Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Trochę się śmiałem, trochę się wstydziłem. Niestety, pamiętam doskonale mecz z Japonią, pamiętam doskonale, jak Jakub Błaszczykowski lekko zniesmaczony stał przy linii i jak Adam Nawałka sprytnie niczym lis z dowcipu pokazał Grosickiemu sposób na przerwanie gry. Emocje zeszły właściwie już po pół godziny gry z Kolumbią, z Japonią był to już dość szczery śmiech, jedynie momentami przeplatany zażenowaniem, że tak zachowuje się nasza reprezentacja.

Kunktatorstwo, słynny niski pressing oraz pilnowanie wyniku korzystnego dla Japonii było wówczas idiotyczne z kilku powodów. Po pierwsze – nasz wynik kompletnie niczego nie zmieniał. Gdybyśmy wówczas zremisowali zamiast wygrać, nikt nie straciłby pracy. Nie spadlibyśmy z ligi. Sponsorzy nie wycofaliby się z dealów, kluby nie rozwiązałyby kontraktów i nie zaproponowały obniżek pensji. W meczu z Japonią Polacy walczyli przede wszystkim o honor, co wyznacza niejako sposób podejścia do meczu. Honor nie jest tożsamy ze zwycięstwem za wszelką cenę, wie to każdy, kto w minimalnym stopniu interesuje się historią. Natomiast prawdziwą stawką spotkania było odzyskanie zaufania i sympatii kibiców, przekonanie ich, że to nie wyleniałe jedenaście tłustych kotów, ale wciąż głodna walki banda.

Kadra zawiodła na całej linii, bo pokazała rażący minimalizm w momencie, gdy odwaga była bardzo tania. To nie był mecz o wszystko, w którym każda akcja ofensywna to akt odwagi skrzydłowych bądź rozgrywających, to był mecz bez jakiejkolwiek stawki, gdzie nawet samotny rajd bramkarza byłby właściwie bezkarny, bo wszystko, co było do spieprzenia, spieprzyliśmy już w dwóch pierwszych spotkaniach. I nawet w takim momencie, nawet w tak sprzyjających okolicznościach, ci goście dostosowali się do rywala i przystali na jego porażkę 0:1, w wymiarze, który satysfakcjonował naszych grupowych rywali.

Śmiesznie wyglądały gesty Nawałki i „kontuzja” Grosickiego, niesmak towarzyszył lekturze zagranicznych artykułów, piszących o zaprzeczeniu idei sportu, współzawodnictwa, rywalizacji.

Zdziwiłem się, że dość masowo przypominano spotkanie z Japonią podczas wczorajszego meczu z Portugalią. Nawet jeśli końcówka była dość podobna – remis, który w sumie zadowala obie strony, klepanie obrońców, zamiast walki o kolejnego gola i zwycięstwo – to jednak okoliczności są diametralnie inne.

Przede wszystkim – wczorajszy mecz nie był „o nic”, był o bardzo realną stawkę, o miejsce w pierwszym koszyku podczas najbliższego losowania, w dodatku wyprzedzenie w tym wyścigu Niemców. Wiem, wiem, byliśmy w pierwszym koszyku na mundialu i za wiele nam to nie dało. Pamiętajmy jednak, że często to właśnie moment wyczytania przeciwników z kulek wyznacza możliwości ekipy i kompletnie układa turniej. Weźmy Portugalię na Euro 2016. Ich forma w fazie grupowej była taka, że nawet z Węgrami się męczyli, ostatecznie remisując 3:3. Wyobrażam sobie ich w grupie z Belgią i Włochami i naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, by Portugalia zanotowała z nimi lepsze wyniki, niż z Islandią, Austrią i Węgrami. Ale nie szukajmy tak daleko, przypomnijmy sobie mundialowe eliminacje. Jak wielkiego farta mieliśmy, że z pierwszego koszyka trafiła do nas Rumunia, a nie Niemcy, Anglia czy Belgia?

