100 najlepszych obcokrajowców w historii ligi
Weszło Extra

100 najlepszych obcokrajowców w historii ligi

Pierwszy problem pojawił się już przy konstruowaniu tytułu. Może „100 najbardziej pamiętnych obcokrajowców w historii ekstraklasy”? No chyba nie, bo taki Daniel Sikorski, najlepszy napastnik Polski, zapamiętany zostanie na długo, choć raczej nie ze względu na regularne strzelanie bramek. Salenko, Borowka czy nawet Nielsen – tych ananasów to dopiero będziemy wspominać! No to inaczej „100 obcokrajowców, którzy wstrząsnęli polską piłką”. No nie, gdy tak stawiamy sprawę, przed oczami pojawia się Benjamin Imeh, który na boisku zasłynął z tego, że potrafił wylecieć z niego za zdjęcie koszulki, a poza nim z podejrzeń o próbę zgwałcenia szwagierki (tak twierdziła kobieta, teściowa zapewniała, że chłop się po prostu pomylił). Poza tym, byłoby to cholernie niesprawiedliwe dla solidnych fachowców, którzy czasami przez wiele lat pracowali na swoją renomę. Nie ma co kombinować, zostaje „100 najlepszych”. 

Ale i to nie jest stwierdzenie pozbawione wad. No bo co oznacza „najlepszy”? Ten, który strzelił najwięcej bramek i nastukał mnóstwo asyst? Ten, który zgarnął najwięcej trofeów? Ten z najbogatszym CV? A może po prostu ten, który przemycał do naszej smutnej jak wiadomo co ligi najwięcej magii? Sami widzicie, że jest kłopot, postawienie na jedno kryterium siłą rzeczy oznaczałoby zabranie ze sobą pasażerów na gapę. Lista to raczej wypadkowa tych wszystkich czynników, przy czym zamiast przy kalkulatorach, siedzieliśmy bardziej przy archiwalnych tekstach i starszych lub świeższych nagraniach wiszących na Youtubie. Sentymenty i sympatie też musiały odegrać swoje role.

Dlatego nie mamy żadnych złudzeń, że wszystkich zadowolimy. Żadnych. Nie potrafiliśmy dogodzić dziesięciu osobom w redakcji, które opiniowały ten ranking, więc o tysiącach nawet nie ma co gadać. Sami listę zmienialiśmy tak wiele razy, że w końcu doszliśmy do wniosku, że na pewnym etapie już trudno wyłuskać większe różnice między graczami. Gdyby piąte nazwisko spoza rankingu wrzucić na 83. miejsce, dałoby się z tym żyć. Wyciągamy z szafy sztormiaki i szykujemy się na niezłą gównoburzę.

Mimo tych wad i ograniczeń mocno zachęcamy was do sprawdzenia tego tekstu. Dlaczego? Bo to naprawdę niezła zabawa. Zaproszenie do dyskusji, która mogłaby się skończyć o piątej rano po trzech dodatkowych wizytach na stacji. Podróż w czasie do momentów, w których liga była bardziej przaśna i gorzej opakowana, ale niekoniecznie słabsza. Jeśli lubicie ekstraklasę, z czystym sumieniem polecamy.

Jeszcze tylko kilka liczb i startujemy. Było ich już prawie 1200 z niemalże 100 krajów, w tym wagony szrotu. Miano kandydata do znalezienia się na liście uzyskało 214. Później z tego grona wybraliśmy 100 najlepszych. Nie będziemy pisać, kto był blisko, a kto daleko, bo ten tekst jest już wystarczającą kobyłą. Lecimy.

ranking-100---button-51-100_50

Absolutnie symboliczne wyróżnienie. Bądźmy zupełnie szczerzy: Żarko Belada zrobił w ekstraklasie większą karierę. Paulinho nigdy nie znaczył w ŁKS-ie chociaż tyle, ile Mladen Kascelan.

Ale nie było nigdy obcokrajowca w polskiej lidze, który po wyjeździe z niej zrobiłby większą karierę. Tottenham. Barcelona. Reprezentacja Brazylii. Wielkie turnieje i mecze w nieprzypadkowej roli. Czasami aż trudno uwierzyć, że to ten sam facet, który swego czasu nosił bidon za Robertem Szczotem.

Trzeba też zweryfikować mit: to nieprawda, że w ŁKS-ie nikt się na nim nie poznał. Bzdura, Paulinho zdradzał talent i w Łodzi chciano, by został. Ale ŁKS wtedy groszem nie śmierdział i Brazylijczyk okazał się za drogi, by wykupić go od litewskiego menedżera, który posiadał jego kartę. To bardziej zarzut dla ówczesnego ligowego topu, którego stać było na ełkaesiaka, a mieli go po nosem.

ranking-100---button-51-100_49
Mapeza przyjechał do Pniew jako pomocnik. I wiecie dlaczego wylądował na stoperze? Historia jest smaczna: Adam Topolski wspominał, że musiał go przenieść, bo w pomocy… nikt Mapezie nie chciał podawać.

Wyszło to jednak zawodnikowi na dobre, bo w tyłach się wyróżniał. Kawał chłopa, idealny do przecinania akcji, a zarazem ze względu na to, że wcześniej grał w pomocy, piłka mu nie przeszkadzała. Podobno w 1994 chciała go u siebie Legia, a więc ekipa nieprzypadkowa, wkrótce bijąca się w Lidze Mistrzów.

Być może po prostu nie było jej stać, bo Mapeza trafił za ponad milion dolarów do Galatasaray. Zagrał tam jeden sezon, ale wliczając w to występy w Champions League przeciwko Manchesterowi United i FC Barcelonie. Nie dajemy cienia wiary opowieściom Mapezy, że w pewnym momencie Barcelona chciała go wyjąć z Galaty (źródło: Dziennik), ale i tak niezła winda z Pniew. Po Galacie przyzwoite występy w lidze tureckiej.

Screen Shot 11-17-18 at 09.23 AM

ranking-100---button-51-100_48

Zdobywca Pucharu Polski z Jagiellonią Białystok, dołożył niemałą cegiełkę do tego historycznego w przypadku klubu z Podlasia sukcesu. Z niezłą formą trafił akurat na czasy, w których Józef Wojciechowski grał w Football Managera w realnym świecie, więc tak jak wielu wyróżniających się ligowców trafił do Warszawy. Mógł już wcześniej, bo chciała go Legia, ale weto postawił ówczesny pracodawca. Pół roku później nieźle zarobił zarówno on, jak i Jagiellonia (około miliona złotych). W stolicy Brazylijczyk wykręcał przyzwoite statystyki, ale finalnie projekt sukcesem nie był. Gdy zaczęło się sypać, Bruno czmychnął do Izraela, następnie z międzylodowaniem w Rumunii wrócił do kraju. Później był jeszcze w Chinach i w Japonii (w drugich ligach), ale gdy przekroczył trzydziestkę, słuch – przynajmniej jeśli chodzi o poważniejsze granie – o nim zaginął.

Tak, uchodził za lenia (w końcu to kumpel i podobno wspólnik „Złotego Chłopca” Andersona). Tak, zdarzały mu się takie przypały jak gierki związane z naszą kadrą, by przypomnieć o sobie w kraju lub celowa kartka, by udać się na przyśpieszone wakacje. Tak, gębę miał niewyparzoną, już na początku kariery wyleciał przez nią z brazylijskiej kadry U-20. Ale gdy akurat mu się zachciało, w piłkę grać potrafił.

ranking-100---button-51-100_47

Wielka postać w ojczyźnie, choć nie tak popularna jak żona, znana aktorka i modelka. Zdarzyło mu się nawet z niej uciekać do tak absurdalnych miejsc jak Opole i I-ligowa Odra, ale i tam dopadali go rodacy, którzy w trakcie podróży po Europie jeden dzień chcieli poświęcić na to, by odwiedzić w Polsce swojego idola. A podobno zdarzało się, że gwiazdor nie znajdował czasu dla kręcących się koło klubu fanów.

No ale w rankingu nie wylądował przez podbicie I-ligowych boisk (do czego zresztą nie doszło), a dzięki rundzie w Lechii Gdańsk. Bardzo udanej, z kilkoma błyskami, aż szkoda, że ta przygoda skończyła się tak szybko (jako powód nagłego odejścia podawano fakt, że szanowna małżonka spodziewa się dziecka). Przychodził jako piłkarz ograny na francuskich boiskach i w starciach z Łatkami czy Danielewiczami to po prostu było widać.

ranking-100---button-51-100_46

Pierwszy z kilku gości od czarnej roboty, którzy na drugie imię mogliby mieć „solidność”. Ponad dekada na polskich boiskach (choć planował spędzić u nas jedynie rok), w barwach Widzewa, Korony, Jagiellonii i Zawiszy ponad dwieście gier na poziomie ekstraklasy. Do tego dwa Puchary Polski w gablocie. Dziś próbuje swoich sił w trenerce (obecnie szkoli młodzież w Białymstoku), ale o poważną szansę w tym zawodzie chyba łatwo mu nie będzie. Cieniem na jego karierze na pewno kładzie się afera korupcyjna. Nie dano wiary, że jako obcokrajowiec nie wiedział, na co idą pieniądze, które dokładka do kupki. Zarzekał się nawet, że nie wie, co to znaczy „korupcja”. – Ja po polsku umiałem powiedzieć: w lewo, w prawo, plecy, powrót – mówił w mediach. Postawiono mu 18 zarzutów, przez sąd został skazany na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy i 25 tysięcy złotych grzywny.

ranking-100---button-51-100_45

– Ty never touch, ty never touch, a ty masz osiem kartek! 

Nie lubimy tego przypadku, włącza nam się wewnętrzny mikser, uczucia mamy bardzo mocno mieszane. I to nie dlatego, że łapał tyle kartek, a udawał niewiniątko. Gdyby nigdy nie wracał do Polski, łatwiej byłoby go docenić – sezon w Śląsku miał tak przeciętny, jakby zamienił się na umiejętności z Marcelem Gecovem czy innym pozorantem. A już po wcześniejszym pobycie w Izraelu powinna zapalić się lampka ostrzegawcza, bo gość, który ma w CV między innymi Chievo i Spartę Praga, najzwyczajniej w świecie zawodził.

Zdecydowanie bardziej wolimy pamiętać go jako tego, który poprowadził Piast Gliwice do wicemistrzostwa Polski. Strzelał, asystował, w firmowej akcji bandy Latala podawał do Mraza, który wrzucał na krótki słupek do Nespora. Dyrygent z prawdziwego zdarzenia – fakt, że trafił akurat do Gliwic mógł uchodzić za błąd systemu. Grał tak dobrze, że nawet wrócił do reprezentacji Czech. Na Euro 2016 ostatecznie nie pojechał i trochę zabrakło puenty dla świetnego sezonu.

ranking-100---button-51-100_44

Nikitović, czyli człowiek-solidność. Płuca Górnika Łęczna. Choć w Łęcznej przeżył różne dziwaczne historie, od starszyzny szatni ustawiającej mecze, tak przyjechał do Polski zaprawiony w bojach: jak ktoś grał w klubie Arkana, był gotowy na wszystko.

Sędzia gwizdnął dla nas takiego karnego, który może był, może nie. Mecz się skończył, schodzimy z boiska, a tu pięć wielkich czarnych jeepów amerykańskich podjeżdża, z jednego wysiada Arkan. Sędziów ustawia w szeregu i mówi do głównego: co ty kurwa zrobiłeś? Sędzia mówi, że nic, że gwizdnął jedenastkę. A była? Wydawało mi się. Na co Arkan go pac po ryju. On wtedy w Serbii mógł wszystko.

Człowiek, który tak się na Lubelszczyźnie zasiedział, że od ławkowicza, przez pierwszy skład, opaskę kapitańską, asystenta trenera, doszedł do prezesury. Następnym szczeblem jest już chyba tylko zostanie burmistrzem Łęcznej.

CZASEM SIĘ W MORDĘ DAŁO, CZASEM SIĘ W MORDĘ DOSTAŁO – WYWIAD Z NIKITOVICIEM

ranking-100---button-51-100_43

W pewnym momencie zaczął rozmieniać się na drobne, trafił nawet do I-ligowych Wigier Suwałki, gdzie nikomu dupy nie urywał, strzelając tylko dwa gole. I choć później trochę się odbił, został królem strzelców litewskiej ekstraklasy, dzięki czemu wyjechał do Izraela i Uzbekistanu, najlepsze czasy spędził w Widzewie. Kilka bramek dla łódzkiego klubu strzelił. Więcej w pierwszej lidze niż w ekstraklasie, ale wprowadzenie tak zasłużonego klubu na salony też należy doceniać. Wtedy chciało go pół ligi, w pewnym momencie Litwina od przeprowadzki do Poznania dzieliło jedynie spakowanie walizek. Ostatecznie trafił do Lubina, bo  – to chyba rzecz, z której zapamiętamy go najmocniej – ktoś w Zagłębiu wpadł na pomysł dania mu pensji na poziomie 100 tysięcy złotych miesięcznie. Pobierał ją przez 1,5 roku, nie najlepsza cena za te siedem bramek, które w tym czasie strzelił. W Lubinie modlono się, by Gaziantepspor wykupił go po okresie wypożyczenia, na szczęście w Turcji przypomniał sobie to i owo. Podsumowując: dobry, ale w pewnym momencie przepłacony.

ranking-100---button-51-100_42

Dla takich piłkarzy odwiedza się stadion. To ich plakaty wiesza się nad łóżkiem, to oni inspirują. Jakich dwóch idoli miał Dawid Kort? Ława i El Mago, czyli Claudio Milar, artysta boiska.

Milar był stereotypowym latynoskim piłkarzem, ze wszystkimi wadami i zaletami. Czy lubił się przemęczać? Nie. Na treningach szczególnie się nie napocił. Czy umiano mu to wybaczyć? Oczywiście, przecież – według latynoskiej logiki – trenować powinni przede wszystkim ci, którzy grać nie umieją, a Claudio grać umiał. Milar bajeczną grą potrafił przekonać do siebie nawet prezesów,  by wspomnieć Dawida Ptaka w Pogoni, który przymykał oko na długie wypady zawodnika do Ameryki Południowej.

I tylko szkoda, że to wspomnienie jest tak słodko-gorzkie: Milar zginął w tragicznym wypadku.

Grał już w Gremio Esportivo Brazil, właśnie z tą drużyną wracał z towarzyskiego starcia z Santa Cruz, gdy ich autokar stoczył się w przepaść.

ranking-100---button-51-100_41

Za szybko? Może rzeczywiście dajemy mu to miejsce trochę na kredyt, ale coś nam mówi, że niedługo wyjedzie z tej ligi za dobre pieniądze i nie odbije się jak przykładowy Pich od Kaiserslautern. Nic sobie za to uciąć nie damy, bo moglibyśmy skończyć jak Fred, który zaufał kiedyś pewnej kobiecie, ale widzimy u niego wszystko, co potrzebne do zrobienia kariery. Przede wszystkim błysk w oku, który później przekłada się na błysk w dryblingach. Pytania są dwa. Czy wcześniej poprowadzi Lechię do fajnego wyniku (na razie jest na dobrej drodze)? No i czy zdrowie będzie dopisywało (jeden sezon przez kontuzję już stracił)?

ranking-100---button-51-100_40

Pamiętny sezon 2012/13, to dzięki niemu Demjan ląduje wśród najlepszych. Do zdobycia korony króla strzelców wystarczyło strzelenie 14 bramek i to właśnie Słowak spełnił ten warunek. To były bardzo istotne gole, bo na wagę utrzymania Podbeskidzia w ekstraklasie, które w pewnym momencie wydawało się bardzo mało prawdopodobne.

