Klub zero. W pogoni za punktem
Weszło Extra

Klub zero. W pogoni za punktem

Straciły łącznie 2490 bramek. Nie wygrały żadnego meczu. Kto? Członkowie nieformalnego klubu zero, czyli drużyn, które w najniższej klasie rozgrywkowej swojego regionu nie zdobyły jeszcze punktu.

Jakie są realia funkcjonowania takich klubów? Z jakimi wyzwaniami mierzą się na co dzień? W których momentach pojawia się satysfakcja, a jak często pojawia się zwątpienie?

Zapraszamy.

***

Legenda: pod uwagę były brane ligi znajdujące się najniżej w danym okręgu. Czyli jeśli Zabrze ma klasę C, to nie bierzemy pod uwagę jego klas B.

Współczynnikiem decydującym jest liczba bramek, którą klub średnio przegrywa mecz.

Z przyczyn technicznych braliśmy pod uwagę wyniki do zeszłego weekendu.

egipt

***

AMATOR BYDGOSZCZ. 1-133? CELEM AWANS W TRZY LATA

Ostatni klub w Polsce. Ostatnia bydgoska liga, jeden gol, najgorszy  bilans. Szczerze mówiąc, nie byliśmy pewni, czy będą chcieli porozmawiać. Drugi w tabeli zespół, Egipt Krzyżowice, odmówił i tylko od jego rywali dowiedzieliśmy się, że latem niestety zmarł prezes, a takie kluby często trzyma w ryzach zaangażowanie i pasja jednej osoby.

Amator Bydgoszcz okazał się dużym zaskoczeniem. Nie spodziewaliśmy się, że są tu takie ambicje, nie spodziewaliśmy się, że organizacja jest naprawdę niezła i klub po prostu płaci frycowe w mocnej bydgoskiej B-klasie.

Herb jednak pozostaje zagadką. W strukturach funkcjonują po prostu jako „Amator”.

39108298_233303327518100_466552187011465216_n

Mariusz Metello: Kiedyś przez pięć lat miałem klub Casimirus Bydgoszcz. Dużo pieniędzy na to poszło. W pewnym momencie postawiłem na życie rodzinne i wyrejestrowałem klub.

Co panem wtedy kierowało, żeby w ogóle bawić się w piłkę?

W Bydgoszczy nie ma wielu możliwości grania. Raptem kilka drużyn. Teraz, gdy wróciłem po latach, nie widzę różnicy. Dlatego postanowiłem założyć Amatora.

Na Casimirusie pan się sparzył?

Najpierw robiłem wszystko sam, później miałem trenera do pomocy. Żyłem w Warszawie, tu przyjeżdżałem na mecze, dzień przed nimi omawiałem wszystko z trenerem. Jakoś to szło. Ale tak naprawdę jeśli człowieka nie ma na miejscu, klub umiera. Tak też się stało. Powoli wszystko się rozsypywało, ludzie zamiast trenować szli grać w szóstkach, o innych sprawach nie będę nawet mówił. Jest coś takiego, jak nielojalność. Jeśli daje się komuś wolną rękę… a, nie chcę specjalnie opowiadać. Rozdział zamknięty. Ale świadomość, że robisz co możesz, a gdzieś ktoś działa niefajnie za twoimi plecami – fatalne uczucie.

Ile lat nie miał pan klubu?

W 2013 wyjechałem do pracy do Belgii, przed wyjazdem wyrejestrowałem Casimirusa, czyli po pięciu lat wracam do gry. Czas jest dla mnie trudny, troszkę pustki w życiu prywatnym, pomyślałem, że wezmę się za piłkę jeszcze raz. Chcę reaktywować się jako trener, mam też bardzo fajnego młodego szkoleniowca po AWF-ie do pomocy, świetny człowiek, który wytrzymuje to wszystko mentalnie. Zależało mi, żeby wystartować już teraz i mimo iż przez to nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, to cieszę się. Może potem w ogóle bym się jednak nie zdecydował, a tak stało się i nie żałuję.

Spodziewał się pan, że wyniki będą takie?

