Wójtowicz: chrzest w kadrze bolał, czułem się, jakbym dostał drewnianą pałką
Inne sporty

Wójtowicz: chrzest w kadrze bolał, czułem się, jakbym dostał drewnianą pałką

Obchodzone w tym roku 90-lecie polskiej siatkówki zostało uczczone najlepiej jak tylko się dało, czyli zgarnięciem tytułu mistrza świata przez gang Vitala Heynena. W takich okolicznościach często wraca jednak też pytanie, kogo należy uznać za najlepszego polskiego siatkarza w historii. Wiadomo, to zawsze sprawa dyskusyjna, bo trzeba spoglądać także daleko w przeszłość, ale w typowaniach najczęściej przewija się jedno nazwisko – Tomasz Wójtowicz. Mistrz olimpijski i świata, zdobywca ówczesnej Ligi Mistrzów z włoską Parmą. Facet, który nawet jak rzucał grę w reprezentacji, to z hukiem.    

*

Tomasz Wójtowicz – złoty medalista mistrzostw świata w 1974 r. i igrzysk olimpijskich 1976 r. W 2000 r. został nominowany do nagrody dla siatkarza stulecia w wielkim plebiscycie organizowanym przez FIVB. Otrzymał również nominację do Volleyball Hall of Fame. Jest jednym z zaledwie czterech Polaków w siatkarskiej galerii sław obok Huberta Wagnera, Stanisława Gościniaka i Edwarda Skorka.

*

Jakie to uczucie wytargać Zbigniewa Zamachowskiego?

Rzeczywiście musiałem go trochę poszarpać na planie, ale początkowo robiłem to chyba zbyt delikatnie. No więc Zbyszek w końcu mówi: – Weź ty się nie przejmuj, ja sobie dam radę. Zrób tak, żeby było prawdziwie. Skoro poprosił, to później już mocniej go poprzestawiałem, ale nie przejmował się tym.

Jak w 2003 r. trafił pan na plan filmu „Zmruż oczy”?

To były czasy, kiedy miałem jeszcze restaurację na rynku w Lublinie. Któregoś dnia przyszli do mnie znajomi i kolega znał akurat reżysera Andrzeja Jakimowskiego. Powiedział, że jest do zagrania mała rólka, potrzeba ochroniarza, czyli kogoś większego. Reżyser popatrzył na mnie i powiedział, że możemy spróbować. Zgodziłem się, bo sam też byłem bardzo ciekawy, jak wygląda produkcja filmu.

Jeśli chodzi o kinematografię, kibice siatkówki bardziej kojarzą pana jednak z innej roli…

(tubalny śmiech)

W słynnym filmie „Kat”, będącym zapisem przygotowań reprezentacji Huberta Wagnera do igrzysk w Montrealu, siedział pan pod drzewem. Cały zlany potem i ledwo żywy po kolejnym katorżniczym treningu.  

Pewne sceny trzeba było zagrać specjalnie pod film i ta nie była prawdziwa. To było podniesienie dramatyzmu na życzenie reżysera (Witolda Rutkiewicza – red.). To była fikcja, bo przede wszystkim sam Wagner w życiu na nic takiego by się nie zgodził. Odpoczynek? Siadanie pod drzewem w czasie treningu? Żebym był jeszcze bardziej „spocony”, dla lepszego efektu zostałem dodatkowo nasmarowany olejkiem i polany wodą. Wszyscy koledzy później śmiali się, jak ciężko oddychałem. Chociaż żeby nie było – naturalnie też mocno się pociliśmy, bo treningi były rzeczywiście bardzo ciężkie.

Oscar nie dla pana, ale swoją rzeźbę nie każdy już ma. Podoba się panu popiersie, które stoi w muzeum Volleyball Hall of Fame w amerykańskim Holyoke?

Podobno można poznać, że to ja. Popiersie zostało przygotowane na podstawie fotografii, ale problem w tym, że ja… jeszcze nie widziałem go na żywo. Rzeźba z brązu miała być gotowa na uroczystość, na której byłem w Stanach Zjednoczonych, ale ponoć nie zdążyli zrobić.

