Podrasować, nie przedobrzyć. Jak wycisnąć maksa z przerwy na kadrę?
Weszło Extra

Podrasować, nie przedobrzyć. Jak wycisnąć maksa z przerwy na kadrę?

Przerwy reprezentacyjne to dla trenerów klubowych niezwykle ważny test. Mogą wtedy sporo wygrać na kolejne tygodnie, ale też wiele przegrać, jeśli obiorą zły kierunek. W Ekstraklasie takich dwutygodniowych pauz mamy przeważnie cztery w sezonie (wrzesień, październik, listopad i marzec), co daje około ośmiu tygodni do zagospodarowania. Czasowo to niemalże dwa okresy przygotowawcze! Kto lepiej wykorzysta ten okres, może później odjechać konkurencji, ale nie ma jednej recepty na sukces, bo przeważnie każdy trener musi uwzględniać nieco inne okoliczności. I to właśnie z ligowymi trenerami rozmawiamy na temat czasu, który mamy obecnie.

Od razu nasuwa się pytanie zasadnicze: co tak naprawdę można wtedy zrobić, jakie jest pole manewru? Czy jest to czas wyłącznie wzmożonego wysiłku, czy też jest miejsce na odpuszczenie?

 – Na początku każdej przerwy przeprowadzamy badania wydolnościowe i szybkościowe. One wskazują kierunek, w którym pójdziemy – czy zwiększyć obciążenia, czy większy nacisk położyć na regenerację. Istotne jest to, ile ta przerwa dokładnie potrwa. Mikrocykle bywają szalone. Zdarzało się, że kończyliśmy w piątek, a po reprezentacji wznawialiśmy granie w poniedziałek, ale też tak, że mecz przed kadrą był w niedzielę, a po kadrze w piątek. Pięć dni różnicy, a to różnica kolosalna – mówi trener Piasta Gliwice, Waldemar Fornalik. I dodaje: – To moment, gdy zawodnicy muszą odpocząć psychicznie, a czasami i zejść z obciążeń. Nasza liga jest, wbrew pozorom, trudna, często mecze rozgrywane są na dużej intensywności. Musimy więc i się zregenerować, i popracować, nie da się zrobić tylko jednego.

Podobnie widzi to prowadzący Jagiellonię Białystok Ireneusz Mamrot: – Te przerwy nam się układały teraz tak, że mieliśmy tylko dwa dni wolnego, teraz pierwszy raz mamy trzy. Można złapać oddech, ale później z kolei trenujemy po dwa razy dziennie. Najpierw regenerujemy zawodników, a następnie oni przechodzą do mocniejszej pracy. Ten trzeci dzień oni już mają indywidualnie rozpisany, biegają, mają treningi o charakterze tlenowym, a w pozostałe dni mają zajęcia po dwa razy dziennie. To nie jest tak, że nie pracujemy. Jeśli chodzi o objętość i liczbę jednostek treningowych, to jest tego wręcz więcej.

Głos ma Leszek Ojrzyński, do niedawna szkoleniowiec Arki Gdynia, a wcześniej Korony Kielce, Podbeskidzia Bielsko-Biała i Górnika Zabrze: – Wiele zależy od tego, kiedy kończy się kolejkę przed przerwą. To spora różnica, czy chodzi o piątek, czy o niedzielę. Ale załóżmy, że mówimy o sobocie. Wtedy od poniedziałku, a najpóźniej od wtorku, mocne treningi przez pierwszy tydzień zakończone sparingiem, w którym robi się przegląd wojska, daje szansę młodym zawodnikom. Po sparingu zazwyczaj trochę oddechu, dwa dni wolnego. A później już mikrocykl startowy, praca jak wcześniej, bez dokręcania śrubyWtedy dochodzi praca nad taktyką, schematami rozegrania piłki, automatyzmami w obronie. Było też więcej czasu, żeby przygotować stałe fragmenty pod danego przeciwnika. W te dni koncentrowaliśmy się głównie na najbliższym meczu, cel był bardziej skonkretyzowany.