Wiedziałem, że wynikowo na dzień dobry nie mamy szans, ale nie sądziłem, że będzie aż tak ciężko. B-klasa bydgoska jest bardzo mocna, również z tego względu, że tych klubów nie ma wiele w regionie. W naszej grupie gra choćby reaktywowana Gwiazda Bydgoszcz, uznana firma, mają bazę i – jak na ten poziom – pieniążki. Nam ludzie wypadają przed meczami, to taka okoliczność, to delegacja, nowi zastanawiają się, nie wszyscy mogą się przekonać. Na razie tylko na trzech meczach miałem możliwość zmiany, na kilku natomiast zaczynaliśmy w dziesiątkę. Niemniej jestem zadowolony. Może tego po tabeli nie widać, ale robimy postępy, rośniemy jako drużyna. Budujemy się. Wszystko jest w porządku, nie grozi nam ani wycofanie, ani nie złapaliśmy żadnego walkowera, tylko jeden mecz musiałem przełożyć. Do każdego meczu podchodzimy ambitnie, mamy swoje założenia, z tym, że to jeszcze nie jest ten czas, kiedy możemy rzucić wyzwanie przez całe dziewięćdziesiąt minut.

Pan też wchodzi na boisko?

Jak jestem zmuszony pomagać to wchodzę i cieszę się z tego, ale wolałbym nie grać. Drużyna nie jest tworzona dla mnie, zawsze to mówię. Wolałbym nie powąchać murawy, ale żeby chłopaki dawali sobie radę.

Jak padł jedyny gol?

Cieszę się, że jest, z zerem wyglądało to o wiele gorzej i trochę siedziało w chłopakach. Mamy wielką satysfakcję, że gol padł właśnie z Gwiazdą Bydgoszcz. Ogółem zagraliśmy wtedy swoją najlepszą połowę. Gwiazda jest niekwestionowanym liderem tabeli, a my trzydzieści minut utrzymywaliśmy 0:0. Po stracie bramki wkradło się trochę dekoncentracji, do przerwy było 0:3. Po kilkunastu sekundach wznowienia gry padł gol na 0:4, ale potem trafiliśmy my. Autorem bardzo fajny zawodnik, ogółem uważam, że zbiera się cała grupa z charakterem do grania. Przykładowo, ktoś spojrzy na tabelę i spyta – kto tam broni? A nasz bramkarz to mocny punkt. W każdym meczu kilka, a nawet kilkanaście razy nas ratował. Nawet przy golu asystował dokładnym, dalekim podaniem, dzięki któremu dało się od razu uderzyć. Później brakło nam sił, ale dojdziemy do tego, na treningach wygląda to coraz lepiej.

Treningi też nie są zawsze normą w B-klasie. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że je macie.

Do niedawna były w sferze marzeń, ale powoli się to rozkręca, są to już treningi zespołowe. Problem jest taki, że trzeba wykorzenić zwyczaje złapane w grze na małym boisku, a trenujemy… na orliku. Od wiosny, a może już od zimy postaram się, żeby było inaczej. Będą sparingi, będzie sala, a dosłownie od pierwszego stycznia chcemy pracować nad siłą i kondycją na rundę wiosenną.

Jaki stawia pan sobie cel?

Chciałbym zrobić awans w przeciągu trzech lat. To jest do zrobienia, choć szanuję klasę rywali ligowych, wynikającą też zazwyczaj z mocnych struktur organizacyjnych. W Casimirusie zostawiałem wiele spraw organizacyjnych innym osobom i źle na tym wychodziłem. Nie twierdzę, że nie można zaufać, mam fajnych ludzi do współpracy, ale na pewno włączę się we wszystko znacznie większym stopniu. Marzy mi się chociażby to, żebyśmy na mecze jeździli wspólnym autobusem. To jeżdżenie autami, kombinowanie kto z kim… a tak jest miejsce zbiórki i jedziemy. Nie wiem, czy uda się już od wiosny, ale bardzo chciałbym zrealizować to od przyszłego roku.

Co sprawiło panu w tej rundzie największą satysfakcję?

To, że nikt nie zrezygnował przez wyniki. Do gry w takim klubie, gdzie jest bardzo ciężko, trzeba mieć mocną psychikę i takich mam też ludzi. Myślę, że jak dodamy kondycję, na wiosnę paradoksalnie tą słabą rundą jesienną będziemy silniejsi. Droga do klubu jest otwarta, ale na siłę ludzi nie szukam, to naturalny proces, niczym nie przyspieszany.

A jak jest u was z finansami? Klub jest na pana utrzymaniu?