Jest jeszcze dłoń odciśnięta na Alei Gwiazd Siatkówki w Miliczu.

W tym przypadku już naturalnie musieli „pobrać” mój odcisk, dlatego tam akurat wszystko od początku do końca miałem pod kontrolą. Swój ślad mam jeszcze w podobnej alei w Dziwnowie, gdzie na odsłonięcie pamiątkowej tablicy zaproszono mnie razem z Ryśkiem Boskiem. Chociaż tam akurat są także reprezentanci innych dyscyplin, razem z nami uhonorowano m.in. Zenona Jaskułę i Krzysztofa Włodarczyka.

Taka symbolika jest dla pana ważna?

Mówi się, że najważniejsze są wspomnienia, ale z pamięcią u ludzi różnie bywa. A jak stoi puchar, czy tablica, to zawsze można sobie odświeżyć. Swoje puchary, medale i inne nagrody latami pakowałem po torbach i skrzyniach, ale w końcu udało się wygospodarować osobne pomieszczenie na to wszystko. To ważne nawet dla moich wnuków, które będą mogły kiedyś przeczytać, że dziadek grał w siatkówkę. Tylko taki sportowy pokój ma jedną wadę – ciężko z tego wszystkiego ścierać kurze.

W 2000 r. był pan nominowany przez FIVB do nagrody na najlepszego siatkarza wszech czasów. To było najcenniejsze wyróżnienie?  

Wielka radość i duma, bo przez sto lat przez siatkówkę przewinęła się masa zawodników. Ogromne wyróżnienie, że zawędrowałem tak daleko, że w ogóle kibice mnie pamiętali. Najwięcej głosów zebrał Amerykanin Karch Kiraly, ja znalazłem się w ósemce. Mam nadzieję, że jeśli będzie wybierany najlepszy siatkarz XXI w., tam też znajdzie Polak. Mamy mistrzów i wicemistrzów świata, zdobywców nagród MVP, chociaż trzeba pamiętać, że konkurencja jest bardzo duża. W takich plebiscytach bardzo ważny jest równy poziom, wieloletnie utrzymywanie się w czołówce. No i medal igrzysk olimpijskich – to on jest zawsze bardzo dużym argumentem, a my na taki musimy jeszcze poczekać. Ale spokojnie, mamy chwilkę czasu do końca wieku. No i nie wiadomo kto jeszcze nam się narodzi.

I nie wiadomo, w którą stronę będzie podążać siatkówka. Pana czasy, a obecne, to także cała epoka. Kiedyś siatkarz musiał wszystko umieć, a dziś mamy specjalizacje: ja atakuję, ty bronisz, ty przyjmujesz.

Zawsze mówię, że byliśmy lepiej wyszkoleni, bo robiliśmy wszystko. Nie było libero, byliśmy w przyjęciu, w ataku, w bloku. Przechodziliśmy wszystkie te pozycje (Wójtowicz był głównie atakującym – red.). Ja nawet grając w Legii byłem drugim rozgrywającym. Ścisłą specjalizację jako pierwsi w swoim szkoleniu wprowadzili Amerykanie. Ten system stosowali już chociażby podczas igrzysk olimpijskich w Los Angeles, czyli na tych, na które my z wiadomych powodów nie polecieliśmy.

A gdyby tak do reprezentacji Huberta Wagnera z lat 70. włożyć Mariusza Wlazłego?

Dałoby się go przystosować, ale Mariusz pewnie musiałby przyjmować… Jego obecny styl gry byłby lekkim problemem, ale gdyby był z nami cały czas i trenował tak jak my, to dałby radę. Tym bardziej, że jest świetnie wyszkolony.

09.01.2010, TEATR POLSKI WARSZAWA - 75 PLEBISCYT PRZEGLADU SPORTOWEGO NA NAJLEPSZEGO SPORTOWCA ROKU; UROCZYSTA GALA LAUREATOW (POLISH SPORTS AWARDS) NZ TOMASZ WOJTOWICZ FOTO LUKASZ GROCHALA/CYFRASPORT / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Dziś najlepsi siatkarze to gwiazdy mediów, często bardzo majętni ludzie. A jaki był 21-letni Tomasz Wójtowicz, który został mistrzem świata w tak młodym wieku?