Szczere, wstydliwe zwierzenie – zdarzało mi się grać w Football Managera metodą save&load. Zapisujesz grę przed ważnym meczem i powtarzasz go tak długo, aż wyjdziesz z niego zwycięsko. Jeśli ktoś był naprawdę wkręcony w tego typu granie, wiedział, że równie ważny jest zapis stanu przed losowaniem rywala w dalszych fazach Ligi Mistrzów. Trafisz Real? Możesz powtarzać mecz tysiąc razy, i tak przegrasz. Ale gdy trafisz z pierwszego koszyka jakąś Chelsea w kryzysie? 3-4 próby i może uda się ugrać dwa zwycięskie remisy.

Całość dziwi tym bardziej, że przecież obecnie bardziej oblegane są ścisłe kierunku, oparte na matematyce. Ta jest bezlitosna. Sprawdźmy nasze towarzystwo z pierwszego koszyka.

Szwajcaria, Portugalia, Anglia, Holandia, Belgia, Francja, Hiszpania, Włochy, Chorwacja

Co tu dużo pisać – właściwie wylosowanie któregokolwiek z tych rywali oznaczałoby wyrok: najwyżej drugie miejsce w grupie. Takie są fakty, taki jest rzeczywisty potencjał, oczywiście, moglibyśmy zagrać mecz życia i ograć nawet Francuzów, ale generalnie jak w FM-ie – po jakichś 10, może 15 powtórkach meczu.

A teraz koszyk drugi.

Niemcy, Islandia, Bośnia i Hercegowina, Ukraina, Dania, Szwecja, Rosja, Austria, Walia, Czechy

Tak, zdaje sobie sprawę, że możemy wylosować Niemców, zdaję sobie sprawę, że przed momentem przegraliśmy z Czechami, wiem, jak rozjechała nas Dania. Ale mimo wszystko prawdopodobieństwo trafienia zespołu przynajmniej na papierze słabszego od nas jest o wiele większe, niż w przypadku obecności w drugim koszyku. Inaczej: nie tyle jest większe, co po prostu jest jakiekolwiek. Gdybyśmy byli zamiast Niemców w drugim koszu, byłoby absolutnie pewne, że z pierwszego trafiamy rywala teoretycznie silniejszego od nas. Teraz? Uniknąć Niemców, uniknąć Duńczyków, reszta wydaje się przynajmniej w zasięgu.

Jeśli ktoś nadal nie widzi rzeczywistej stawki meczu z Portugalią, to ja się poddaję.

Skoro już wszyscy się zgadzamy, że remis był dla nas wczoraj szalenie cenny a jego utrata być może kosztowałaby nas awans do Euro 2020 (a tak, trudniejsze losowanie i być może utrata awansu!), to nie może dziwić sposób gry biało-czerwonych. Wczoraj nie grali o honor, nie grali o odzyskanie zaufania kibiców – grali o bardzo konkretną korzyść, o trzy razy łatwiejsze losowanie w eliminacjach Euro 2020. Ten cel osiągnęli zdobywając bramkę na 1:1. Kolejne gole niczego by nie zmieniły, niczego by nie dały, zaś jedna kontra mogła nas pogrążyć. Wczoraj to my byliśmy Japonią, która w wyrachowany, zimny i pewny sposób trzymała swój wynik, niezależnie od tego, że rywal wydawał się do skaleczenia.

Niesmaczny minimalizm? Nie, moim zdaniem bardziej realpolitik, tak bardzo niedoceniania w historii naszego państwa. W sumie to byłoby strasznie „nasze”, gdybyśmy rzucili się na tych Portugalczyków, trzy razy obili słupek i raz poprzeczkę, po czym po kontrze spadli do drugiego koszyka. Ale tym razem byliśmy mądrzejsi, dowieźliśmy spokojnie 1:1 i możemy z umiarkowanym optymizmem patrzeć na nadchodzące losowanie.

Sama gra, dobór nazwisk, strategii, ustawienia – to wszystko nadal pozostawia wiele do życzenia, moim zdaniem triumfalizm Brzęczka i kadrowiczów jest przesadzony, nie doszło wczoraj do żadnego odcięcia stryczka, do żadnego przełomu. Ale zminimalizowaliśmy na ostatniej prostej straty związane z olaniem Ligi Narodów.

To jest w obecnej sytuacji reprezentacji bardzo, bardzo dużo.

KOMENTARZE (39)