Zrzut ekranu 2018-11-16 o 22.26.57

Może na pomnik w Bielsku-Białej nie zapracował, ale przy każdej wizycie powinien być witany z honorami. Ligowcy wybrali go również Piłkarzem Sezonu, co było nieporozumieniem, ale takie ich prawo. W sumie to duża rzecz, że zawodnik wykonany w dużej mierze z drewna, osiągnął tak wiele. Tak duża, że Demjana, który odbił się później od ligi belgijskiej i wrócił do naszego kraju, wypadało w tym rankingu przypomnieć.

ranking-100---button-51-100_39

Gdyby o miejscu w rankingu miała decydować tylko sympatia, wsadzilibyśmy Costly’ego w windę i wylądowałby na znacznie wyższym miejscu. Zdolny, ale leń patentowany. Z wyjątkową opieszałością podchodził zarówno do treningów, jak i na przykład do opanowania kilka zwrotów w języku polskim. Jedną z jego pierwszych rozmów z Orestem Lenczykiem przyszło tłumaczyć dziennikarzowi. Trener poprosił, żeby przekazał piłkarzowi, iż klub jest stabilny, bo sponsoruje go kopalnia. Honduranin zrobił wielkie oczy, bo myślał, że chodzi o kopalnię złota.

14 goli na polskich boiskach, do których dorzucił 5 asyst, to wynik nieodzwierciedlający jego umiejętności. Prócz tego, że nieustannie skarżył się na zimę, narzekał, że powinien grać bardziej na skrzydle. I może rzeczywiście w Bełchatowie nie do końca potrafili wykorzystać jego talent. Wszak później wprowadzał Honduras na mundial, strzelając siedem goli w eliminacjach, a i na samym turnieju w Brazylii pokonał bramkarza Ekwadoru. Z drugiej strony jest też kariera klubowa, w której wiodło mu się różnie. I oczywiście z przypałami. GKS-owi ostatecznie chyba się zwrócił, bo najpierw wypożyczono go do Birmingham City za hajs, a później opchnięto do rumuńskiego Vaslui (generalnie chciał zwijać manatki dość często). Stamtąd podobno musiał zwiewać w niecodziennych okolicznościach – poderwał nie tę kobietę, którą powinien, bo jej życiowy partner postawił go przed prostym wyborem: błyskawiczne zniknięcie albo poważne problemy.

ranking-100---button-51-100_38

Gdyby nie grał w piłkę, robiłby w wulkanizacji. Na razie chyba ciągle zamierza się tym zająć dopiero po karierze, bo przetrzymał moment zwątpienia, gdy w jego hiszpańskim klubie nie płacili mu przez pół roku, trafił na testy do Piasta i tak już został. Ba! Przez te blisko pięć lat dorobił się statusu ważnego piłkarza, którego po latach będzie wspominać się z sentymentem. Kibice mogą lubić go za wiele rzeczy, ale chyba przede wszystkim za to, że upodobał sobie derby z Górnikiem – w pięciu spotkaniach z tym rywalem strzelił trzy gole i zaliczył asystę. Najlepszy był w sezonie 2016/17, ale nawet jak gra słabiej, to trudno się na niego gniewać, bo to jeden najsympatyczniejszych ligowcówktóry często rozbraja szczerością.

ranking-100---button-51-100_37

W Lubinie dostał w cymbał od jakichś gamoni, którzy uznali, że karę za słabą postawę na boisku przy dobrych zarobkach mogą wymierzać osoboście i wedle własnego uznania. To też najgorsze chwile w Polsce piłkarza, który wcześniej wyprowadzał Żilinę jako kapitan na mecz Ligi Mistrzów na Stamford Bridge. Ale tych dobrych też było sporo, bo musimy pamiętać, że „wczesny Jeż” (i momentami późniejszy też) to dobry rozgrywający, który w ekstraklasie zaliczył ponad 30 asyst, a gdyby koledzy byli skuteczniejsi, to już w ogóle mógłby się nawet chwalić statystykami. Nie zawsze było nam z nim po drodze, ale po latach, i po obejrzeniu dziesiątek cudaków, którzy przewinęli się przez naszą ligę, nawet go doceniamy.

ranking-100---button-51-100_36

Spokojnie, ze względów estetycznych i z powodu dobrego smaku nie będziemy przypominać fotki, z której zasłynął. Wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazywały na to, że nie miał większych szans, by zostać członkiem Mensy. Gdy na dodatek skumał się z Emmanuelem Sarkim, nawet przaśny Smuda miał ochotę wysiąść z tego szalonego pociągu, który niechybnie zmierzał w kierunku szpitala psychiatrycznego.

Ale Guerrier piłkarz to trochę inna bajka. Jasne, żaden z niego elegancki skrzydłowy z pięcioma pomysłami na rozegranie akcji, ale jego dzikość na boisku często zdawała egzamin. Potrafił gonić, potrafił skakać, potrafił kiwnąć na zamach, a jak czasem zalutował, to aż miło się na to patrzyło. Jakkolwiek patrzeć, efektowny skrzydłowy (obecnie Karabachu Agdam), którego zapamiętamy.

ranking-100---button-51-100_35

Troszeczkę zdziwiliśmy, że po spadku został w Bruk-Bet Termalice, bo to piłkarz spokojnie na ekstraklasę. Były gracz Korony bardzo rzadko schodził poniżej przyzwoitego poziomu, a okazji miał mnóstwo, bo w lidze zagrał aż 235 razy. Nawet sprawdziliśmy to w naszych notach i trzeba przyznać, że musieliśmy się naszukać, żeby znajdować jakieś dwóje. Lepsze kluby chyba przespały momenty, w których był do wyciągnięcia z Kielc i straciły żołnierza, który nie zawodzi. Już same okoliczności, w jakich trafił do Polski, trochę mówią o jego zaletach i charakterystyce. Wcześniejszy zespół Bośniaka rozgrywał sparing z kielczanami na zgrupowaniu w Turcji, w trakcie którego Jovanović wyróżniał się piłkarsko, więc rywale z Polski z bezradności kopali go po kostkach. Gość się w końcu wkurzył i rozpoczął poważną szamotaninę, co biorąc pod uwagę skład osobowy Korony nie było najmądrzejszym posunięciem. Skończył z wybitym barkiem i – po pewnym czasie – kontraktem w Polsce, na którym mu zależało.

ranking-100---button-51-100_34

Z niektórych względów historyczna postać. W 1991 roku wylądował w Zagłębiu Lubin – nie był pierwszym obcokrajowcem na polskich boiskach, ale w tamtych czasach należał do bardzo wąskiego grona graczy z innych krajów, którzy zrobili u nas karierę. A już na pewno nikt przed nim nie złamał granicy stu występów w naszej lidze i choćby za to należy go docenić, bo czasy były jednak trudniejsze.

Jego dobra gra, na którą trzeba było trochę poczekać, wielką niespodzianką nie była, bo sukcesy odnosił już w Związku Radzieckim. Zdobywał medale z Torpedo Moskwa, w 1988 przyznano mu tytuł odkrycia, zdarzały się inne wyróżnienia. Do Polski przyjechał za kasą, co z dzisiejszej perspektywy może brzmieć dziwnie, ale pamiętajmy, że mówimy o okresie wielkich zmian. Po pięciu latach w Lubinie obrońca przeniósł się do GKS Bełchatów, a następnie grał w niższych polskich ligach, karierę skończył ponad 10 lat temu w Hetmanie Rusiec.

ranking-100---button-51-100_33

Trafił do Widzewa w czasach, gdy w klubie od dawna się nie przelewało. Szybko pokazał jednak łódzkiej widowni, że choć – delikatnie mówiąc – z Juventusu nie przychodzi, tak wie o co w piłce chodzi. Dobry taktycznie, motorycznie i czysto piłkarsko, ze smykałką do ładnych goli. Owszem, RTS spadł wtedy z ligi, ale właśnie w tak słabej drużynie błyszczeć – oto prawdziwa sztuka.

Co najbardziej bulwersuje widzewskich kibiców na słynnym video z Januszem Wójcikiem? „Dawaj tego Włocha”, bo jak Napoleoni mógł w tak ważnym meczu usiąść na ławie? Swoją klasę udowodnił po wyjeździe z Polski, robiąc więcej niż przyzwoitą karierę w Grecji i Turcji, potwierdzając papiery na porządne, europejskiej klasy granie.

ranking-100---button-51-100_32

Były już rekordzista Jagiellonii pod względem liczby występów w ekstraklasie w barwach białostockiego klubu. Przeskoczył go jedynie Rafał Grzyb. To wiele mówi, bo na Podlasiu zmieniali się trenerzy, zmieniali się rywale do gry, a Norambuena cieszył się sporym zaufaniem i występował dość regularnie. Sięgnął po Puchar i Superpuchar Polski, więc gablota też nie jest pusta. Z Bełchatowem zrobił później awans do ekstraklasy, a następnie z niej spadł, zaliczając ledwie kilka występów w sezonie. Solidny boczny obrońca, czasami nawet więcej niż solidny, mogący łatać również dziury w innych sektorach boiska. Kiedyś istniał temat powołania go do chilijskiej kadry, sam zapewniał, że był na wstępnej liście u Marcelo Bielsy, ale gdy stracił nadzieję, postanowił reprezentować Palestynę.

ranking-100---button-51-100_31

Kolejny obrońca Jagiellonii Białystok, który z klubem z Podlasia wygrał dwa trofea. Niezły wyczyn, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że do Polski trafił, gdy licznik pokazywał już trójkę z przodu. To nie do końca spełniony talent – z Litwy trafił do PSV Eindhoven i choć w jego życiorysie na zawsze pozostanie mistrzostwo Eredivisie czy gra między innymi u Sir Bobby’ego Robsona u boku takich zawodników jak van Nistelrooy, Cocu, Xavier czy Zenden, to pewnie w późniejszych latach liczył na trochę więcej niż solidnie przepracowane sezony w Dunfermline czy występy dla Toma Tomsk. No i w Polsce – najpierw w Koronie Kielce, a później w Jagiellonii. Niemniej jednak to bardzo dobry obrońca, który zapamiętany zostanie głównie z powodu gola. To on strzelił bramkę w meczu z Pogonią na wagę zdobycia PP.

ranking-100---button-51-100_30

Miał w sobie to coś, czasem potrafił wyczarować z niczego bramkę, kapitalną asystę, czego wzorem cudowny gol z FC Basel. Szybki, odjeżdżający zmuszonym do faulu obrońcom, obunożny, z błyskotliwą kiwką – już po pierwszym meczu z GKS-em Bełchatów trafił do jedenastki kolejki. Gdyby tylko Jasiek potrafił utrzymać formę…

Nie pomogło mu na pewno, że wszechstronność była jego przekleństwem, rzucano go między pozycjami. Sam w sobie Paulista miał charakter specyficzny, a jego roztargnienie najlepiej pokazuje sytuacja, kiedy wyszedł na boisko – na sparing – w cudzej koszulce. Innym razem obraził się na Skorżę, gdy ten zapowiedział wpuszczenie go na murawę, a w ostatniej chwili zmienił zdanie i wpuścił kogo innego.

I tak jednak z grą Jasia było na tyle dobrze, by poszedł do APOEL-u, zagrał z Chelsea, Atletico i Porto. Miał co opowiadać kolegom z szatni w LZS-ie Piotrówka, Skrze Częstochowa czy drugoligowej Polonii Bytom, a więc klubach, w których grał u zmierzchu kariery. A przecież na początku jego przygody z Polską mówiło się, że nie potrafi się u nas zaaklimatyzować. Żurek i bigos jednak w końcu posmakował.

ranking-100---button-51-100_29

Ciekawy litewski playmaker przyszedł do Polski po latach gry w Żalgirisie i w Rosji. Najlepiej kojarzą go w Olsztynie, gdzie z mocno przeciętnej drużyny pomógł wycisnąć satysfakcjonujące wyniki. Skaperował go stąd do siebie Union Berlin. Tam Litwin się sprawdzał, ale Niemcy… nie przelali do Olsztyna ani złotówki. Według stomil.olsztyn.pl siódmy najlepszy zawodnik tego klubu licząc lata 1993-2017, przed między innymi Tomaszem Sokołowskim.

Z tejże również strony ważna ciekawostka: w 2005 roku Preiksaitis zagrał w filmie pt. „Airan: dievų heliai”, w którym wcielił się w rolę biznesmena.

ranking-100---button-51-100_28

Na pewno nie przemawia za nim kariera, którą robi po odejściu z Legii, bo w PAOK-u Saloniki i Ankaragucu rozegrał łącznie sześć spotkań. Uznajmy jednak, że jako 28-latek wciąż ma szansę się odbić i jeszcze pokazać. Na przykład my chętnie zobaczylibyśmy Francuza ponownie u nas. Początek w ekstraklasie miał zjawiskowy, później zniknął, ale odnalazł się bez pomocy ekipy poszukiwawczej. Walnie przyczynił się do zdobycia dwóch mistrzostw, pokazał się w pucharach, głównie w meczu z Realem w Lidze Mistrzów na własnym terenie. Brylował rzecz jasna Vadis, ale legioniści w prywatnych rozmowach przyznawali, że dużo pewności daje im obecność na boiska właśnie Moulina, do którego zawsze można było oddać piłkę.

ranking-100---button-51-100_27

Wyjątkowo solidny defensor, najbardziej kojarzony z Polonią Warszawa, z którą zdobył też mistrza kraju i Superpuchar Polski. Po wyjeździe z Polski przez Izrael zakotwiczył na stałe w szwedzkim Halmstads BK, dla którego rozegrał ponad dwieście meczów. Szwedom pomógł osiągnąć historyczny sukces pucharowy: po trupie Sporting CP wejść do fazy grupowej Pucharu UEFA sezonu 05/06. Zvirgzdauskas strzelił nawet na Estadio Alvarade gola.

W Szwecji dali sobie spokój z niewymawialnym nazwiskiem: funkcjonował po prostu jako „Zvirre”.

ranking-100---button-51-100_26

Marco Paixao jako zawodnik polskiej ligi wpraszał się do reprezentacji Portugalii, jak tylko mógł, momentami dość nachalnie, a Orlando Sa rzeczywiście takie zaproszenie dostał. To znaczy prawie dostał, bo znalazł się w szerokiej kadrze na mecze z Francją i Danią, ale ostatecznie na zgrupowanie decyzją trenera nie musiał przyjeżdżać. Ale to i tak wyczyn, chłop grając u nas, czyli w dość śmiesznej lidze, był pod lupą selekcjonera przyszłych mistrzów Europy. A w formie był wtedy nie najgorszej – w pięciu meczach, w których wystąpił, sieknął pięć bramek. Nie od razu, ale zaskoczył. Pasował do stylu Legii, był pewnym siebie napastnikiem z nosem do strzelania. Poza boiskiem zadzieranie nosa pomagało mu mniej, bo popadał w konflikty zarówno z szatnią, jak i z Bergiem, ale taki jego urok. Bogusław Leśnodorski twierdził wtedy, że to najlepszy napastnik w lidze w ostatniej dekadzie. Nie mogliśmy zgodzić się wtedy, nie możemy też i dzisiaj, ale do grona najciekawszych na pewno należał. Po Legii była Anglia, Izrael, Belgia, Chiny i znów Belgia. Raz na wozie, raz pod wozem. Ostatnio raczej pod.

ranking-100---button-51-100_25

Ten, którego nazwisko… w końcu należy wymienić, wszak to ranking, w którym Brazylijczycy są mile widziani. Nasze zdanie w temacie gry Cionka w reprezentacji Polski znacie doskonale, więc powtarzać się nie będziemy. Skupiamy się na czterech sezonach w barwach Jagiellonii urodzonego w Kurtybie gracza. Wspominaliśmy już przy okazji kolegów o Pucharze i Superpucharze Polski, okazuje się, że sporo graczy z tamtej ekipy Probierza doceniamy. Cionek – obok Gikiewicza, Lewczuka i Grosickiego – jest jednym z tych, którzy wylądowali później w poważnych ligach. Jego transfer do Włoch nie wziął się znikąd, tak samo jak fakt, że z czasem zaistniał nawet na poziomie Serie A. To twardy i nieustępliwy obrońca, kawał chama (żeby nie było wątpliwości – w jak najbardziej pozytywnym dla defensora znaczeniu), napastnicy za takimi nie przepadają.

ranking-100---button-51-100_24

Mistrz i wicemistrz kraju z Polonią, jeden z ówczesnych najlepszych napastników, bohater – tak, tak – wówczas hitowego transferu do Dinama Zagrzeb, które przygotowało się do gry w Lidze Mistrzów. Mikulenas wielkiej kariery w Dinamie nie zrobił, ale Polonia skasowała niezłą sumkę.

