Błysnęli i zniknęli. 30 największych meteorów Ekstraklasy w XXI wieku
Weszło Extra

Błysnęli i zniknęli. 30 największych meteorów Ekstraklasy w XXI wieku

Błysnąć na samym początku często nie jest tak trudno. Niewielkie oczekiwania, ograniczona uwaga ze strony rywali, mała odpowiedzialność. Wiele do zyskania, niewiele do stracenia. Przykładów zawodników, którzy choćby na moment błysnęli w Ekstraklasie mamy całe multum, niestety często szybko następował zjazd, po którym już nie udało się pójść do góry. Patrzymy dziś na strzelającego wspaniałego gola Dawida Pakulskiego z Zagłębia Lubin czy efektownie dryblującego Mateusza Młyńskiego z Arki Gdynia i zastanawiamy się: jaka będzie ich historia? Czy kiedyś nie okaże się, że to ich najlepsze piłkarskie chwile? Czy unikną losu dziesiątek swoich poprzedników? Tego jeszcze nie wiemy i mamy nadzieję, że pójdzie im dobrze, za to możemy skupić się na tych, którzy już swoje pięć minut na salonach mieli i ciągu dalszego nie było. Oto 30 największych meteorów Ekstraklasy w XXI wieku.

Oczywiście jest to ranking, więc rzecz subiektywna, na pewno nie każdy się ze wszystkim zgodzi. Ktoś będzie za nisko czy za wysoko, ten powinien być, a tamten nie. Ktoś powie, że najbardziej krystaliczny przykład piłkarskiego meteoru to Ariel Famulski (dziś B-klasowa Unia Szklary Górne), który rozegrał dla Zagłębia Lubin jeden mecz i strzelił jednego gola (na wyjeździe z Lechem), by później już nigdy nie powąchać ekstraklasowej murawy. Wydaje się jednak, że on nawet nie zdążył rozbudzić oczekiwań co do swojej osoby. To samo na przykład z Łukaszem Żegleniem, Sebastianem Bartlewskim czy Mariuszem Soleckim. Adamadeusz Kłodawski uchodził za wielki talent, zdobył zwycięską bramkę dla Groclinu w Pucharze UEFA z MKT-Araz, ale sama liga to w jego wykonaniu cztery mecze bez gola. Za mało. Takich przykładów i rozterek było rzecz jasna więcej.

Jak zaraz zobaczycie, nie zawsze mowa o klasycznych historiach z gatunku „zmarnowany talent”. Są też przypadki zawodników późno wchodzących na najwyższy szczebel, którzy na chwilę się pokazali. Albo takich, którzy mieli bardzo ograniczony wpływ na kolejne wydarzenia, bo dopadały ich kontuzje. Nie zawsze są to historie czarno-białe.

Poza suchymi danymi braliśmy też pod uwagę otoczkę wokół danego zawodnika, oczekiwania, jakie rozbudził i tym podobne (największy element subiektywizmu). Nie uwzględnialiśmy tych, którzy na dziś są związani z klubami Ekstraklasy.

Kandydatami do zestawienia byli tylko Polacy.

30. Radosław Becalik  Był ciekawostką w sezonie 2003/04. 27-letni wówczas obrońca przyszedł z Pogoni Zduńska Wola i na początku grał regularnie. Wyróżniał się długimi włosami na Janosika i… nietypową przeszłością. Jeszcze kilka miesięcy przed zawitaniem na ekstraklasowe boiska pracował jako kasjer w Banku Przemysłowym w Zduńskiej Woli. Kasjerem był prawie pięć lat, odszedł z powodu redukcji etatów. Chwalił sobie tę robotę, mimo że zarabiał mniej niż w Pogoni, a raz z powodu błędu w obliczeniach musiał z własnych środków pokryć różnicę w brakujących dwóch tysiącach złotych.

Radosław Becalik, listopad 2004. Fot. newspix.pl

Radosław Becalik, listopad 2004. Fot. newspix.pl

Na boisku Becalik imponował zadziornością i wytrzymałością, mógł biegać na wysokich obrotach do ostatnich minut. Na dłuższą metę piłkarsko jednak nie dojeżdżał. Jesienią zaliczył 11 meczów, wiosną pięć (nawet strzelił gola Wiśle Płock). Widzew spadł i na tym jego przygoda z Ekstraklasą się skończyła. Z łódzkim klubem rozwiązał kontrakt pół roku później. Chwilę pograł w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Następnie kopał w niższych ligach szwedzkich i niemieckich, z krótką przerwą na powrót do Pogoni Zduńska Wola i drugoligowy Tur Turek. Buty na kołku zawiesił trzy lata temu.

***

29. Kacper Łazaj  Jeden z kilku młodych, którym Bogusław Kaczmarek dawał szansę w Lechii w sezonie 2012/13. Poza Przemysławem Frankowskim i Pawłem Dawidowiczem nikt jednak nie wypłynął na szersze wody. Łazaj, Łukasz Kacprzycki czy Wojciech Zyska dość szybko utonęli. Nim jednak Łazaj zniknął z większych scen, finalizacją składnej akcji całego zespołu zapewnił wyjazdowe zwycięstwo nad Ruchem Chorzów. Miał wtedy zaledwie 17 lat, 3 miesiące i 16 dni. Został najmłodszym strzelcem ligi w tamtej rundzie. Kontynuacji niestety nie było. Skończyło się na jedenastu ligowych meczach, z czego jednym w pierwszym składzie.

Przyszedł Michał Probierz i Łazaj zniknął z radarów. – Może dlatego, że na treningach nie pokazywałem swoich atutów. Nie wiem, czy to była jakaś blokada psychologiczna, czy o co chodziło. Po prostu nie pasowałem. Każdy trener ma swoich ulubieńców, nie ma co ukrywać, ale nie tutaj tkwił problem. Ciężko mi się do tego teraz odnieść. Na pewno przeszkadzały kontuzje, przygotowania też nie wyglądały do końca tak, jak bym sobie tego życzył. Słabo wyglądałem wydolnościowo, zawsze stawiano u mnie na szybkość, a chciałem też poprawiać wydolność – mówił kilka miesięcy temu w rozmowie z Weszło.

Nieporozumieniem okazało się wypożyczenie do Bytovii, gdzie szybko doznał kontuzji i wystąpił raptem w dwóch meczach I ligi. Szału nie było również w drugoligowym Rakowie i w zasadzie na tym skończyło się granie Łazaja na profesjonalnym poziomie. Od kilku sezonów kopie w III lidze, obecnie dla KP Starogard Gdański, a po godzinach pomaga mamie w prowadzeniu baru. Niby ma dopiero 23 lata, ale raczej nic nie zapowiada, byśmy jeszcze o nim usłyszeli w większej piłce.

***

28. Patryk Wolski  W 2012 roku zaliczył w Lechu po trzy ekstraklasowe mecze wiosną i jesienią. Na moment wydawało się, że w „Kolejorzu” pojawił się kolejny duży talent. 6 października 2012 roku Wolski wszedł pod koniec domowego spotkania z Piastem Gliwice, zmieniając Gergo Lovrencsicsa. I kilka minut później ustalił wynik na 4:0, biegnąc z piłką od połowy boiska i precyzyjnym strzałem przy słupku pokonując Dariusza Trelę.

 – Nikt mnie nie atakował jak się przyjrzysz. Niby idę sam, ale obrońcy wyraźnie myśleli, że dogram do Kuby Wilka lub do Trałki, a mnie odpuszczali. W końcu zdecydowałem się na strzał i to była dobra decyzja. Może koledzy mieliby pretensje, gdybym zawalił, ale prowadziliśmy 3:0, wynik pozwalał zaryzykować – wspominał u nas w rozmowie z Leszkiem Milewskim.

W „nagrodę” do końca rundy Wolski rozegrał jeszcze… trzy minuty. Zimą doznał kontuzji, a że ścięgno Achillesa źle mu leczono, skończyło się aż na półrocznej przerwie. Przyznawał, że w okresie leczenia nie pilnował się zbytnio jeśli chodzi o odżywianie, regenerację, pory kładzenia się spać i tym podobne. W efekcie wrócił do Radomiaka Radom na wypożyczenie, gdzie dopiero pod koniec jesieni zaczął prezentować się lepiej. Odrzucił wtedy ofertę pierwszoligowej Floty i został, chcąc pomóc w uratowaniu II ligi dla ukochanego klubu. Skończyło się na tym, że Radomiak i tak spadł, a Wolski wiosną był rezerwowym. Siłą rzeczy w Poznaniu nie miał już czego szukać. Na dobre zakotwiczył w Radomiu i choć z jego pomocą udało się wywalczyć awans, niespodziewanie postanowił zakończyć karierę. Na chwilę zajął się trenerką w Centrum Radom i mógł zapisać w CV awans do A-klasy. Z powodu nieporozumień z zarządem jednak odszedł i dziś jego świat jest poza piłką.

 – Pracuję w Wierzbicy w firmie taty, zajmujemy się prefabrykacją instalacji przeciwpożarowych. Będę się tym zajmował całe życie. Mam też półroczne dziecko, a nie chciałbym być ojcem, który pracuje od poniedziałku do piątku, w sobotę go nie ma, bo ma mecz, a niedzielę denerwuje się, bo wczoraj przegrał – spuentował wspomniany wywiad.

***

27. Mateusz Bukowiec  Tak jak Maciej Korzym nawet po zakończeniu kariery będzie kojarzony z testami w Chelsea, tak Bukowca bardzo długo kojarzono jako tego, którego sprawdzano w Interze. Oczywiście w młodzieżowych drużynach i oczywiście nic z tego nie wyszło, ale wystarczyło, żeby rozbudzić oczekiwania co do jego osoby. A fakty są takie, że to po prostu nie te umiejętności. Bukowiec w latach 2003-2006 przewijał się w Ekstraklasie w koszulce Górnika Zabrze i nawet pokonał bramkarza Arki Gdynia na zakończenie sezonu 2005/06. Totalną klęską okazał się natomiast jego pobyt w Zagłębiu Lubin.

Trzeba było zaczynać niemalże od zera, przebijając się przez Koszarawę Żywiec, LZS Leśnica czy Ruch Zdzieszowice. Tu należy oddać piłkarzowi, że i tak nie przepadł zupełnie, okrzepł na tyle, że w GKS-ie Tychy został kapitanem i rozegrał cztery sezony w I lidze. Na zapleczu elity jednak nie do końca spełniał oczekiwania, doszły (kolejny raz w jego kartotece) problemy zdrowotne, przez co latem ubiegłego roku nastąpiło rozstanie. Dziś Bukowiec gra w drugoligowym ROW-ie Rybnik.