Pilka nozna. Puchar Polski. Arka Gdynia - Legia Warszawa. 02.05.2018Leszek Ojrzyński, fot. FotoPyK

– W tym tygodniu mieliśmy pięć treningów i dwa dni wolnego – w poniedziałek i wtorek. Trenowaliśmy więcej w środę i sobotę – zdradza nowy szkoleniowiec Wisły Płock, Kibu Vicuna.

Powstaje pytanie, czy danie piłkarzom w kość to reguła podczas przerwy na reprezentację? – Zazwyczaj śrubę dociska się w pierwszym tygodniu, zaś w drugim schodzi z obciążeń i jest klasyk typowo startowy. Teraz jednak trzeba mieć na uwadze, że to ostatnia przerwa reprezentacyjna w tym roku, a zostało jeszcze pięć meczów do rozegrania, dlatego zmieniliśmy trochę sposób pracy – tłumaczy Fornalik.

– Lekko generalizując, my to dzielimy na trzy grupy – pierwsza to ta, która najmniej gra, ona pracuje najciężej. Druga to taka „solidna”, a trzecia to ta, która dochodzi do siebie po kontuzjach. Zawodnicy, którzy mogą w tym czasie trochę nadrobić. Ewentualnie dochodzi czwarta grupa, która jest po urazach, nie jest do treningu, ma regenerację, ćwiczenia profilaktyczne. Ale tak naprawdę to tylko zarys, każdy ma w tym czasie dobrane wszystko indywidualnie. Najliczniejsza jest ta grupa pracująca najciężej, wtedy się skupiamy tylko na aspektach fizycznych, bo nie jesteśmy w stanie wiele zdziałać pod względem taktycznym. Jak mamy siedmiu-ośmiu, nawet zdarzyło się dziewięciu wyjeżdżających, teraz pierwszy raz tylko pięciu, wtedy skupiamy się na aspektach motorycznych. Ale jak każdy, wolałbym mieć wszystkich – komentuje Mamrot.

Podobnie na grupy zawodników dzieli następca Ojrzyńskiego w Arce, Zbigniew Smółka. – Podczas przerwy jest i więcej czasu na zindywidualizowanie treningu, co jest zdecydowanie korzystne. Wszystko opieramy na szczegółowych badaniach. Są momenty, jak choćby pierwsza przerwa na reprezentację, kiedy pracowaliśmy bardzo ciężko, przy drugiej przerwie na kadrę z kolei wyglądało to motorycznie dobrze i impulsowaliśmy innym treningiem, żeby przyszedł głód piłki. No a w tej chwili jest taka przerwa, że mamy jedną grupę, która mocno dostała w kość i zakończyła to w sobotę meczem w rezerwach i drugą, która potrzebowała więcej odnowy, regeneracji, analizy indywidualnej i indywidualizacji zajęć treningowych. Każdy okres, również bez meczu, można dobrze wykorzystać, by poprawić pewne elementy – tłumaczy.

Inaczej widzi to Kibu Vicuna. Jego zdaniem podczas przerwy reprezentacyjnej uwagę należy poświęcić przede wszystkim kwestiom związanym z samą grą. – Nie skupiamy się aż tak bardzo na aspekcie siłowym, przede wszystkim liczy się dla nas wymiar taktyczny. Oczywiście są elementy przygotowania fizycznego, ale nie wydaje mi się, by to był dobry czas na mocne treningi fizyczne. Raczej fizyczno-analityczne. Czasami siłownia, badania wydolnościowe, interwały, ale przede wszystkim trenujemy ciężko, intensywnie z piłką. W czwartek rano był porządny trening na siłowni, ale nie wydaje mi się, byśmy mogli trenować w tym czasie tylko fizycznie. Oczywiście mówiąc o wymiarze taktycznym, nie chodzi mi o statyczne treningi, mówię o intensywnych zajęciach, ale z naciskiem na technikę i taktykę – przedstawia swoja wizję.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Wisla Plock - Piast Gliwice. 27.10.2018Kibu Vicuna, fot. FotoPyK