Dodawał szaroburej lidze kolorytu. Fragment rozmowy w Katowickim Sporcie:

Pan wtedy przez większą część sezonu był pan nieco w cieniu Moussy Yahayi. Pytałem o waszą rywalizację ówczesnego trenera, Bogusława Kaczmarka. Powiedział krótko: „Moussa był wtedy jednym z trzech najlepszych napastników ligi, ale miał problem z samym sobą. Za to „Miki” był prawdziwym profesjonalistą”.

– Tylko „Miki” w piłkę nie grał tak dobrze (śmiech).

Tego nie powiedział. Pana do tańców, hulanek i swawoli nigdy nie ciągnęło?

– Na wszystko jest w życiu odpowiedni czas: na tańce, swawole i na futbol. Zawsze warto jednak mieć świadomość, że profesjonalna piłka nie kończy się na zatrzaśnięciu za sobą drzwi szatni. Musi być w niej także czas na odpoczynek, na właściwą dietę.

Jest pan z tego pokolenia „GieKSiarzy”, które jeszcze znało prezesa Mariana „Magnata” Dziurowicza. Był taki, jak mówią legendy o nim krążące?

– W szatni „GieKSy” chłopcy bali się go jak diabeł krzyża; żartów z nim nie było”.

Próba sił w mocniejszej lidze nigdy się nie udała, wciąż największe zainteresowanie jego usługami było w Polsce. GKS Katowice, Wisła Płock, Radomiak, Zawisza, Ruch, Wigry – nie zawsze topowa liga, ale zawsze ważna postać szatni.

ranking-100---button-51-100_23

21.10.2004. 20-letni Igor Angulo wchodzi na boisko w meczu Pucharu UEFA pomiędzy Athletikiem Bilbao a Parmą, Ernesto Valverde daje mu 25 minut i zmienia Josebę Etxeberrię. W pierwszej drużynie ekipy z Kraju Basków zalicza też pięć występów w lidze, ale z różnych względów jego kariera nie rozwija się tak, jak powinna.

Trzynaście lat później i po zwiedzeniu dziewięciu klubów w pięciu krajach „Marca” donosi, że były zespół jest zainteresowany powrotem piłkarza na stare śmieci. Powód? Gość strzela jak natchniony gole dla Górnika Zabrze. Ma już koronę króla strzelców pierwszej ligi i wprowadził klub na salony, na których poczyna sobie jeszcze lepiej.

Jasne, ostatecznie Angulo przegrał walkę o koronę z Carlitosem i stracił impet, ale dalej jest ważną postacią ekipy Marcina Brosza. To tak fajna historia, że chyba nic nie trzeba dodawać.

ranking-100---button-51-100_22

Sadajew stanowił nietypowe połączenie piłkarskich umiejętności. Z jednej strony prezentował godną czeczeńskiej krwi waleczność, charakterność i zadziorność. Żaden defensor nie miał z nim łatwo podczas bezpośrednich starć, typowy zabijaka. Z drugiej strony, do cech wolicjonalnych i dobrego przygotowania fizycznego dokładał mnóstwo boiskowego polotu. Kiwka? Proszę bardzo. Zaskakujący strzał? Dzień dobry. W konsekwencji nigdy nie odpuszczał, a czasami potrafił zagrać po prostu pięknie, zaskakująco, finezyjnie. Może nie potrafił się idealnie zaaklimatyzować, ale jeśli poczuł zaufanie, stawał się graczem, który zaraża energią kolegów.

Z Lechem zdobył mistrzostwo Polski, a im więcej lat mija od tamtego sezonu, tym bardziej kibice zdają się doceniać wkład Sadajewa. Kolejorz stawał na głowie, żeby Zaur trafił do Poznania. Skorża miał powiedzieć: „już go stąd nie wypuszczę”, ale zdecydowały względy rodzinne. Ze zmiennym szczęściem występuje w Tereku – dziś Achmacie – Grozny.

ranking-100---button-51-100_21

Miroslav „Air” Covilo, król przestworzy. Wygrać z nim głowę to prawie, tak jak zabiegać Szymona Żurkowskiego lub zagadać Macieja Murawskiego. Robert Podoliński w momencie transferu porównywał go do Radosława Kałużnego i nie było to chybione zestawienie. Wcześniej bacznie przyglądał mu się Lech Poznań, opinia była pozytywna, ale zdecydowano, że 300-400 tysięcy euro to rozrzutność, gdy mówimy o graczu NK Koper. Cracovia poczekała, troszkę poszarpała się ze słoweńskim klubem, ale było warto. Oczywiście nic wielkiego w Krakowie Covilo nie wygrał, ale co zrobić – do takiego zespołu trafił. Sam był jego najmocniejszym punktem przez dłuższy czas. Pozostał lekki niesmak po odejściu do Lugano, gracza tak zasłużonego chyba wypadało pożegnać inaczej, ale obie strony po latach powinny znajomość wspominać z dużym sentymentem.

ranking-100---button-51-100_20

„Kaczor”, „Kwinto”. Potrafił czarować na boisku i „czarować” poza nim. Druga opcja włączała mu się przede wszystkim, gdy chciał zwiać do ojczyzny. Potrafił znaleźć milion wymówek – a to powołanie, a to wyimaginowana kontuzja, a to choroba ojca, a to problemy z żoną. Bez dwóch zdań trudny we współpracy, ale opłacało się o niego powalczyć. No bo jeśli chodzi o niekonwencjonalne zagrania, to najlepiej było zgłaszać się do Peruwiańczyka. Nie załapał się na bardzo fajne czasy dla Lecha – w Poznaniu zbytnio nie narzekali, bo właśnie zaczynała się era Semira Stilicia – więc wyżej raczej być nie może, ale należy doceniać tego gracza. Bramki strzelone ŁKS-owi, Ruchowi czy Polonii Warszawa to kawałek fajnej historii ekstraklasy.

ranking-100---button-51-100_19

Z Buriciem będzie jak w Legii z Kucharczykiem: naprawdę Jaśka docenią dopiero wtedy, gdy skończy karierę. Teraz, gdy w Poznaniu trwają nieustające festiwale frustracji, pamięta mu się każde gorsze zagranie. A przecież to chłop, który na szali dla Kolejorza położyłby własną głowę, mówiąc dość dosłownie, bo nawiązujemy do wielkiego guza jakiego nabił sobie w ostatniej kolejce.

To zawodnik, który jako jeden z niewielu w obecnej szatni pamięta co znaczy naprawdę mocny Kolejorz, jakiego boją się w Polsce, a jaki potrafi namieszać też w starciach z wielkimi markami w Europie. Jasne, że nie zawsze grał w tych historycznych meczach pucharowych, choć 3:1 z Manchesterem City to również jego zasługa. Wygrana z Fiorentiną kilka lat później? Także Jasiu w klatce. Miał talent na większe granie, gdzieś go nie wykorzystał, niemniej i tak w Lechu to kawał chodzącej historii.

ranking-100---button-51-100_18

Pierwszy sezon po przeprowadzce do Belgii miał taki, że klękajcie narody. Gole i asysty dla Waasland-Beveren, a więc klubu pokroju tych, w których nie radzili sobie Wolski i Starzyński. W pół roku podbił swoją wartość prawie dziesięciokrotnie i przeszedł do Anderlechtu, a tam dalej strzelał i podawał – sezon kończy z bilansem 15+15. Tymczasem w Śląsku przez 1,5 roku aż takich statystyk nie wykręcał. Czy to znaczy, że wyglądał mizernie? Nie, nie, nic z tych rzeczy. Jeśli już, to był chimeryczny, nie zawsze mu się chciało. Potrafił zniknąć na dwa-trzy mecze, ale gdy wracał, oglądało się go z przyjemnością, był gwiazdą ligi. Biorąc pod uwagę fakt, jakiego szoku czasem doznają Japończycy po zetknięciu się z naszą kulturą, na pewno zapisał fajną kartę. Poza tym, wiadomo – plus dwie pozycje za mrożącego kawę w kubkach bloga.

morioka

ranking-100---button-51-100_17

Co tu kryć, Micanski to przede wszystkim gole, które w ekstraklasie strzelał dla Amiki Wronki, Odry Wodzisław, Zagłębia Lubin i Korony Kielce. Nie udało się w barwach Lecha Poznań i to na pewno wpływa na jego ocenę, ale łączny bilans 28 trafień i tak pozwolił pozostawić po sobie dobre wrażenie. Do tego 26 goli na zapleczu w jednym sezonie – bardziej skutecznego snajpera w XXI wieku w pierwszej lidze nie było, a występowało tam kilku niezłych grajków. W najlepszym okresie, po awansie z Miedziowymi do ekstraklasy, bywał efektowny, transfer do Bundesligi był naturalną koleją rzeczy. Tam sobie nie poradził, ale kilka sezonów za zapleczu, od którego później odbiło się kilku naszych, to też jakiś wyczyn.

Poza tym, bez niego nie byłoby „Trałkowania”.

ranking-100---button-51-100_16

Nieco wyprzedając fakty – najlepszy z Japończyków na liście. Biorąc pod uwagę, że w pewnym momencie był na nich boom i wielu próbowało się u nas przebić, jest to jakieś osiągnięcie. „Aka” przed przyjazdem do Szczecina zaliczył solidne przetarcie na Łotwie, no a Polski uczył się najpierw na zapleczu ekstraklasy. Po awansie czarował. Może nie tak długo, jak wszyscy by chcieli, ale to ważna postać w najnowszej historii Portowców. Łącznie wypracował dla tego klubu 50 bramek. Trochę przeliczył się z wyjazdem do Rosji, bo nie dość, że w Ufie miał problemy z grą, to jeszcze podpisał kontrakt w rublach, które ostro straciły na wartości. Choć my akurat byliśmy tym trochę zażenowani, o jego klasie świadczy też fakt, że w tym najlepszym okresie, gdy maczał palce przy ponad połowie goli strzelanych przez Pogoń, był kandydatem do gry w naszej reprezentacji (a przynajmniej udało się wytworzyć szum w mediach w tym temacie).

ranking-100---button-51-100_15

Dalej zachodzimy w głowę, dlaczego nie zrobił większej kariery w Niemczech. Problemy z kontuzjami, szczególnie w Erzgebirge Aue, problemy z trenerem, który gdzieś miał zgrupowania kadry Litwy – to są jakieś wymówki, ale chyba nie w pełni tłumaczą słaby bilans. Niemniej jednak cieszyć się z tego może Jagiellonia, bo zyskała czołowego skrzydłowego ligi, gwiazdę zespołu. I to nie przez rundę, bo Novikovas zachwyca już od dłuższego czasu. Jeśli postawi swoją pieczątkę na historycznym sukcesie Jagiellonii (czyli złocie), w podobnych rankingach wymieniany będzie znacznie wyżej.

Problemem bywa jego głowa. Gdy Białystok opuszczał jego świetny kumpel Cernych, jemu też nagle zachciało się zwiewać. Potrzeba było ostrej reprymendy od Cezarego Kuleszy i przypomnienia warunków kontraktu, by pan Arvydas przestał stroić fochy. A to trochę wygłupił się z owacją, gdy kolega ostro sfaulował gracza Legii, a to wdał się w słowną przepychankę z panią kibicującą Jagiellonii, gdy słusznie wytknęła mu zbyt dużą liczbę strat. Zdarzyło się nawet, że kibice wręczyli mu Snickersy, by przestał gwiazdorzyć. Chyba podziałało.

ranking-100---button-51-100_14

Przyleciał do Polski w jednym z pierwszych samolotów linii Brazylia-imperium Antoniego Ptaka. Początki były absurdalne: nastolatek po renomowanej szkółce Atletico Mineiro kopał na mrozie w Piotrkowie Trybunalskim. Raz wyszedł z domu w samych kalesonach, bo myślał, że to spodnie. Niektórzy wybrańcy Ptaka nie wytrzymywali zderzenia kultur, płakali za domem i wracali. Ale nie Batata. Dawni piłkarze ŁKS-u wspominali, że on, podobnie jak Julcimar, nie zamykał się w gronie rodaków tylko chciał się integrować, co pozwoliło mu się zaaklimatyzować w Polsce.

I to jak, bo został u nas na dobre, kopiąc po mniejszych lub większych kartofliskach kolejne dwadzieścia lat. Gdy był w formie, umiejętnościami zahaczał o ligowy top. W 2000 chciała go Fortuna Dusseldorf, ale Ptak zaśpiewał kosmicznych pieniędzy. W 2003 namawiano go na grę dla biało-czerwonych, sprawę u źródeł sondował sam Janas.

Problemem było to, że Batata podejmował złe decyzje co do wyboru klubów, w czym nie pomagał naturalnie Ptak. Przed 23. rokiem życia zwiedził już blisko dziesięć klubów. Zabrakło mu stabilizacji, przez co z wolna rozmieniał swój niekwestionowany talent na drobne. Nie pomogły też kontuzje i typowo zabawowy, brazylijski styl bycia:

Straciłem głowę. Popełniłem masę błędów. Wydawałem furę pieniędzy na rzeczy, które były mi niepotrzebne. Mogłem wrócić na wakacje do domu, do Brazylii. Słońce, piękne plaże. Ale ja wolałem szastać forsą i latać na przykład na Ibizę. W Pogoni, Groclinie czy ŁKS-ie za Antoniego Ptaka zarabiałem naprawdę dobre pieniądze. Jak na tamte czasy to była bajka. I oczywiście moje błędy, ale mimo wszystko zostawiłem po sobie jakiś znak. Do dziś ludzie rozpoznają mnie na ulicach i mówią: o, ty jesteś ten Batata, grałeś tu, tu i tu. Niczego nie żałuję.

Dla polskiego obywatelstwa musiał zrzec się brazylijskiego paszportu.

SODÓWKA, IBIZA I KASZASA – DUŻY WYWIAD Z BATATĄ

ranking-100---button-51-100_13

Niezniszczalny bramkarz. Niedługo skończy 38 lat, a dalej należy do ścisłego topu na swojej pozycji w lidze, nie dopuszczając do gry młodszych konkurentów. I walczy o mistrzostwo Polski, już drugie w swojej karierze. Przyznajcie – zdobycie złotych medali akurat w Śląsku Wrocław i Jagiellonii Białystok, to byłoby coś, prawda?

Trochę stracił w naszych oczach, gdy kiedyś domagał się pięciu patyków odszkodowania od człowieka zajmującego się szkoleniem bramkarzy, który na podstawie jego gry stworzył merytoryczne filmy pokazujące błędy popełniane przez golkiperów. Pasowało nam to do tego obiboka Stevanovicia, który wystosował podobne żądanie, ale do bramkarza niekoniecznie. Cóż, przynajmniej się pośmialiśmy.

CrX4YxJ

ranking-100---button-51-100_12

Kolejny kandydat do gry w naszej kadrze, co to były za czasy. Przypadek brazylijskiego obrońcy może jest jednak wydawać o tyle inny, że o zainteresowaniu ze strony reprezentacji Polski podobno dowiedział się z gazety, której wywiadu udzielił Franciszek Smuda. Dopiero wtedy sam zaczął wyrażać chęć, z dwojga złego to chyba lepsza opcja. Do sprawdzianu ostatecznie na szczęście nie doszło, ale nie zmienia to faktu, że jego grę ceniliśmy. Trenował tajski boks, w młodości lał się z chuliganami na meczach piłkarskich i na boisku również był twardy i nieustępliwy, a przy tym nie najgorszy, gdy trzeba było zaopiekować się piłką. Grał dla Górnika Zabrze, Korony i Pogoni – wszędzie powinni wspominać go przyzwoicie.

Emeryt z niego żaden, ma 34 lata, ale od pewnego czasu kopie już tylko w klubach amatorskich, ostatnio w KS-ie Zakopane. Swoją przyszłość związał z Polską.

ranking-100---button-51-100_11

Gorące nazwisko, bo właśnie spalił pierwsze podejście do trenerki. Ale już sama szansa w Lechu pokazuje, z jak sporą postacią mamy do czynienia. Dobrze scharakteryzował go na powitalnej konferencji Piotr Rutkowski, konkretnie w tym fragmencie. – Na boisku to była legenda, wojownik, gość, który nigdy się nie poddawał. Może nie był najlepszym piłkarzem, ale miał największe serce. 