***

26. Roman Maciejak  Latem 2009 Piast Gliwice sprowadził go z Nielby Wągrowiec. Młody napastnik świetnie przedstawił się nowej publiczności, bo już na „dzień dobry” zdobył honorową bramkę w przegranym 1:3 meczu z Lechem Poznań. Nie umocniło to jednak jego pozycji w zespole. Maciejak przez cały sezon grał jako zmiennik, a gdy wreszcie znalazł się wyjściowej jedenastce na Lechię, zszedł w przerwie. Ogólny dorobek za tamten okres to 19 spotkań ligowych i jeden gol plus bramka z Polonią Słubice w Pucharze Polski.

Po spadku gliwiczan Maciejak nie zachwycał w pierwszej rundzie i wiosnę spędził na wypożyczeniu w Górniku Wałbrzych. Po powrocie na Okrzei zaczęły się dziwne historie. Zawodnik nie miał szans na grę, klub mu nie płacił, a gdy wyjechał na testy, na które miał zgodę, zaczęto… naliczać mu kary dyscyplinarne.

 – Syn nie dostał wypłaty za grudzień, styczeń, luty, marzec. Za lipiec, kiedy wrócił do Gliwic i to Piast powinien mu płacić, też nic nie otrzymał. Dodatkowo syn stracił mieszkanie, bo z czego miał się sam utrzymać? W Piaście Gliwice ostatnio jest taki zwyczaj, że jak chcą się kogoś pozbyć, to najpierw „spieprzą” mu wszystkie ewentualne drogi, a potem mówią, o co chodzi. Nie inaczej było w przypadku Romana. Najpierw trenował normalnie z pierwszym zespołem. Wszystko było dobrze aż do momentu, kiedy został zdegradowany do drugiej drużyny. Od tego czasu zaczęły się „jaja”. Syn zaczął być karany dyscyplinarne za niepojawiania się na treningu… – cytował portal sportslaski.pl ojca Maciejaka. Oczywiście chodziło o opuszczenie treningu z powodu wcześniej zatwierdzonych testów.

Uważam, że Piast niszczy zawodników. Każdego, kto jest niewygodny, prędzej czy później „odstrzelą”. Wiem, że przykład mojego syna to za rządów prezesów Drabickiego i Kołodziejczyka żadna nowość. Komuś zaproponowano 3000 zł brutto, a legendzie klubu, panu Kaszowskiemu 1500 zł brutto. To są kpiny. Teraz Romek pozostaje bez angażu, gdzie on ma grać w piłkę? Musi się rozwijać, a przez Piasta stoi w miejscu! Jestem człowiekiem zamożnym i nie pozwolę, aby ktokolwiek szargał moje nazwisko i poniewierał mojego syna! Wynająłem już najlepszą agencję prawniczą w Polsce, aby ta dogłębnie zbadała sprawę. Ja nie popuszczę Piastowi tego, co wyczynia z Romanem – dodawał Maciejak senior.

Nie do końca wiadomo, jak ta historia się zakończyła, natomiast czas negatywnie zweryfikował umiejętności Maciejaka juniora. Jego dalsze losy to II liga polska oraz niższe ligi w Niemczech i Austrii. Dziś gra w austriackim FCU Gerersdorf/Ebersdorf. Zapewne łączy piłkę z normalną pracą i zapewne finansowo wychodzi na tym lepiej niż wielu naszych pierwszoligowców.

***

25. Mateusz Kwiatkowski  Z filigranowym blondynkiem przez chwilę wiązano spore nadzieje w Ruchu Chorzów. Debiutował jeszcze u Jacka Zielińskiego jesienią 2012, a nieco więcej pograł u Jana Kociana rok później. Między końcówką września a początkiem listopada 2013 siedem razy z rzędu występował od pierwszych minut. Wywalczył rzut karny na stadionie Widzewa, po którym wygraną dał Filip Starzyński. Samemu trafił do siatki Pogoni Szczecin w zremisowanym 1:1 meczu u siebie. Potem jego akcje trochę spadły, ale i tak zapowiadało się, że jeszcze będzie z niego pożytek.

Mateusz Kwiatkowski w barwach Błękitnych Stargard. Fot. FotoPyk

Mateusz Kwiatkowski w barwach Błękitnych Stargard. Fot. FotoPyk

Wszystko wyhamowało zimą 2014. Kwiatkowski niefortunnie starł się na treningu z Piotrem Stawarczykiem, złamał obojczyk i wypadł na resztę rozgrywek. Kolejny sezon to próba powrotu do formy w trzecioligowych rezerwach, w Ekstraklasie dostał wówczas pięć minut. Nie wyszło. Kwiatkowski zszedł do drugoligowej Legionovii, później jeszcze niżej do Stilonu Gorzów Wielkopolski, a latem wrócił na trzeci front reprezentując barwy Błękitnych Stargard.

***

24. Kamil Stachyra  W Górniku Łęczna wróżono mu wielką przyszłość, a w najgorszym razie karierę na miarę Sebastiana Szałachowskiego. W Ekstraklasie uzbierał dziewięć występów w sezonie 2005/06 i zdobył honorową bramkę w przegranym 1:3 starciu z Groclinem. Miał papiery na znacznie poważniejsze granie, ale zatrzymały go kontuzje i chyba nie najmocniejszy charakter. W każdym razie jego dalsze losy to głównie ciągle klub z Łęcznej i Motor Lublin, w którym osiadł na dobre latem 2013. Spędził tam cztery sezony, rozstanie nie należało do przyjemnych i zdaniem samego zainteresowanego nastąpiło w dość dziwnych okolicznościach. Stachyra rok temu mógł nawet powrócić do Łęcznej, trenował z zespołem, lecz nie porozumiał się z działaczami.

Jesień 2017 spędził jeszcze w trzecioligowym Jarosławiu i od tej pory brakuje chętnych na jego usługi, mimo że ma dopiero 31 lat. Na boisko raczej już nie wróci. – Przygotowuję się do otwarcia własnej działalności w branży motoryzacyjnej. W tym celu przechodzę różne szkolenia i załatwiam wiele formalności. Praktycznie całe dotychczasowe życie poświęciłem piłce nożnej, a teraz poświęcam dużo czasu na „papierologię”, dotacje i wszelkie potrzebne procedury. Chce się przebranżowić, zawrzeć nowe kontakty, zobaczymy jak to wszystko wyjdzie. Nie chcę zdradzać wielu szczegółów, żeby nie zapeszać – mówił w kwietniu „Kurierowi Lubelskiemu”.

***

23. Michał Jonczyk – Wyjściowy potencjał miał na coś więcej niż Ekstraklasa, ale zniszczyły go kontuzje. Cztery razy zrywał więzadła w kolanie (między listopadem 2010 a kwietniem 2014) i powiedział „dość” mając zaledwie 22 lata. W pamięci pozostaną mu dwie ligowe bramki zdobyte w barwach Górnika Zabrze – z Polonią Bytom i Wisłą Kraków.

Jonczyk to jednak świetny przykład, że nawet młody zawodnik zmuszony do przedwczesnego rozstania z piłką, może gładko odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Razem ze swoim przyjacielem Konradem Czapeczką założył firmę zajmującą się kompleksową pomocą dla piłkarzy (mentalność, dieta, finanse, wizerunek, obsługa prawna itp.). Za najważniejsze zadanie uważają uświadamianie przebijających się chłopaków, że już teraz muszą myśleć o przyszłości i mieć plan B. Jonczyk przez chwilę łączył to z pracą w banku, ale szybko mógł skupić się w całości na projekcie. Idzie im coraz lepiej. Rekomenduje ich wielu ligowców, a nawet reprezentanci Polski.

***

22. Michał Efir – Bardzo podobna historia, z tą różnicą, że jeszcze nie została zakończona. 26-letni napastnik doznał już tylu kontuzji, że mógłby obdzielić nimi całą drużynę i nadal mówilibyśmy o drużynie pechowej. Tak samo jak Jonczyk cztery razy zrywał więzadła, do tego trzy razy złamał nogę. Plus dziesiątki mniejszych urazów. Teraz kolejny raz wrócił do gry, reprezentuje barwy trzecioligowej Lechii Tomaszów Mazowiecki.

 – Na pewno chciałbym znów znaleźć się na poziomie Ekstraklasy. To nie jest tak, że wróciłem, bo po prostu chcę sobie gdzieś kopać. Gdyby tak było, to mógłbym się zaczepić w A-klasie, pójść dwa razy w tygodniu na trening i czerpać z tego jedynie przyjemność. Nie mówię, że to złe, ale operowałem się i dochodziłem do siebie po to, żeby dalej walczyć. Jestem ambitny i nie chcę tego kończyć na niskim poziomie. Uważam, że powrót do naszej ligi ciągle jest realny – małymi kroczkami jestem w stanie to zrobić – dopiero co przekonywał nas TUTAJ.

Na razie idzie opornie. Runda jesienna to 9 meczów, 331 minut i żadnej bramki.

Efir nadzieje rozbudził przede wszystkim w Legii, mimo że rozegrał dla niej trzy ligowe spotkania. Do Ruchu Chorzów szedł już pokiereszowany, ale kilka przebłysków miał. W sezonie 2014/15 był najczęściej wchodzącym z ławki zawodnikiem Ekstraklasy. Na 28 meczów, 27 dotyczyło roli rezerwowego, nie potrafił wygrać rywalizacji z Grzegorzem Kuświkiem i Eduardsem Visnjakovsem. Udało mu się jednak strzelić cztery gole, z czego trzy jesienią. Następny sezon podobny: jeden występ od początku, 23 z ławki. Trafienie w 2. kolejce z Piastem Gliwice okazało się jego ostatnim w elicie.

– Zabrakło mi czegoś na zasadzie: „masz trzy mecze w pierwszym składzie i pokaż nam, co potrafisz”. Wchodziłem na krótko, czasem udało się dać bramkę czy asystę, ale co z tego, skoro w następnym spotkaniu mogłem liczyć na kilkanaście minut. To nie jest czas, w którym można się w stu procentach sprzedać. Nie wszystko zależało ode mnie. Czułem się dobrze na treningach, jak na rezerwowego na końcówki tragedii na boisku też nie było, ale okazało się, że to za mało. Dlatego też podjąłem decyzję o zejściu stopień niżej. I w Bytowie udało się występować częściej i dłużej – tłumaczył.

W Bytovii faktycznie na początku miał miejsce w składzie, ale potem więzadła ponownie zawiodły. Jego rozbrat z meczami o stawkę trwał aż 22 miesiące. Piłkarz nadal ma swoje ambicje, lecz nie czarujmy się: dla niego sukcesem okaże się już to, jeśli po karierze będzie normalnie funkcjonował.