To drużyna składkowa, a jak czegoś brakuje, dokładam. Moje założenie jest jednak takie, żeby wychodzić na zero. W Casimirusie wydałem dużo. Nie zamierzam być sponsorem, tylko tak zorganizować klub, żeby był samowystarczalny. W tym sezonie pewnie tak idealnie się nie uda, bo to początek, ale w siedemdziesięciu-osiemdziesięciu procentach powinno. Oczywiście nie jest tak, że jak ktoś nie zapłaci składki to wylatuje. Ktoś może po prostu na składkę nie mieć. Po jakimś czasie i tak wyjdzie, czy faktycznie nie ma, czy po prostu nie chcę dawać. Szatnia weryfikuje, nie przymus. Chłopaki starają się płacić, ganiać za nikim nie trzeba.

***

SPARTA BRODY. KRETY NIE POMAGAJĄ

Screen Shot 11-18-18 at 05.11 PM

Sparta Brody w Wielkopolsce ma swoistą renomę. Rozmawialiśmy latem z Łukaszem Duszczakiem, szefem portalu „Peryferia futbolu” poświęconemu niższym ligom wielkopolskim, a Brody wskazał jako bodaj najgorsze boisko regionu.

Na pewno przydałaby się aktualizacja klubowych social mediów. Poniżej zdjęcie z Facebooka, najnowsze jakie znaleźliśmy. Aktualność? 2015 rok.

12144834_499071916939821_1266490763840258249_n

Wiesław Bartkowiak: Kiedyś w Brodach pojawił się pan, który miał wielkie aspiracje. Chciał tu zrobić czwartą ligę. My zrobiliśmy akurat wtedy swoimi siłami awans do A-klasy. Posprowadzał chłopaków z innych klubów, były jakieś stypendia, a my jako rezerwy zarejestrowaliśmy się w B-klasie. W jednym sezonie w Brodach zrobiono dwa awanse. Ale wkrótce pieniążki zaczęły się kończyć i okazało się, że w klubie narobił tylko długów. Potem całkiem się wycofał i ja staram się, żeby to przetrwało.

Ostatnio jeszcze wygrywaliśmy co sezon dwa, trzy mecze, teraz nie udało nam się nic wygrać od roku. Jesteśmy wiekową drużyną, nie ma świeżej krwi. W większości grają ci sami, co kiedyś. Nie zawsze udaje nam się zebrać jedenastu do grania, młodzi się nie garną.

Co jest największym wyzwaniem dla was?

Spełnienie wymogów licencyjnych. Trener, opieka medyczna i inne takie – to wszystko wiąże się z kosztami, gdzie my niestety tych pieniędzy nie mamy za wiele. Fundusz, jakim wspiera nas gmina, wystarcza na sędziów, WZPN i badania lekarskie, reszta w naszym zakresie.

Jak jest z waszym boiskiem? Słyszałem, że inni na nie narzekają, jest dość słynne.

Trudno mi powiedzieć. Ostatnio na pewny krety trochę rozryły i nie jest w najlepszym stanie.

Nie brakuje czasem motywacji, by to ciągnąć?

Tak, ale jestem zbyt związany z tym klubem. Miałem dziesięć lat, gdy oglądałem jak starszy brat reprezentował Brody, a sam przecież też robię to od dawna. Sparta ma 71 lat. Nie chciałbym być tym prezesem, za którego kadencji klub upadł. Dlatego dbam o to jak umiem. Załatwiam co trzeba. Gram, ogarniam boisko, a jak trzeba to je koszę kosiarką ręczną.

A co sprawia największą satysfakcję?

Mnie osobiście gra. To czysta przyjemność.

Nie przejmujecie się porażkami?

Chcielibyśmy wygrać, ale wiemy jakie są realia. Ciężko bez treningów rzucić wyzwanie innym. Ale gramy sto procent dla przyjemności.

Bliscy nie narzekają czasem na to, że poświęca pan cenny czas klubowi?

Bywało, ale od jakiegoś czasu żona wie, że ja tego nie zostawię. Teraz sama przychodzi z dziećmi na mecze. Była nawet na wyjeździe.

Strzeliliście w tej rundzie dwa gole. Duża radość z takich bramek?

Bardzo, szczególnie z bramki Błażeja Szulca, bardzo ładnej, zza szesnastki, a jeszcze był to gol na 1:0. Prowadziliśmy 30 minut. Mamy jednak ten problem, że potrafimy stracić trzy bramki w kilka minut. Skończyło się na 1:8.

