Chińczycy idą na skróty. Skoczków narciarskich chcą wyszkolić w Finlandii. W trzy lata
Inne sporty

Chińczycy idą na skróty. Skoczków narciarskich chcą wyszkolić w Finlandii. W trzy lata

W fińskim Kuopio stawiło się niedawno dwudziestu czterech chińskich skoczków. A raczej: przyszłych skoczków. Bo większość z nich nie widziała do tej pory śniegu. Mają stać się olimpijskimi nadziejami na igrzyska w Pekinie i wyprowadzić swój kraj na światową mapę tej dyscypliny. Czy to się może udać?

Drugie podejście

Zdawać by się mogło, że skoki narciarskie to dla Chińczyków kompletnie obca dyscyplina. Ale tak nie jest. Obce są co najwyżej punkty męskiego Pucharu Świata (bo w kobiecym udało im się już kilka zdobyć). Same skoki nieźle rozwijały się na początku XXI wieku, kiedy w Chinach byli w stanie sklecić drużynę do startów w konkursach dwóch dużych imprez z rzędu – mistrzostw świata 2005 i igrzysk olimpijskich w roku 2006.

Wszystko sypnęło się tuż po nich. Narzekano wówczas na to, że nikt w państwie się tym sportem nie interesuje. Brakowało i zawodników, i jakichkolwiek środków na rozwój dyscypliny. W krajowych mistrzostwach brały udział trzy kluby, a młodzieży raczej nie przyciągało na skocznie to, że największym sukcesem w historii chińskich skoków było trzecie miejsce Yanga Li w zawodach Pucharu Kontynentalnego. A nikt nie kwapił się, by zaoferować im coś innego, przez co mogliby chcieć polatać.

Long Chunsheng, ówczesny szef chińskich skoków, mówił wtedy:

Jeśli zwrócicie większą uwagę na rejestrację zawodników, zobaczycie, że część sportowców z Baichen zarejestrowano w Tonghua przed igrzyskami [mowa o „chińskich igrzyskach”, wewnątrzpaństwowej imprezie – przyp. red.]. To dlatego, że w Chinach są tylko dwa miasta, w których znaleźć można skoczków narciarskich, część z nich musi więc utworzyć trzecią drużynę, by wypełnić minimum potrzebne do przeprowadzenia oficjalnych zawodów.

Brakowało też obiektów, szczególnie takich, na których skakać można by było latem. Teraz takie skocznie budują się niedaleko Pekinu na potrzeby igrzysk, a prawdopodobnie więcej będzie ich w całym kraju. Dekadę temu nikt nie zwracał tam na skoki przesadnej uwagi. Dziś to się zmieniło, a Chińczycy chcą najwyraźniej udowodnić całemu światu, że i tu mogą stać się potęgą.

Postarali się więc o to, by zawodnicy, którzy już skakać potrafią – w przeciwieństwie do tych wysłanych do Europy – mieli naprawdę dobre warunki. Bo kto wie, może coś z nich jeszcze będzie i warto się zainteresować również ich rozwojem. Co brzmi całkiem rozsądnie, stawianie wyłącznie na kompletnych nowicjuszy, wysłanych do Europy, byłoby szaleństwem. Inna sprawa, że dotychczasowe wyniki ich skoczków mówią nam co najwyżej, że postawienie na nich też można klasyfikować w tych kategoriach.

Ale mimo wszystko – tę inwestycję naprawdę da się zrozumieć. Tym bardziej, że zabrano się do niej od najważniejszej strony: szkoleniowej. Kadrę mężczyzn objął więc Jure Radelj, który wcześniej pracował w Rumunii, Turcji i Korei Południowej. Wielkich wyników tam nie kręcił, ale pomógł nieco rozwinąć tę dyscyplinę (przy okazji zobaczył też kawał świata), a o to przecież chodzi Chińczykom. To jednak nic wobec tego, że trenerem kobiecej reprezentacji został… Heinz Kuttin. Tak, ten sam, który do końca ubiegłego sezonu odpowiadał za wyniki Austriaków w Pucharze Świata. Mają rozmach, co?

Kuba Kot, były skoczek, dziś trener i ekspert TVP:

– To świadczy o tym, że tę ofensywę robią na poważnie, bo to kolejne nazwisko, które w świecie skoków robi wrażenie. Widać, że nie liczą się z kosztami i biorą kogo się da. Trzeba ich za to szanować. Myślę, że Kuttin zdaje sobie sprawę, że będzie mu trudno, ale powinien mieć jakąś nadzieję na wyniki, bo raczej nie podjąłby się czegoś takiego, gdyby zdawał sobie sprawę, że nie ma szans, by to się udało.