O dziwo Ojrzyński – choć chętnie daje piłkarzom w kość – również nie uważa, że zawsze z urzędu trzeba wziąć wszystkich w obroty. Czasami lepsze efekty daje subtelniejsze działanie. – Jeśli trzeba było podostrzyć zawodnikom z treningami, zwłaszcza tym mniej grającym, robiliśmy to bez wahania. U tych grających wszystko lub prawie wszystko trzeba było być ostrożniejszym, żeby nie przesadzić. Nieraz należy indywidualizować obciążenia, nie można wrzucać wszystkich do jednego kotła. Zdarzało się też, że wysyłałem kogoś na 4-5 dni wolnego, żeby odpoczął, zresetował się psychicznie, uporządkował jakieś sprawy. Przeważnie pomagało, taki zawodnik wracał i był potem w lepszej dyspozycji. Trener musi być obserwatorem i diagnozować przyczyny problemów. Nie w każdym przypadku chodzi o kwestie treningoweCo do samego treningu, warto również doskonalić to, z czego człowiek już wcześniej był zadowolony, żeby nic nie uciekło. Niekoniecznie musisz się skupiać tylko na tych aspektach, które ewidentnie nie funkcjonowały – podkreśla Ojrzyński.

W tym czasie można tylko pewne rzeczy skorygować, poprawić. Nie da się wypracować od zera czegoś, czego się nie wypracowało podczas okresu przygotowawczego. To jest fundament. Ale dziś nie widzę, żeby ktoś w lidze zepsuł okres przygotowawczy, mówimy więc o sytuacjach ekstremalnych – podkreśla Fornalik. – Większość trenerów wyznaje zasadę, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz i to właśnie on jest punktem odniesienia do tego, nad czym będzie się pracować podczas przerwy reprezentacyjnej – podsumowuje Ojrzyński.

Wśród naszych rozmówców nie ma zgody co do tego, czy sparing w okresie ligowej pauzy jest punktem obowiązkowym. – Jeżeli mamy iluś na kadrze, paru kontuzjowanych, wówczas nie chcemy grać sparingu. W zeszłym sezonie rozegraliśmy jeden, w tym sezonie póki co też jeden. Taki mecz ma sens, jeżeli większość zostaje, wszyscy są zdrowi. My graliśmy trochę meczów poza ligą. Mogliby grać więcej ci, co mniej grają, owszem, ale jak w treningu zdrowych mamy od 12 do 14 w przerwie reprezentacyjnej, to nie ma to większego sensu, bo powinno być tak, że zagrają dwie jedenastki po 45 minut, albo 60 i 30, zależy, jak wychodzi z obciążeń – takie podejście ma Ireneusz Mamrot.

Waldemar Fornalik analizuje podobnie: – Akurat teraz mieliśmy krótką przerwę. W niedzielę 11 listopada graliśmy z Koroną, a już w piątek 23 listopada mamy mecz z Zagłębiem Sosnowiec. Z tego względu zrezygnowaliśmy z gry kontrolnej, zwłaszcza że zaczynają się pojawiać przeciążenia i urazy. Wcześniej graliśmy sparing z Cracovią, uznaliśmy, że to właściwy czas, by zawodnicy mniej eksploatowani mieli swój mecz wyrównawczy.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Piast Gliwice - Legia Warszawa. 12.08.2018Waldemar Fornalik, fot. FotoPyK

„Gdyńska” szkoła uważa trochę inaczej: – Zawsze jestem za rytmem meczowym, czyli uważam, że trzeba grać jak najwięcej. I za każdym razem staramy się przeprowadzić czy to grę wewnętrzną, czy sparing. Szczególnie ważne jest to dla zawodników, którzy grają mniej, natomiast ci grający regularnie mogą mieć więcej regeneracji, treningów motorycznych, powrotu do sił. W ten sposób to robimy – mówi Zbigniew Smółka. Leszek Ojrzyński ma tu najbardziej stanowcze podejście. – To stały punkt programu. Zawsze „przemycało” się jakichś młodych zawodników, którzy trenowali w tygodniu z drużyną i takie mecze były dla nich mega doświadczeniem. To też najlepszy sposób, żeby przećwiczyć wszystkie kwestie taktyczne. Wiadomo, można je przetestować w grze wewnętrznej, ale to nie to samo. W sparingu po drugiej stronie masz rywala, który chce z tobą wygrać, który nie będzie szedł na kompromisy, odstawiał nogi. Jeśli przećwiczone warianty sprawdzą się w takich okolicznościach, ma to dużo większą wartość – przekonuje.