***

LZS SĘKOWICE. NAJLEPSZY MOMENT? JAK ZAGRALIŚMY W JEDENASTU

LZS Sękowice niegdyś mógł się pochwalić bardzo często aktualizowaną witryną klubową. Transferowe nowości, jak „Biały znów u nas”, kadrowe kłopoty „W Makowicach bez Maxa”, czy relacje meczów stanowiły standard. Ale od dwóch lat strona to tylko archiwum, pozostałość po realiach, gdy było trochę lepiej.

herb-rywala-lzssekowice_24

Rudnik Marek: – Wioska jest malutka. Dwadzieścia domków. Wszyscy się dziwią: jak to możliwe, że w takiej małej wiosce jest klub, który gra nieprzerwanie od pięćdziesięciu lat? Gdzie nie mamy normalnych warunków, bo niby tradycje długie, a nie ma szatni, stoi barak byle jaki? A my dajemy radę. Przyszłej wiosny planujemy zrobić fajny festyn z okazji jubileuszu.

Klub jednoczy miejscową społeczność?

Myślę, że tak. Po kościele właśnie on. Na meczach nie powiem, zawsze ktoś jest, oczywiście im lepsza pogoda, tym kibiców więcej.

Jaki jest wasz największy problem?

Brak zawodników, w tym sezonie tylko na jeden mecz wyszliśmy w jedenastkę. Ducha nam nie brakuje – my nawet w ósemkę się nie bronimy, chcemy grać! Nie stajemy w polu karnym. Wolimy przegrać wyżej, ale stworzyć jakieś akcje. Do pierwszej straconej bramki wygląda to nieźle, ale później sił nie starcza i jest jak jest. Myślę, że na wiosnę kadrowo będzie lepiej, pozyskujemy powoli nowych zawodników.

Jaki był najbardziej pozytywny moment mijającej rundy?

Jak zaczęliśmy mecz w jedenastu. Zaczęliśmy, bo skończyliśmy w siedmiu.

Co się stało?

Sędzia się uwziął trochę.

A najtrudniejszy moment?

Właśnie po tym meczu, gdy trzeba było się zebrać na kolejny mecz. Chłopaki byli załamani jak ich arbiter potraktował. Niektórzy powiedzieli, że mają dość takiego grania, takiej piłki. Tutaj akurat moim zdaniem to było specjalnie, żebyśmy przestali istnieć.

Nie chcą was w lidze?

Tak to czuję. Kolegium sędziów nie bardzo nas lubi. Parę lat temu była sytuacja, gdy obecny obsadowy miał zatarg z jednym z zawodników od nas dostał. Przypuszczam, że może być lekka zemsta.

Pan długo jest w klubie?

Od piętnastu lat! Na drugi rok mam pięćdziesiąt, tak samo jak klub.

Ciężko łączyć prowadzenie klubu z pracą kierowcy TIR-a?

Bardzo, bo załatwianie spraw, różne zebrania, dzieją się raczej w tygodniu, a wtedy mnie czasem po prostu nie ma.

Bliscy mówią, żeby pan odpuścił?

Na początku żona była przeciwna, teraz już nie. Przeszło jej. Kibicuje, wspiera.

A jak jest u was finansowo?

Wspiera nas zrzeszenie ludowych zespołów w Nysie, a reszta we własnym zakresie.

***

ORŁY PSTRĄGÓWKA. ZASTANÓW SIĘ, CZY NA PEWNO CHCESZ SIĘ W TO BAWIĆ

33663894_802588053270356_6099939345232297984_n

Petka Paweł: – Jakaś drużyna w Pstrągówce zawsze była, choć raczej w lidze ministranckiej. Postanowiliśmy dołączyć do B-klasy. Założyliśmy klub 27 maja i od razu wystartowaliśmy. Niepotrzebnie pospieszyliśmy się.

Dlaczego niepotrzebnie?

Ja od trzynastu lat występuję w różnych drużynach, ale chłopaki są nieograni, większość nigdy nie grała w klubach. My to traktujemy bardziej tak, żeby móc się rozerwać w niedzielę, nie siedzieć w domu. Początki były fajne, zaangażowanie ludzi, dużo osób na treningach. Z tygodnia na tydzień, po słabych wynikach, było jednak coraz gorzej. Organizacyjnie też są kłopoty: na razie wszystko gramy na wyjazdach, bo nasze boisko nie miało nawet wymiarowych bramek. Załatwiania różnej roboty papierkowej też było mnóstwo, nie spodziewałem się, że jest tego aż tyle.

Były momenty zwątpienia podczas tej rundy?