Przychodził do Polski w wieku 30 lat, jako piłkarz ograny, głównie w Portugalii. Zdążył jednak zaliczyć hat-tricka, jeśli chodzi o trofea (mistrzostwo, Puchar Polski, Superpuchar). Zapamiętane zostaną mu również pucharowe wojaże, szczególnie bramka z Feyenoordem Rotterdam, dająca Lechowi wyjście z grupy w Pucharze UEFA.

ranking-100---button-51-100_10

Do Polski trafił w 1997 roku. Jak często wówczas, kluczową rolę w transferze odegrał nie skauting, a przypadek. Miał rodzinę w Lublinie, którą odwiedzał na wakacje. Szansa przetestowania obcokrajowca wzbudzała wówczas zainteresowanie, nawet jeśli ktoś miał mizerne CV – Niebiescy dali się skusić. W Ruchu dostał najpierw zaledwie półroczny, warunkowy kontrakt, a ostatecznie został w lidze na lata, zawsze imponując walecznością. Załapał się tu choćby na mecze z Interem, kryjąc Seedorfa.

Poza boiskiem zaimponował znajomością aż pięciu języków, a także umiejętnością… gry na fortepianie. Dobra gra zaowocowała transferem do Amiki, zespołu o pucharowych ambicjach. Za tych czasów był również testowany w reprezentacji Gruzji (trzy mecze). Później występował jeszcze w Wiśle Płock i ŁKS-ie. Do dziś grywa w niższych ligach, występując aktualnie w GKS-ie Rozbark. Jego syn, Saba, również próbował sił w barwach Niebieskich, ale po nieudanej przygodzie wylądował w Polonii Łaziska Górne.

ranking-100---button-51-100_9

Stano to trochę taki Marcin Robak defensywy. Przyjeżdżał do Polski jako trzydziestolatek, zawodnik zaawansowany wiekowo, w teorii mający już najlepsze lata za sobą. To w młodości piłkarskiej grał w Lidze Mistrzów, to był jego szczyt, Polska stanowiła swoisty plan emerytalny.

A jednak, zamiast epizodów, udanego jednego lub drugiego sezonu, spędził u nas dekadę, dając radę nawet, gdy dobijał już do czterdziestki. Tyle razy się pakował, już miał kończyć, a znowu okazywało się, że gdzieś jest potrzebny. Po lidze zaczęło krążyć powiedzenie: niewiele wiadomo o tym, jak będzie wyglądał świat piłki za dwadzieścia pięć lat, ale pewne jest, że gdzieś w ekstraklasie będzie grał Stano. Najlepszy czas miał bodaj w Kielcach u Ojrzyńskiego, stanowiąc ważny element Bandy Świrów.

Wymowne – ostatni ligowy mecz to 90 minut w Termalica – Korona, 5 listopada 2016 roku, już w barwach Słoników. Był już wtedy po 39. urodzinach.

CZŁOWIEK BYŁBY GŁUPI, GDYBY SIĘ NIE UCZYŁ – PRZECZYTJ WYWIAD Z PAVOLEM STANO

ranking-100---button-51-100_8

„Tolek” to postać trochę nierealna, jego historia przypomina kilka posklejanych życiorysów. Przecież swego czasu faktycznie grał sporo w reprezentacji Nigerii, jednej z najmocniejszych w historii Super Orłów, z kozakami, których kojarzył każdy kibic. Ekwueme pojechał z nimi nawet na Puchar Narodów Afryki, co i rusz leciał na jakieś zgrupowanie, z którego wracał potem czasem trzy tygodnie. A przecież powołania wysyłano tylko do polskiej ligi, przeciętniutkiej w porównaniu do miejsc, gdzie szły zaproszenia dla jego partnerów. Mało tego – Ekwueme miał w Nigerii taką renomę, że grał prawie wszystko w eliminacjach o mundial w Niemczech, choć pozostawał wtedy bez klubu.

Był dobry? Był. Gdy mu się chciało. Ale nie zawsze miał tak wiele motywacji. Gdyby był profesjonalistą na poziomie dzisiejszych piłkarzy, pograłby w Polsce dwa lata – albo wyjechał już po mistrzostwie z Polonią – i tyle go widziano. Ale legendy krążyły wokół tego, jak zabawowy tryb życia potrafił prowadzić, zresztą, była to wówczas przypadłość niejednego czarnoskórego piłkarza po zderzeniu z polską rzeczywistością. Jakby napisał biografię, pierwsi zapisalibyśmy się na listę oczekujących.

ranking-100---button-51-100_7

Brasilia to jednak historia o niespełnieniu. Umiał kiwać? Umiał. Technika jak trzeba? No pewnie. Canarinhos z pakietem klasycznie brazylijskich umiejętności piłkarskich, ale też – chciałoby się powiedzieć – obciążony bagażem brazylijskich wad.

Brasilia bowiem, choć czasem potrafił zaczarować, był niesamowicie chimeryczny. Zaczął znakomicie, wybrany odkryciem rundy jesiennej sezonu 99/00, ale wkrótce poszedł własną drogą, nigdzie nie potrafiąc zagrzać miejsca. Pogoń Szczecin, Energie Cottbus, a przede wszystkim Zagłębie Lubin 02/03, kiedy Miedziowi mieli mocarstwowe ambicje, a ostatecznie spadli z ligi. Powrót do Wisły? Miano rozczarowania rundy i wymowny ostatni mecz: z Valarengą.

Później nieźle radził sobie w Portugalii i w Azji, ale ostatni polski epizod do najszczęśliwszych nie należał. Do Odry Wodzisław szedł w aurze zbawcy i supertransferu, w ostateczności skończyło się głównie na skasowaniu konkretnej sumki i podziwianiu Arka Onyszki w bramce. Owszem, było kilka asyst, zrywów, ale spodziewano się więcej.

ranking-100---button-51-100_6

Jego początki w Polsce do najłatwiejszych nie należały. Wylądował na Dworcu Zachodnim, za ostatni hajs chciał kupić bilet do Lubina, choć jechać miał w innym kierunku – do Lublina. Gdy już w końcu trafił do Łęcznej, Górnik o nim zapomniał. Czekał na wyjazd na trening, czekał, ale w końcu przez cały dzień nikt nie pojawił się po niego w hotelu. Inny testowany zawodnik spakował mandżur i obrażony wrócił do siebie, on wytrzymał tę próbę. Później zasłynął z najszybszej kartki, bodaj w całej w historii ligi. A dalej już poszło.

PUZZLE PROBIERZA, LESZNO KOŁO LUBINA I PRZEMOWA O LODACH – BARWNY WYWIAD Z CERNYCHEM

Gole, asysty, transfer do Jagiellonii Białystok i wyjazd do Rosji. Miewał słabsze momenty, ale całościowo okazało się, że to kawał grajka. W pewnym momencie wydawało się, że nawet z perspektywą na grę na Zachodzie. Ostatecznie wypracował 60 goli na polskich boiskach (33 trafienie i 27 asyst) i wyjechał do Dynama Moskwa. Gra regularnie, ale po przeprowadzce strzelił tylko trzy gole. Bardzo ważne, bo na wagę punktów, o które tej drużynie nie tak łatwo, ale tylko trzy.


ranking-100---button-51-100_5

W zasadzie nie jest do końca jasne jak to możliwe, że chłopak, który z Liteksem Łowecz grał w pucharach z HSV czy Aston Villą, zameldował się w Widzewie. Pewne jest jedno – na jego dyspozycję nikt w Łodzi narzekać nie mógł. Paraiba okazał się bodaj najlepszym lewym obrońcą od czasów Siadaczki. Klasycznie brazylijskie zacięcie do gry ofensywnej, umiejętność wejścia w drybling, a przede wszystkim doskonały dorzut i bardzo dobre stałe fragmenty gry.

Z tej samej strony pokazał się w Śląsku Wrocław, gdzie poza ponadprzeciętnymi występami w lidze zaliczył też wielce udany dwumecz z FC Brugge i… 55 minut z Sevillą. Dlaczego to 55 minut było tak ważne? Bo dostał po nich czerwoną kartkę. Czy na wyrost, czy nie, można dziś dywagować. Ale fakt jest faktem: grał tego dnia świetnie, z nim na boisku utrzymywał się remis 1:1 na wyjeździe. W osłabieniu gra się posypała i Śląsk przestał istnieć.

ranking-100---button-51-100_4

Lato 1994. Mirosław Waligóra wyjeżdża do Belgii, z której do Polski już nie wróci. W Hutniku na gwałt potrzeba następcy. Janusz Kowalik, człowiek wielu kontaktów, sprowadza osiemnastolatka z Nigru, który – rzekomo – zadebiutował w pierwszej drużynie jako… czternastolatek.

Lambo przychodził jako – podobno – król strzelców ligi Burkina Faso. Podobno, bo kto wówczas mógł takie rzeczy zweryfikować? Piłkarską klasę zweryfikować się jednak dało i tutaj nic nie można mu było zarzucić. Strzelał może nie hurtowo, ale też jego gole dawały ważne punkty: to dwa Zakariego trafienia z Siarką przypieczętowały historyczny awans Hutnika do europejskich pucharów. W Krakowie był bardzo lubiany przez kibiców, a w prasie zyskał pseudonim „Murzynek Lambo”.

Miał trafić do Herculesa Alicante, beniaminka Primera Division, ale transfer wysypał się na ostatniej prostej. Historia jego późniejszych transferów nie jest jasna: Mallorca, Eendracht Aalst, Mannheim. Kariery nie zrobił. Ciekawostka: w 2001 wystąpił w dwóch sparingach Wisły Kraków, strzelając bramkę Internacionalowi Sao Paulo. Z powrotu do Polski nic wyszło, osiadł na stałe w Belgii, dziś ma belgijskie obywatelstwo.

ranking-100---button-51-100_3

Prawy obrońca Dyskobolii w jej najlepszych, historycznych czasach. Niezmordowany na boisku, lubiący odpowiedzialnie włączyć się do ataku. Jego jakość nie mogła być żadnym zaskoczeniem: przychodził ze Sparty Praga. W jej barwach brał udział w dwóch edycjach Ligi Mistrzów, mierząc się z Lazio, Arsenalem, czy mocnym wówczas Panathinaikosem. Gdy przyszło grać z Groclinem z Manchesterem City czy Herthą, on wiedział z czym to się je i zarażał kolegów z defensywy pewnością siebie.

Drzymała się wykosztował, ale nie żałował. Mynar stanowił silny charakter szatni, w porównaniu z wieloma ówczesnymi piłkarzami mógł też uchodzić za wzór profesjonalizmu. Gorzej z profesjonalizmem było wówczas w Groclinie. Mynar przez poważny uraz stracił niemal cały sezon 2005/06. Gdy przez ponad pół roku nie był zdolny do gry, klub złożył do Wydziału Gier PZPN wniosek o rozwiązanie kontraktu piłkarza. Wniosek uznano, ale jednocześnie… odrzucono ten o anulowanie także nowej umowy Mynara, która miała obowiązywać przez następne trzy lata od 1 lipca. Wychodziłoby więc na to, że Czech przez kilka miesięcy byłby na aucie bez pensji, a później jakby nigdy nic rozpocząłby realizowanie nowego kontraktu. Obie strony odwołały się od decyzji niekorzystnych dla siebie. W końcu się jednak dogadano, wnioski wycofano i klub uznał ważność nowej umowy.

Mynar wyzdrowiał, rozegrał w Grodzisku jeszcze dwa lata, a w 2008 roku po wykupieniu licencji przez Polonię Warszawa przeniósł się do stolicy.

ranking-100---button-51-100_2

W tak zwanym „sezonie Vadisa” był drugim najlepszym piłkarzem ligi. A jesienią, gdy Vadis do pewnego momentu jeszcze pracował nad zrzuceniem brzucha, najlepszym. Nie jest wcale tak ryzykownym stwierdzeniem uznać, że gdyby wtedy na finiszu nie wymiękł, Jaga sięgnęłaby po tytuł.

Vassiljev to playmaker w starym stylu. Nie zatrudnialibyśmy go do intensywnego pressingu. Raczej nie zrobi w razie potrzeby sanek w defensywie. Ale przerzut i podanie otwierające wzorowe, bomby z dystansu jak się patrzy, modelowe stałe fragmenty gry. Ciąży na jego ocenie ostatnie półtora roku, gdzie zawiódł na całej linii i aktualnie zgarnia dobrą forsę za lekcję futbolu dawane w okręgówce.

Prywatnie wielki fan charyzmy Zdzisława Kręciny, co pokazuje, że dobrze okrzepł w polskim środowisku piłkarskim. Nam powiedział, że jak skończy karierę, chętnie weźmie się za budowę siły estońskiej piłki, oczywiście z panem Zdzisławem u boku.

ranking-100---button-51-100_1

Wrócił do Polski, by grać dla Polonii Środa Wielkopolska w III lidze. Jednocześnie opowiadał na prawo i lewo, że liczy, iż dzięki temu pojedzie z kadrą Panamy na mundial do Rosji. Niektórzy może nawet uwierzyli, ale gdy już w Rosji wypytywaliśmy dziennikarzy z jego kraju o to, czy rzeczywiście była taka szansa, tylko szeroko się uśmiechali i kazali pozdrowić Luisa.

Lecz gdyby chodziło o mundial rozgrywany cztery lata wcześniej, to na pewno znalazłoby się dla niego miejsce w kadrze. Był po solidnym sezonie w barwach Lecha Poznań, jednym z wielu. Łącznie spędził w stolicy Wielkopolski osiem sezonów, zdobył dwa mistrzostwa i Puchar Polski. Istotna postać w najnowszej historii Kolejorza. Nie był tak dobry jak Arboleda, ale zawzięty i skuteczny. Z tym pierwszym czasami wręcz przesadzał. W pucharach z powodzeniem grał przeciwko Juventusowi, Manchesterowi City i Salzburgowi i – jak dowiedzieliśmy się również od panamskich dziennikarzy – to właśnie te mecze sprawiły, że w swoim kraju awansował półkę wyżej, bywa wymieniany w szerszym gronie najlepszych piłkarzy w historii Panamy.

ranking-100---button-1-50_50

Bronowicki, Edson, Szala, Wawrzyniak – w takim gronie debiutował w ekstraklasie, pamięta naprawdę stare czasy. Czy był obrońcą ze snów warszawskich kibiców? Nie, taki zawodnik nie grałby w stolicy tak długo – szybko pojechałby w miejsce, w którym lepiej kopią i lepiej płacą. Był graczem skrojonym właśnie na warszawski zespół, trybem w maszynie, który pracował tak dobrze, że drużyna mogła zdobywać trofea. Czy to Puchar Polski już w jego pierwszym sezonie przy Łazienkowskiej, czy trzy mistrzostwa i pięć (!) kolejnych „Pucharów Tysiąca Drużyn” w kolejnych latach. Miał dwuletnią przerwę na podbijanie ligi cypryjskiej (kolejne dwa tytuły, w klubie z Nikozji odnalazł się lepiej niż Stilić czy Piątkowski), ale nawet po powrocie był moment, w którym stał się liderem defensywy, choć ściągany był raczej jako zapchajdziura. Poza boiskiem ma też bardzo ważną cechę: nie da się go nie lubić, przynajmniej my nie spotkaliśmy osoby, która miałaby o nim złe zdanie. Kompletnie nieistotna, ale jednak trochę mówiąca ciekawostka jest taka, że wpadł kilka miesięcy temu do naszego radia, by pogadać o hiszpańskiej piłce, choć w klubie pewnie miał przez to problemy.

ranking-100---button-1-50_49

Co by się mogło stać z tą karierą, gdyby nie charakter godny stu diabłów? Gdyby skupił się tylko na piłce, a nie na konfliktach z prawem, które sprawiły choćby, że został skazany na 13 miesięcy prac społecznych w MPO?

Mijailović miał dość talentu, by pewnego dnia regularnie grać w reprezentacji Serbii. Ale – cytując klasyka – to był typowy Jugol: umiejętności piłkarskie świetne, charakter do walki też, ale wszystko zawsze zmagało się z głową tak gorącą, że można by nią spawać okręty.