***

21. Szymon Kaźmierowski – Jako junior potrafił strzelić 78 goli w sezonie. Można było sądzić, że osiągnie więcej. Zaczął się przebijać do pierwszego składu Groclinu, na początku sezonu 2006/07 strzelał Legii i Cracovii. Nie potrafił tego jednak skonsumować w dłuższym wymiarze, z czasem coraz częściej stawał się rezerwowym, a potem na dodatek doznał poważnej kontuzji. Ponownie w Ekstraklasie zobaczyliśmy go dopiero wiosną 2008 (cztery występy). Gdy Polonia Warszawa przejęła licencję Dyskobolii, Kaźmierowski zaczął od bramki z Polonią Bytom na inaugurację sezonu 2008/09 i trafienia z Nielbą Wągrowiec w pucharze. Los znów okazał się złośliwy – kolejna kontuzja, później rezerwy „Czarnych Koszul”, mało udane wypożyczenie do Warty Poznań i wreszcie odejście.

Po pobycie w Chojniczance szansą na przypomnienie się szerszej publiczności było przejście do Stomilu Olsztyn. Przez półtora roku zdobył jednak ledwie siedem bramek i już nigdy więcej nie wychylił nosa powyżej II ligi. Ostatni ślad w jego karierze to wiosna tego roku i IV liga w Gromie Plewiska (spadek do okręgówki). Jeśli nie mamy do czynienia ze zbieżnością nazwisk, 31-letni Kaźmierowski obecnie prowadzi grupę skrzatów w UKS Dyskobolia.

***

20. Łukasz Pachelski – Jego ojciec Bogusław w latach 80. w barwach Lecha Poznań był czołowym napastnikiem Ekstraklasy, choć niektórzy najbardziej kojarzą go z przestrzelenia decydującego karnego w pamiętnym dwumeczu z Barceloną. Niewykluczone, że Łukasz mógłby się zbliżyć do jego osiągnięć, gdyby wszystko potoczyło się bez przeszkód. Na samym początku tak to wyglądało. W 2001 roku wywalczył mistrzostwo Europy U-18, a był już wtedy po premierowej rundzie w polskiej elicie. Zdążył rozegrać osiem meczów, w których strzelił trzy gole: jednego Ruchowi Chorzów i dwa Ruchowi Radzionków na zakończenie sezonu. Na pewno wtedy nie przypuszczał, że więcej na ekstraklasowych murawach już się nie zamelduje.

 – Tak naprawdę przez Płock przewijało się wtedy mnóstwo zawodników, a ja nigdy nie dostałem poważnej szansy. Siedziałem dwadzieścia spotkań na ławce i nic! W głowie młodego człowieka mogą pojawić się wtedy różne myśli, czasami można się lekko poddać, czego ja nigdy nie robiłem, aczkolwiek może powinienem wtedy podejść do tego inaczej. (…) W Wiśle nie pasowałem do koncepcji. A raczej – nie pasowałem komuś personalnie. To nic, że w sparingach strzelałem dość dużo bramek. Tak więc jeździłem po Polsce. Masakryczne trzy miesiące. Byłem na testach w sześciu-siedmiu klubach. Strzelałem na nich bramki, ale zawsze czegoś brakowało. Nagle zrobiły się dwa tygodnie do ligi i byłem pod ścianą. Mało ćwiczyłem z zespołem Hetmana, miałem szybkie wejście – opowiadał dwa lata temu na Weszło Mateuszowi Rokuszewskiemu.

Na wypożyczeniu w Zamościu Pachelski zetknął się z największą piłkarską biedą w życiu, co brzmi nieprawdopodobnie, bo chodziło o dzisiejszą I ligę. Mimo to zaczął obiecująco. W pierwszych pięciu ligowych spotkaniach zdobył trzy bramki, trafił też w Pucharze Polski ze Śląskiem Wrocław. Kolejne miesiące nie były już tak dobre, skończyło się na ośmiu bramkach w 30 meczach. Wystarczyło jednak, żeby interesowały się nim GKS Bełchatów, Pogoń Szczecin i Piast Gliwice. Żaden wariant nie wypalił i koniec końców napastnik, który dopiero co strzelał na zapleczu Ekstraklasy, w akcie desperacji wylądował w trzecioligowym Janikowie. Stracił tam sporo czasu przez problemy z mięśniami brzucha. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. W spotkaniu z rezerwami Amiki przy próbie przewrotki zmasakrował sobie nogę. Leczenie trwało aż 14 miesięcy, lekarze jak i on sam popełniali błędy w procesie rehabilitacji. Trzy miesiące po powrocie do zdrowia Pachelski po raz drugi uszkodził więzadło i już wiedział, że trzeba zawiesić buty na kołku.

Początki w nowym życiu miał trudne, przez pewien czas zwyczajnie pracował w sklepie, ale później znakomicie odnalazł się jako trener fitnessu. Z jego usług korzystali m.in. Sławomir Peszko, Dawid Janczyk czy sędzia Szymon Marciniak, który pod okiem Pachelskiego budował formę fizyczną na Euro 2016. – Zaczęło się od pracy na siłowni jako instruktor. Rok zajęło mi znalezienie planu na siebie. Zacząłem się szkolić, jeździć po Polsce, ale naprawdę łapałem absolutne podstawy. Po pewnym czasie ktoś zaproponował mi zostanie menedżerem fitness klubu, przyjąłem tę ofertę. Dopiero wtedy już definitywnie wiedziałem, czego chcę. Zrobiłem podyplomówkę z menedżera sportu, potem kolejną z dietetyki, choć tak szczerze, nie do końca czuję się w tym mocny. Klub przejęła moja koleżanka Ania Brzezińska, zaczęliśmy blisko współpracować. I realizowałem swój plan na siebie, w którym mieści się również piłka, bo jak wspominałem – zawsze będzie w moim sercu. Dziś jestem w takim miejscu, że nie mogę narzekać. Oby tylko było zdrowie, bo to jest najważniejsze – mówił w przytaczanym już wywiadzie.

Pogratulować.

***

19. Marcin Sobczak – Dekadę temu, wiosną, pozyskał go Ruch Chorzów. Młody napastnik wiosną raptem trzy razy wszedł na zmiany w końcówce, ale na początku sezonu 2008/09 zaczął pracować na swoje nazwisko. W 3. kolejce po jego golach „Niebiescy” pokonali Polonię Bytom 2:1. Dwa tygodnie później pokonał Marcina Cabaja, Cracovia dostała 2:0. Wokół Sobczaka zaczęło robić się głośno, tyle że kolejne szanse dawano mu bardzo oszczędnie. Na drugą rundę wypożyczono go do innego ekstraklasowca GKS-u Bełchatów, gdzie zagrał cztery razy i się pożegnał. Kolejne wypożyczenia (Zawisza Bydgoszcz, grecki Zakynthos, GKS Tychy) też nie obfitowały w sukcesy. Być może jego losy potoczyłyby się lepiej, gdyby zimą 2009 roku udało mu się przejść do MSK Żilina. Chciał go tam Duszan Radolsky, u którego debiutował w Ruchu. Wypożyczenie wydawało się pewne, niektóre media już je ogłosiły, ale w ostatniej chwili transakcję anulowali słowaccy działacze, uznając, że Polak w sparingach raził nieskutecznością i nie będzie wzmocnieniem.

A tak latem 2012 roku doszło do rozwiązania kontraktu z chorzowskim klubem. Wychowanek MOSiR-u Żory wyjechał do niższej ligi niemieckiej, gdzie także nie olśnił i kolejne lata to już głównie Pniówek Pawłowice Śląskie. Do niedawna wydawało się nawet, że Sobczak zakończył karierę, ale od obecnego sezonu znów występuje dla tego klubu w III lidze. Wchodził z ławki, zdobył jedną bramkę.

***

18. Przemysław Kita – Jeden z nielicznych na tej liście, którzy po cichu mogą jeszcze marzyć o powrocie na salony. Kita zresztą w czerwcu wystąpił w sparingu Piasta Gliwice z Bełchatowem, ale cała drużyna zagrała słabo, przegrywając 0:2, co na pewno mu nie pomogło. Na razie więc trzeba walczyć o swoje w drugoligowej Olimpii Grudziądz (na dziś 16 meczów, 5 goli), do której przyszedł z Warty Poznań. Był tam najlepszym strzelcem (osiem bramek), to on w starciu z Radomiakiem przypieczętował awans do I ligi, lecz mimo to odszedł.

25-latek w Ekstraklasie zadebiutował jeszcze w barwach ŁKS-u wiosną 2012 roku (trzy mecze, 54 minuty), ale pokazał się w niej dopiero w Cracovii. Jesienią 2013 był etatowym dżokerem, po wejściu z ławki regularnie okazywał się pożyteczny. W debiucie strzelił Podbeskidziu, potem trafiał też z Piastem i Zagłębiem Lubin, a asystował z Lechem i Wisłą Kraków. Sęk w tym, że na więcej nie było go stać. W następnej rundzie grał znacznie mniej, pod koniec sezonu zaś pracę stracił trener Wojciech Stawowy. Nie można powiedzieć, że Robert Podoliński skreślił Kitę nie mając materiału poglądowego. Dał mu 11 meczów w lidze, pojawiła się nawet passa siedmiu z rzędu występów, z czego trzy to wyjściowy skład. Jego podopieczny nie odpłacił się dobrą grą, wiosną 2015 miał już problem nawet z załapaniem się na ławkę. Rozstanie było jedynym logicznym rozwiązaniem. Po dwóch latach w drugoligowym Zniczu Pruszków (48 meczów, 6 goli) Kita pomógł awansować Warcie, a dziś jest w Grudziądzu. Może jeszcze o nim usłyszymy bez konieczności zagłębiania się w niższe ligi.

***

17. Maciej Tataj – W pierwszoligowym Dolcanie Ząbki potrafił błyszczeć i przed przyjściem do Korony Kielce, i po powrocie z niej, ale podczas półtorarocznego pobytu w Ekstraklasie czegoś mu zabrakło. Szeregi złocisto-krwistych zasilił zimą 2010 roku już jako 30-latek. Miał za sobą świetną rundę w Dolcanie (19 meczów, 12 bramek) i powędrował do Kielc razem z trenerem klubu z Ząbek Marcinem Sasalem, choć zapewniał, że nie była to transakcja wiązana. – Wszyscy mówią, że to on mnie sprowadził do Kielc, a to nieprawda. Zapytanie z Korony dostałem trochę wcześniej, niż trafił tam Sasal, fakt jego przejścia tylko pomógł mi podjąć ostateczną decyzję. Dobrze mi się z tym trenerem współpracowało. Ufał mi, a ja mu się odwdzięczałem dobrą grą. Udało się stworzyć fajną ekipę – wspominał w rozmowie z Łączy Nas Piłka.