Szczerze mówiąc tak, po dwucyfrowych wynikach. To jednak wstyd tak przegrać. Ciągła gra na wyjeździe też nie jest łatwa. Po porażkach wycofywali się kolejni zawodnicy, którzy byli trochę jakby transferowani z innych klubów. Teraz zostali praktycznie sami miejscowi. Trudne początki, może się rozkręci, jak wiosną będziemy grać u siebie.

Ale to, że organizujecie treningi, jest jednak osiągnięciem. Nie zawsze to się w B-klasie udaje.

Ale frekwencja jest coraz mniejsza. Chociaż też przyznam, mamy trochę zawodników niezgłoszonych, bardzo młodych, na pewno będziemy na nich stawiać wiosną. To nadzieja.

38207479_860505704145257_1782265497736183808_n

Jak traktują was inne kluby, jest szyderka?

Szczerze mówiąc nie. Wspierają. Mówią: fajnie, że walczycie. Płacicie frycowe, ale przyjeżdżacie, gracie, nie poddajecie się. To się ceni.

A jak u was z finansami?

Finansów nie ma. Utrzymujemy się z własnych składek. Na razie koszty sędziów nam odchodziły, bo to płaci gospodarz, ale to tyle.

Co by pan doradził osobom, które zastanawiają się nad założeniem swojego klubu?

Dwa razy się zastanowić, czy na pewno tego chcą.

***

SOKÓŁ SKROMNICA. PREZES NIE WIERZYŁ, ŻE DOKOŃCZYMY RUNDĘ

O Sokole więcej pisaliśmy w wywiadzie z Maciejem Nędzim, który opublikowaliśmy jakiś czas temu. Klub to wyjadacz dołów tabeli łódzkiej B-klasy.

To mylne robić z nas drugą Chrząstawę. Dobrze nam szło w drugim sezonie mojego działania w Skromnicy, wtedy się zawziąłem – sprowadziłem ludzi, którzy gdzieś grali, nawet w okręgówkach. Ale ich zapał gasł, a jak bumerang powracały mecze, w których musiał grać mój ojciec i pięćdziesięciopięcioletni wujo. W ostatnim sezonie miało miejsce 1:26 z Kobrą. Graliśmy w siedmiu, pierwszy raz, ale coraz częściej zdarzały się mecze, gdzie występowaliśmy w dziewięciu. Z Rosanowem graliśmy w ósemkę i taktycznie postanowiliśmy, że będziemy wszystko wybijać z całej siły na rzuty rożne. Tamci wściekali się, musieli chodzić. W kornerach było 0:26, ale ogółem sukces: przegraliśmy tylko 0:7. Mówię „sukces” bez ironii: rundę wcześniej graliśmy po jedenastu i przegraliśmy 0:11. Na Skromnicę rywale się mobilizowali, bo wiedzieli, że mogą nam nastrzelać. Bywało, że denerwowali się na trenera, że ich nie wpuścił na Skromnicę, bo wiadomo, tu łatwiej o gola.

Gdy zobaczyłem wasz wynik meczu z Kobrą, zastanawiałem się w pierwszej kolejności jak strzeliliście bramkę.

Z karnego.

Dali wam?

Nie, sfaulowali jednego z naszych. Nawet jak grasz w siódemkę, masz sytuacje. Do 33 minuty było 0:0, też osiągnięcie. Później, gdy worek z bramkami się rozwiązał, miałem moment zwątpienia. Krzyknąłem: „Chłopaki, schodzimy, bo wstyd. Jeszcze pobijemy klubowy rekord”. Chłopaki zagrozili, że mnie zlinczują. „Jedziemy z Łodzi, marnujemy całą niedzielę, a ty, kurwa, będziesz schodził? Prędzej wpierdol obskoczysz”. Byli zdenerwowani, mieli poczucie, że wsadziłem ich na minę. Jadą na wiochę i dostają prawie trzydzieści sztuk. Do tego dochodzi zmęczenie, bo co innego pograć w piłkę, a co innego ganiać w siedmiu. Dograliśmy do końca, rekord nie padł – w 2001 Skromnica przegrała 0:25 ze Zrywem Śliwniki. Nie wiem jak jest w Chrząstawie, czy cieszą się z porażek, ale w Skromnicy nie o taką sławę mi chodziło. Jedyną motywacją w ostatnich sezonach była moja i prezesa Kołodziejczaka chęć, żeby Sokół istniał. Robiłem w klubie wszystko, a są przyjemniejsze rzeczy niż organizowanie wszystkiego od A do Z w klubie, w którym nie ma wyników.