Gdy już jednak grał, wstydu Wiśle nigdy nie przynosił. Na zawsze zostanie w historii Białej Gwiazdy dzięki bramce z Iraklisem.

ranking-100---button-1-50_48

Dynamiczny skrzydłowy ze smykałką do dryblingu, z dobrą wrzutką i niezłym strzałem. Co ważne – niekoniecznie jednowymiarowy, przez co rozumiemy pokazanie gazu przy linii bocznej i wrzutkę spod końcowej. Potrafił złamać akcję do środka, rozegrać ją nieszablonowo. Podsumowując: Lech sporo by dziś dał za takiego pomocnika, nawet jeśli nie dla niego kariera w poważniejszej lidze. Szymkowiakowy szacuneczek dla kogoś, kto wypatrzył go w Lombardzie Papa. Sezon 2013/14 w jego wykonaniu – sztos. Gdyby podobny rozegrał rok później, gdy Lech został mistrzem, doceniono by go jeszcze bardziej (choć wtedy też nie grał źle). Później trafił do Ferencvarosu i liczby miał trochę gorsze. Głośniej zrobiło się o nim, gdy podczas jednego meczu zaliczył fatalne zderzenie z przeciwnikiem – sam długo nie podnosił się z murawy, a w oczach innych piłkarzy pojawiły się łzy rozpaczy, ale na szczęście skończyło się na strachu.

ranking-100---button-1-50_47

Kolejny lechita, ale tym razem pamiętający piękne chwile w pucharach – i dreszczowiec z Austrią zakończony awansem do grupy w Pucharze UEFA (oraz wyjściem z niej) i w teorii nierówne, ale zwycięskie boje z Juventusem, Manchesterem City i Salzburgiem. Napisalibyśmy, że znacznie mnie efektowny niż Węgier i to nie tylko ze względu na pozycję na boisku, ale gdy przypomnimy sobie jego sobie gole, palce odmawiają posłuszeństwa, nie chcą trafiać we właściwe klawisze.

Tylko dziewięć bramek, ale jakich! Zero farfocli, każdy strzał był na swój sposób trudny. Bezpańska piłka przed polem karnym to jego ulubiona piłka. Gole z Wisłą Kraków, GKS-em Bełchatów czy Legią w Pucharze Polski – mistrzostwo świata. Komentatorzy często nadużywają zwrotu „potrafi uderzyć”, ale w tym przypadku był on na miejscu. Poza tym, to naprawdę solidny piłkarz, bardzo przydatny w grze defensywnej. Dzięki jego pracy mogli brylować inni.

ranking-100---button-1-50_46

Jeden z najlepszych bramkarzy ligi lat dziewięćdziesiątych. Hutnik Kraków jego czasów potrafił wspiąć się do czołowej trójki ekstraklasy, wykręcając swój historyczny wynik, bijąc na głowę wszystkie inne krakowskie kluby, dziś pałętając się nawet daleko za plecami Garbarni, nie wspominając o Wiśle i Cracovii. Europejskie puchary to dla Szypowskiego słodko-gorzkie doświadczenie – z jednej strony gol z Chazri Bukowna Baku, a przede wszystkim świetne mecze z AS Monaco, gdzie dzięki jego grze Hutnik nastraszył gwiazdy z Henrym na czele. Z drugiej, to również on stał za sensacyjnym odpadnięciem Pogoni z Islandczykami w pierwszej rundzie Pucharu UEFA.

Tak zwana ciekawostka z dupy: jest rodziną znanego, choćby z programu „Europa da się lubić”, Conrado Moreno.

BRAMKARZ MUSI BYĆ JAK TANCERZ. PRACA NÓG, PEWNY CHWYT – PRZECZYTAJ WYWIAD Z SIERGIEJEM SZYPOWSKIM

ranking-100---button-1-50_45

Cieniem na Kriwca rzuca się to, co wyczyniał w późniejszych latach, strasząc swym przeciętniactwem, a często nawet do przeciętniactwa nie potrafiąc doskoczyć. Białorusin zestarzał się źle, ale swoją polską piłkarską młodość spożytkował dobrze. Jeśli wspominać fazę grupową Ligi Europy, kiedy Lech mierzył się z Juventusem i Manchesterem City – dwie asysty Białorusina podczas pamiętnego 3:1 –  a także dawał lekcję stylu Red Bullowi Salzburg (tak, to wydarzyło się naprawdę), to bez Kriwca się nie da. A były to chwile doniosłe dla całej polskiej piłki i tego również Białorusinowi zapomnieć nie można.

W historię Kolejorza wpisał się też golem na wagę mistrzostwa.

ranking-100---button-1-50_44

Przesolidny bramkarz, co pokazywał nawet w Bruk-Becie, oczywiście do momentu, w którym popadł w konflikt w klubie. W meczach o utrzymanie już nie bronił. Trochę wcześniej zdradził nam, dlaczego jego późniejsza kariera potoczyła się trochę gorzej, niż powinna. Dokonał prostego wyboru.

 – Nasz najstarszy syn zachorował na raka. Cierpiał przez długie osiem miesięcy, cały rok był dla mnie niesamowicie trudny. To był najszybciej rozwijający się rodzaj raka złośliwego – z ostatniej, czwartej grupy. Mieliśmy prawdziwe szczęście, że wykryliśmy to w miarę szybko dzięki temu, że kolano syna bardzo spuchło. Gdybyśmy wykryli go miesiąc później…

Choć oczywiście najmocniej doceniamy go za sezony w Legii, dzięki którym mógł wyjechać do Evertonu (abstrahując od tego, że w Anglii praktycznie nie grał). Łącznie pięć, z czego trzy – po odejściu Fabiańskiego do Arsenalu – z niepodważalną pozycją.

ranking-100---button-1-50_43

Moussa Yahaya potrafił bardzo wiele. Na boisku umiał zachwycać w czasach Sokoła i Hutnika, przerastając ligę, czym zapracował na transfer do Albacete. Jeszcze wcześniej Bobo Kaczmarek mało nie przeforsował Yahayi do Feyenoordu, z Dudkiem w pakiecie. Ale trudno o piłkarza, który aż tak przegrywałby z własną głową.

Gdyby Yahaya był profesjonalistą w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, mógłby zapracować sobie z czasem na mocną pozycję w naprawdę mocnej lidze. Ale Moussę niósł melanż i to regularnie. Wielokrotnie lądował na izbie wytrzeźwień. Treningi na kacu stanowiły normę. Gdy był piłkarzem Legii, po pijaku wpadł na radiowóz. Miał ponad dwa promile we krwi, a także woreczek z sypką, białą substancją. Policjantów przekonywał, że to jego amulet.

A jednak jeszcze w Legii załapał się na mecz z Barceloną. Po Warszawie, w której jeszcze bardziej popłynął, zaginął na boiskach niższych lig.

ranking-100---button-1-50_42

Przed rundą wiosenną sezonu 2012/13 trafił na testy do III-ligowej Legionovii Legionowo. Marek Papszun, który sprawdzał jego przydatność do zespołu, mówił nam później: – Pierwsze wrażenie Taras zrobił takie, że gdybyśmy nie byli tak biedną drużyną, to nawet byśmy go nie rozważali. Popatrzylibyśmy na lepszych piłkarzy, jednak mieliśmy budżet na środek tabeli trzeciej ligi, a graliśmy w drugiej. Natomiast on miał coś takiego, że robił błyskawiczny postęp. To strasznie inteligentny gość i szybko się uczył. To jego największy atut.

To chyba najlepsza charakterystyka, bo ten „człowiek znikąd” w kilka lat przeskoczył na poziom, który sprawia, że jest liderem grającej o mistrzostwo Jagiellonii i – po otrzymaniu obywatelstwa – został zaproszony do reprezentacji Polski. Na razie na krótko, ale nikt jeszcze przed nim drzwi nie zamyka. Chciałby też spróbować sił w lepszej lidze. Były oferty z Turcji, z których chciał skorzystać, ale nie zgodził się klub. I może wyjdzie to pomocnikowi na dobre, bo ostatnio interesowały się nim już większe firmy, na przykład Leeds United. Skuteczny jako szóstka i ósemka. Może niezbyt szczególnie efektowny, ale potrzebny każdej drużynie z ambicjami.

ranking-100---button-1-50_41

Ach, cóż to był za zaciąg.

Zrzut ekranu 2018-11-17 o 19.14.51

Za Vrdoljaka, który miał na koncie ponad 100 występów w barwach Dinama Zagrzeb, zapłacono najwięcej, ale jeśli mamy być szczerzy, to raczej nie po nim spodziewaliśmy się najwięcej. Wydawało się, że papiery na spore granie miał Cabral (lepiej wiodło mu się dopiero po odejściu), Antolović miał być kolejnym talentem bramkarskim do oszlifowania i puszczenia na Zachód, nad Manu ciągle unosiły się resztki aury piłkarza Benfiki, nawet ten Mezenga mógł przypomnieć sobie, jak walił gola za golem w drugiej lidze tureckiej. Tymczasem to właśnie Vrdoljak zasłużył swoją grą na uznanie. Żaden z niego wirtuoz środka pola, ale swoje zrobił. Był też kapitanem i ważną postacią szatni.

Przyjeżdżał bez szopy na głowie, a Legię opuszczał z nienaganną czupryną, ale to nie z tego zostanie zapamiętany. Niestety, są to sprawy dla kibiców przykre. Myślisz „Vrdoljak”, mówisz „strata ze Steauą” lub „zmarnowane karne z Celitkiem”.

ranking-100---button-1-50_40

O panie, co to była za lewa noga! Nie wiemy, czy zawiązałby nią krawat, ale piłki posyłał bardzo fajne, uderzyć z wolnego też potrafił. W pierwszym sezonie osiem asyst, w drugim, tym mistrzowskim, dziewięć, ale też cztery trafienia. Wisła Kraków, Jagiellonia (x2), Legia, a więc niezły zestaw. Najbardziej w głowie utkwił nam oczywiście ostatni gol, przeciwko liderującej Legii, ale warto pokazać wszystkie, włącznie z tym późniejszym.

Stworzony do gry na lewym wahadle, ale jako klasyczny obrońca też dawał radę. Nie dziwota, że później robił karierę. Już w Turcji potrafił grać tak, że wyróżniany był miejscem w najlepszych jedenastkach. Kapitalny miał poprzednim sezon, po którym Wolverhampton wylądowało w Premier League (5 goli i 15 asyst, też zdarzyły się wyróżnienia), ale szansy gry w najwyższej klasie rozgrywkowej nie dostał. Dziwna sprawa, od razu pojawiły się teorie, że po prostu trzeba było zrobić miejsce dla gościa związanego z pewnym potężnym agentem – przyszedł Jonny Castro, dziś reprezentant Hiszpanii. Ale co się odwlecze, to nie uciecze – Douglas dziś gra u Bielsy w Leeds United i jest na dobrej drodze, by awansować ponownie.

ranking-100---button-1-50_39

Kawał grajka się Legii trafił, choć przecież na początku się na to nie zanosiło. Zagrał dwa mecze i resztę sezonu stracił przez kontuzję, w przypadku zawodnika wypożyczonego to mógł być wyrok. Dużo uśmiechu poza boiskiem, a gdy oglądaliśmy jego poczynania, również zdarzało się, że na naszych twarzach pojawiał się banan. Miał maniankę. Do tego to uniwersalny gracz, mógł zagrać na większości pozycji w ofensywie, a jak trzeba było, to i lewą obronę obskoczył. Zdziwiły nas leciutko jego staty, bo tak na oko zakładaliśmy, że były lepsze (21 goli i 23 asysty w 150 meczach), ale dramatu tu oczywiście nie ma. Bramka ze Sportingiem na wagę gry wiosną w pucharach zostanie mu zapamiętana. Odejście do słabiutkiego, ale za to włoskiego Benevento również, bo wydaje się, że źle w Warszawie nie miał.

Miał za to plan, żeby pokazać się w Serie A i zostać na tym poziomie w innym klubie – to oczywiście rozumiemy. Nie do końca wyszło, choć gdzieś tam słyszeliśmy, że wstępnie zainteresowane było Sassuolo. Dziś gra w Malatyasporze i poczyna sobie dobrze, za chwilę przekroczy granicę 10 wypracowanych bramek.

ranking-100---button-1-50_38

Przyznajemy, że się o niego pokłóciliśmy. Był wyżej, spadł poza pierwszą „50”, ta pozycja to próba kompromisu. Z jednej strony urzekł nas w poprzednim sezonie w barwach Wisły, z drugiej – to twarz klęski Legii w europejskich pucharach, bo przychodził jako największa gwiazda i nie pociągnął tego wózka. Przy gościach, którzy zagrali wielkie mecze nie tylko na naszym podwórku, ale również wtedy, gdy trzeba było mierzyć się rywalami poważniejszymi niż Dudelange, wypada co najwyżej średnio. Najpierw intrygował, później głównie irytował. Choć niezłe liczby oczywiście zostały.

Ujmijmy to tak – wszystko przed nim. Załóżmy, że zdobędzie drugą koronę, przecież żaden obcokrajowiec tego nie dokonał. Załóżmy, że poprowadzi Legię do mistrzostwa, a w przyszłym sezonie wejdzie z nią do grupy Ligi Europy. Tak, to spokojnie materiał na czołówkę takiego rankingu w przyszłości.

ranking-100---button-1-50_37

W zasadzie nad talentem Chinyamy powinni łamać sobie głowę naukowcy. No bo jak to możliwe, żeby nawet w sezonie, w którym został królem strzelców, kojarzył się w dużej mierze jako ten, który stuprocentowe okazje seryjnie marnował? Jak strzelił jedną bramkę, to wiadomo, że powinien trzy. Jak strzelił dwie, to wiadomo, że powinien pięć. Takiej lekkości w dochodzeniu do bramkowych sytuacji mogli mu pozazdrościć bodaj wszyscy napastnicy, którzy w rankingu znaleźli się przed nim. Ale wykończenia, chłodnej głowy, też niezbędnej w tym fachu, nie mógłby uczyć nikogo.

Chinyama miał też swoje humory – Urban wyrzucił go raz z treningu, gdy zawodnik nie chciał stosować się do poleceń. Co mógł zalecić trener? Strzelamy, że były to zajęcia taktyczne, bo czasami Chinyama grał tak, jakby ledwo zdołał spamiętać zasadę spalonego.

ranking-100---button-1-50_36

Roberto Carlos dla ubogich, ale i Roberto Carlos na miarę naszych możliwości. Huknięcie z lewej nogi miał takie, że mógłby zatrudnić się w firmie wyburzeniowej, ostrzeliwując piłką mury.

Trochę uderzyła mu później soda do głowy, uznawał, że jest najlepszym piłkarzem w historii czasu, ale w swoim momencie faktycznie dawał więcej. Statystyki ma lepsze niż niejeden skrzydłowy. Niemniej jest to też przypadek zawodnika, który nie potrafił docenić tego, co ma. W Legii traktowano go jako gwiazdę, chwilę później zjazd straszliwy. Dwa lata po wyjeździe z Warszawy skamlał w prasie, że jego warszawski rozdział wymagał kolejnych akapitów. Po tym co pokazywał w Kielcach, śmiemy wątpić.

ranking-100---button-1-50_35

Pierwszym Hiszpanem w ekstraklasie był wspominany już Astiz, ale prawdziwą reklamę graczom z Półwyspu Iberyjskiego zrobił u nas chyba właśnie on. Dawny gracz juniorów Valencii tułał się po niższych ligach, do Polski przychodził z Segunda Division B. Patrząc na jego CV, można było pomyśleć, że Jaga wyciągnęła z prowincji jakiegoś cudaka. Jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że gracze z niższych lig hiszpańskich często czarują techniką i – co najważniejsze – potrafią sprzedać ją w naszej ekstraklasie. Quintana nie potrzebował długich miesięcy aklimatyzacji, w pierwszych pięciu meczach w Polsce strzelił cztery gole i szybko stał się gwiazdą. Prawdziwy show dał jednak później, gdy ni z gruchy, ni z pietruchy walnął jako pomocnik 15 goli w ekstraklasie, do czego dołożył 12 asyst. Potem postanowił spieniężyć życiową formę, wyjechał do Arabii Saudyjskiej. Tam kariery nie zrobił, a gra w Karabachu to też nie jest powód do narzekania. Za tytuł króla strzelców azerskiej ligi pewnie dostał niezłą premię, a i mógł sobie pograć w Lidze Mistrzów i Lidze Europy. Mówiło się latem, że może wrócić do Jagi, ale obie strony jeszcze funkcjonują na trochę innych pułapach finansowych. Niemniej jednak czekamy.

ranking-100---button-1-50_34

Tak jak w przypadku Carlitosa – wszystko jeszcze przed nim. Czy wierzymy w niego bardziej niż w Hiszpana? Nie. No bo jednak łatwiej jest zadbać o dietę i porządnie przepracować obóz (szczególnie jeśli jest trener, u którego trzeba zapierdzielać), niż uporać się z dołkiem, w który wpadł Jevtić. Różne słyszeliśmy opowieści, czasami wzajemnie się wykluczające, więc nie będziemy powielać plotek. Jednak jeśli pojawia się słowo „depresja”, na pewno nie można tego lekceważyć.