Zdarza się, że ktoś chce rozegrać sparing, ale po prostu nie ma takiej możliwości. Tak miał teraz Vicuna z Wisłą Płock: – Chcieliśmy zagrać mecz towarzyski, ale nie było partnera – w I i II lidze prawie każda drużyna gra, a ci, którzy mieli wolne w terminarzu mieli już dogadany mecz. Zamiast tego zagraliśmy w sobotę między sobą dwa razy po 30 minut na głównej płycie w Płocku. Intensywność w tym tygodniu była dobra. Pozytywne jest też to, że masz czas, żeby przyjrzeć się też piłkarzom z drugiej drużyny i juniorom.

Sparing plus intensywne treningi przez pierwszy tydzień mogą sprawić, że nawet jeśli da to dobre efekty, to nie od razu. – Bywało, że ewidentnie jakiś zespół w pierwszej kolejce po powrocie do grania nie miał jeszcze świeżości, bo motorycznie ćwiczył więcej, ale w następnych meczach już było inaczej i zbierał plony – zauważa Ojrzyński. Fornalik nie jest zwolennikiem takiego sposobu myślenia: – Staramy się zawsze tak dozować obciążenia, żeby ten pierwszy mecz po przerwie nie był „poświęcony” na rzecz kolejnych tygodni i nie zakładamy wtedy słabszej dyspozycji. Zawsze na sto procent.

Ojrzyńskiego w temacie wyciskania maksa z dwutygodniowych przerw można traktować jako autorytet. W zeszłym sezonie żaden zespół Ekstraklasy nie wywalczył więcej punktów po kadrowych pauzach niż Arka (biorąc pod uwagę po dwa mecze po powrocie do gry).

legia

 – Byłem bardzo zadowolony z tego, jak graliśmy po przerwach reprezentacyjnych. Tylko raz zremisowaliśmy pierwsze spotkanie, w pozostałych przypadkach wygrywaliśmy. Wiele zyskaliśmy na wrześniowej przerwie, gdy mieliśmy passę sześciu meczów bez zwycięstwa. Po wznowieniu ligi odwróciliśmy kartę i sześciu kolejnych meczów nie przegraliśmy. Zawsze czuliśmy, że wykonywaliśmy dobrą robotę – potwierdza sam zainteresowany.

W tym sezonie możemy na razie analizować przerwę wrześniową i październikową.

przerwy na kadre2

przerwy na kadre3

Zostając przy kryterium dwóch meczów „po”, widać, że Jagiellonia w obu przypadkach znajduje się w czołowej trójce punktujących. – W tym roku akurat nam się te wyniki poukładały. W zeszłym roku chyba skupialiśmy się za bardzo na pracy motorycznej. Teraz jesteśmy trochę mądrzejsi, zmieniliśmy obciążenia pod kątem indywidualnym, bo gdy wszyscy trenowali razem, nie przynosiło to tak dobrego efektu. Na pewno ostatnia przerwa na kadrę, w październiku, pomogła. Graliśmy na początku sezonu w pucharach i przyszedł taki moment, że nagromadziło się sporo urazów. Miesiąc przed październikową przerwą reprezentacyjną zeszliśmy z obciążeń, co było widać na boisku. W przerwie mogliśmy mocno popracować i w meczu z Pogonią Szczecin wyglądaliśmy dużo lepiej fizycznie niż w spotkaniach z Koroną i Śląskiem, w których zaprezentowaliśmy się słabo – Ireneusz Mamrot nie ukrywa, że popełniał błędy, z których wyciągał wnioski.