W tym roku wrócił na piłkarską mapę.

 indeks

Maciej Nędzi: Sokół jest jak feniks z popiołów, zawsze wraca. Dwa lata temu podczas meczu z Santosem Czerchów miała miejsca bójka. Wygraliśmy 3:0 i rywal się spiął, że Skromnica tak dobrze sobie radzi. Ktoś sprowokował naszego zawodnika. Miał pecha, bo ten chłopak trenował sztuki walki. Zaatakował, poskładał trzech, później trzeba było uciekać.

Gonili was?

Policja była na trasie, że tak powiem, zamówiona. Kontrolowali auta, kilka radiowozów nas szukało. Ten typ, co pobił, miał zawiasy, niestety teraz jest w areszcie domowym, ma coś na nodze i nie może wychodzić.

Przydałby się w Skromnicy?

Pewnie, mega dobry, waleczny, ale dostał dwa lata aresztu domowego. Prezes stwierdził, że odpuścimy sezon, niech sprawa ucichnie. Teraz zarejestrował klub od nowa. Na pierwszą kolejkę nie mogłem przyjechać, musiałem być w Ptaku na robocie. I zespół w ogóle nie pojechał, oddał walkowera. Miałem już się tak nie angażować, ale mam wielki sentyment do Sokoła i serce mnie bolało jak się dowiedziałem, że nawet na mecz nie pojechali. Mam mnóstwo innych spraw, ale zrozumiałem, że to upadnie jak się nie włączę. Zacząłem działać. Prezes powiedział mi nawet na koniec: „Maciek, nie sądziłem, że dogramy tą rundę. Dziękuję, to dla mnie duże zaskoczenie”. Muszę też pochwalić prezesa, bo bardzo się angażuje, jeździ na wszystkie nasze mecze, nie zawsze to było standardem.

A jak kolejny mecz z Czerchowem wyglądał?

Trzecia kolejka. Robili nam ogromne problemy, kopali nas. Zeszliśmy w 40 minucie.

Najciekawsi zawodnicy, jakich masz?

Rosario Alexandre. Gościu grał w drugiej lidze Angoli. Co prawda pamiętajmy, że tamtejszy poziom to okręgówka. Magdziński wyjechał tam do pierwszej ligi i zrobił furorę, a przecież u nas grał w 4 lidze. Ale fajnie, że ktoś taki jak Rosario gra u nas, ma pojęcie.

Skąd go wydobyłeś?

Pracował w Łodzi, mam trochę kontaktów i go ogarnąłem. Zawodnik środka pola, nie strzelił jeszcze gola, ale się wyróżnia. Nie do zdarcia jest też Grzesiu Stefański, 35 lat, jest stąd, ma wielkie serce do gry. Zawsze jest na meczu, nigdy nie odpuszcza, po prostu mu się chce. Niestety kadra ciągle jest inna, praktycznie co mecz. Niektórzy piłkarze nie mają zielonego pojęcia o grze, czy jako takiej, czy na dużym boisku. Jak masz takich zawodników nie może być za dobrze. Co chwila trzeba szukać nowych i tak w kółko. Niekończąca się historia.

42389306_2277960435757140_8850324719556100096_n

Najtrudniejsza sytuacja kadrowa przed meczem?

Nie raz zaczynaliśmy bez pełnego składu. Najbardziej mnie wpienia, jak ktoś nie idzie na mecz, bo zapije. Dzwoni, że przeprasza, ale poszedł się nawalić. To jest norma niestety. Liczysz na kogoś, ten ktoś się deklaruje, a potem takie coś. Ja po takim czymś już do gościa nie wracam, drzwi zamknięte, lepiej grać w dziesiątkę. Wszystko jest akceptowalne w Skromnicy, możesz mieć różne powody, że nie przyjdziesz, ale nie to.

Jesteś specjalistą od załatwiania zawodników, dużo twoim zdaniem wykrusza się chętnych?

Skromnica nie jest tutaj wyznacznikiem, to specyficzny klub. Teraz jest boom na sportowy tryb życia, ale to wieś, a zespół nawet w tej wsi nie gra, tylko we Wróblewie. Typowa zbieranina. Jeszcze kilka lat temu było takich drużyn więcej, Tygrys Solca Wielka, Helenów. Między sobą mogliśmy pograć. Teraz poziom idzie w górę. Wszyscy trenują, mają szerokie kadry, odjechali nam. Nie ma rywali, z którym bylibyśmy w stanie zapunktować.

Jak jest z finansami?