W Koronie Tataj trafił w czwartym spotkaniu (z Odrą Wodzisław) i zablokował się na następnych siedem kolejek. Już się wydawało, że nic z tego, a tu nagle w dwóch ostatnich spotkaniach sezonu 2009/10 strzelił cztery gole – po dwa Zagłębiu Lubin i Ruchowi Chorzów. W następnym sezonie jednak nie poszedł za ciosem, poza występem przeciwko Bełchatowowi (gol i asysta) brakowało pozytywów w jego grze. Czarę goryczy przelał mecz 24. kolejki. Znów chodziło o Bełchatów, ale tym razem mowa o zagraniu, z którego wielu do dziś najbardziej kojarzy tę postać. Tataj wszedł za Andrzeja Niedzielana i w 90. minucie strzelił gola, tyle że samobójczego, który dał rywalom trzy punkty. Uderzył piłkę głową tak, jakby pomylił bramki i niczym rasowy snajper pokonał Zbigniewa Małkowskiego.

To był jeden z jego ostatnich występów w Ekstraklasie. Przyszedł Leszek Ojrzyński, nastąpiło nowe rozdanie. – Jak było naprawdę, zapewne nigdy się nie dowiem. W każdym razie trener Ojrzyński przyszedł do mnie i powiedział: – Maciek, chcę, żebyś został, ale góra naciska na twoje odejście. Nie wiem, czy rzeczywiście nie chciał się narażać zarządowi, czy też nie chciał mi powiedzieć wprost, że mnie nie chce w zespole i ujął to w taki sposób. Długo się w takim układzie nie zastanawiałem i zadzwoniłem do Dolcanu, do trenera Roberta Podolińskiego. Dostałem zielone światło i wróciłem na stare śmieci – znów cytat z ŁNP.

Po odejściu z Korony Tataj potrafił jeszcze strzelić 14 goli w jednym sezonie dla pierwszoligowego Dolcanu, a w edycji 2013/14 zdobył 22 bramki i został królem strzelców II ligi w barwach Motoru Lublin. Zdarzyło mu się tam też zagrać dla rezerw w A-klasie. Skończyło się na zwycięstwie 14:0, a on sam ukąsił 10 razy. Dziś król Ząbek pracuje jako wuefista, którym zresztą został już na początku tego wieku, gdy kopał w Okęciu Warszawa. Mało kto pamięta, że ma on za sobą także jeden występ w fińskiej ekstraklasie. Tamtejsze kluby mogły wystawiać zawodników testowanych również w meczach ligowych (!), Tataj w takim zagrał, ale akurat miał słabszy dzień, nie sprawił dobrego wrażenia i spakował walizki.

***

16. Krzysztof Sokalski – Przedziwna historia. Sokalski był nieźle zapowiadającym się napastnikiem Widzewa, dla którego zadebiutował w Ekstraklasie 28 lipca 2006 roku i natychmiast zaznaczył swoją obecność, strzelając gola Groclinowi. W tamtej rundzie trafiał jeszcze do siatki Wisły Płock, Górnika Łęczna i przede wszystkim Lecha, zapewniając zwycięstwo 3:2 po niezwykle emocjonującym widowisku.

W kolejnych rundach coś zaczęło się psuć. Wiosną 2007: 10 meczów, 0 goli. Jesień 2007: 7 meczów, 0 goli. Mimo to nadal uchodził za zawodnika rozwojowego, który jednak na jakiś czas musi zmienić otoczenie. Tymczasem Sokalski w wieku zaledwie 21 lat, nie mając problemów zdrowotnych, zdecydował o zakończeniu kariery! Wszyscy byli w szoku, lecz w klubie zgodzili się zaakceptować prośbę piłkarza złożoną na piśmie.

 – Kiedy trener Waldemar Fornalik zdecydował, że Sokalski nie załapie się do kadry, zaproponowaliśmy mu wypożyczenie do innych zespołów i przedstawiliśmy mu dwie konkretne oferty z Tura Turek i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Te kluby też prosiły o kontakt z nim. Później dowiedziałem się, że Sokalski złożył pismo z prośbą o rozwiązanie umowy umotywowaną zakończeniem kariery – cytowała „Gazeta Wyborcza” dyrektora sportowego Marka Zuba.

Krzysiek od pół roku właściwie nie grał i to nie dlatego, że ktoś się pomylił i dlatego na niego nie stawiał. Trener Fornalik też uznał, że nie przyda się drużynie w nowym sezonie, więc coś w tym jest. Ale rzeczywiście jego decyzja jest zaskakująca i warto byłoby z nim porozmawiać. Gdyby tylko on tego chciał. Ale to jego prywatna sprawa, w życiu dzieją się różne rzeczy – dodawał.

O co chodziło? W zasadzie do dziś nie wiadomo. Mówiło się, że Sokalski z powodów osobistych nie chciał opuszczać Łodzi i wolał nawet dać sobie spokój z piłką niż wyjeżdżać. Podobno wybrał studia zamiast futbolu.

***

15. Łukasz Jamróz – Modelowy wręcz przykład piłkarskiego meteoru. Jamróz był wychowankiem Korony, ale nie uchodził za jakiś niesamowity talent, a dwa wypożyczenia do III ligi nie kończyły się furą goli. Nic nie wskazywało na przełom. Mierzący 190 cm wzrostu napastnik już po raz trzeci próbował zaistnieć w pierwszym zespole, powoli wybijał dla niego ostatni dzwonek. A jednak 20 lutego 2012 roku Leszek Ojrzyński postanowił mu zaufać i wstawił do składu na spotkanie z Jagiellonią. Jamróz został bohaterem, kielczanie wygrali 2:0 po jego golach. Najpierw odwrócił się z piłką mimo Luki Gusicia na plecach – co akurat nie musiało być wielką sztuką, mowa o jednym z najsłabszych obrońców ostatnich lat w Ekstraklasie – i zrobił swoje, a potem dobił strzał Hernaniego, który obronił Grzegorz Sandomierski.

Mimo to dało się zauważyć, że zawodnik ten – delikatnie mówiąc – piłkarską jakością nie imponuje. Miał dobre warunki fizyczne, potrafił się zastawić, ale w samej grze widać było wiele braków. Nie dziwi zatem, że dość szybko został zweryfikowany, zwłaszcza iż nieraz wystawiano go na skrzydle, co przy jego wzroście nie wydało się dobrym pomysłem. W 2012 roku rozegrał jeszcze 13 meczów ligowych i więcej ofensywnych konkretów nie miał. Słabo poszło mu też na wypożyczeniach w Arce Gdynia (I liga) i Stali Rzeszów (II liga), dlatego latem 2014 nikt nie mógł być zdziwiony, że Korona definitywnie mu podziękowała. Nie podołał przy kolejnym pierwszoligowym podejściu (Stomil), a trzy ostatnie lata to trzecioligowe KSZO. Kompromitacji nie było, szału też nie (łącznie 29 bramek).

Jamróz najwyraźniej zdał sobie sprawę, że na szersze wody już nie wypłynie i tego lata wrócił do Korony, tyle że już w innej roli. 28-latek został trenerem grup młodzieżowych, odpowiedzialnym także za przygotowanie fizyczne. Oprócz tego pracuje w klasach sportowych w Szkole Podstawowej nr 27 w Kielcach. Kopie już zupełnie amatorsko w czwartoligowym Neptunie Końskie.

***

14. Michał Przybyła – Kolejny napastnik Korony, który przed swoimi pięcioma sekundami ani zbytnio nie rokował, ani nie błyszczał na niższych szczeblach. No dobra, o Przybyle możemy powiedzieć, że nawet miał swoje pięć minut. Konkretnie jesienią 2015 roku. Też w dużej mierze wypromował się kosztem Jagiellonii. Mecz 1. kolejki, Krzysztof Baran nabija go piłką tak, że ta wpada do siatki, a nastrzelony zwija się z bólu na boisku, bo został trafiony pod wątrobę. Piłkarskie jaja w pełnej okazałości. W tym samym spotkaniu Przybyła na listę strzelców wpisał się jeszcze raz i znów zrobił to nietypowo. W zasadzie fatalnie skiksował, ale miał mnóstwo szczęścia i piłka jakoś znalazła się w bramce.

W następnej kolejce już zupełnie normalnie strzelił głową Zagłębiu Lubin. Zrobił sobie kilka tygodni przerwy, aż do wyjazdu na Legię. W 90. minucie przy linii końcowej zabrał piłkę Jakubowi Rzeźniczakowi i uderzeniem z ostrego kąta zaskoczył Dusana Kuciaka. Korona sensacyjnie wygrała 2:1.

Przybyła w całym sezonie trafił potem jeszcze tylko z Podbeskidziem (oczywiście w brzydki sposób) i zakończył go z pięcioma golami, co prawdopodobnie i tak pozostanie największym osiągnięciem w jego karierze. Brakowało mu tego „czegoś”, widać to było nawet wtedy, gdy strzelał. Jesień 2016 to 12 meczów bez gola, wiosna 2017 upłynęła na nieudanym wypożyczeniu do Chojniczanki. Nic dziwnego, że po powrocie w Kielcach nie miał już przyszłości. Dalsze losy potwierdzają, że słusznie. Ubiegły sezon – raptem trzy gole w II lidze dla Warty Poznań. Obecny – jedna bramka w trzecioligowej Kotwicy Kołobrzeg.

***

13. Adam Duda – Zmarnowany talent. Jako wychowanek Lechii był w Gdańsku powszechnie lubiany, a gdy wiosną 2013 roku zaczął strzelać dla biało-zielonych w Ekstraklasie, zapowiadało się, że rośnie nam kawał snajpera. „Młody Duda” (miał już 22 lata, a często tak o nim mówiono), cieszył się sporym zaufaniem Bogusława Kaczmarka. W tamtej rundzie zdobył pięć bramek, m.in. piętą w niesamowicie emocjonującym meczu z Ruchem Chorzów, zakończonym remisem 4:4.