Trudno porównywać popularność. Dzisiaj trzeba uważać, bo zawodnik każdej chwili może znaleźć się na niewygodnym zdjęciu w internecie, jest obserwowany. Kiedyś nie było tylu nośników, żyło się spokojniej. Sam pochodzę z Lublina, do Świdnika jeździłem w zasadzie tylko na treningi. W młodym wieku miałem już mieszkanie, trzy pokoje z kuchnią. To był wielki plus grania w siatkówkę, bo na własny kąt czekało się nawet 20-30 lat. Trzeba było odkładać, książeczka była najważniejsza, ale sportowcom dawało się pewne rzeczy załatwić szybciej. Grałem w Avii, ale zatrudniono mnie w Świdniku w zakładzie produkcji helikopterów. Byłem oczywiście zaszeregowany do stawki wysokiego specjalisty. Zarabiałem więcej niż wynosiła średnia zakładowa, do tego dochodziły premie. Na pewno moja pensja była o wiele wyższa niż średnia krajowa.

Ile razy był pan w ogóle w tej fabryce?

Na pewno raz w miesiącu, kiedy latałem do kasy po pieniądze. Taki był układ, bo przecież oficjalnie nie można było być zawodowcem. Dlatego chłopaki byli górnikami, wojskowymi, policyjnymi, a ja robiłem przy helikopterach. Ale prawdziwa załoga fabryki nie patrzyła na nas krzywo. Drużyna grała dobrze, odnosiła sukcesy. Mieszkańcy kibicowali nam, co było widać po hali, w której ludzie często się nie mieścili. Czasami dochodziło wręcz do dantejskich scen, bo niektórzy wisieli na lampach lub kratownicach, żeby tylko obejrzeć mecz. Służby porządkowe nie próbowały jednak ich na siłę wyrzucać. Takie to były czasy, pewne rzeczy traktowano z przymrużeniem oka. Potem salę rozbudowano, kibiców mogło wejść dwa raz więcej… i działo się to samo.

Avia Świdnik była jednym z czołowych polskich klubów lat 70. O panu zwykło mówić się, że był jednym z pierwszych zawodników, którzy atakowali z drugiej linii.

Atak z drugiej mieliśmy wpleciony w naszą taktykę. Oczywiście już wcześniej zdarzały się uderzenia z tej strefy, ale to nie był jeszcze jeden z wiodących elementów naszej gry. Ale prawdą jest, że to właśnie od nas brały to później inne drużyny.

Mówią, że od zawsze grał pan bez układu nerwowego.

Miałem ułatwione zadanie, bo trener był w domu. Od najmłodszych lat byłem wychowywany na salach, tam gdzie ojciec trenował swoje drużyny. A od szkoły średniej wskoczyłem już na normalną ścieżkę: kadeci, juniorzy, reprezentacja juniorów, byłem objęty centralnym szkoleniem.

Miał pan 20 lat, kiedy wchodził do seniorskiej reprezentacji i prawie z marszu wskoczył do pierwszej szóstki. Edward Skorek wspominał pana jako „cholernie utalentowanego gówniarza”. Jaka była reakcja starszyzny, że młody się tak rozpycha?

Wiadomo, ktoś przeze mnie musiał wylecieć ze składu. Poza tym część z nich to byli koledzy Wagnera, jeszcze chwilę wcześniej grali razem. On był jak Antiga, praca z kadrą była dla niego pierwszą w roli trenera. Najmłodszy byłem ja i Mirek Rybaczewski, razem wchodziliśmy do drużyny. Nie było jednak dużych zgrzytów między nami a starszyzną, bo obaj byliśmy przydatni, nie pałętaliśmy się po sali. Chociaż wejście do drużyny musiało być bolesne.

Chrzest?

