno o sytuacje. Zaś Lewy zniknął i… Trochę jak w piosence Roberta Gawlińskiego. Nie stało się nic. Coś tu zatem nie działa. To zbyt potężna postać nie tylko dla polskiej, ale i światowej piłki, by tak nieodczuwalny okazał się jej brak.

*

Czy biało-czerwoni zagrali w Portugalii dobry mecz, czy narodził się zespół na miarę zwycięskich eliminacji do Euro 2020? Cóż, raczej nie, ale na pewno nie było to tak marne spotkanie jak kilka poprzednich, choćby starcie z Czechami. Momentami było wręcz całkiem nieźle, szwankował właściwie tylko środek pola, na czele z fatalnym tym razem Klichem. Aczkolwiek obcinek w defensywie przydarzyło się jak gdyby mniej, ciekawych akcji z przodu jak gdyby troszkę więcej. Jasne, że wynikało to podejścia naszych rywali – Portugalczycy momentami grali dość ordynarnego stojanowa i ewidentnie nie mieli zamiaru – ani powodu – by wypruwać z siebie na murawie flaki.

To w ogóle jest styl typowy dla podopiecznych Fernando Santosa, lecz dzisiaj nawet ten z natury spokojny coach wychodził z siebie, obserwując apatię swoich zawodników.

Ot, portugalscy piłkarze zagrali spotkanie do odfajkowania, przećwiczyli kilka taktycznych schematów. Byle do ostatniego gwizdka, pod prysznic i fajrant. Grali o pietruchę i to było widać. Może za wyjątkiem Joao Cancelo, który z lubością obnażał nasze braki w obronie i asekuracji lewego sektora. No i Renato Sanchesa. Kiedy ten chłopak z początkiem grudnia wyśle list do świętego Mikołaja, to na pewno znajdzie się tam prośba, żeby co tydzień grać przeciwko Polsce. Złota Piłka jak w banku.

Tym bardziej boli fakt, że podopieczni Jerzego Brzęczka nie reagują właściwie, mając tak rozleniwioną, smętną, człapiącą Portugalię w garści. Gospodarze stracili po idiotycznym błędzie gola, jednego zawodnika i całą pewność siebie. Zostało pół godziny, żeby ich skarcić, żeby się nakręcić, żeby się naładować pozytywnymi wibracjami. Zaś reakcją biało-czerwonej reprezentacji – która rzekomo poszukuje przełamania, która chce rzekomo za wszelką cenę puścić w niepamięć fatalną passę meczów bez zwycięstwa – jest wycofanie. Jest klepanie futbolówki po to, by ją klepać. Nie po to, by przyspieszyć i rozszarpać osłabionego przeciwnika, który przecież sam się o to prosił.

Pojawia się argument, że zawodnicy grali na utrzymanie miejsca w pierwszym koszyku. Cóż… Jeżeli jest jakikolwiek piłkarz na świecie, któremu przeszło przez myśl podczas rywalizacji sportowej, żeby odpuścić przeciwnikowi z uwagi na jakieś koszyki w jakimś losowaniu, to trzeba chyba przedefiniować pojęcie sportu.

Zresztą – miejsce w tym czy innym koszyku jeszcze nikomu nie zagwarantowało jakiegokolwiek sukcesu Przed mistrzostwami świata w Rosji kuleczka z Polską w środku również znalazła się w pierwszym koszu i skóry nam to niestety nie uratowało. Za to spektakularne, wyszarpane w ostatnich minutach zwycięstwo niejedną ekipę zbudowało i poniosło ku wielkim wyczynom.

Powrót wspomnień ze starcia z Japonią to był niestety w pierwszej kolejności efekt tchórzliwych zmian wykonanych przez Jerzego Brzęczka i poleceń przez niego wykrzyczanych. Selekcjoner chyba uznał, że uratowanie pierwszego koszyka będzie jego wielkim sukcesem, na którym zbuduje pozytywną atmosferę wokół swojej drużyny. Góralski za Klicha, Szymański taktycznie za Zielińskiego i bronimy zwycięskiego remisu. Normalnie – drugie Wembley. A analogii może nas czekać ciąg dalszy, bo przecież w eliminacjach do Euro 2020 – podobnie jak na mundialu w 1974 – możemy się zmierzyć z Niemcami.

Chciałoby się po takim spotkaniu trenerowi nawet pogratulować. Bo wykonuje większą pracę, niż to na pierwszy rzut oka wygląda. Dzisiaj – abstrahując od wszelkich pobocznych wrażeń – wywiózł remis ze stadionu mistrzów Europy, grając bez „trójki z Dortmundu” i bez Glika. To jest duża sprawa, fundamentalne zmiany. Ale – patrząc na bojaźń w końcówce, na małostkową napnikę skierowaną w stronę Michała Pola, na kolejne decyzje, z których następna przeczy poprzedniej – naprawdę trudno się oprzeć wrażeniu, że jesień z Jerzym Brzęczkiem to czas z grubsza stracony na gaszenie kolejnych pożarów, które wcale nie musiały wybuchnąć.

Zaś selekcjoner dużo więcej zburzył niż zbudował. Przynajmniej na razie.

MK

fot. FotoPyk

KOMENTARZE (15)