Napastnik ten chwilami również irytował. Z Jagiellonią co prawda raz trafił do siatki, ale zmarnował 5-6 wybornych sytuacji i ostatecznie gospodarze przegrali 2:3. Przed sezonem 2013/14 do Lechii przyszedł Michał Probierz. Między nim a Dudą, delikatnie mówiąc, nie zaiskrzyło. – Nie ma co ukrywać, że najwięcej problemów przysporzył mi trener Probierz. Od  początku miał do mnie problem, nie podobało mu się, że lubili mnie kibice, dziennikarze i ludzie z klubu. Przez pierwsze pół roku starałem się nie reagować na jego złośliwości, ale on za wszelką cenę chciał pokazać, że się nie nadaję. Sprawił mi wiele przykrości, na treningach przy całej drużynie bezpodstawnie mnie krytykował, co było bardzo dołujące i demotywujące. Ale chyba o to mu właśnie chodziło. Chciał mnie zniszczyć. Była raz taka sytuacja, gdy w rezerwach prezentowałem bardzo dobrą formę i strzelałem sporo bramek. Pojechałem na mecz z Zagłębiem do Lubina. Byłem pewny, że dostanę szansę, ponieważ udowodniłem, że jestem w dobrej dyspozycji. Tymczasem przed samym meczem trener Probierz powiedział, że jestem numer „19” i nie ma mnie w kadrze meczowej. Przejechałem całą Polskę, by nawet nie móc usiąść na trybunach. Upokorzył mnie przed całym zespołem, to było straszne uczucie. Żałuję, że na niego trafiłem. Co więcej, przez jego nastawienie zostałem namówiony do odejścia do Chojnic, gdzie moja kariera wyhamowała prawie do zera – opowiadał niedawno piłkarz w rozmowie z 2×45.info.

Duda miał do niego żal, że blokował jego odejście do innego klubu Ekstraklasy, choć tak naprawdę wcale na niego nie liczył. – To była dziwna sytuacja. Twierdził, że do Ekstraklasy mnie nie puści, bo nie będę tam grał. Ja mu odpowiedziałem, że to klub, do którego pójdę oceni, czy się nadaję, czy nie. Potem wypowiedział się w mediach, że nie chce wzmacniać konkurencji, więc tak naprawdę sam sobie zaprzeczył. Skoro byłem dobry, to czemu chciał mnie oddać? Zrobił mi to celowo, a ja chciałem grać, więc stąd była decyzja o odejściu do Chojnic – wspominał.

Do Chojniczanki Duda zawitał tuż przed startem rundy wiosennej. Szybko doznał kontuzji, wypadł na kilka tygodni, a później grał głównie na skrzydle. To nie mogło się dobrze skończyć. Latem 2014 odszedł do Widzewa, który spadł do I ligi. Transakcja została podpięta pod przyjście do Gdańska Bartłomieja Pawłowskiego. W Łodzi blondwłosy snajper nie wytrzymał presji. Spodziewano się po nim wielu bramek, skończyło się na jednej w czternastu występach. Atmosfera była fatalna, kibice drwili z drużyny, a klub nie płacił miesiącami. Duda wytrzymał pół roku, rundę wiosenną spędził jako bezrobotny. Światełko w tunelu pojawiło się, gdy przygarnęła go Pogoń Siedlce. Jesienią 2015 strzelił na zapleczu Ekstraklasy siedem goli i dołożył dwie asysty.

Co się więc popsuło? – Zimą przyszło trzech nowych chłopaków. Prezes naciskał, by na nich stawiać, bo po co w takim razie ich kupił? Na ławkę? Doszło więc do tego, że trener Sasal zastąpił mnie Gołębiewskim, a ja, mimo dobrej formy, zostałem odsunięty – tłumaczył na 2×45.

Nieporozumieniem okazał się półroczny pobyt w Rozwoju Katowice, więc zawodnik wrócił w rodzinne strony i bardziej skupił się na życiu rodzinnym. Od dwóch lat oglądamy go na trzecioligowych boiskach. Teraz zaczął drugi sezon w Bałtyku Gdynia. W poprzednich rozgrywkach zdobył 12 bramek, w trwających ma na razie 6 (w czternastu spotkaniach).

***

12. Piotr Madejski – Wiosną 2007 roku przebojowy skrzydłowy zaczął się przebijać w Górniku Zabrze, a w kolejnym sezonie stał się jeszcze ważniejszą postacią drużyny z Roosevelta. Doszło nawet do tego, że został jednym z najbardziej sensacyjnych reprezentantów Polski w XXI wieku. Leo Beenhakker w grudniu 2007 powołał go na ligowy spęd z Bośnią i Hercegowiną. Madejski wszedł w końcówce za Jakuba Wawrzyniaka i już zawsze przy swoim nazwisku miał 1A.

Epizod ten nie przyspieszył jego kariery, która szybko zaczęła pikować i tak już zostało. Z Ekstraklasy zniknął po drugim pełnym sezonie (nie wyszedł mu: 23 mecze, 2 gole, 1 asysta) wraz ze spadkiem Górnika. A jeszcze pół roku wcześniej mówiło się, że może wyjechać na Zachód. – Piotr to zawodnik na tyle dobry, że może zaistnieć wszędzie, czyli w każdej mocnej lidze europejskiej – cytował „Przegląd Sportowy” jego agenta Ryszarda Szustera. Padały nazwy Hannoveru czy Energie Cottbus. Nie wyszło.

Na drugim froncie Madejski utrzymywał się przez dłuższy czas, ale nawet sezon, w którym zaliczył kilkanaście asyst w barwach Miedzi Legnica nie wypromował go wyżej. Poważne granie zakończył wiosną 2016, gdy nie udało mu się pomóc MKS-owi Kluczbork w uniknięciu degradacji do II ligi. Później kopał już głównie dla przyjemności na amatorskim poziomie.

***

11. Kamil Oziemczuk – Stereotypowy wręcz przykład młokosa, który po pierwszych przebłyskach wyjeżdża za granicę, tam sobie nie radzi, a po powrocie już nigdy nie odzyskuje formy wyjściowej. Oziemczuk jako 17-latek był objawieniem sezonu 2005/06 w Górniku Łęczna. Wszedł do Ekstraklasy bez kompleksów, a pierwszego gola strzelił na stadionie Legii, pieczętując niespodziewaną wygraną 2:0. Wiosną trafiał z Koroną i Górnikiem Zabrze, stał się już piłkarzem wyjściowego składu.

Jeden sezon wystarczył, żeby podpisał czteroletni kontrakt z Auxerre, choć niedawno w „Przeglądzie Sportowym” przekonywał, że wcale nie chciał opuszczać kraju. – Chciałem zostać w Łęcznej. Miałem już nawet gotowy kontrakt, wszystko były uzgodnione, ale kiedy przyszedłem podpisać umowę, nagle coś się zmieniło. Warunki były gorsze. Wszystko wskazywało na to, że działacze chcą się mnie pozbyć – opowiadał.

Kamil Oziemczuk w koszulce Bogdanki Łęczna, 2013 rok. Fot. Michał Stawowiak/400mm.pl

Kamil Oziemczuk w koszulce Bogdanki Łęczna, 2013 rok. Fot. Michał Stawowiak/400mm.pl

We Francji spędził dwa lata. Nigdy nie zadebiutował w seniorach, za to zerwał więzadła w kolanie. Lądowanie w Polsce i tak miał nie najgorsze, bo w I lidze. Najpierw w Motorze Lublin, później znów w Łecznej, ale to już nie było to samo. W międzyczasie po raz drugi zerwał więzadła. W pewnym momencie znajdował się nawet na zesłaniu w czwartoligowych rezerwach Górnika. Chciał kończyć z graniem i wyjechać za siostrą do Anglii. Został, przez pół roku treningi łączył z pracą przy kładzeniu światłowodów. Kolejne lata to już tylko III liga. Przez dwa ostatnie sezony był ważną postacią Motoru, ale latem doszło do rozstania. Pojawiła się szansa na spróbowanie po raz trzeci sił w Łęcznej. Oziemczuk trenował z Górnikiem, zagrał nawet w sparingu z Legią, w którym strzelił gola. Do podpisania kontraktu jednak nie doszło i piłkarz zakotwiczył w czwartoligowym Hetmanie Zamość. Oziemczuk przekroczył trzydziestkę i zapewne nie ma złudzeń, że w karierze czeka go jeszcze coś wielkiego.

***

10. Marcin Siedlarz – W zasadzie mógłby przybić piątkę z Oziemczukiem, tyle że w tym przypadku jeszcze więcej jest winy samego zainteresowanego. W Ekstraklasie zaczął grać już jako 16-latek. W Górniku Zabrze bieda aż piszczała, Siedlarz na tym korzystał i wskakiwał do składu. Przez półtora roku rozegrał 25 meczów ligowych, w swoim ostatnim strzelił zwycięskiego gola z Groclinem. Nieraz bardzo go chwalono, na przykład po spotkaniu z Legią. Jego styl gry porównywano do Gennaro Gattuso.

Siedlarz wiosnę 2006 roku spędził na wypożyczeniu w rywalizującym szczebel niżej Widzewie, ale już zawczasu podpisał kontrakt ze Sieną. We Włoszech zachłysnął się dużymi zarobkami, pochłonęły go imprezy i lans, o czym w marcu szczerze opowiadał w rozmowie z Leszkiem Milewskim. – Miałem sodówkę, pewnie, że tak. Nie wiedziałem jak się zachowywać. Jak trafiłem do Włoch w ogóle nie miałem przekonania, że teraz trzeba zapieprzać trzy razy więcej. Myślałem, że wszystko stanie się naturalnie tak jak do tej pory – za chwilę się na mnie poznają, trafię do Milanu, Ligi Mistrzów, będę nie wiadomo kim. Pieniędzy miałem tyle, że nie wiedziałem na co je wydawać. (…) Najszybciej w sklepie Armaniego, który miałem pod nosem. Od razu z wypłatą tam leciałem. Mnóstwo wydawałem na bilety do Krakowa. Prosto po meczu Primavery – w Serie A tylko dwa razy załapałem się na ławkę – kupowałem bilet na samolot. Nie liczyło się czy kosztują pięćset euro czy tysiąc pięćset euro, liczyło się to, żeby zdążyć spotkać się z kolegami i pokazać jaki jestem wielki – mówił.

 – Przecież grałem w reprezentacji Polski w swoim roczniku. Mogłem w niej zostać. Grosik, Małecki, Korzym – obiektywnie patrząc, osiągałem w swoim czasie więcej. Lewandowski późno wszedł do reprezentacji, żartowaliśmy się z niego, że jest patyczak i nie ma koordynacji. Pod tym względem dzięki kung fu odstawiałem go o długość. Chłopaki z Polski patrzyli we mnie i Kamila Oziemczuka, który przyjeżdżał z Auxerre, jak w obrazek. Ale my przyjeżdżaliśmy na zgrupowania już z nie wiadomo czym w głowie. Trener Zamilski dostrzegł, że szumi nam w głowach i zaczął nas odsuwać. Do dziś ciężko mi się ogląda mecze reprezentacji – dodawał z żalem.

Siedlarz zaczął przesadzać z hazardem, popadł w długi. W Italii spędził rok i nagle został na lodzie. Powrót do kraju okazał się upokarzający. W Ruchu Chorzów grał tylko w Młodej Ekstraklasie. Nie robił furory w Przeboju Wolbrom, nie wyszło mu w I lidze w GKS-ie Katowice. Swoją przystań znalazł dopiero w Garbarni Kraków, w której jest do dziś – z krótką przerwą na Flotę Świnoujście. Po awansie na zaplecze Ekstraklasy jego rola jednak znacznie zmalała. W tym sezonie jak dotąd rozegrał pięć minut.