Doś mocny. Długo odczuwałem to „symboliczne” przyjęcie do drużyny. W ruch poszły buty i ręce. A oni ręce mieli takie, jakbym dostał drewnianą pałką. Próbowali nastawić młodego, pokazać jego miejsce w szyku. Bez żadnego szemrania wykonywałem jednak wszystkie polecenia: nosiłem piłki, cały sprzęt, czasami bywało, że trzeba było też pobiec kupić coś mocniejszego. Swoje należało odsłużyć. Poza tym znalezienie się w pierwszej reprezentacji było moim marzeniem.

Jak znosił pan słynny reżim treningowy Huberta Wagnera?

Dawałem radę. Zresztą taka była umowa po pierwszym zebraniu drużyny pod wodzą nowego trenera. Wagnera powiedział, że ma tutaj wielu kolegów jeszcze z boiska, ale w kadrze to on jest wodzem i tylko on ma głos. Nie akceptował żadnego sprzeciwu, żadnego szemrania. A jeżeli ktoś się na taki układ nie zgadzał, to przed rozpoczęciem zgrupowania miał szansę po prostu odejść. Ale na jego warunki zgodzili się wszyscy i wszyscy pracowali. Zdarzały się jakieś bunty, ale pracowaliśmy dla dobra grupy. Chociaż zaciskanie zębów na pewno było.

Jak wspomina pan wyjazd na mistrzostwa świata do Meksyku?

Na pewno nie jechaliśmy tam w roli faworytów. Nasz zespół sprzed 1973 r. był mocny, ale nie było sukcesów na głównych imprezach, a więc igrzyskach, mistrzostwach świata, Europy. Wygrywaliśmy turnieje towarzyskie, a w najważniejszych momentach medale nie były dla nas. Im bliżej imprezy docelowej, tym nasza gra była słabsza. Wagner stwierdził, że to wszystko tkwiło w naszych głowach. To było właśnie jego zadanie – wypracować mentalność zwycięzców. I od Meksyku się zaczęło.

Mecze z ZSRR, czy z Japonią, to klasyka polskiej siatkówki. A ma pan może jakieś szczególne wspomnienia pozasportowe z tamtej imprezy?

Przede wszystkim było tam dużo broni, czułem się jak na dzikim zachodzie. I nie mówię tylko o policjantach, wiele osób nosiło tam po prostu kolta w kaburze. Kiedy byliśmy na imprezie po finale, to nawet barman miał rewolwer, położył go na ladzie. W Meksyku dostęp do broni był bardzo szeroki. Świadkiem strzelanin nie byłem, ale miejscowa Polonia opowiadała nam, że jak na mieście dochodziło do jakichś wypadków, sprzeczek, to sprawy były wyjaśniane właśnie poprzez strzelaninę. Jeden i drugi wyciągali broń i był pojedynek. Poza tym samo miasto Meksyk – kolos. Wprost niemożliwością było przejechać przez nie. Gdybyśmy jeździli bez obstawy, to na popołudniowy mecz lub trening należałoby pewnie wyruszyć rano, takie były korki. A tak prowadziło nas dwóch policjantów na motorach, którzy wprost przebijali się przez tłum, najeżdżali na samochody. Oprócz tego wewnątrz autobusu było jeszcze dwóch żołnierzy z karabinami. Taka była nasza obstawa.

Ale tego barmana to ponoć szybko rozbroiliście.

Jak nas zobaczył, to tylko wysypał kulki z bębenka żeby podczas świętowania nie doszło do żadnego wypadku. A potem schował się do kąta i stawiał kreski.

Kreski?

Tak, stawiał kreski na kartce, bo jak z baru znikały kolejne butelki, to musiał mieć wszystko podliczone. Impreza trochę nas poniosła, każdy brał się za te kolty, robił sobie z nimi zdjęcia. Nawet meksykańska orkiestra wyniosła się z baru, a niektórzy chłopcy zawładnęli ich instrumentami. Później dołączyli do nas zawodnicy innych reprezentacji i była wspólna zabawa.

Może pan zdradzić, ile dostaliście premii za mistrzowski tytuł?