Dobre starty po wznowieniu ligowej rywalizacji są tym bardziej godne podkreślenia, że jak na średnią w Ekstraklasie, Jagiellonia zawsze dostarcza ponadprzeciętną liczbę kadrowiczów. – Na pewno z jednej strony jest to problem, że tylu zawodników wyjeżdża. Plus jest taki, że reszta może popracować. Wiadomo też, że zawodnicy jadący na kadrę to przeważnie ci, którzy grają najwięcej – komentuje Mamrot.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Wisla Plock - Jagiellonia Bialystok. 04.11.2017Ireneusz Mamrot, fot. FotoPyK

Vicuna jest dopiero w trakcie swojej drugiej ekstraklasowej przerwy w roli samodzielnego trenera, ale znajduje się w bardziej komfortowym położeniu niż jako asystent Jana Urbana. – W Lechu i Legii zawsze mieliśmy 8-10 powołanych zawodników. Ostatnio w Trakai miałem sytuację, kiedy ubyło nam dziesięciu piłkarzy. Pięciu dostało powołania do pierwszej reprezentacji, pięciu do U-21. Musieliśmy trenować razem z drugą drużyną, mieliśmy 8-9 piłkarzy z pierwszego zespołu. Teraz jest inaczej. Podczas ostatniej przerwy na reprezentację byliśmy na zgrupowaniu w Grodzisku Wielkopolskim i było to dla mnie bardzo ważne. Dopiero przejąłem drużynę, chciałem, żeby zawodnicy zrozumieli dobrze, jak chcemy grać, ale też spotkać się z nimi poza boiskiem, porozmawiać z nimi – mówi Hiszpan.

Punktu widzenia obu stron – selekcjonera i trenera klubowego – doświadczył w takich sytuacjach Waldemar Fornalik. – Powołanie do reprezentacji to zawsze olbrzymie wyróżnienie i zaszczyt. W tych kategoriach do tego podchodzę. A czasami taki pobyt na kadrze z klasowymi zawodnikami, którzy są na wyższym poziomie umiejętności, może dać niesamowitego kopa i zadziałać na kogoś lepiej, niż gdyby został w klubie – uważa.

U nas wyjechało trzech zawodników z kadry pierwszego zespołu plus bramkarz. Natomiast na kadrze zawodnicy też nie leżą, tylko są przygotowywani optymalnie – dla Zbigniewa Smółki powołania nie są większym problemem.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Legia Warszawa - Arka Gdynia. 28.09.2018Zbigniew Smółka, fot. FotoPyK

Z tego typu wyzwaniem nie mierzył się raczej Leszek Ojrzyński. – Pracowałem w klubach, które skazywano na spadek i w których do reprezentacji powoływano niewielu zawodników. W Arce znikali w zasadzie jedynie Pavels Steinbors na kadrę Łotwy, Luka Zarandia na gruzińską młodzieżówkę i Jan Łoś na U-18. Trzech nieobecnych nie stanowi większego problemu, zwłaszcza że kadrę mieliśmy dość szeroką i mogliśmy dać szansę innym. Co innego na przykład w Legii, gdzie teraz trenuje mój syn. W ostatnich dniach na treningi do „jedynki” poszło dziesięciu z drugiej drużyny. To już całkiem inna praca i utrudnienie dla trenera – przyznaje.

Jego zdaniem w tym okresie najwięcej do wygrania mają młodzi. – Janek Łoś dobrze zaprezentował się w sparingu w Grudziądzu, dzięki czemu na stałe trenował z pierwszą drużyną i zadebiutował w Ekstraklasie. Podobnie Szymon Nowicki, który w listopadzie rok temu zagrał dwa razy w lidze i raz w Pucharze Polski – podaje przykłady.

Dla Fornalika nie ma to aż takiego znaczenia: – Weryfikacja trwa z tygodnia na tydzień, postawa podczas jednej przerwy reprezentacyjnej nie może być decydująca, ale na pewno może mieć częściowy wpływ na postrzeganie zawodnika.

Przerwa reprezentacyjna to też w wielu przypadkach – na nieszczęście dla jednych, a z korzyścią dla drugich – czas, w którym szefowie klubów decydują się na trenerskie zmiany. Pytamy samych zainteresowanych, czy jeśli już decydować się na takich ruch, to właśnie wtedy?