***

9. Adrian Paluchowski – Losy Paluchowskiego być może potoczyłyby się inaczej, gdyby dostał większy kredyt zaufania w Legii. Trener Jan Urban jakoś nie miał do niego przekonania, mimo że rozgrywając na koniec sezonu 2008/09 trzy mecze w pierwszym składzie, uzbierał on dwa gole i dwie asysty. Nowy sezon zaczął od dwóch bramek z Zagłębiem Lubin (niektórzy uważali nawet, że miał hat-tricka, na czele z samym piłkarzem), za co w nagrodę… trafił na ławkę. Urban najwyraźniej szedł tokiem myślenia Oresta Lenczyka, uznającego nieraz, że facet drugiego tak dobrego meczu nie zagra.

– Byłem najlepszym strzelcem Legii w przedsezonowych sparingach, w meczu eliminacji do Pucharu UEFA zacząłem od gola, a inauguracji ligi nie mogłem mieć lepszej, bo niewiele jest rzeczy bardziej wartościowych dla napastnika niż hat-trick przy wyniku 4:1 dla twojego zespołu. Trochę mnie to załamało, bo skoro strzelam, to dlaczego siedzę. Może nie powianiem strzelać i wtedy bym grał? – ironicznie pytał w rozmowie z Weszło z 2016 roku.

– Teraz widzę, że trener mógł sądzić, że nie jestem jeszcze wystarczająco silny psychicznie, by podołać wyzwaniu strzelania goli dla Legii. Nie miał jednak pewności. Ja mam świadomość tego, że szansę, którą mi dał wykorzystałem maksymalnie. Liczby mówią same za siebie. Inna sprawa, jak widział to Urban – dodawał.

Później Paluchowski już nigdy nie błysnął w Ekstraklasie. Piast Gliwice, do którego był wypożyczony, wolał dopłacać Legii (7,5 tys. zł za każde spotkanie poniżej 45 minut tego zawodnika) niż mocniej na niego postawić. Kilka lat później wychowanek Agrykoli Warszawa awansował do elity z Termaliką i… odszedł po zaledwie trzech występach. Na dłuższą metę sprawdzał się tylko blisko domu – w Zniczu Pruszków i Pogoni Siedlce, dla której gra dziś w II lidze. Aktualny dorobek z tego sezonu to 19 meczów i 11 goli.

***

8. Patryk Mikita – Kolejny meteor, który na chwilę błysnął w Legii, a później runął na ziemię i w niej pozostał. Mikita to przypadek bardziej drastyczny, bo o ile Paluchowski nigdy nie wzbudzał emocji poza boiskiem i poza Ekstraklasą ogólnie dawał sobie radę, o tyle tutaj mowa o kimś, kto nawet w niższych ligach nie potrafi regularnie potwierdzać klasy, a ze wcześniejszych lat ma swoje za uszami.

W 1. kolejce sezonu 2013/14 zdobył bramkę z Widzewem, zaczął się szał, który zresztą zapoczątkowano już wcześniej. W maju prezes Bogusław Leśnodorski stwierdził, że „Mikita to kosmita”, mając na myśli jego potencjał. Legijny młokos za szybko uwierzył w siebie, nie był przygotowany na ciężką harówę i walkę o skład. W lidze dla Legii jeszcze tylko trzy razy wystąpił od początku. Jego akcje błyskawicznie zaczęły spadać.

 – Może byłem za wcześnie wprowadzany do pierwszej drużyny Legii? Debiut miałem bardzo dobry, bo jak inaczej nazwać bilans z golem i asystą, a przecież w pierwszej połowie nie wykorzystałem kilku dobrych szans, potem było gorzej, ale pamiętajmy, że byłem bardzo młodym zawodnikiem. Potem wszystko się odwróciło. Trener Jan Urban odważnie na mnie stawiał, ale przyszła zmiana szkoleniowca i… nikt już mnie w Legii nie chciał. Taka jest polska piłka. Wszystko potrafi odwrócić się w ciągu miesiąca. Wchodząc do szatni Legii byłem pewny swego, po sukcesach stałem się bezczelny, a pod koniec to już zagubiony w tym całym chaosie. To się kumulowało. Byłem za młody na wszystko, co na mnie spadało. Sukcesy, niepowodzenia, pochwały, krytyka. Za dużo intensywnych wrażeń. Po zmianie trenera wszyscy młodzi nagle zostali odsunięci od gry – tłumaczył niecały rok temu w „Przeglądzie Sportowym”.

Nie odbudował się wiosną na wypożyczeniu w Widzewie i trzeba było się pożegnać. Mikita przez następne trzy sezony w I lidze nie wrócił na właściwe tory. Dla Dolcanu i Chojniczanki łącznie uzbierał przez ten okres 51 ligowych gier i raptem cztery gole. W Chojnicach zapamiętają go ze wspaniałej bramki z… Legią w Pucharze Polski, ale to zdecydowanie za mało.

Latem ubiegłego roku Mikita zszedł do II ligi i liczby nadal nie pozostawiają złudzeń, że szału nie ma. Poprzedni sezon (najpierw Siarka Tarnobrzeg, później Radomiak Radom) to 27 meczów i 5 goli. Ten trwający także nie rzuca na kolana – 16 spotkań, 3 trafienia. Mimo że mowa dopiero o 24-latku, bylibyśmy zaskoczeni, gdyby jeszcze wrócił na salony. Mentalnie musiałby się zmienić o 180 stopni. Przykleiła się do niego (nie bez powodu w wielu przypadkach) łatka człowieka imprezowego, niezdyscyplinowanego i niezbyt inteligentnego, którą bardzo trudno będzie odkleić.

***

7. Tomasz Mikołajczak – W wieku niespełna 22 lat w 2009 roku przeszedł z drugoligowej Nielby Wągrowiec do Lecha. Wygrał los na loterii, bo trafił do świetnego zespołu, który wywalczył mistrzostwo Polski. Po Mikołajczaku widać było, że raczej nie osiągnie poziomu Roberta Lewandowskiego czy Hernana Rengifo, ale swoją konkretną cegiełkę do tego tytułu dołożył. W 24 ligowych spotkaniach zdobył cztery bramki. Najważniejszy moment to ostatnia kolejka rundy jesiennej. Po godzinie spotkania z Koroną wszedł na boisko za Andersona Cueto przy wyniku 0:0 i dwukrotnie pokonał Zbigniewa Małkowskiego.

Pierwszym sygnałem, że faktycznie w perspektywie lat nie jest to materiał na wielkiego napastnika było kompletnie nieudane wypożyczenie do Polonii Bytom, w której na ekstraklasowych murawach zameldował się jedynie czterokrotnie i niczego nie upolował. Wiosną 2010 wrócił do Poznania, do końca sezonu rozegrał osiem meczów i nawet udało mu się dobić Arkę w Gdyni.

Gwoździem do trumny okazał się powrót do Wągrowca na wypożyczenie, z którego wrócił ze złamaną kością strzałkową. Drogi jego i „Kolejorza” rozeszły się wtedy na zawsze. Mikołajczak latem 2012 osiadł w drugoligowej wówczas Chojniczance i od razu pomógł jej awansować na zaplecze elity. Minęło wiele lat, ale tu nic się nie zmieniło. Piłkarz ten wciąż gra dla klubu z Chojnic w I lidze. Miewał okresy lepsze (14 goli i 10 asyst w sezonie 2014/15) i gorsze (zerwane więzadła w sezonie następnym), ale dziś to już człowiek-instytucja w Chojnicach. Niedługo dobije do dwustu występów i pięćdziesięciu goli w żółto-biało-czerwonych barwach. Jeśli mamy go jeszcze zobaczyć w Ekstraklasie, to raczej tylko w razie awansu Chojniczanki, dla której to mniej lub bardziej skonkretyzowany cel już od dłuższego czasu.

***

6. Fabian Pawela – Jego historia jest jedną z najbardziej nietypowych. W juniorach Polonii Świdnica wymiatał razem z Januszem Golem i Arkadiuszem Piechem. To jemu wróżono największą karierę. Pawela jednak szybko obrał nietypowy kurs i nie mając jeszcze seniorskiego otrzaskania w 2004 roku wyjechał do Grecji, w której spędził aż sześć lat. W Super League nigdy nie wystąpił, kilka razy siedział na ławce Chalkidony. Grał w niższych ligach, ale przekonywał później, że utrzymywał się tylko z piłki i nawet trochę odłożył.

W 2009 roku podobno był bliski trafienia do Portugalii. Spodobał się w drugoligowym Penafiel, do którego miał trafić po kolejnej rundzie. Gdy jednak napastnik, którego miał tam zastąpić, zakończył granie i został dyrektorem sportowym ekstraklasowego Pacos de Ferreira, Polak udał się na testy właśnie do tego klubu. Nic z tego nie wyszło, ktoś z kimś się nie dogadał, a w międzyczasie zamknęły się też drzwi do Penafiel. Były jeszcze testy w Belenenses i znów klapa. – W Belenesens po prostu unosiłem się nad boiskiem, byłem pełen nadziei. Już w Pacos od nikogo nie odstawałem piłkarsko, a w Lizbonie wychodziło mi wszystko. Owocował trudny obóz, który przeszedłem z Pacos. Gdy jednak po dwóch sparingach, w których strzeliłem dwa gole, działacze Belensens chcieli żebym jeszcze zagrał w wewnętrznym meczu z młodzieżówką, po prostu wyjechałem z Lizbony – tłumaczył w „Przeglądzie Sportowym”.

Podłamany wrócił do Polski i dopiero kilka miesięcy później znalazł zatrudnienie w drugoligowych Czarnych Żagań. Przez półtora roku prezentował się na tyle dobrze, że bez testów wzięło go Podbeskidzie, które zaczynało swój drugi sezon w Ekstraklasie. Pokazał się natychmiast i to dosłownie. 1. kolejka edycji 2012/13, 18. sekunda meczu z Jagiellonią na wyjeździe. Pawela uciekł Michałowi Pazdanowi i wykorzystał podanie Roberta Demjana z prawego skrzydła. Na video poniżej od 6:50.

To było jego pięć minut. W tamtym sezonie grając jako cofnięty napastnik w 24 meczach zdobył 7 bramek i zaliczył 3 asysty. Najbardziej pamiętny występ miał miejsce w 28. kolejce. „Górale” po dwóch golach Paweli wygrali na stadionie Lecha 2:0. To był decydujący moment w wyścigu o mistrzostwo Polski. Legia co prawda tylko wtedy zremisowała, ale wobec porażki „Kolejorza” na dwie kolejki przed końcem miała nad nim sześć punktów przewagi.