To były grosze. Nie jestem pewien, ale chyba coś w granicach 50 dolarów. Symboliczna nagroda. Chociaż jeszcze w Meksyku była okazja lepiej zarobić. Któregoś dnia przyszli do nas Amerykanie i rzucili propozycję gry za 5 tys. dolarów w ich kraju. W tamtych czasach to była zawrotna suma, bo w Polsce miesięcznie zarabiało się w granicach 10-30 dolarów. Ta kwota naprawdę robiła więc wrażenie, tylko mieliśmy świadomość, że jeśli zrobi się krok w tamtą stronę, to w kraju od razu czeka nas zawieszenie. Nie powiem, kusiło, ale nikt nie miał gwarancji, ile czasu będzie można grać w Stanach. Zostało więc te 50 dolarów. W kraju mieliśmy jeszcze dostać Złoty Krzyż Zasługi, ale coś nie wyszło.

Dlaczego?

Chwilę wcześniej trzecie miejsce na mistrzostwach świata zajęli piłkarze, byli mocno obwożeni po Warszawie, odznaczano ich. Doszło do zgrzytu, bo ktoś uznał, żeby aż tak nie przesadzać z tymi honorami. Wyszli z założenia, że my i tak dostaniemy coś w klubach. Ale z piłkarzami zawsze mieliśmy dobry kontakt. Kolegowaliśmy się, znaliśmy się wszyscy ze zgrupowań w Zakopanem.

Zdarza się panu jeszcze obejrzeć zwycięski finał igrzysk w Montrealu?

Oglądałem go później wielokrotnie, zawsze chętnie rzucę okiem, jeśli w telewizji pokazywane są fragmenty.

To pan zagrywał przy ostatniej akcji meczu. Ręce trochę drżały?

W turnieju olimpijskim większość meczów wygraliśmy 3:2, dlatego w piątym secie czuliśmy się bardzo pewnie. Tak było, że jak już dochodziło do tej piątej partii, to potem już szło gładko, bo drużyny przeciwne nie wytrzymywały psychicznie i fizycznie. Drużyna ZSRR z kolei wszystko wygrywała po 3:0, dlatego w takim meczu zaczęli siadać. Poza tym Związek Radziecki był taką drużyną, która słabła, kiedy grało się przeciwko niej bardzo twardo. Zostawało im to w głowach. Wagner często miał na nich sposób. Wcześniej zdarzało się chociażby, że zaczynaliśmy mecze przeciwko nim rezerwowym składem. Kiedy zmiennicy ich męczyli, druga grupa za kotarą skakała przez płotki, a potem wchodziła do gry na zdezorientowanego rywala. Ale to też świadczyło o tym, jaki wówczas mieliśmy mocny zespół.

W olimpijskim finale taktyka polegała z kolei na nękaniu zagrywką najlepszego wśród Rosjan Władimira Czernyszowa. I to właśnie on mylił się w kluczowych piłkach. Po tamtym finale doznał szoku nerwowego. Po latach opowiadał, że potrafił całymi godzinami siedzieć w bezruchu, bardzo wychudł, prawie nie wychodził z domu. W swoim kraju był głównym sprawcą porażki.

Bo u nich liczyło się tylko zwycięstwo, żadne drugie, czy trzecie miejsce. A oni przegrali, mając na dodatek wcześniej piłki meczowe. Mieli w górze piłkę, która decydowała o mistrzostwie olimpijskim. Cały ich zespół bardzo ciężko przeżył tamten mecz. Ludzie myślą, że relacje między nami a Rosjanami były bardzo napięte, ale my dobrze znaliśmy się z wielu turniejów, często mieszkaliśmy w tych samych hotelach. Nie było między nami jakichś spięć. Na wyższych szczeblach może tak, ale nie u nas.

Jak wyglądał powrót do kraju po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego?

Mistrzostwo świata w 1974 r. było zaskoczeniem dla wszystkich, dlatego na dworcu więcej było rodziny niż kibiców. Powrót z igrzysk odbył się już w zupełnie innej atmosferze. Na lotnisku zebrali się kibice, dziennikarze. Pamiętam też, że po mnie i Lecha Łaskę przyleciał helikopter, który zabrał nas do Świdnika. Tam wylądowaliśmy na stadionie, pełno ludzi, przywitano nas bardzo godnie.