Austriak ma nieco ułatwione zadanie. Wśród swoich podopiecznych znajdzie m.in. Chang Xinyue, która zdążyła już zadebiutować w igrzyskach olimpijskich (jako pierwsza Chinka w historii tej dyscypliny) i skacze na całkiem przyzwoitym poziomie. Choć najbardziej znana jest chyba z… upadku. Trudno o nim cokolwiek napisać, więc po prostu podrzucamy go poniżej. Poza tym wśród kobiet jest po prostu mniejsza konkurencja i łatwiej tam zaistnieć.

Radelj również ma pod swoimi skrzydłami kilku obytych ze skocznią zawodników. Weźmy takiego Yang Guanga. Gość ma 34 lata i marzy o występie na igrzyskach w swojej ojczyźnie. Jeśli mu się uda, będzie to oznaczać, że na olimpiadę wróci po… szesnastoletniej przerwie. Był bowiem członkiem ekipy, która oddawała swoje skoki w Pragelato. Choć Chińczycy pewnie nie wspominają tego ze szczególnym wzruszeniem – zajęli wtedy ostatnie miejsce, a Guang był z nich wszystkich najsłabszy.

Poza nim w składzie jest jeszcze jeden trzydziestolatek, Chao Li, i grono młodych zawodników, o których nic więcej nie wiemy poza tym, że są młodzi. Fiński projekt będzie od nich prawdopodobnie niezależny, tak to wygląda na ten moment. Ale kto wie, co jeszcze Chińczycy wymyślą?

2008

To ostatnie pytanie jest całkiem zasadne. Pamiętamy bowiem doskonale przygotowania do organizacji letnich igrzysk, które w Pekinie odbywały się w przed dziesięciu laty. Chińczycy za cel postawili sobie wtedy nie tylko olśnienie wszystkich warunkami, obiektami czy swoją kulturą, którą prezentować mogli przy okazji, ale też wygranie klasyfikacji medalowej.

W rozwój sportów, w których wcześniej nie istnieli, władowano grube miliony (miliardy?) dolarów, sportowców wybierano spośród dziesiątek tysięcy uzdolnionych dzieciaków, a treningi, jakie im fundowano, w Europie uznane zostałyby zapewne za znęcanie się nad nieletni. W Chinach nikt sobie nie zawracał tym głowy, skoro na horyzoncie majaczyła chwała i pierwsze miejsce w liczbie zdobytych medali.

I wiecie co? Udało się. Zgarnęli równo 100 krążków, aż 51 z nich było złotego koloru. Zostawili z tyłu Stany Zjednoczone, a o to im głównie chodziło. Teraz chcieliby, zachowując wszelkie proporcje, powtórzyć to zimą.

Wiele się u nich zresztą nie zmieniło – postawili na niemal identyczną metodykę działań. Po pierwsze wynaleźli kupę kasy, którą przeznaczyć mogą na ten cel. Podkreślamy tu, że chodzi nie tylko o skoki. To program, który obejmuje wszystkie sporty zimowe, nadzorowany odgórnie, a finansowany przez jeden z największych chińskich banków. Nie będziemy przesadnie zdziwieni, jeśli wypali.

Po drugie, wzięli się za ostrą selekcję, która tym razem przypominała momentami program wyszukiwania talentów. Wiele sportów zimowych do tej pory w Chinach po prostu nie było i tamtejsi „skauci” musieli szukać uzdolnionych nastolatków wśród reprezentantów innych dyscyplin. Czy im się to udało, przekonamy się w 2022. Po trzecie i najważniejsze, całkiem słusznie uznano, że to nie może się udać, jeśli będzie się korzystać tylko z własnego doświadczenia. Sięgnięto po zagraniczną pomoc.

Stąd właśnie ci skoczkowie w Finlandii. Stąd też szkolić ich będzie jeden z najlepszych trenerów w historii.

Kojonkoski

W świecie skoków to jedno z najbardziej znanych nazwisk. Gość, który w trakcie swojej trenerskiej kariery osiągał sukcesy, gdzie tylko się nie pojawił. Przy okazji trener, o którym wielu fanów polskich skoków marzyło, zanim zjawił się u nas Stefan Horngacher. Fin to przecież człowiek, który pod koniec XXI wieku znacząco poprawił sytuację austriackich skoków, później pomógł zawodnikom w swojej ojczyźnie (z Janne Ahonenem na czele), by na końcu zrobić z Norwegii światową potęgę. Listy medali i trofeów jego zawodników nie będziemy wypisywać. Zabrakłoby miejsca.