Następny sezon był już mniej udany. Paweli bez wsparcia Demjana (odszedł do Beveren) grało się trudniej. W efekcie skończyło się na czterech bramkach i czterech asystach, choć trzeba mu oddać, że w grupie spadkowej osiągnął najlepszą formę i dawał ofensywne konkrety w kluczowych meczach. Zapewne nigdy nie zapomni wcześniejszego spotkania z Koroną w Kielcach z 21. kolejki. W 55. minucie wyrównał na 1:1, a kilkadziesiąt sekund później… trafił do własnej bramki po rzucie rożnym Pawła Golańskiego i jego drużyna przegrała.

Pawela po dwóch latach w Bielsku wyemigrował do Energie Cottbus, ale w trzeciej lidze niemieckiej nie dał rady (18 meczów, bez gola). Jeszcze bardziej rozczarował w pierwszoligowej Olimpii Grudziądz, gdzie mocno na niego liczono, a skąd pogoniono go już po jednej rundzie. Poniżej oczekiwań zaprezentował się również w II lidze w Polonii Warszawa i zawiesił buty na kołku, przynajmniej jeśli chodzi o wyczynowe granie. Ostatni ślad to dołączenie do drużyny Tiki Taka z warszawskiej ligi Playareny.

Wychodzi na to, że Pawela tak w pełni poważnie grał w piłkę przez 3,5 roku, mimo że jego kariera trwała około 15 lat.

***

5. Daniel Mąka – Dziś jest kapitanem Widzewa i walczy z nim o I ligę. Jak sami się już przekonaliście, można skończyć gorzej, ale 10 lat temu Mąka z pewnością zakładał, że jego kariera znacznie bardziej się rozwinie. W Polonii Warszawa liznął Ekstraklasy jeszcze w sezonie spadkowym 2005/06 (dwa mecze), ale dopiero po powrocie „Czarnych Koszul” do elity latem 2008 zaczęło być o nim głośniej. W 1. kolejce od razu doszło do derbów z Legią i młody skrzydłowy tuż przed przerwą strzelił gola na 2:1 (końcowy wynik 2:2).

Miesiąc później wszedł w 56. minucie spotkania z Polonią Bytom i zdążył zapisać na swoje konto hat-tricka. Trudno było nie zainteresować się jego postacią, mówiło się nawet o możliwym powołaniu do reprezentacji przez Leo Beenhakkera. Nie mógł wtedy przypuszczać, że za trzy lata będzie grał w Bytomiu na poziomie I ligi i to na dodatek bez oszałamiających efektów.

Wszystko co dobre, szybko się skończyło. Mąka do końca sezonu 2008/09 zdobył jeszcze dwie bramki, w kolejnym w dziesięciu meczach nie trafił ani razu i wykopano go z klubu. Miał do wyboru: albo rozwiązuje kontrakt rok przed czasem, albo spędzi go w Klubie Kokosa. – Czasami bywa tak, że ktoś oddaje się w stu procentach, a później jest traktowany jak… Nie chcę używać niecenzuralnych słów, więc powiem, że jak ktoś mało ważny. Życie bywa brutalne. Na gorąco bardzo mnie to bolało. Nie tak wyobrażałem sobie odejście z Polonii. Chciałem iść na kolejne wypożyczenie, ale zostało mi ono zablokowane przez dyrektora sportowego. Nie będę przytaczał jego nazwiska, ale łatwo można dojść, o kogo chodzi. To on w głównej mierze przyczynił się do tego, że musiałem odejść. Mogłem wprawdzie zostać i przez rok biegać po schodach, ale mnie to nie interesowało. Cieszę się, że postąpiłem, jak postąpiłem. Było przykro, ale wyszło na dobre. Z Polonią i tak będę utożsamiał się do końca życia – mówił w 2012 roku w rozmowie z 2×45.info.

Zaczęło się pierwszoligowe zwiedzanie kraju: Termalica, Polonia Bytom (odszedł z niej za… 500 zł, tyle wynosiła klauzula), Zawisza Bydgoszcz, GKS Tychy, Bytovia (dwa lata). Miewał fajne okresy, ale nie aż tak, by Ekstraklasa ponownie się o niego upomniała. W Bytovii został odstawiony w listopadzie 2014 roku, gdy wraz z Sebastianem Małkowskim (o nim jeszcze będzie) i Robertem Hirszem sobie zabalowali. Jego koledzy wylecieli z klubu, on ze względu na zaledwie 0,1 promila alkoholu we krwi dostał karę finansową, ale od tego incydentu już praktycznie nie grał. Latem 2015 odszedł na zasadzie wolnego transferu i zdecydował się zejść do III ligi, żeby zakładać koszulkę Widzewa i dziś chyba nie żałuje, mimo że kilka razy w tygodniu jedzie z Warszawy do Łodzi i z powrotem.

***

4. Jacek Ziarkowski – W pewnym sensie to protoplasta historii Grzegorza Piechny. Ziarkowski późno wszedł nawet na pierwszoligowe areny, ale gdy już to się stało, został tam królem strzelców jako piłkarz Hetmana Zamość i latem 2002 roku podpisał kontrakt z Odrą Wodzisław. Miał 27 lat. Premierowy rok w Ekstraklasie imponujący: 27 meczów, 14 goli. W kolejnym sezonie zdążył rozegrać trzy mecze i pokonać bramkarza Widzewa, a następnie skusił się na ofertę Malatyasporu (obecny klub Guilherme). Wypożyczono go na rok z opcją pierwokupu.

Jacek Ziarkowski w barwach Odry Wodzisław, 2003 rok. Fot. newspix.pl

Jacek Ziarkowski w barwach Odry Wodzisław, 2003 rok. Fot. newspix.pl

W tureckiej ekstraklasie już w debiucie zdobył bramkę z Samsunsporem, ale to był jego jedyny występ. Na treningu zerwał więzadła w kolanie, nie mógł znaleźć wspólnego języka z działaczami i już po jednej rundzie wrócił do Odry. Do najlepszej formy nie był w stanie nawiązać. Grał sporadycznie, podobnie jak w Groclinie i Górniku Zabrze. W lidze strzelił jeszcze tylko dwa gole. W wieku 31 lat podziękował profesjonalnemu futbolowi i przez wiele sezonów występował w Sparcie Rejowiec Fabryczny (IV liga i okręgówka), gdzie potem zaczynał pracę trenerską. Prowadził też Avię Świdnik, a dziś jest szkoleniowcem klubu, z którego wypłynął na szersze wody, czyli Hetmana Zamość. Jeden z jego podopiecznych to opisywany trochę wyżej Kamil Oziemczuk.

***

3. Sebastian Małkowski – Lechia w ostatnich latach ma „szczęście” do bramkarskich meteorów, bo za takiego mógłby zostać uznany również Wojciech Pawłowski, tyle że on znajduje się dziś w kadrze Górnika Zabrze, więc nie spełnia kryteriów rankingu. Małkowski to jeszcze bardziej jaskrawy przykład. Ekstraklasowy debiut zaliczył 11 maja 2010 roku, gdy wystąpił przeciwko GKS-owi Bełchatów i… nie dokończył meczu z powodu kontuzji. Głośniej zrobiło się o nim w następnym sezonie. Wskoczył między słupki w 11. kolejce i rozegrał 11 meczów z rzędu. Po dziewięciu sensacyjnie wystąpił w reprezentacji w komicznym spotkaniu na piasku z Litwą, które przegraliśmy 0:2. Powołanie od Franciszka Smudy otrzymał już miesiąc wcześniej, ale i tak wystawienie go w biało-czerwonych szokowało. Skompromitowaliśmy się, co nie zmienia faktu, że wychowanek Wisły Tczew do końca życia będzie mógł się szczycić tym, że wystąpił w kadrze obok Roberta Lewandowskiego, Łukasza Piszczka, Kamila Glika czy Jakuba Błaszczykowskiego.

Zaraz potem piękna bajka zaczęła się kończyć. Małkowski wypadł ze składu i choć następny sezon rozpoczął jako nr 1, po ośmiu meczach znów poszedł w odstawkę, grał już tylko sporadycznie. Nadszedł najgorszy okres, a zawodnik sam dołożył do pieca wpisem na Facebooku, który niektórzy z was pewnie do dziś pamiętają.

malkowski sebastian wpis

Trzeba przyznać, że facet miał też sporo pecha. Dwukrotnie z powodu kontuzji musiano go zmieniać na samym początku. Raz chodziło o drobny uraz ręki, w drugim przypadku o poważne problemy mięśniowe (dwa miesiące przerwy). Przytrafiły mu się one w pierwszym ligowym meczu po zerwaniu więzadeł, przez które stracił całą jesień 2012. Można było się załamać, nie ma co. Koniec jego przygody z Lechią miał miejsce rok później. Michał Probierz po dwóch porażkach 1:4 zmienił bramkarza i więcej już na Małkowskiego nie postawił. Panowie nie przypadli sobie do gustu. W połowie sezonu 2013/14 rozwiązano kontrakt. Początkowo gdańszczanie chcieli swojego piłkarza wypożyczyć, ale sam zainteresowany kręcił nosem i przedobrzył, bo zamiast pójść do klubu Ekstraklasy broniącego się przed spadkiem, ostatecznie w akcie desperacji wylądował w drugoligowej wówczas Bytovii.

Tam dopiero zaczęły się przygody. W marcu 2014 Małkowski już w trzecim występie po raz drugi w karierze zerwał więzadła. Do gry wrócił we wrześniu, uzbierał cztery pierwszoligowe mecze i… swoim zachowaniem napluł w twarz ludziom, którzy wyciągnęli do niego rękę. Przy Danielu Mące wspominaliśmy o imprezie trójki piłkarzy Bytovii, spośród których tylko Mąka nie poniósł najcięższych konsekwencji. Małkowski przyszedł na trening nieświeży, po zajęciach w wydychanym powietrzu miał pół promila alkoholu. Natychmiast wylądował na bezrobociu.

 – Piłkarze uczą mnie, że nie warto pomagać ludziom. Seba zostałby na lodzie, gdybyśmy go nie zatrzymali na kolejne pół roku. Mogłem mu powiedzieć: Trudno, masz pecha,radź sobie sam, ale wyciągnąłem rękę. Teraz po tym incydencie nie było dyskusji. Nie mówię nie” alkoholowi. Urządzamy integracyjne spotkania, była wielka feta po awansie do pierwszej ligi i dla rozluźnienia pojawił się on na stole. Pić go można w odpowiednim czasie. Na pewno nie teraz, podczas ligowych rozgrywek – na łamach „Przeglądu Sportowego” wściekał się menedżer Bytovii, Rafał Gierszewski.