Cztery lata później w Moskwie było czwarte miejsce, ale w Los Angeles w 1984 r. medal był też absolutnie w waszym zasięgu. Po latach wciąż jeszcze czuje pan złość na decyzję władz o bojkocie igrzysk w USA?

Stworzył się zespół, który mógł powalczyć tam nawet o złoto. Mistrzostwo zdobyli ostatecznie Amerykanie, a my wcześniej ich ogrywaliśmy. Szanse były więc naprawdę duże. Bolało to także z tego powodu, że mieliśmy za sobą cztery lata przygotowań specjalnie pod igrzyska. Pamiętam, że co jakiś czas ogłaszano kolejne kraje, które przyłączały się do bojkotu. W pewnym momencie Wagner zarządził zebranie. Powiedział nam jaka jest sytuacja i że zrozumie, jeśli któryś z nas zechce zrezygnować i nie zagra w zastępczym turnieju na Kubie (w Igrzyskach Przyjaźni – red.). Miało nie być żadnych konsekwencji. No i ja jako najstarszy zawodnik oraz kapitan podniosłem rękę.

Jak była reakcja na sali?

Szok! Nikt nie wierzył, że zrezygnowałem, ale ja nie chciałem brać udziału w jakimś turnieju przyjaźni. Wagner był zły, ale nie było też jakiejś furii, nie ganiał mnie. Od razu znalazłem się jednak na trybunach, byłem już tylko obserwatorem. W Polsce ukazały się zaraz krytyczne artykuły utrzymane w patriotycznym tonie, że wolę pieniądze we Włoszech – bo tam już wtedy grałem – niż brać udział w „wielkim wydarzeniu na Kubie”. Tylko że to było wydarzenie sztucznie stworzone.

Jak odnosili się do pana kibice, kiedy przyjeżdżał pan na urlop do Polski po sezonie we Włoszech? Dla niektórych wciąż był pan zdrajcą?

Nie, ludzie byli dobrze zorientowani i też czuli wściekłość, że nie polecieliśmy do Los Angeles. Kibice i znajomi wiedzieli, że polityka wmieszała się do sportu i chyba mnie rozumieli. Byli za mną.

Hubert Wagner miał panu za złe zostawienie drużyny, ale w ogóle miał pan z nim momentami mocno pod górkę. Tak naprawdę to on powołał pana do wojska, bo trenował Legię Warszawa i bardzo chciał w niej Wójtowicza.

Tak jest, powołanie było od niego, trener mi je załatwił. To było po olimpiadzie w Montrealu. Grałem w Avii Świdnik i byłem zatrudniony właśnie w fabryce śmigłowców. Byłem pewien, że to załatwia sprawę wojska, poza tym wszystko wydarzyło się już na ostatniej komisji. Właśnie wtedy dostałem powołanie, mocne, bo podpisane przez generałów. W Lublinie byli bezradni, dosłownie musieli stać na baczność przy telefonie i wykonać rozkaz. Nic nie dało nawet to, że reklamowano mnie jako „niezbędnego do produkcji helikopterów”. Początkowo tyle wywalczyliśmy z ojcem, że dali mi odsłużyć wojsko nie w Warszawie, ale właśnie w Lublinie. Nie chciałem grać w Legii wbrew sobie.

To jak wyglądała wtedy kariera siatkarska, kiedy poszedł pan w kamasze?

Były dni, że drużyna przyjeżdżała ze Świdnika do jednostki i tam potajemnie trenowaliśmy. Z kolei na mecze to ja się wymykałem. Nie było to specjalnie trudne, bo nikt nie chodził za mną bez przerwy. Poza tym miałem fajne układy z dowódcą kompanii, który wypuszczał mnie na przepustki. Po prostu przymykał na mnie oko. To w ogóle momentami była komedia, bo przez dwa czy trzy miesiące chodziłem w cywilnych ubraniach. W jednostce nie było dla mnie munduru w takim rozmiarze. I przez to, zamiast salutować, to było „dzień dobry panie pułkowniku”. Dopiero jak w końcu uszyli mi garniturek wojskowy, to chodziłem jak na żołnierza przystało. A wracając do wymykania się na mecze: na niższym szczeblu miałem układy, ale na wyższych w końcu ktoś się połapał, że pojawiłem się na jednym, drugim meczu i już mnie pilnowali. Wściekli się, od razu były telefony do Lublina. Trzeba było to ukrócić.