Ireneusz Mamrot: – Trener ma wtedy więcej czasu, a to pomaga, nie ma co ukrywać. Mając dwa tygodnie, może popracować i fizycznie, ale i – jeśli nie wyjeżdża mu na zgrupowanie tak wielu zawodników – również taktycznie. Jeżeli przejmuje drużynę w poniedziałek, a ma mecz ligowy w piątek, to ewentualnie może wpłynąć na zespół mentalnie, przećwiczyć stałe fragmenty gry, a na wdrażanie swoich pomysłów ma czas dopiero później.

Leszek Ojrzyński: – Każdy pracuje nieco inaczej, na co innego kładzie nacisk, a wiadomo, że jeśli zmienia się szkoleniowca, mamy jakiś problem i trzeba go najpierw zdiagnozować. Nowy trener mając na „dzień dobry” dwa tygodnie jest już w stanie wpłynąć na drużynę w większym wymiarze niż tylko sfera mentalna.

Kibu Vicuna może tu powiedzieć najwięcej, bo sam dopiero co przyszedł do Płocka podczas październikowej przerwy. – Zawsze jest wtedy więcej treningów przed meczem niż przy graniu co tydzień. Oczywiście nigdy nie masz całej drużyny, teraz na przykład brakuje nam powołanych Szymańskiego, Merebaszwilego i Zawady, ale i tak trener może więcej zrobić na starcie. Mamy dwudziestu czterech piłkarzy, czyli okej, brakuje trzech, ale pozostali mogą trenować. Mamy ligę, puchar, zdarzają się kartki, kontuzje, każdy może być kiedyś potrzebny. Teraz koncentrowaliśmy się przede wszystkim na naszym stylu gry i od poniedziałku będziemy już skupieni na następnym meczu z Lechem Poznań – komentuje.

Początkowego handicapu Hiszpan nie zmarnował. Wisła w czterech kolejkach nie doznała porażki, wywalczyła osiem punktów i strzeliła aż dziewięć goli.

Szukając wypowiedzi najlepiej podsumowującej i zamykającej temat, jeszcze raz oddajemy głos Waldemarowi Fornalikowi: – Ogólnie zazwyczaj jest tak, że gdy zespół znajduje się na fali wznoszącej i regularnie punktuje, przerwa na kadrę prędzej mu zaszkodzi niż pomoże. W drugą stronę zazwyczaj pomaga, jest czas na korekty. W tej rundzie była przerwa, z której najchętniej bym zrezygnował i grał cały czas.

Skoro jednak dwa tygodnie „wolnego” i tak są przymusowe, każdy trener stara się je jak najlepiej wykorzystać. Sami widzicie, że sposoby są różne. Jedni zawsze chcą rozgrywać sparing, u innych to zależy. Jedni chętnie dają w kość w pierwszym tygodniu, drudzy od razu wolą przejść do szlifowania kwestii taktycznych, a bywa też, że szkoleniowiec najbardziej skupi się na odpoczynku mentalnym drużyny. Niektórzy tracą przez powołania wielu zawodników i muszą się ratować młodzieżą, ale dla większości ubytki kadrowe najczęściej są stosunkowo niewielkie i główny problem jest omijany już na początku (liczbę powołanych na listopadowe mecze reprezentacyjne analizowaliśmy TUTAJ). Każdy w pewnym stopniu pracuje według własnego wzoru, choć zdążyliście się przekonać, że są też punkty wspólne, których nikt nie pomija.

A kto to wszystko najlepiej połączył, będziemy się przekonywali już od piątku. Czy Vicuna obroni się ze swoją koncepcją i nadal nie będzie przegrywał? Czy Jagiellonia znów mocno wystartuje, co jest tym bardziej prawdopodobne, że tym razem wyjechało jej mniej zawodników? Czy Zbigniew Smółka zbliży się do wyniku Leszka Ojrzyńskiego w meczach bezpośrednio po przerwie reprezentacyjnej? Przyznajcie sami: to frapujące kwestie, a tęsknota za ligą mimowolnie zaczyna już rosnąć.

PRZEMYSŁAW MICHALAK

SZYMON PODSTUFKA

fot. główne FotoPyK

KOMENTARZE (1)