Z posadą szkoleniowca zerwał w 2011 roku. Ostatnio pracował w fińskim Komitecie Olimpijskim, ale po słabych wynikach w Pjongczangu zrezygnował z tej pracy. Miał poświęcić czas tylko sobie, czytaniu książek i podróżowaniu po świecie, ale po pojawieniu się oferty z Chin zmienił zdanie.

Jasne, można się w tym momencie śmiać, że dolary (czy jakakolwiek waluta nie wchodziłaby w grę) czynią cuda. I pewnie tak było, bo dla Kojonkoskiego to projekt wręcz wymarzony – z ogromnym budżetem, dobrą płacą, na miejscu (mieszka w Kuopio i tam też będą trenować Chińscy skoczkowie), za który – jeśli się nie powiedzie – nikt go nie będzie rozliczał. Ot, od początku wydawało się, że to się nie może udać, więc czy ktokolwiek może mieć do Miki pretensje? No właśnie.

SLOWENIA PLANICA SKOKI NARCIARSKIE - PUCHAR SWIATA - KONKURS DRUZYNOWY - 19.03.2011 N/Z MIKA KOJONKOSKI POZEGNANIE TRENERA FOTO JERZY KLESZCZ / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Pożegnanie Miki Kojonkoskiego (2011)

I niech rzuci kamieniem ten, kto takiej pracy by nie przyjął. Tym bardziej, że Mika mógł dobrać sobie współpracowników. I poleciał z tym nieźle. Nawet jeśli nie kojarzycie wszystkich nazwisk, to część z nich musi zrobić na was wrażenie. Są to: Janne Happonen (tego chyba akurat znacie?), Antti Heinaenen, Matti Herola, Rene Kojonkoski (syn Miki, bo trochę nepotyzmu nikomu nie zaszkodziło), Kati Koponen, Iisakki Nevala, Pekka Niemelae (były szkoleniowec fińskiej kadry), Janne Ylijaervi.

Kuba Kot:

– Mika Kojonkoski to wielki autorytet w świecie skoków. Jeżeli on się czegoś podjął, to raz, że pewnie zgadzają mu się zera na koncie, bo za darmo by tego nie robił, a dwa, że musi w to wierzyć. Wątpię, by chwytał się czegoś, w czego powodzenie od początku wątpi. Stoi przed nim bardzo trudne zadanie, ale trzy lata to w sporcie i mało, i dużo. Są jednostki wybitne, które nawet w ciągu roku potrafią zrobić niezły przeskok.

Chińczycy, co akurat oczywiste, z wyboru Fina na trenera bardzo się cieszą. Bo naprawdę, wydaje się, że lepiej nie mogli trafić, jeśli pod uwagę nie bierzemy trenerów, którzy aktualnie są gdzieś zatrudnieni. Czyli np. wspomnianego Horngachera czy Wernera Schustera. Gou Zhongwen, dyrektor państwowej administracji sportowej w Chinach, tuż po zatrudnieniu Fina powiedział:

Wielką wagę przywiązaliśmy do twojego [mówił to bezpośrednio do Kojonkoskiego – przyp. red.] doświadczenia i sukcesów w kreowaniu najlepszych skoczków na świecie. Wspólnie będziemy pracować nad rozwojem chińskich skoków, tak, by zachęcić nową generację do większej aktywności w sporcie i osiągania znakomitych wyników dla naszego kraju.

Sam Kojonkoski dodawał z kolei:

Wszystko wydarzyło się szybko i niespodziewanie. Przemawiałem na evencie China Europe Health & Sports Council i Chińczycy byli bardzo entuzjastyczni. Zaproszono mnie do Chin, gdzie zaprezentowałem plan zabrania tamtejszych sportowców do Kuopio.

Plan ten, jak już wiecie, został zaakceptowany przez obie strony. Zresztą, Mika Kulmala, dyrektor wykonawczy fińskiego związku, jest z tego faktu bardzo zadowolony, bo wierzy, że pomoże to też w rozwoju tamtejszych skoków, które w ostatnich latach mają wielkie problemy.

Materiał

Napisać, że Kojonkoski podjął się niemożliwego, to jak nic nie napisać Dostał trzynastu chłopaków i jedenaście dziewczyn w wieku do 14 do 19 lat. To z nimi ma pracować. Jak sam stwierdził, przed przylotem do Finlandii „tylko pięcioro z nich widziało wcześniej śnieg”. Jeśli ktoś chciałby opisać więc poziom, z którego Chińczycy zaczynają, sugerujemy sięgnięcie po jeden z największych przebojów Lady Pank. Nada się.