Gmina Ozorków bardzo wspiera. Celem tutaj jest niemalże to, żeby każda wioska miała swoją drużynę. Ale między klubami jest dość wrogie nastawienie, potrafią być spiny, że ktoś zabiera kawałek finansowego tortu.

***

LZS CHRZĄSTAWA. MEDIALNOŚĆ NIE ZMIENIŁA NIC

Najmedialniejszy klub B-klasy. Bardziej znany w Polsce niż niejeden drugoligowiec. A jednak najbardziej zaskakujące, że mimo takiej rozpoznawalności, która w teorii powinna się przełożyć choćby na większe zainteresowanie zawodników, Chrząstawa znowu zakończyła rundę bez oczek.

chrza1-1-590x410

Widziałem, że pojawiło się u was ostatnio Discovery.

Adrian Kwaśniak: Przyjeżdżali całą jesień, nawet dzień przed meczem. Coś ma powstać z tego materiału. Kręcili przygotowania, mecz, otoczkę, wszystko. Takie normalne funkcjonowanie klubu. Na pewno chcieli pomóc, pytali co można by zmienić, jak wesprzeć klub. Na razie za dużo nie dało, ale pojawiły się siatki za bramkami, takie łapacze.

Jak zareagował wujek, że Discovery przyjeżdża?

Jaka telewizja by nie przyjechała, na niego to nie wpływa. Przyjechali, mieli plan, OK. Bohdan zawsze zadowolony, jak coś się dzieje wokół klubu, że o LZS-ie i Chrząstawie ludzie mogą się dowiedzieć. Chrząstawa z niczego nie słynie, ot, malutka wioska, a wujek stworzył coś, co umieściło ją na mapie. Po tylu latach piłkarski świat już nas zna.

Dla chłopaków to było wow, że powstaje reportaż?

Nie ma wow. Jak pierwszy raz robili film biało-czerwoni z Chrząstawy, na pewno tak. Coś nowego. Ale po tych wszystkich reportażach – nie.

Czy zainteresowanie wami przekłada się na jakiekolwiek praktyczne profity?

Nie bardzo. Nigdy nie mieliśmy sponsora, który chciałby zainwestować większy wkład. Po filmie developer z Warszawy, Araz, zafundował stroje. R-gol się odezwał, pomógł z piłkami, siatkami, możemy liczyć na zniżki. To fajne. Ale nie zmienia to faktu, że dalej jest biednie i dalej są problemy z ludźmi. Dużo osób pisze, że by dla nas chętnie zagrało, to z Rybnika, to z Gdańska, to z Zakopanego. Ale tutaj, na miejscu, nie ma tak, żeby wielu chciało grać dla Chrząstawy. Może rok, dwa lata temu było trochę lepiej, ale teraz znowu są kłopoty kadrowe i co tydzień jest inna jedenastka. Raz graliśmy też w dziewięciu, a ostatecznie zostało siedmiu. Dwie osoby nie wytrzymały. Sędzia przerwał mecz, zupełnie bezprawnie, bo przecież w siódemkę też grać można. Domagaliśmy się walkowera. W OZPN-ie kazali dokończyć spotkanie w nowym terminie. Znowu się zebrać – nie takie proste, szczególnie, że to wyjazd.

Bohdan wciąż ma zapał? Co rundę mówi, że to ostatni raz.

Tak mówi zawsze, bo to go kosztuje dużo zdrowia, pieniędzy i wysiłku, a nie ma z tego nic. Zawsze jednak chce prowadzić to dalej. Co mecz się przebiera do gry, bo może być tak, że ludzi nie będzie.

Ile wujo ma lat?

Sześćdziesiąt.

Grał w tym sezonie?

Grał, choć ma problemy zdrowotne, bardzo duży problem z kolanem, niebawem czeka go zabieg. A jednak dalej to ciągnie, każdego zadziwiając w rodzinie.

1000014_578032245572857_2048724971_n 1001895_572120796164002_220518492_n

Byliście w gminie deprecjonowani, a w zeszłym sezonie zostaliście jedynym klubem gminnym.

Tak, nie raz słyszeliśmy, że najszybciej padnie Chrząstawa, a było jak było. Teraz doszła Widawa, która się reaktywowała. Kiedyś mieli nawet dwie drużyny, był też dodatkowo Chocim w gminie. Ale nawet w sezonie, gdy byliśmy sami, i tak dostawaliśmy niewielkie wsparcie finansowe. Nie powiem, że nie ma nic, ale i tak mnóstwo jest a głowie Bohdana, a bogaczem przecież nie jest.