A Jevtić w formie to piłkarz, który bardzo mocno kojarzy się radością. Drybling, przebojowość, świetna lewa noga, bramki, asysty. Ma wszystko, żeby jeszcze być najlepszym piłkarzem ligi, a w dodatku ciągle tylko 25 lat. Na pewno nie można go skreślać, odbudowanie Jevticia powinno być jednym z najważniejszych zadań nowego trenera Lecha. Ktokolwiek nim będzie.

ranking-100---button-1-50_33

Wyjątkowo barwa postać. Jak już wspominaliśmy, wpychał się do kadry Portugalii, miał na pieńku z Szymonem Marciniakiem, ostatnio z Piotrem Stokowcem, raczej rzadko gryzł się w język, bo już w pierwszym dużym wywiadzie powiedział, że gdyby grał w lepszym klubie niż Śląsk (czytaj – z lepszymi piłkarzami), strzelałby 40 goli w sezonie. Życie go zweryfikowało, bo dla Sparty Praga nie trafił później ani razu, ale gdy wrócił do kraju, raczej nie zauważyliśmy, by źle wpłynęło to jego pewność siebie. Dla jednych pajac, dla drugich showman.

Ale przede wszystkim świetny strzelec. Ciągle – z 61 golami na koncie – to drugi, po Radoviciu, najlepszy zagraniczny snajper w historii ligi. Niedługo wyprzedzi go brat, co kiedyś, a nawet dość niedawno, wydawało się nie do pomyślenia, ale to i tak świetny bilans. Blisko korony był już w sezonie 2013/14, ale o gola wyprzedził go Robak. Cztery lata później panowie podzielili się trofeum dla najskuteczniejszego, a pewną nieopowiedzianą historią pozostaje poprzedni sezon. Do połowy marca strzelił 16 goli i znów miał realną szansę, by wygrać. Poprzytykał się jednak z trenerem, opuścił 9 spotkań, głównie w grupie spadkowej, i z tytułu cieszył się ktoś inny. Trochę szkoda. Dziś gra w drugiej lidze tureckiej i dalej strzela regularnie.

ranking-100---button-1-50_32

Przesadą byłoby powiedzieć, że Junior Diaz odebrał w ekstraklasie porządną piłkarską edukację. Ale prawdą jest, że początkowo był piłkarzem zagubionym, chaotycznym, dość opornie przyswajającym defensywne schematy rządzące europejską piłką. Okazał się jednak ostatecznie uczniem pojętnym, z zawodnika niepewnego stając się jednym z najbardziej wartościowych wiślaków, a swoje inklinacje do gry ofensywnej i serce do gry opakowując w takie przygotowanie taktyczne, które pozwoliło finalnie – via nieudana przygoda w Brugii i wypożyczenie powrotne do Wisły – na cztery lata gry w Bundeslidze.

Zawsze zapowiadał, że chce wyjść z cienia ojca, który był wielką gwiazdą kostarykańskiej piłki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Gdy Bora Milutinović nie zabrał Enrique Diaza Harveya na mundial 1990, pomstowano na niego jak w Polsce na Janasa za niewzięcie Dudka do Niemiec. Juniorowi Diazowi chyba się udało – nie miał takiej skali talentu, ale w 2014 cały świat podziwiał Kostarykę, która doprowadziła na mistrzostwach świata do karnych o półfinał. Diaz podczas turnieju nie stracił ani minuty.

ranking-100---button-1-50_31

Mieliśmy z nim różne perypetie, aż chce się przypomnieć tekst Tomasza Ćwiąkały o jego osobistych doświadczeniach ze Słowakiem. Przeczulony na wszelką krytykę pod swoim adresem, uczący manier, choć można było wątpić, że sam je posiada, gadający dyrdymały, ale przede wszystkim w pewnym momencie bardzo irytujący na boisku. Był okres, w którym zbierał tyle samo kartek, co notował asyst. Miał być transfer do Interu, wizyty w zakładach pracy i eleganckie panie w pięknych toaletach, a była bardzo widoczna frustracja.

Z perspektywy czasu oceniamy go jednak pozytywnie, a nawet bardzo, bo zajął wysokie miejsce przed kilkoma grajcarami. Przychodził do Legii jako jeden z bardzo utalentowanych chłopaków z nowej generacji słowackich kandydatów na piłkarzy, już sam transfer nie był łatwy w realizacji. Zainwestowano w to kwotę pomiędzy 300 tysiącami euro a pół miliona zachodniej waluty, a przy transferze do Herthy wyciągnięto dziesięć razy tyle. Świetny biznes. Tym bardziej, że po drodze były trzy mistrzostwa i dwa puchary, do których zdobycia Duda się oczywiście przyczynił. Początki w Niemczech miał trudne, ale ten sezon zaczął świetnie. Przez pewien czas był nawet liderem klasyfikacji strzelców. A najważniejszą akcję przeprowadził w marcu w meczu kadry, gdy przytomnie uratował dławiącego się własnym językiem Skrtela.

ranking-100---button-1-50_30

Chciałoby się go porównać trochę do Nikolicia. Tak samo jak Niko, Svitlica był po pierwsze, po drugie i po trzecie snajperem, klasyczną dziewiątką. Wszechstronność nie była jego mocną stroną, rozegrać nie rozegrał, po piłkę się nie wrócił, na skrzydle nigdy nawet nie próbował się plątać w jakiejś wariacji taktycznej. Ale jeśli ktoś mu dograł porządną piłkę w pole karne, zawsze szansa była duża, że urwie się, pomyśli o ułamek sekundy szybciej, względnie wygra ten decydujący moment lepszym ustawieniem.

Taka forma nie trwała jednak w nieskończoność, a kariera po Legii brutalnie go zweryfikowała. Jeden z najgorszych obcokrajowców w historii Wisły Kraków. Nikt mu jednak nie odbierze miana pierwszego obcokrajowca, który zdobył w Polsce koronę króla strzelców.

ranking-100---button-1-50_29

Silny, nieprzyjemny dla każdego obrońcy Peruwiańczyk to jeden z symboli udanej przygody Lecha Poznań z fazą grupową europejskich pucharów. Zestaw drużyn był wymagający, bo Deportivo, Feyenoord, CSKA czy Nancy to nie są zespoły, które pyta się, ile chcą dostać do zera. Rengifo może w lidze nie porywał rekordami strzeleckimi, ale w pucharach trafiał nad wyraz regularnie.

Screen Shot 11-18-18 at 03.26 PM

Rengifo nie rozstał się z Lechem z zgodzie. Jego menedżer przekonywał, że o Peruwiańczyka biją się kluby pokroju Szachtara czy Werderu Brema, a Kolejorz przesuwał zawodnika do Młodej Ekstraklasy – oficjalnie ze względu na brak zaangażowania w ostatnich meczach. Rengifo ostatecznie poszedł zaledwie do Omonii, po roku wrócił do ojczyzny. Po latach Peruwiańczyk mówił tak:

Nie chciałem za wszelką cenę odchodzić z Lecha i nie była to moja decyzja.

ranking-100---button-1-50_28

Ujmijmy to tak – raczej nie miał zwolnienia z WF-u, gdy przerabiana była gimnastyka. A to chciał zablokować rzut wolny… stając na rękach, a to sieknął takiego gola nożycami, że chyba do dzisiaj kibice Lechii odpalają go sobie w internecie, by poprawić nastroje. Pokochali go dość mocno i naprawdę nie ma się czemu dziwić. Przez gdański klub przewinęło się tylu kasztanów – jakichś Rachujów, nie-Rachujów – że bardzo efektowny Traore po prostu im się należał. Robił grę Lechii, swego czasu był niekwestionowaną gwiazdą ligi.

Wyjechał do Turcji w pogoni za lepszym pieniądzem, gra tam do dziś. Przez cztery sezony wykręcał fajne liczby, aż dziwne, że zwiedził trzy kluby, ale żadnego z topu. Obskoczył też trzy Puchary Narodów Afryki z ekipą Burkina Faso, nawet jeśli niekoniecznie to on ciągnął ten wózek (szczególnie w 2013, gdy rozegrał 34 minuty na turnieju) ma srebro i brąz mistrzostw swojego kontynentu. W 2007 roku wylądował na liście 50 największych talentów na świecie World Soccer Magazine, gdzie towarzystwo, w końcówce zestwienia, miał przednie…

Zrzut ekranu 2018-11-18 o 00.06.49

I choć tak wielkiej kariery jak reszta nie zrobił, to narzekać nie może.

ranking-100---button-1-50_27

Pięknie wyszedł z cienia brata i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Tak jak wspomnieliśmy – lada moment, gdy strzeli jeszcze jedną bramkę, będzie już drugi w klasyfikacji najlepszych zagranicznych strzelców w ekstraklasie. Do lidera Radovicia traci tylko siedem goli i w tej formie jest w stanie dogonić niegrającego Serba jeszcze w tym sezonie. To byłoby coś, miejsce na kartach historii. Tym bardziej, że był już moment, w którym Flavio w barwach Lechii mocno zawodził, całkowicie zapomniał, jak się strzela i asystuje.

Dziś na pytanie „kto rządzi w Trójmieście”, należy odpowiadać: „Flavio”. Bilans ostatnich pięciu meczów derbowych:

17 kwietnia 2017 – asysta,
3 listopada 2017 – gol,
7 kwietnia 2018 – trzy gole,
13 kwietnia 2018 – gol,
27 października 2018 – gol.

y3qYmMV

Trafić na plakat w „Piłce Nożnej” – w latach dziewięćdziesiątych to było prawdziwe wyróżnienie. Pół Łodzi miało potem wizerunek Brazylijczyka nad łóżkiem. Prezes Ptak tak cenił Carbone, że aż w nagrodę za dobre mecze podarował zawodnikowi Cinquecento. Biznesmen zawsze miał gest.

Screen Shot 11-18-18 at 03.32 PM

Tamten jeden, samotny łódzki sezon, zakończony mistrzostwem kraju, był na polskie warunki świetny. Zachowując proporcje, Carbone umiał wówczas „przyvadisować”. Zapewniał charakterystyczny dla Canarinhos polot, technikę i kiwkę, utwierdzając Antoniego Ptaka w przekonaniu, że kierunek brazylijski to przyszłość. Wyszło to Ptakowi mniej więcej tak, jak Carbone kariera po ŁKS-ie.

Brazylijczyk także właśnie w Polsce zaliczył swój szczyt. Ptak obiecał mu duży transfer, ale – jak zwykle – nie mógł dogadać się z kontrahentami. Potem przypałętały się kontuzje, które podcięły zawodnikowi skrzydła. Trochę grał w Chinach, trochę w Japonii, by w wieku 27 lat zakończyć karierę.

ranking-100---button-1-50_25

Wspominaliśmy już o liście najskuteczniejszych obcokrajowców w historii ligi, ale trzeba się przy niej zatrzymać jeszcze raz – Fin zajmuje bowiem czwarte miejsce z 51 golami na koncie. To świetny wynik. Już raczej nie powalczy o wyższe lokaty, ale w historii się zapisał. Choć kibice Lecha może i chcieliby o nim zapomnieć. Zapragnął wyjechać z kraju, ale gdy przyszła z oferta z Legii, okazało się, że w sumie mogą być też przenosiny na wschód Polski, do największego rywala. Doskonale pamiętamy ten transparent, na którym został nazwany „starą kurwą” i zapowiedziano, że „następnego czeka kara”. W dodatku już w barwach Legii wbił poznaniakom dwa ważne gole – w obu przypadkach meldował się na murawie na chwilę, robił swoje i zapewnił zwycięstwo warszawskiej drużynie. Taką historię musiał wymyślić wyjątkowy złośliwy scenarzysta. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że Hamalainen dla Lecha zrobił naprawdę sporo i my – mając gdzieś jego lojalność lub jej brak – po prostu to doceniamy. Mistrzostwo w sezonie 2014/15 to w dużej mierze jego dzieło, strzelił wtedy 13 goli i zaliczył 7 asyst. Może nieładnie się starzeje, ale w sile wieku potrafił wymiatać.

ranking-100---button-1-50_24

Wesołe było życie w Polsce tego staruszka, bo do Wisły trafił w wieku 32 lata, ale nie po to, by odcinać kupony, coś pokopać i skasować. Przed emeryturą zapełnił gablotę, zdobył trzy mistrzostwa Polski, był wybierany najlepszym obcokrajowcem na naszych boiskach, w międzyczasie łapiąc jeszcze kontrakt w rosyjskim Tereku. No i strzelił bramkę FC Barcelonie Pepa Guardioli – tej samej, która później zaczęła uchodzić za jedną z najlepszych drużyn w historii tej dyscypliny.

Klasowy szczupak, tak samo jak klasowym obrońcą był Cleber. Trochę szkoda, że karierę musiał skończyć nagle, po fatalnym zderzeniu z Tshibambą w meczu ligowym.

socJfRn

Tak, napisaliśmy, że gość ma ogórkowe CV, co chętnie zresztą wypominacie nam do dziś. Wiecie dlaczego? No bo tak składało się, że jego CV było ogórkowe.

Zrzut ekranu 2018-11-18 o 01.16.59

I choć widzieliśmy dziesiątki transferów, które na papierze wyglądały korzystniej, to właśnie Prijovicia zapamiętamy na dłużej. Legia była dla niego trampoliną. Szansą, którą wykorzystał. W dwa sezony zmienił się z włóczykija w napastnika europejskiej klasy. Nie miał ku temu idealnych warunków, przecież w tym samym czasie w Warszawie szalał Nikolić, ale znalazł dla siebie miejsce, a czasami nie tylko pomagał, a nawet przewyższał skutecznego kolegę. W Lidze Mistrzów to on był napastnikiem numer jeden, strzelił dwa gole Borussii Dortmund, dał też dwie asysty w tym tę na wagę gry na wiosnę w pucharach.

Nie pożegnał się z wielką klasą. Był skupiony na sobie, z Ibrahimoviciem łączyła go nie tylko kitka. Ale nie pożałował, bo w PAOK-u został królem strzelców greckiej ekstraklasy, a z kadrą Serbii pojechał na mundial. Zagrał ledwie epizod, ale to i tak nieźle jak na gościa, którego dokonania wcześniej uchodziły za ogórkowe.

ranking-100---button-1-50_22

Dickson Choto, czarne złoto. To hasło skandowali kibice Legii i nie można im się specjalnie dziwić. Chodziło przecież o gościa, na którego można było liczyć przez bite 10 lat, przez dłuższy czas lidera defensywy. Wcześniej był w Górniku Zabrze i w Pogoni, ale to właśnie klub ze stolicy wycisnął z niego wszystko, co najlepsze. W takim Zabrzu zaliczył kuriozalnego samobója w 1. minucie spotkania z Wisłą Kraków i już w zasadzie było po nim. Siłą rzeczy przez warunki fizyczne uchodził za drewniaka. Ale później udało wykorzystać się je w dobry sposób, w sezonie 2005/2006 stworzył mistrzowski duet z Moussą Ouattarą, który szybko czmychnął do Niemiec. Choto został i zdobył jeszcze mistrzostwo, cztery Puchary Polski i Superpuchar. Nie zawsze jako piłkarz podstawowy i kluczowy, ale problemy ze zdrowiem też dawały o sobie znać.