– Zrobienie z nowicjuszy skoczków światowej klasy w 3,5 roku może wydawać się niemożliwe dla rozsądnych ludzi. My jednak uważamy, że to możliwe. […] Mamy nadzieję, że najzdolniejsi już w przyszłym roku będą w stanie oddać skok na skoczni 90-metrowej. […] W Chinach marzą, że niektórzy z nich pojawią się na najbliższych igrzyskach. Jeśli będziemy w stanie wykonać naprawdę dobrą pracę z utalentowanymi sportowcami, to może okazać się to możliwe.

To niektóre z wypowiedzi Kojonkoskiego na ten temat. Nad tym, czy to ma szansę wypalić, zastanowimy się później. Na razie wróćmy do samych „skoczków”. W cudzysłowie, bo trudno w tym momencie pisać o nich inaczej. Chińczycy zabrali się za to, co już wiecie, tradycyjnie. Grupa kandydatów, od której zaczynano, liczyła sobie podobno 1500 osób. Przeprowadzono testy sprawnościowe i genetyczne, sugerowano się też budową ciała. Wybrano tych, którzy mają największe predyspozycje do tego, by daleko skakać.

Nie sprawdzano tylko jednego – aspektów psychologicznych. Kojonkoski wspominał jednak, że Chińczycy powiedzieli mu wprost: „nie ma takiej potrzeby”. Bo zawodnicy zrobią to, co każe im państwo. Czemu nas to nie dziwi?

Wielu z nich uprawiało wcześniej sztuki walki, a prawdopodobnie tylko jeden faktycznie chciał zostać skoczkiem. Zwie się Yixin Lu, a sport Adama Małysza zafascynował go, ponieważ… obejrzał film „Eddie zwany Orłem”. Choć chyba nie chce wzorować się na jego głównym bohaterze, bo dodawał też marzy o olimpijskim złocie. A Anglik daleko nie fruwał.

Na ten moment i on, podobnie jak cała reszta, musi uczyć się podstaw. Mówimy tu o zapinaniu nart, umiejętności stania na nich czy zjeżdżania. Balans, przesuwanie ciężaru ciała, reakcje na to, co się dzieje. Od tego zaczną, potem przejdą na skocznie. Od najmniejszych, przez wspomniane obiekty o rozmiarze 90 metrów, do takich, jakie pojawiają się w Pucharze Świata. Za sobą mają już jednak pierwsze skoki: na obiekcie o punkcie konstrukcyjnym…. cztery metry. Zorganizowano je dla mediów. Na razie nikogo nie zachwyciły.

W przeciwieństwie do warunków, które przyszykowano przyszłym skoczkom. Jako że to coś, za co wzięły się Chiny, kasy jest mnóstwo. Po prostu. Dzięki temu Kojonkoski i jego podopieczni mogą korzystać ze 110 par nart, latać sobie do tunelu aerodynamicznego w Szwecji czy siedzieć na stałe w Kuopio.

A, przy okazji: niemal identyczny projekt rozpoczął się jeszcze w zeszłym roku w Norwegii. I choć nie tak medialny, podobno trwa do tej chwili. Tam trafiło dwudziestu zawodników, a wszystko przebiegło na niemal identycznych zasadach. Żeby było zabawniej: za selekcję i trening tamtej grupy odpowiada Kietil Standbraaten, w przeszłości… asystent Miki Kojonkoskiego w reprezentacji Norwegii.

– Moi podopieczni mają od 15 do 22 lat, każdy z nich trenował wcześniej jakąś dyscyplinę sportu, w której miał bardzo dobre wyniki. Są tu sprinterzy, gimnastycy, wspinacze czy spadochroniarze. Na razie rozmawiamy za pośrednictwem tłumacza, ale uczymy ich norweskiego, mam nadzieję, że za niedługo będziemy mogli porozumieć się bez niego – mówił Standbraaten.

Tylko gwoli przypomnienia: to wszystko dzieje się niezależnie od istnienia kadr narodowych. Widzicie więc, jak rozbudowany jest to projekt. A mówiło się jeszcze o potencjalnych bazach w Słowenii i… Polsce.

A, nawet gdyby to wszystko okazało się totalnym niewypałem, to wydaje się, że Chińczycy znaleźli sposób na to, by nie wyjść na tym jak Zabłocki na mydle (ktoś wie, czy w Pekinie mają jakiś odpowiednik tego przysłowia?). Kanał CCTV9, część China Central Television, czyli ogólnopaństwowej TV, robi z tego cykl filmów dokumentalnych. Ma ich wychodzić szesnaście rocznie, aż do igrzysk olimpijskich. Biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców Chin, prawdopodobnie popularnością przebiją one każdy konkurs Pucharu Świata, jaki czeka nas w tym sezonie. A może i wszystkie łącznie.