Jaki był wasz najlepszy mecz?

Chyba jedyny naprawdę dobry, z liderem, gdzie akurat przyjechali praktycznie wszyscy najlepsi nasi piłkarze. Przegraliśmy 6:7. Zacięte, fajne spotkanie.

***

JADWIŻAŃSKI KS. FIKU MIKU, JADWIŻAŃSKI ZGINIE W PAŹDZIERNIKU

Duże miasto, Poznań, grupa pasjonatów piłki, która postanawia przenieść takie sobie kopanie byle gdzie do B-klasy. Zaczęło się brutalnie, od 0:27 i 0:30 w dwóch pierwszych meczach, ale chłopaki z JKS-u robili postępy. W regionie mają opinię klubu, który nie traktuje swojej gry zupełnie poważnie, a co nie okazało się prawdą. Porażka boli tak samo.

JKS-2-590x397

Staszek Kiernicki: W zeszłym sezonie wszystko zaczęło się układać. Wygraliśmy dwa mecze z rzędu nie tracąc gola. Ale po sezonie czterech zawodników poszło do różnych klubów A-klasy. Trochę osób się zgłosiło, lepszych, gorszych, niemniej to runda do zapomnienia.

Co najlepsze w tej rundzie?

Mecz, który wygraliśmy, ale dostaliśmy walkowera. Mieliśmy nieuprawnionego zawodnika w składzie.

A najgorszy moment?

Jak nawet nie pojechaliśmy na wyjazd. Można przegrać, można wysoko, ale nie pojechać wcale… Odbyliśmy potem poważną, męską rozmowę w klubie, także z prezesem. Myślę, że nawet dobrze się stało, to był taki wstrząs.

Widziałem pierwsze wasze zwycięstwo, wtedy mieliście wielką pasję, bez względu na wyniki. To nie przygasa?

W nas, co jesteśmy tutaj długo, nie. Ale niektórym brakuje determinacji. Potrzeba zaangażowania takiego, że nawet jak masz, nie wiem, imieniny ciotki, to imieniny przekładasz i przyjeżdżasz. Jak się deklarujemy do gry, to do końca.

Ty przyjedziesz na mecz mimo imienin ciotki?

Przyjadę.

Macie w regionie opinię drużyny, która nie przejmuje się porażkami.

Nikt nie chce poświęcać kilku godzin w weekend, jechać nieraz kilkadziesiąt kilometrów, a tam dostawać 0:5. Wypadałoby czasem chociaż pokazać wyrównaną walkę, a nie co tydzień dostawać w czapkę. To się robi nudne po prostu.

A kibice wciąż są? Wtedy widziałem u was fantastyczny doping, nawet z bębnami i grillem.

Kiepsko jest ostatnimi czasy. Zmieniliśmy boisko, teraz gramy w Poznaniu, więc teoretycznie powinno być lepiej, ale nie jest. Dopingu brak. Jedyny doping, jaki mieliśmy, to od 20 pijanych kibiców rywali: „Fiku miku, Jadwiżański zginie w październiku”. Na szczęście się nie sprawdziło.

Skąd macie pieniądze na finansowanie klubu?

Drużynę wspomaga klub JKS, bo jest tu też szkolenie dzieciaków, reszta ze zrzutek.

Gdzie szukacie nadziei na przyszłość?

Teraz przeprowadzamy nabór na trochę innych zasadach. Ludzi zgłosiło się dużo, ale nie przyjmujemy wszystkich jak wcześniej, tylko tych, którzy deklarują, że będą też trenować przez zimę. To jest klucz. Kilka osób wraca też do nas, powinno być lepiej.

***

Te kluby często spinają jednostki, które gdyby się wycofały, wszystko ległoby w gruzach, czasem zabierając ze sobą długie dekady tradycji. W zamian za działanie na rzecz klubu nie otrzymują nic, poza satysfakcją. A przecież i tej trzeba szukać gdzie indziej, niż w wynikach. Nie chcę uderzać w nuty heroizmu – za mocne słowo. Ale jest coś naprawdę godnego podziwu w tych wszystkich osobach, które nie zrażają się porażkami i chcą coś na samym dole piramidy piłkarskiej osiągnąć.

Nawet, jeśli czasem będzie to tylko i aż: przetrwać.

Leszek Milewski

Fot główne: Fanpage LZS Chrząstawa

KOMENTARZE (8)