Magnus Carlsen – ambasador szachów w epoce e-sportu
Inne sporty

Magnus Carlsen – ambasador szachów w epoce e-sportu

Czy szachy to sport? Czasy się zmieniają, ale zdania w tej kwestii nadal są podzielone. Wątpliwości znikają jeśli wziąć pod lupę Magnusa Carlsena. Fenomenalny Norweg właśnie broni w Londynie tytułu mistrza świata. Na tronie zasiada nieprzerwanie od 2013 roku, a w ojczyźnie wokół niego dzieją się rzeczy, które nam mogą się kojarzyć z „małyszomanią”. Czy to człowiek, który pomoże szachom skorzystać na… popularności e-sportu?

Wątpliwości co do statusu szachisty nie mają sami Norwegowie. W 2013 roku Carlsen zostawił w tyle bardzo mocną przecież konkurencję i zgarnął tam tytuł Sportowca Roku. Było to wydarzenie bez precedensu – prestiżowa nagroda jest przyznawana od 1948 roku i nigdy nie padła łupem przedstawiciela szachów. Nie jest to wcale jedyna sytuacja, w której 27-latek wyłamuje się ze schematów. W pewnym sensie takie działania to w ostatnich latach jego znak rozpoznawczy.

Sporo osób może nie zdawać sobie z tego sprawy, ale ostatnie lata to w ogóle bardzo dobry okres dla światowych szachów. Przyczynił się do tego oczywiście rozwój internetu – zwłaszcza mediów społecznościowych i platform streamingowych. Portal chess.com – największe dziś centrum zrzeszające pasjonatów tego hobby – liczy ponad 25 milionów członków. Dziennie tylko w tym miejscu rozgrywa się nawet ponad 3 miliony partii.

Garstka sekciarzy? Jeśli tak, to naprawdę coraz liczniejsza. Nie brakuje takich, którzy naprawdę wierzą, że szachy mogą stać się ważną częścią rynku e-sportowego. Bo czym tak naprawdę jest sam e-sport? Według jednej z definicji to „forma rywalizacji, w której przedmiotem działań zawodników są gry komputerowe. Rywalizacja może się odbywać zarówno w formie rekreacyjnej, jak i na turniejach”. Szachy w wersji komputerowej – zwłaszcza te w wersji błyskawicznej – pasują do niej wręcz idealnie. Potencjał w tym rozwiązaniu dostrzegli ludzie stojący za Twitchem – najpopularniejszą dziś platformą streamingową. Już od roku można tam oglądać nie tylko bijących kolejne rekordy głupoty patostreamerów, ale także wybrane szachowe mecze o najwyższą stawkę. Mocno analizowana jest tam także tegoroczna rywalizacja Carlsena z Fabiano Caruaną o prymat w światowych szachach (po siedmiu z dwunastu gier jest remis).

Te wydarzenie przyciąga też dużą uwagę mediów tradycyjnych. Najlepiej pokazywane jest w Norwegii, gdzie w ostatnich latach wytworzyła się swoista kultura oglądania szachów. Kolejne pojedynki są tam pokazywane w publicznej telewizji NRK. W studiu eksperci rozkładają posunięcia zawodników na czynniki pierwsze. Starają się także przewidzieć, co wydarzy się dalej. Gdy wydarzenia na szachownicy robią się coraz ciekawsze, a prawdopodobieństwo zakończenia potyczki rośnie, to widzów informuje o tym specjalny wskaźnik. To na pewno dobry pomysł – mecze Carlsena z Caruaną trwają każdego dnia od trzech do nawet ośmiu godzin.