Sam Małkowski tłumaczył to następująco: – Spotkaliśmy się po meczu z Chojniczanką (0:2) w centrum Gdańska. Faktycznie, przekroczyliśmy pewien umiar. Nie zataczaliśmy się jednak, nikt nie bełkotał. Nie byliśmy też na balecie, a w restauracji. Zasiedzieliśmy się tam i to znacznie. Spaliliśmy maksymalnie trzy godziny, a trening zaczął się o 10. Pierwszy raz w życiu wyszedłem na zajęcia po alkoholu. Zazwyczaj jak piłem, to po sezonie czy między rundami. Przepraszam.

Wydawało się, że ktoś po tylu kontuzjach i z tak ubrudzonymi papierami nie ma prawa ot tak wrócić do Ekstraklasy, ale zimą 2015 roku zatrudnił go Zawisza Bydgoszcz. Transfer ten wyglądał absurdalnie, zwłaszcza że Małkowski zdążył nawet oblać testy w niemieckim trzecioligowcu SSV Jahn Regensburg. Podobno chodziło o to, że nie mówił po niemiecku, ale bądźmy poważni. W każdym razie w Bydgoszczy nawet nie zadebiutował. To był jego koniec w profesjonalnym futbolu.

Małkowski wyemigrował na Wyspy i trafił do Frickley AFC  z siódmej ligi angielskiej. Granie łączył z normalnym zarobkowaniem. 23 grudnia ubiegłego roku kolejny raz zerwał więzadła. Wypadł na co najmniej pół roku, co oznaczało, że przez pewien czas nie mógł też pracować i w internecie zorganizowano nawet zbiórkę na wsparcie jego rodziny. Udało się wyleczyć i latem zaliczyć awans sportowy. Małkowski broni teraz w Boston United FC z szóstej ligi.

***

2. Dawid Jarka – W Ekstraklasie ma 65 meczów i 17 goli, ale tak naprawdę cała jego historia opiera się na dwóch występach dla Górnika Zabrze z jesieni 2007 roku. 14 września ustrzelił hat-tricka z Polonią Bytom, a niecały miesiąc później cztery razy pokonał bramkarza Zagłębia Sosnowiec.

W całej rundzie 20-letni wówczas napastnik zdobył 10 bramek i mógł zacząć myśleć, że świat stoi przed nim otworem. Zatem co się stało, że się… no, wiadomo?

Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, ale po lekturze wielu rozmów z piłkarzem można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze – w momencie jego szczytu zabrakło przy nim kogoś, kto bardziej by go pilnował i wyciągał z niego maksa. Nie chodzi nawet o jakieś imprezowanie, bardziej o to, żeby nigdy nie odpuszczał na treningach i tym podobne. Po drugie – nie udało mu się skonsumować tamtych przebłysków. Plotkowano o Lazio, a Fenerbahce przyjechało na zgrupowanie Górnika z walizką pieniędzy, ale kluby się nie dogadały. Po trzecie – gdy kolejne miesiące okazały się dużo słabsze, Jarka stracił pewność siebie. – Pracowałem dobrze, byłem świetnie przygotowany, ale ciągle brakowało mi szczęścia, tej bramki. Marnowałem jedną sytuację za drugą, takie, które wcześniej wykorzystałbym z zamkniętymi oczami. Wychodzę sam na sam i nie potrafię strzelić, koszmar. Pamiętam, że potem już bałem się nawet oddawać strzał, wolałem podawać, taki byłem wystraszony na boisku. Coś we mnie pękło i nie potrafiłem być takim piłkarzem jak na jesień – mówił trzy lata temu Leszkowi Milewskiemu.

Po czterech golach z Zagłębiem Jarka w kolejnych dziewiętnastu ligowych meczach trafił do siatki raz i szał na niego szybko się skończył. Nowy sezon rozpoczął na wypożyczeniu w ŁKS (10 meczów, 2 gole), wiosną wrócił do Zabrza (8 meczów, 1 gol). Górnik spadł, a wraz z nim urodzony w Świerklańcu snajper – jak czas pokazał – pożegnał się z Ekstraklasą. Nawet w I lidze był rezerwowym, jesienią 2009 prawie nie grał i zdecydował, że odchodzi. Dokonał wtedy fatalnego wyboru. – Największy błąd popełniłem zimą 2010 roku, gdy Adam Nawałka zrezygnował ze mnie w Górniku. Porozumiałem się już z Wisłą Płock. Byłem tam na miejscu i wtedy zadzwonił prezes Tomasz Baran z Ruchu Radzionków, który naobiecywał mi wielkich pieniędzy, kontrakt życia i jak głupi przyszedłem do Radzionkowa. Miało być pięknie, a wyszło, że przez dwa lata praktycznie grałem za darmo i na koniec jeszcze usłyszałem od kibiców wiele nieprzyjemnych rzeczy. Dawałem z siebie wszystko, nieraz grałem nawet na zastrzykach, o czym kibice nie wiedzieli, a na koniec czytałem, że jestem niepotrzebny klubowi i szkodzę mu wypowiedziami na jego temat… Ten błąd boli najbardziej. Gdybym poszedł do Płocka, może dziś byłbym w zupełnie innym położeniu… – przyznawał w rozmowie z portalem 2×45.info.

W Radzionkowie sportowo szału nie było, a finansowo – szkoda gadać. Jarka w pewnym momencie myślał o rzuceniu piłki i wyjechaniu za chlebem do Niemiec. W GKS-ie Katowice okazał się totalnym niewypałem i skończył w rezerwach. Stamtąd zapuszczony trafił do GKS-u Tychy, gdzie z jednej strony pierwsze pół roku miało być czasem na odzyskanie formy, a z drugiej, trener Piotr Mandrysz od razu zaczął go wystawiać w pierwszym składzie. Efekty łatwo przewidzieć. Zimą doszło do rozstania w niemiłych okolicznościach. Mandrysz chciał pozostania Jarki, ale zawodnika skreślił prezes Henryk Drob, który uważał, że zmarnował on swoją szansę, a podczas zimowych przygotowań spisywał się słabo. Jedyny plus tego epizodu to częściowe odkucie się z kasą za poprzednie lata.

Promykiem nadziei na powrót na wyższy poziom była runda w drugoligowej Polonii Bytom. Jarka strzelił siedem goli i w styczniu 2014 niespodziewanie pojawił się temat powrotu do Górnika, w którym stawił się na testach. Rozegrał trzy sparingi, zdobył jedną bramkę, ale ostatecznie mu podziękowano. Rozczarowany tłumaczył później, że głównym powodem było to, iż w klubie miał pozostać Mateusz Zachara. Jazda w dół zatem przyspieszała, jeszcze na poziomie drugoligowym. Runda w Opolu – cztery bramki. Sezon w Rybniku – dwa gole i bardzo długa przerwa spowodowana kontuzją kolana. To był koniec złudzeń. W 2015 roku Jarka zasilił szeregi Gwarka Tarnowskie Góry i gra w nim do dziś. Latem 2017 świętował awans do III ligi. W zeszłym sezonie trafił 17 razy, w tym jak dotąd zaledwie trzy.

***

1. Grzegorz Piechna – Meteor największy, ale sama historia najbardziej pozytywna ze wszystkich. Piechna bardzo długo grał w niższych ligach. Sezon po sezonie zostawał królem strzelców w dzisiejszej IV lidze, III lidze, II lidze w Heko Czermno, a potem w pierwszoligowej Koronie, z którą latem 2005 wywalczył awans do Ekstraklasy. Na salonach nikomu na boisku się nie kłaniał, tylko znów robił swoje: strzelał jak szalony. Zdobył 21 bramek i w cuglach sięgnął po snajperską koronę w wieku trzydziestu lat. Dostał też powołanie do reprezentacji Pawła Janasa i w swoim jedynym meczu z orzełkiem na piersi w popisowy sposób znalazł drogę do siatki Estonii. Nie miał jednak złudzeń: selekcjoner wziął go na odczepnego. Słusznie nie robił sobie wielkich nadziei na ciąg dalszy.

Trudno było nie odczuwać sympatii do jego osoby. „Kiełbasa” był taki zwykły, normalny, niezmanierowany. Każdy przeciętny zjadacz chleba niejako widział w nim swoje odbicie, mógł się z nim utożsamiać. Nie chodziło o gogusia z piórkiem w dupie i kosmetyczką pod pachą, a swojego chłopa, któremu nie odbiła sodówka i nawet w momencie największej popularności po treningach jeżdżącego do teściowej, żeby załadować i rozwieźć węgiel do klientów. Dziś zresztą ta rodzinna firma pochłania większość czasu Piechny, zajął się nią już na „pełny” etat.

Udało się spieniężyć swoje pięć minut. Były oferty z Legii Warszawa i Zagłębia Lubin, chciano go w angielskim Birmingham, ale piłkarz wybrał Torpedo Moskwa (trafił tam razem z Marcinem Kusiem), które zapłaciło za niego prawie 700 tys. euro. Udany miał tam jedynie początek, za to bardzo dobrze zarobił, jako jeden z niewielu dostawał wypłatę w dolarach. Nieustannie zmieniano trenerów, w ciągu roku było ich czterech. Piechna wytrzymał rok i wrócił do Polski. Mógł wybrać jakiś egzotyczny kierunek, otrzymał oferty z Chin, Azerbejdżanu i Kazachstanu, jednak musiałby tam jechać bez żony i dzieci, dlatego nie zdecydował się.

„Kiełbasę” sprowadził ekstraklasowy Widzew, ale skończyło się na siedmiu meczach, goli brak. Później była pierwszoligowa Polonia Warszawa, w której szybko trafił do Klubu Kokosa, a sporej części należnych pieniędzy do dziś nie zobaczył. Józefa Wojciechowskiego wspomina fatalnie. Po opuszczeniu stolicy poważniejsze granie się zakończyło. Przytrafił się jeszcze m.in. półroczny pobyt w greckim trzecioligowcu, ale sam zawodnik przyznawał, że to bardziej były wakacje. Buty na kołku Piechna zawiesił po sezonie 2016/17 w okręgówkowej Ceramice Opoczno. Dziś jego kontakt z boiskiem ogranicza się do coniedzielnych meczów na orliku z kumplami.

Nie przestał być sobą w żadnym momencie, dlatego do dziś jest powszechnie lubiany i szanowany. Nie miał też problemów z życiem po życiu, bo tak naprawdę częściowo prawie zawsze prowadził żywot zwykłego śmiertelnika. Zostało mu mnóstwo wspomnień, piosenka nagrana przez kolegów z Korony czy tytuł piłkarza 40-lecia kieleckiego klubu. Takim meteorem na pewno wielu chciałoby być.

PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. Michał Stawowiak/400mm.pl

KOMENTARZE (12)