Wady? Miał tendencje to tycia, czasami po urlopie wracał do klubu i waga pokazywała grubo ponad sto kilo, stąd też, z zaniedbania, podobno brały się jego urazy. No i czasami odcinało mu prąd. Jak w meczu z Zagłębiem, gdy mógł zrobić krzywdę dobrze zapowiadającemu się Piszczkowi. Święty nigdy nie był, często mówił o rasizmie, gdy sam miał swoje brudy za paznokciami.

ranking-100---button-1-50_21

Popularny „Prezes” specjalizował się w kolekcjonowaniu kogutów od pana Staszka, najwierniejszego kibica Górnika Zabrze. Siłę i motorykę łączył z bardzo porządnym przygotowaniem technicznym – Nakoulma, nie pan Staszek, żebyśmy mieli jasność.

Warto zauważyć, że Nakoulma, zanim dał się poznać w Górniku z tak dobrej strony, mozolnie przebijał się od najniższych lig, zaczynając w Granicy Lubycza Królewska.O jego pierwszych latach w Polsce „Sport Śląski” pisał tak:

Trzeba powiedzieć, że Nakoulmie było wówczas bardzo łatwo zejść na złą drogę, bo pokusy czaiły się z każdej strony. Gdy miejscowi namawiali go na dyskotekę, wymawiał się, mówiąc: „Prejuce dyskoteka nie. Kontuzja”, Gdy namawiali na piwo, odpowiadał analogicznie. Zresztą „Prezes” różnił się nie tylko od miejscowych, ale także od swoich ziomków. – Byłem w szoku. Tamci kładli się w butach do łóżka, w pokojach smród. „Prezes” od nich uciekał, poprosił o swój pokój i go dostał. Tam zawsze było czyściutko. Świetny człowiek – dodaje były gracz Granicy. Pokusę stanowiły też miejscowe dziewczyny, które ponoć gęsto kręciły się wokół internatu, w którym mieszkał Prejuce. To nie powinno dziwić, zwłaszcza że ci, którzy byli z nim w drużynie zgodnie podkreślają, że… ma walory, o których nie przystoi pisać szanującym się mediom…

Może dzięki temu, że przechodził u nas kolejne szczeble, zaczynając od samego dołu, a także dzięki wybitnie pozytywnej osobowości Polska nigdy o nim nie zapomniała? Opisywano – my zresztą też – szerzej każdy jego sukces po wyjeździe z naszego kraju.

Wicemistrz Afryki z Burkina Faso, jeden z najlepszych piłkarzy turnieju z 2013 roku. Według legendy, na turniej powołał go… sam prezydent kraju, wymuszając decyzję na selekcjonerze reprezentacji. Klubowo także poradził sobie nieźle, dając radę zarówno w Turcji, jak i we Francji.

ranking-100---button-1-50_20

Kawał historii polskiego futbolu, przemielonej na chyba wszystkie sposoby. Im dłużej o tym myślimy, tym bardziej łapiemy się na tym, że zrobienie z niego pierwszej strzelby kadry, było pomysłem równie udanym, co szalonym. Przecież on w najlepszym sezonie, dla Polonii mistrzowskim, strzelił w lidze ledwie 12 bramek. Więcej wbił Mariusz Nosal, Krzysztof Bizacki, Sylwester Czereszewski, Tomasz Frankowski i Adam Kompała. Pięciu chłopa, każdy na zawołanie selekcjonera. A Engel, robiąc przy okazji niezłe przedstawienie, postawił na Emsiego i nie żałował, o czym doskonale wiemy. Nie twierdzimy, że był słaby. Twierdzimy, że zrobił znacznie większą karierę, niż wskazywać mogła gra dla Czarnych Koszul.

W Polsce stał się przedmiotem debaty publicznej, wręcz zagadnieniem ciekawym z socjologicznego punktu widzenia. Ale to zamieszanie nie kończyło się na naszym kraju, przecież w 2001 roku był kandydatem do zdobycia Złotej Piłki. I nawet ktoś na niego zagłosował!

Zrzut ekranu 2018-11-18 o 02.06.11

Były lepsze i gorsze lata w Panathinaikosie, gole strzelane w Lidze Mistrzów Arsenalowi, ćwierćfinał i wygrana w pierwszym meczu z Barceloną. Nieudana próba podbicia Anglii, do dzisiaj zdarzają się listy najgorszych transferów/napastników, na których widnieje jego nazwisko. A dalej tułaczka, w której zahaczył też o Chiny, zakończona w Grecji w 2012 roku. W teorii w wieku 34 lat, ale wiadomo – spekulacji dotyczących jego daty urodzenia było wiele, a kompletnie nieudany koniec klubowej kariery, szybki zmierzch, tylko je podsycał. Moglibyśmy wspomnieć jeszcze o obrzucaniu go bananami, wpadaniu pod stół na zgrupowaniach czy oblanych testach w paru polskich klubach i kilku innych kwestiach, ale nie ma sensu przedłużać.

Jako postać – chyba numer jeden spośród wszystkich w rankingu. Jako piłkarz zamyka naszą drugą dziesiątkę.

ranking-100---button-1-50_19

Fenomen Kennetha Zeigbo jest trudny do wytłumaczenia. Na papierze to raptem jeden sezon i niespełna dziesięć bramek. Ale diabeł tkwi w szczegółach, a w tym wypadku: w kontekstach.

Oto pierwszy: dwudziestoletni Zeigbo trafiał do Polski jako król strzelców ligi nigeryjskiej. Nigeria rok wcześniej wygrała Igrzyska Olimpijskie, lejąc w finale Canarinhos. Nigeryjska młodzież szła do najlepszych klubów świata, a tu wielki talent z tego właśnie kraju meldował się w Legii.

Oto drugi: Zeigbo z polskiej pszenno-buraczanej ekstraklasy latał na zgrupowania pierwszej kadry Nigerii, gdzie już w debiucie strzelił bramkę Kamerunowi. Uważano go swego czasu za pewniaka do gry na mundialu we Francji. Mundialu, którego – przypomnijmy – Polacy nawet nie powąchali, a gdzie Super Orły miały być czarnym koniem.

Oto trzeci: Zeigbo był specjalistą od bramek cudownych. To przewrotka. To okiwanie dwóch, trzech widzewiaków i siata założona golkiperowi. To lobik, jaki byłby ozdobą każdego odcinku „Eurogoli”.

Oto czwarty: lista największych talentów za 1998 rok według magazynu World Soccer. Już po hitowym transferze do Venezii, który pozwolił porządnie zarobić Legii – sprzedała Zeigbo za dwa miliony dolarów. To i dziś nie byłby zły pieniądz, a dwadzieścia lat temu, gdy rynek transferowy wyglądał zupełnie inaczej?

DCb8wZTXsAA9GYR

Zeigbo nigdy nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, jego kariera po wyjeździe do Włoch przypomina żart. Ale nie ma dojrzałego kibica Legii, który nie zapalałby się na dźwięk jego nazwiska. Na swój sposób był legijną odpowiedzią na… Citkę u szczytu. Citko też miał krótki, fenomenalny czas, kiedy pokazywał w Polsce trochę wielkiego świata, a choć jak nie przełożył się on na wielką karierę, tak przełożył się na mnóstwo dobrych wspomnień.

FERRARI Z SILNIKIEM FIATA PUNTO – PRZECZYTAJ WYWIAD Z ZEIGBO NA WESZŁO

ranking-100---button-1-50_18

Najlepszy zagraniczny bramkarz w historii ligi. W gablocie trzy mistrzostwa i trzy Puchary Polski z Legią, a w tym czasie miejsce na posterunku opuszczał bardzo rzadko. Bohater pierwszego meczu ze Steauą, po którym apetyty na Ligę Mistrzów były ogromne. Bohater w Lidze Europy w sezonie 2014/15, gdy przez pięć kolejnych meczów (ostatnia faza eliminacji i faza grupowa) nie puścił ani jednego gola. Bohater w wygranym Pucharze Polski 2014/15, gdy po drodze w karnych obronił uderzania braci Paixao. Wymieniliśmy tylko te spotkania, które w pierwszej kolejności przyszły nam do głowy, a moglibyśmy długo siedzieć i przypominać wszystkie mecze, w których ratował tyłki kolegom. Z Hull City wrócił do Lechii i dalej robi swoje, choć poprzedni sezon miał mniej udany, najsłabszy na polskich boiskach. Poza murawą – specyficzny, chorobliwie nieufny, raczej bez szans na brylowanie w towarzystwie. A akcja z duszeniem to już klasyk.

ranking-100---button-1-50_17

A raczej „Perejro”, człowiek, który zaimponował nawet prezydentowi. Tak jak w przypadku Olisadebe, znów abstrahując od naszego zdania w tym temacie, mówimy o piłkarzu wymyślonym dla reprezentacji Polski. Tu podstawy były chyba mocniejsze. Roger przez 3,5 sezonu należał do grona liderów Legii, zachwycał techniką, z czasem był po prostu gwiazdą ligi. Po raz pierwszy w lidze przegrał dopiero w swoim trzynastym występie (wcześniej aż jedenaście meczów wygrał), ta wspaniała wiosna pod wodzą Wdowczyka skończyła się mistrzostwem. Czego zabrakło? Na pewno udanej pucharowej przygody, bo Roger to czasy Vetry, porażek z Szachtarem, Austrią, FK Moskwa i odpanięcia z Brondby. Fazę grupową poznał dopiero w AEK-u Ateny i to niezbyt dobrze.

Podobno to właśnie dzięki niemu, i dzięki Edsonowi, rozkręciła się kariera menedżerska Mariusza Piekarskiego, dziś jednego z najważniejszych agentów, ale nawet Piekario, który trochę lat w Brazylii spędził, nie spodziewał się takiego strzału. Warszawa Rogera polubiła, on ją też, choć na dobre przypomniał sobie o tym dopiero, gdy jego kariera już pikowała. Długo oraz wytrwale prosił o możliwość powrotu. Wcześniej raczej nie zapuszczał korzeni, przypomniała nam się nawet historia z jego trochę celebryckich czasów. Pewne medium niezwiązane z piłką chciało pokazać, jak mieszka gwiazda stolicy. Roger się na to zgodził, choć chyba nie wiedział, na czym polega ta zabawa. Ekipa wpadła do jego mieszkania, które – mimo lokalizacji i metrażu –  raczej przypominało miejsce, w którym koczuje student, a nie żyje gwiazda piłki. W lodówce kilka puszek coli i parę jogurtów. Ludzie najpierw złapali się za głowę, a później przystąpili do działania. W kilka godzin urządzono Brazylijczykowi kwadrat jak z serialu TVN-u, nawet zakupy spożywcze zrobiono, oczywiście takie, które pasują do diety wielkiego sportowca. Nagrano kilka fajnych obrazków, w materiale wszystko się zgadzało, a później mieszkanie przywrócono do stanu sprzed rewolucji.

Bardziej podobało nam się to, jak oszukiwał na boisku. Kilka siatek w tej lidze założył.

ranking-100---button-1-50_16

Jeśli nie wiecie o kogo chodzi, to pewne jest jedno: nie jesteście kibicami GKS-u Katowice.

Był początek lat dziewięćdziesiątych. Motor Lublin potrafił sprowadzić Rosjanina, płacąc pakietem kaset porno. Transfery zagraniczne w ekstraklasie jeśli opierały się chociaż na nagraniach VHS, to już uchodziły za przeprowadzone po profesjonalnym skautingu.

Guruli przyjeżdżał jako król strzelców gruzińskiej ekstraklasy, ale też kot w worku, a konkretnie piłkarz z kontuzją, którą musiał leczyć kilka miesięcy. Wydawało się, że GKS został zrobiony w konia.

Wkrótce okazało się, że jedynymi zrobionymi w konia będą obrońcy rywali katowiczan. Guruli był piłkarskim czarodziejem, zawodnikiem wybitnym technicznie, a można zaryzykować, że najlepszym zagranicznym dryblerem w historii ligi. Takich obcokrajowców chciałoby się jak najwięcej: nie wyrobników, ale prawdziwe gwiazdy, dla których chodzi się na stadion. Po dwóch latach trafił do Le Havre, a pamiętajmy, że czasy nie były tak łatwe, jeśli chodzi o zagraniczne transfery, limity obcokrajowców były więcej niż ścisłe.

ranking-100---button-1-50_15

Pamiętacie rajd Groclinu w pucharach? Jasne, przecież tego nie da się nie pamiętać. Nawet w Manchesterze do dziś pamiętają, po obu jego stronach: po czerwonej, żeby wcierać sól w rany. Po niebieskiej, żeby doceniać to, jak jest teraz.

Mecze Groclinu od wcześniejszych pucharowych bojów Wisły różniły się zasadniczo. Wisła opierała się bezpardonowej ofensywnej sile. W bramce miała Huguesa, ogóra nad ogóry, a jednak biła kozackie drużyny. Groclin natomiast opierał się na szczelności defensywy. To były mecze emocjonujące, ale dla nas, bo grał polski zespół. Dla postronnego widza szachy, podczas których przeciwnik bił głową w mur.

Krizanac stanowił o sile tego bloku defensywnego. Co dostrzegli również w Rosji, bo Chorwat później trafił do Zenitu, wygrywając z nim Puchar UEFA, dwukrotnie rosyjską ligę, rywalizując w Champions League z Juve i Realem. Opowiadał, że zarabia tak dużo, że pieniądze musi trzymać na balkonie. Rozegrał też kilka meczów o punkty w barwach Chorwacji, ale nigdy w finałach.

Cytując nasz klasyczny wywiad sprzed lat: „Sam nie sądził, że tyle osiągnie…”.

0Q9Dr9d

W trenerce na razie bez szału, ale jeszcze dużo za wcześnie, by skreślać go na tym polu. Za to kariera piłkarska udana. Chyba też lepsza niż się spodziewał, bo gdy kiedyś gadaliśmy z nim o piłkarskich marzeniach, nie opowiadał o wielkich z punktu widzenia piłkarza sprawach jak duże turnieje czy puchary. Chciał zagrać dla Partizana. Marzył, by strzelić gola w derbach Belgradu, to się akurat nie udało, ale wspominał, że odbił sobie to niepowodzenie w czasie derbów Warszawy. Zależało mu, by wspiąć się na płot i w takim meczu cieszyć się z kibicami.

 

Walczak, charakterniak, fani uwielbiają takich graczy. Niepotrzebnie wyjeżdżał w 2004 roku do Ergotelisu, ale szybko wrócił i jeszcze wygrał to i owo. By grać w piłkę na poważniejszym poziomie, chyba trochę brakowało mu szybkości, ale na polską ligę był, jak znalazł, podniósł poziom w bardzo dobrej drużynie.

ranking-100---button-1-50_13

Czy byli w polskiej lidze zawodnicy efektywniejsi? Pewnie. Ale ilu było efektowniejszych? Można policzyć na palcach jednej ręki.

Melikson to symbol – nie bójmy się tego słowa – ostatniej naprawdę mocnej Wisły Kraków, już i tak schyłkowej w swej sile, ale wciąż mistrzowskiej, wciąż potrafiącej osiągnąć godny wynik w pucharach. Melikson był ofensywnym silnikiem tamtej drużyny.

Szanujemy wyrobników, tych, którzy pracują tyleż nogami, co łokciami, nigdy nie schodząc poniżej pewnego poziomu. Ale zawsze jeszcze większy szacunek ma się dla tych, którzy w polskich pszenno-buraczanych realiach potrafią dać odrobinę magii. Melikson ją dawał. Dryblingi, hurtowe zakładanie siatek, znakomite dogranie, technika, błyskotliwość. Takiego gracza się nie zapomina. O jego klasie swoje mówi fakt, że w pewnym momencie był o pół kroku od reprezentacji Polski. Na szczęście dla wszystkich stron, w ostatnim momencie wycofał nogę. We Francji nie wyszło tak, jak się tego spodziewano, ale do dziś, mimo upływu lat, robi dobrą boiskową robotę w Izraelu.

Co najbardziej wspominał z Polski? Świętowanie razem z kibicami podczas fety na Rynku i mój pierwszy mecz w Wiśle, kiedy grał przy kilkunastostopniowym mrozie.

ranking-100---button-1-50_12

Trudno uwierzyć w to, ile meczów zdołał rozegrać w polskiej lidze Andradina – przecież ten facet meldował się tu w wieku 31 lat. Ale Edi miał zwyczajnie tak wysokie umiejętności piłkarskie, że dawał wiele drużynie nawet koło czterdziestki, nie przeszkadzał mu w tym nawet wyraźny brzuszek. A przecież Edi swego czasu wyprzedził Svitlicę i był najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii Ekstraklasy.