27.01.2014, Warszawa, siatkowka, ceremonia losowania, Mistrzostwa Swiata w siatkowce, FIVB volleyball men's World Championship, draw ceremony, Tomasz Wojtowicz, fot. Tomasz Jastrzebowski / Foto Olimpik / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

W 1976 r. doszło też do pamiętnego wypadku samochodowego, w którym zginęli dwaj zawodnicy Avii Świdnik Zdzisław Pyc i Henryk Siennicki, a Lech Łasko został ranny.   

Chwilę wcześniej zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Polski. Byliśmy w czubie i zapowiadało się, że będzie jeszcze lepiej. Po tym nieszczęsnym wypadku drużyna się rozsypała, wiedzieliśmy, że tak prędko się nie odbuduje. Wtedy też Legia zaczęła już zupełnie inaczej ze mną rozmawiać, były normalne negocjacje na temat przejścia do Warszawy.

W stolicy zdobył pan swoje pierwsze mistrzostwo Polski i grał tam aż do 1983 r., czyli wyjazdu do Włoch.

Wiadomo, każdy wyjazd wiązał się z dużo lepszą płacą. A przelicznik był taki, że zarabiając tam 100 dolarów miałem już wakacje w Polsce. Najgorszy był tylko ten przepis, że do trzydziestego roku życia nie można było grać na obczyźnie. Powodowało to, że każdy z nas grał w stresie, żeby dotrwać do trzydziestki i nie posypać się przez kontuzje. Każdy liczył, że odbije sobie finansowo wszystkie lata gry w Polsce.

Kiedy w Polsce padała komuna, pan był jeszcze w Italii?

Do kraju wróciłem w 1990 r. Dostęp do informacji był wtedy dość ograniczony, ale średnio dwa razy w roku przyjeżdżałem do kraju, więc orientowałem się, jaka jest sytuacja w Polsce. Kiedy wróciłem tam na stałe, wciąż było szaro i buro, ale wszystkim udzielał się ten entuzjazm. Pozwolono na wiele rzeczy, chociażby na te sławne łóżka polowe, drobne lub większe biznesy. To wszystko się dopiero rodziło, chociaż był bałagan w przepisach, zupełny galimatias. Najważniejsze, że wszyscy w końcu odetchnęli pełną piersią. Widziałem to chociażby na granicach. Kiedy jechałem przez Czechosłowację do Włoch, to Czesi byli wściekli, że musieli mnie przepuścić, dlatego utrudniali to jak mogli. A potem na granicach tworzyły się już sznury samochodów z Polski. Pęta spadły i każdy chciał zarabiać.

Pan też poszedł wtedy w biznes.

Próbowałem. Współpracując z Włochami zacząłem sprowadzać do Polski materiały włókiennicze. Bo miałem wybór: wracam do kraju, albo zostaję we Włoszech i zajmuję się tam trenerką. Ale nie czułem tego, nigdy nie nadawałem się na trenera, bo szybko wyszedłby mój brak cierpliwości. Widzi pan, mi zawsze się wydawało, że odbijanie piłki jest łatwe, a nad innymi musiałbym pracować. To nie dla mnie, nie wytrzymałbym. Chciałem odpocząć od siatkówki. Po biznesie włókienniczym miałem też restaurację w Lublinie.

Ale pod koniec lat 90. na chwilę wrócił pan na parkiet i zagrał dla grającego w niższych ligach Fryderyka Lublin.

Miałem być tylko ciekawostką i wejść na kilka piłek, a skończyło się na tym, że bardziej się zaangażowałem. Wyskok miałem już nie ten co kiedyś, bardziej odczuwałem trudy meczów, ale poruszać się jeszcze można było. Kilka razy zaskoczyło się młodych czapą.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl, archiwum T. Wójtowicza

KOMENTARZE (0)