Cudowne dziecko szachów

Jeśli szachy mają kiedykolwiek trafić do szerszej publiczności, to trudno znaleźć lepszego kandydata do roli propagatora tej dyscypliny niż Carlsen. Ilu znacie szachistów, którzy sprawdzali się w roli modela? Norweg takie wyzwania podejmuje z uśmiechem na ustach. Ta odwaga pozwoliła mu szerzej zaistnieć w popkulturze. W 2017 roku wystąpił w odcinku „Simpsonów”, gdzie na moment został szachowym mentorem Homera. Kilka lat wcześniej dostał też rolę w „Star Treku” – specjalnie dla niego stworzono postać szachisty przyszłości. Carlsen ostatecznie musiał się wycofać z tego projektu, bo nie był w stanie pogodzić terminów, ale i tak w ostatnich latach jego popularność stale rośnie.

Jego przygoda z szachami zaczęła się pod wieloma względami typowo. Można się zżymać na realia, ale fakty pokazują jasno – arcymistrza szachowego trzeba intensywnie trenować od najmłodszych lat. Z tego założenia wyszedł ojciec Magnusa i użył nietypowej zachęty. Zaczynał grę z synem dysponując… tylko jednym pionkiem. Stopniowo – wraz z postępami chłopca – rozpoczynał kolejne partie z coraz liczniejszą armią. Początki wcale nie były lekkie, łatwe i przyjemne, bo młody adept długo był wyjątkowo odporny na szachowe pokusy.

„Musiałem dojrzeć, nie byłem wtedy jeszcze gotowy. Wszystko zmieniło się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy miałem 8 lat. Wcześniej nie byłem w stanie odpowiednio skoncentrować się na grze” – zdradził po latach „Guardianowi” sam Carlsen. Jak dobrze wiadomo to właśnie ośmiolatkowie – w przeciwieństwie do rozwydrzonych siedmiolatków – zyskują wszystkie cechy niezbędne do tego, by radzić sobie przy szachownicy. Co by nie mówić, to w przypadku Carlsena faktycznie tak właśnie było.

Rodzice dostrzegli jego intelektualny potencjał dużo wcześniej. Magnus miał dwa lata i na chleb mógł jeszcze mówić bep, ale już potrafił układać liczące 50 elementów puzzle. Potem dostał od ojca wielki atlas. „Po pewnym czasie znał wszystkie kraje, stolice i całą resztę. Miałem wrażenie, że liczby mówią do niego lepiej niż obrazy. Powiedziałem wtedy żonie, że ma wszystkie cechy, które pasują do dobrego szachisty” – opowiadał Henrik Carlsen w dokumentalnym filmie poświęconym synowi.

Młody Magnus był samotnikiem i nie potrzebował wiele do szczęścia. Gdy odkrył sport, to godzinami potrafił dobrze się bawić przy szachownicy w pojedynkę. Książki na ten temat pochłaniał na potęgę. Miał świetną pamięć, więc bardzo szybko wskoczył na poziom pozwalający na rywalizację z dużo starszymi i lepszymi od siebie rywalami. W 1999 roku wziął udział w szachowych mistrzostwach Norwegii – miał wtedy osiem lat i był zdecydowanie najmłodszym uczestnikiem turnieju.

Stopniowo pokonywał kolejne szczeble, ale po raz pierwszy szerzej o cudownym dziecku szachów zrobiło się w 2004 roku, kiedy to w partii szachów błyskawicznych pokonał samego Anatolija Karpowa. Był już wtedy arcymistrzem – do dziś pozostaje zresztą jednym z najmłodszych w historii, którzy sięgnęli po ten tytuł, choć w ostatnich latach cudownych dzieci szachów przybywa.

Szachista kontra piłkarz

Nie da się ukryć – te wszystkie aspekty doskonale wpisują się w utarty szachowy stereotyp. Carlsen nie wpasowuje się jednak w niego w całości. Przygotowując się do najważniejszej w tym roku rywalizacji pokazywał w mediach społecznościowych, że na jego codzienne życie składają się pizza, gry na konsoli oraz regularne oglądanie Premier League. „Będę grał w szachy tak długo, jak będzie mi to sprawiało przyjemność. Gdy nadejdzie taki moment, że przestanie mi to sprawiać frajdę, to po prostu zajmę się czymś innym” – przekonywał w 2013 roku.