Pytanie, jakie musimy sobie zadać, nie dotyczy jednak oglądalności chińskiej telewizji, a zadania, którego podjęli się Norwegowie i Finowie. Wychować skoczków na poziomie drugiej serii konkursu olimpijskiego. Co najmniej.

Czy to w ogóle możliwe?

W teorii każdy rozsądny człowiek powinien powiedzieć to, co Hannu Lepistoe: „To niemożliwe. Skoki narciarskie to jeden ze sportów, które trzeba zacząć uprawiać jako dziecko”. W praktyce… nic nie wiemy, bo takiego projektu po prostu jeszcze nie było. Możemy jedynie zgadywać na podstawie naszej znajomości tego sportu. Albo jeszcze lepiej – zapytać kogoś, kto wie więcej od nas, bo ma swoje własne doświadczenia.

Kuba Kot:

– Będzie bardzo trudno. Przypomina to trochę lepienie czegoś z niczego na siłę. Wiadomo, budżet z pewnością mają dobry. Chiny organizują igrzyska, więc chcą zrobić wszystko, by ci skoczkowie reprezentowali ich dobrze. Powinno się jednak zacząć od początku: żeby być skoczkiem, trzeba mieć ten talent, coś w genach. To nie jest tak, że skoro jestem skocznym człowiekiem, to pójdę latać na nartach. Skoki narciarskie są bardzo specyficznym sportem, nie dla każdego. Na co dzień przekonujemy się, nawet w Pucharze Świata, że nie wygrywa ten, kto ma tylko mocne nogi, bo liczy się też dynamika czy psychika. Jeśli Chińczycy chcą wybrać tych skoczków tylko na podstawie testów sprawnościowych, to nie tędy droga.

Widzicie, problem polega na tym, że letnie igrzyska – tak jak w Pekinie – mają wiele dyscyplin, w których braki da się szybko nadrobić. Weźmy biegi czy wioślarstwo. To zdecydowanie możliwe. Na zimowych też takie się znajdą, ale… trudno przypuszczać, by skoki były jedną z nich. Oczywiście, Mika Kojonkoski powie wam, że wierzy w powodzenie tej misji. Sęk w tym, że jako jeden z nielicznych.

Po trzech latach treningów, wielkim osiągnięciem jest, jeśli sportowiec potrafi skoczyć i bezpiecznie wylądować. Jeśli celem jest dostać się do konkursu na igrzyskach, to wątpię, by to się udało. Oczywiście, mam nadzieję, że się mylę, ale sądzę, że nie da się stworzyć skoczka na poziom igrzysk w trzy lata – mówił Tommi Nikunen.

Nie brzmi to zbyt optymistycznie, co? No to teraz napiszmy, że jest pewne wyjście, którego uczepić mogą się Chińczycy.

Kuba Kot:

– To jest trochę jak u nas ze skokami kobiet czy kombinacją norweską. Świat trenował od dawna i trenuje nadal, a my dopiero uczymy się, jak to się robi. Reszta stawki jest dziesięć kroków przed nami, a my tych dziesięciu kroków naraz nie zrobimy. Będziemy szli jakimś tempem, ale oni też dalej idą. Możemy nieco przyśpieszyć, zmniejszyć dystans do ośmiu, ale to wciąż będzie te osiem kroków. Chińczycy, zaczynając coś robić teraz, mają ze trzydzieści kroków straty. Przez najbliższe trzy lata będą trenować, ale świat też się rozwinie. Mogą zrobić kolosalne postępy, bo takie pewnie będą, skoro trenują od zera, ale to będą pewnie FIS Cupy, raczej nie Puchar Kontynentalny, a co dopiero igrzyska czy Puchar Świata. Trudno doszukiwać się wielkich nadziei, ale może coś z tego będzie.

Tak naprawdę podstawowe pytanie brzmi: czy jeśli ten system nie wypali w Pekinie, to Chińczycy zrezygnują? Bo jeśli tak, to możemy już teraz założyć, że nic z tego wszystkiego nie będzie. Jeśli po najbliższych igrzyskach będą to ciągnąć, niezależnie od wszystkiego, to… kto wie, czy nie dostaną skoczka na naprawdę niezłym poziomie? Kuba Kot mówi nam, że to projekt, który warto obserwować, bo niesie za sobą coś nowego i wciąga do rywalizacji nowe państwo.

Będziemy więc to robić. Uważnie.

SEBASTIAN WARZECHA

KOMENTARZE (10)