Od tamtego czasu wydarzyło się sporo, ale jedno się nie zmienia – Norweg wciąż niepodzielnie dominuje w świecie szachów i odpiera ataki kolejnych rywali. Nawet tych nieco nietypowych. W październiku zmierzył się z Trentem Alexandrem-Arnoldem. 20-letni obrońca Liverpoolu od dzieciństwa pasjonuje się szachami, ale Carlsen nie zastosował wobec niego żadnej taryfy ulgowej. „Szach-mat” powiedział już po pięciu minutach gry i zaledwie siedemnastu posunięciach.

Norweg nie uznaje idoli. Nawet jeśli na kimś się wzorował, to nie mówi o tym głośno. Szanuje dawnych mistrzów, ale potrafi spojrzeć na ich grę krytycznie. Władimirowi Kramnikowi potrafił wytknąć, że po zdobyciu tytułu mistrza świata zaczął grać o wiele bardziej zachowawczo – jak gdyby chodziło mu bardziej o to, by po prostu nie przegrywać niż wygrywać. Takie podejście nie oznacza, że Carlsen jest oporny na porady innych. Przez pewien okres ściśle współpracował z Garrim Kasparowem i bardzo sobie to chwalił. Mimo wielkich osiągnięć, nadal potrafi też zachować dystans do tego co robi.

„Nie jestem żadnym geniuszem. Mam po prostu szczęście, bo mogę zarabiać na życie robiąc to, co kocham. A przy okazji jestem po prostu bardzo, bardzo dobry w tym co robię” – tłumaczył Norweg. Pieniądze z samych szachów to tylko część puli – dużo więcej dostaje od sponsorów. W sumie przez całą karierę zarobił ponad 12 milionów dolarów – nieźle jak na kogoś, kto wciąż jest przed trzydziestką. Jak najlepiej podsumować jego styl?

„Carlsen jest zawodnikiem, który schodzi z teoretycznych ścieżek. Jak najszybciej chce wciągnąć w grę na improwizację. Jest najlepszy w grze praktycznej, ale ma minimalne problemy z analizami” – tłumaczył nam w 2016 roku Radosław Wojtaszek, któremu udało się wygrać partię z Norwegiem. Sam zainteresowany porażki przy szachownicy bagatelizuje – kiedyś zdradził, że bardziej boli go przegrywanie… w Monopol. Ile w tym pozy? Trudno powiedzieć, ale utrzymywanie się na szczycie tak długo musi robić wrażenie i dowodzi jego niezwykłej odporności psychicznej.

„Byłem w podobnej sytuacji 25 lat temu. Z tym wszystkim wiąże się naprawdę niesamowita presja. Codziennie musisz mierzyć się z kolejnym psychologicznym testem. Bierzesz udział w turnieju, walczysz z najlepszymi na świecie, a wszyscy wokół i tak oczekują, że wygrasz. Przecież skoro jesteś mistrzem świata, to musisz wygrywać” – tłumaczył Garri Kasparow.

Kolejna odsłona walki z presją, wybitnym rywalem i całą resztą właśnie trwa w Londynie. Żadna z pierwszych siedmiu partii nie przyniosła rozstrzygnięcia. W piątek Carlsen (lider rankingu FIDE – 2835 pkt) i Caruana (wicelider – 2832 pkt) zgodzili się na remis po 80 posunięciach. Wszystko zajęło – bagatela – prawie siedem godzin. Najkrótszą partię panowie zaliczyli dzień wcześniej – trwała trzy godziny i piętnaście minut. Publiczność w Londynie śledzi wydarzenia rozgrywające się na szachownicy zza… podwójnie dźwiękoszczelnej szyby. Rywalizacja obejmuje 12 partii i zgodnie z planem powinna zakończyć się 26 listopada. Jeśli jednak wtedy wynik będzie nadal remisowy, to ostatecznego zwycięzcę poznamy 2 dni później po dogrywce. Zwycięzca zgarnie 60 procent całej puli nagród, która wynosi nieco ponad milion euro.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)