Ale czy może być inaczej, skoro mówimy o zawodniku z przeszłością w Santosie? Gdzie grał, a nie rzucał ręczniki? Zawodniku, który jak pierwszy raz zameldował się w Europie, poskładał drugą ligę rosyjską zostając królem strzelców? Wybrał później kierunek niecodzienny, bo japoński, ale J-League końca lat dziewięćdziesiątych miała duży rozpęd, duże pieniądze, a w Brazylijczykach była zakochana. Został tutaj na długo i w nietechnicznej lidze się wyróżniał. Jak się nad tym dobrze zastanowić, to gdzieś w którymś momencie popełnił błąd w karierze, bo nigdy nie trafił do naprawdę silnej ligi, choć słabszymi zamiatał dość regularnie.

ranking-100---button-1-50_11

Hat-trick z Juventusem. Na wyjeździe. Hat-trick spektakularny, zwieńczony szalonym, ale perfekcyjnym uderzeniem z daleka w doliczonym czasie gry. Rudnevs łącznie strzelił Juve cztery bramki, a potem ukłuł też z Bragą, będąc jednym z symboli tej najpiękniejszej pucharowej przygody Kolejorza ostatnich lat.

Szczerze? Mógłby w lidze nie strzelić nic, zmarnować na dokładkę dziesięć karnych, a na mocy powyższych osiągnięć i tak łapałby się w naszej rankingowej setce.

Ale w lidze przecież też strzelał, królem strzelców został, specjalizując się w hat-trickach. Owszem, kiedyś porównywaliśmy jego bilans do bilansu Roberta Lewandowskiego i wynikało z niego jasno, że Rudnevs znacznie częściej dziurawił albo cieniasów, albo ładował gdy wynik był już sprawą – mniej więcej – ustaloną. Może gdzieś tutaj, między wierszami, zapisana jest odpowiedź na pytanie: dlaczego w Niemczech „Lewy” zrobił gigantyczną karierę, a Rudnevs tylko i aż przeciętną?

Przykre, ale skończył karierę przed trzydziestką z powodu kłopotów rodzinnych, a konkretnie kłopotów z chorą żoną. Kto wie, gdyby nie to, może wróciłby do Lecha i jeszcze swoje nastrzelał.

ranking-100---button-1-50_10

Wszyscy wiedzieli, że na Węgrzech gra gość, któremu strzelanie goli przychodzi prawie z taką łatwością, co wstawienie wody na herbatę, ale wyciągnęła go stamtąd dopiero Legia, gdy miał już 28 lat. Europa nas raczej w tym kontekście nie obchodzi, więc najmocniej oberwało się za to Lechowi. No bo już zaraz po transferze Piotr Rutkowski zarzekał się, że doskonale zna tego piłkarza i nie ma przypadku w tym, że nie trafił do Kolejorza. Później podgrzał atmosferę, gdy powiedział, że Thomalla i Robak strzelą więcej bramek niż Niko i Prijović. Bolało. Do pieca dołożył też Jan Urban, który stwierdził, że Nikolić – zamiast prężyć muskuły w wywiadach – powinien strzelić najpierw komuś mocnemu. Ostateczny bilans w spotkaniach z Kolejorzem „Niko” ma nie najgorszy – w 6 meczach trafił trzy razy, do tego dołożył asystę. W fazie grupowej Ligi Europy – ku uciesze byłego trenera Lecha – się nie udało, ale sezon później reprezentant Węgier wprowadził Legię do Ligi Mistrzów, strzelał kluczowe gole we wszystkich dwumeczach. Pewnym rozczarowaniem mogą być dla niego i dla kibiców późniejsze boje, ale na pocieszenie zostaje bramka wbita Borussii Dortmund.

55 goli i 11 asyst w 86 meczach, korona króla strzelców, dwa mistrzostwa i jeden Puchar Polski. Świetna przygoda, strzał blisko środka tarczy. Później Niko potwierdził instynkt w MLS, gdzie też zgarnął koronę, wyprzedzając Villę, Giovinco i paru innych kozaków.

ranking-100---button-1-50_9

To wszystko zaczęło się fatalnie. Kasperczak wystawił go na listę transferową. Mauro był rozczarowaniem jesieni 2002. Dopiero, gdy przesunięto go głębiej – to urodzona ósemka – pokazał pazury, stając się ulubieńcem trybun, ale na pewno nie ulubieńcem sędziów, lubił bowiem pracować łokciami, a zarazem zdarzały mu się symulki.

Pięciokrotny mistrz Polski, który za Wisłę dałby się pokroić. Grał przeciw Barcy, Realowi, Lazio, Parmie, Tottenhamowi, Blackburn, Panathinaikosowi. W ekipie Henryka Kasperczaka z czasem absolutnie niezbędny, a nie ma większej krzywdy, niż uznać Cantoro wyłącznie za przecinaka do rozbijania akcji. Owszem, oddawał lejce innym – ale dlatego, że miał kolegów, którzy znali się na tej robocie znakomicie. Na playmakera się nie nadawał, ale potrafił się włączyć do ofensywy i pomóc drużynie.

Cantoro kilka razy był bliski hitowego transferu. Pytać o niego miały FC Basel, Galatasaray, a w Genoi przebywał nawet na testach. Ostatecznie odszedł do… Odry Wodzisław. To, że tam grał, jest jedną z najbardziej surrealistycznych historii ligi polskiej.

ranking-100---button-1-50_8

Czy to się komuś podoba czy nie, Widzew lat 95/96 i 96/97 to jedna z najlepszych drużyn ekstraklasy ostatniego ćwierćwiecza. Pierwsze mistrzostwo zdobyte bez choćby jednej porażki w sezonie. Drugie mistrzostwo po jednym z najsłynniejszych meczów w historii polskiej ligi, Legia – Widzew 2:3, gdzie Michalczuk przypieczętował rezultat. Wisienką na torcie Liga Mistrzów, gdzie RTS po pierwszym meczu z BVB został przez „Kicker” nazwany czarnym koniem turnieju i choć z arcymocnej grupy nie wyszedł, to prezentował otwarty futbol bez kompleksów.

Michalczuk był nieodzowną postacią tamtego Widzewa. Po Champions League interesowało się nim Dynamo Kijów, to Dynamo z Rebrowem i Szewczenką. Były również głosy, by Michalczuka naturalizować i z miejsca wziąć do kadry Polski. Łącznie temu wszechstronnemu zawodnikowi uzbierały się w barwach RTS-u 223 mecze, niemal zawsze na topowym ligowym poziomie. Do tego dorzucił pokaźny wianuszek bramek, a strzelał także w pucharach: z Parmą samemu Buffonowi.

Bramka od 11:51:

 

 

 

PRAWDZIWI MĘŻCZYŹNI ZAWSZE SIĘ DOGADAJĄ – PRZECZYTAJ WYWIAD Z ANDRIEJEM MICHALCZUKIEM

ranking-100---button-1-50_7

Już sam fakt, że trafił do Wisły Kraków był czymś znaczącym. Z legendarnego Santosu, w którym nie tylko jadł obiady i trenował. W teorii za darmo i można udawać, że tak było, ale kwota za podpis i prowizja to na pewno nie były grosze. Jednak na pewno się opłacało, pomógł Wiśle nie tylko w obronie, ale też swoimi golami. W końcówce pierwszego sezonu strzelał z Arką Gdynia i Legią Warszawa – w obu meczach było po 1-0, bez niego mistrzostwo byłoby chyba nierealne. W drugim roku trafił aż siedem razy.

Wisła była dla niego trampoliną, za co do dziś jest wdzięczny i stara się pomagać klubowi. Ale tak samo było z innymi zespołami, w których grał – z PSV przeniósł się do grającego z Bundeslidze Hannoveru, później do wielkiego tureckiego Besiktasu, a następnie do Lyonu. Piękna kariera. Wszędzie zyskiwał spore uznanie i – choć ma już 31 lat – być może jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

ranking-100---button-1-50_6

Tak jak Marcelo po wyjeździe z Polski był tylko lepszy, tak o Stiliciu tego powiedzieć nie można. Próbował w Karpatach Lwów, Gaziantesporze i APOEL-u, ale pokazywał tylko cząstkę talentu, który prezentował u nas. Wracał i znów wymiatał. Wiele jest teorii dotyczących tego, dlaczego tak było. Od psychiki, gdyż tylko u nas mógł być traktowany jak gwiazda, po motorykę, która była w sam raz na ekstraklasę, ale niekoniecznie w miejsca, gdzie gra się trochę szybciej.

Choć w Wiśle Kraków też brylował, najlepszy naszym zdaniem był w Lechu, w którym współpracował z Lewandowskim, Rengifo, Peszką, Murawskim, Injacem i kilkoma innymi graczami. 15 goli i 14 asyst w pierwszym sezonie, w tym szalenie ważne zagrania w pucharowej szarży, która skończyła się dopiero wiosną na Udinese. W sezonie 2011/12 również pokazał się w Europie. Świetne stałe fragmenty. Nie rozumiemy jego obecnej sytuacji w Wiśle Płock, ale mamy nadzieję, że jeszcze coś pokaże.

ranking-100---button-1-50_5

Jak na nasze warunki piłkarz-zjawisko. Na początku stopowała go nadwaga, a później zatrzymać potrafił go już tylko Jacek Góralski, w jednym meczu. Jego wielkie chwile w Warszawie liczymy więc w miesiącach, ale – jak powtórzyliśmy już wiele razy – nie zawsze to staż był najważniejszy. Poprowadził Legię do mistrzostwa, niektórzy twierdzą nawet, że bardzo dawno nie było w lidze piłkarza, który wpłynął na zdobycie tytułu tak znacząco. Miał bardzo fajne chwile w Europie. O ile było widać, że cała Legia od poważnego towarzystwa trochę jednak odstaje, o tyle on do niego po prostu pasował. Chyba nie musimy go szeroko przypominać, bo czarował u nas przed chwilą.

Później miał swoje momenty w Olympiakosie, również w Champions League, ale sezon kończył już w rezerwach. W związku z tym wrócił do Belgii, choć nie można było wykluczyć, że znów zagra u nas. Co ciekawe, brał pod uwagę dwa kluby: rzecz jasna Legię, ale też Lecha, który wyraził wstępne zainteresowanie.

ranking-100---button-1-50_4

Maniek, to taka postać, że nawet nie za bardzo wiadomo, od czego zacząć.

Zrzut ekranu 2018-11-18 o 12.51.25

Niedawno zrobiliśmy z nim bardzo barwny wywiad w Kolumbii, w którym między innymi wspominał swoje początki.

Agenci okłamali mnie jednak, że w Lubinie od razu po przejściu badań podpisuję kontrakt. Na miejscu okazało się, że muszę jeszcze zaliczyć testy sportowe. Rozmawiałem z żoną: –Kochanie, mam dobrą propozycję, ale nie wiemy nic o tym kraju. Wtedy wiedziałem tylko, że Jan Paweł II pochodzi z Polski. Menedżer opowiadał, że Polska to piękny kraj, w którym będę miał cały czas wakacje i będę mieszkał tuż przy plaży.

W Lubinie?! 

Tak!

To się pan zdziwił. 

Mówili, że będzie ciepło cały rok. „Manu, jedziesz na wakacje!”. Poleciałem tam w grudniu w spodenkach i koszulce. Gdy pilot powiedział „lądujemy”, spojrzałem w dół. Zobaczyłem, że wszystko jest… białe. To w Europie ziemia jest biała? Może. Jak dostałem w twarz lodowatym powietrzem, nie mogłem się odnaleźć. I jeszcze w tej koszulce i spodenkach. W Warszawie wsiadłem w pociąg do Wrocławia i stamtąd pojechałem do Lubina.

Ale kurtkę po drodze pan chyba kupił.

Nie, bo nie miałem pieniędzy.

Budził skrajne emocje. Miłość i nienawiść. Weźmy na przykład styl. Mógł imponować tym, że był twardy i nieustępliwy, do dziś twierdzi, że to przy nim wyrobił się Robert Lewandowski. Z drugiej strony trudno o większego płaczka, gdy to przeciwnik dostosowywał się do niełatwych warunków. Sama gra – bardzo efektowna jak na środkowego obrońcę, kilka jego rajdów pamiętamy do dziś, teraz w lidze trochę nam tego brakuje wśród stoperów. Ale nie można też zapominać o tym, że jego drużynom czasami przychodziło płacić za to rachunek. Kwestia gry dla naszej kadry – kolejna, którą dzielił Polaków. Od brawurowego wykonania hymnu, po szeroko zakrojony spisek przeciwko niemu. O którym chętnie opowiadał, od którego podobno zaczęły się jego problemy, którego przejawem był między innymi palec w dupie. Postawiono dla niego w Lechu komin płacowy i chyba popełniono błąd, bo jakoś trudniej przychodziło mu udowodnianie, że był wart takich pieniędzy.

Dwa mistrzostwa, Puchar Polski, dwa Superpuchary, fajne przygody w pucharach, gole z Udinese, City, Dnipro czy Salzburgiem. Kozacki obrońca. Człowiek? To już musicie ocenić sami.

ranking-100---button-1-50_3

Obok niego też nie było łatwo przejść obojętnie, już samą fryzurą „na borsuka” zwracał na siebie uwagę. Nie lubił się przemęczać, najbardziej zadowolony byłby wtedy, gdyby mikrocykl treningowy ograniczał się do rozbiegania, dziadka i kilku godzin na stole masażystów. Lubił za to się pobawić, gdyby ściany pewnych lokali w stolicy umiały mówić, powstałaby pikantna książka. Znoszono jednak styl bycia byłego gracza m.in. PSG i Stuttgartu, oczywiście do momentu słynnego wyjścia z Radoviciem do Enklawy, bo dawał jakość na boisku.

Zdarzają się głosy, że przecenia się jego wkład w mistrzostwo, Puchar Polski czy sukces Legii w pucharach (przejście Gaziantepsporu, dreszczowiec ze Spartakiem, w końcu wyjście z grupy z PSV, Hapoelem i Rapidem Bukareszt), ale my wiemy jedno – to jeden z niewielu piłkarzy, dla których chodziło się u nas na stadiony.

ranking-100---button-1-50_2

Radović, partner Ljubo w nocnych eskapadach, może nigdy nie poderwał tłumu aż tak jak Danijel czy Vadis, ale ze względu na spędzony w Warszawie czas, to co wygrał i również w styl, w którym to osiągnął, powinien zająć miejsce w galerii sław. W Warszawie zameldował się przed sezonem 2006/07 i jest w stolicy do dziś. Oczywiście po drodze był wyjazd do Chin, runda w słoweńskiej Olimpiji i krótki okres gry dla Partizana, ale nawet to, jak wyglądał po powrocie, gdy wydawało się, że jest już po drugiej stronie rzeki, gdzie karmią głównie burgerami, mówi dużo o jego klasie na polskich boiskach. Łącznie z Legią zgarnął aż 11 trofeów! Jak już wspominaliśmy, z 68 bramkami jest najskuteczniejszym zagranicznym strzelcem w historii ligi. W całej historii klub z Łazienkowskiej więcej razy trafiało tylko trzech graczy.

Zasłynął też z symulowania i to ciągnie się za nim do dziś i już nie przestanie. W Pomidorze zapewniał, że jest za surowym karaniem takich oszustów, po czym chwilę później próbował bezczelnie wymusić czerwoną kartkę i wolnego w meczu z Wisłą Kraków. Niezły agent. Miał swój charakterystyczny zwód, na który nabierało się 90% ligi, ale w Europie też czasami nie wiedzieli, jak sobie z nim poradzić. Coś może powiedzieć o tym nawet Danilo po meczu na Santiago Bernabeu. Gdy trzeba było, walnął z dużego palca i też wchodziło. Wielka postać. Nie wiemy, czy trafi się ktoś z zagranicy, kto osiągnie więcej, bo do tego potrzeba jednak pozostania w jednym klubie na dłużej, o co w przypadku dobrych zawodników trudno. W najbliższej przyszłości raczej się tego nie spodziewamy.

ranking-100---button-1-50_1

Będziemy szczerzy – na początku postawiliśmy na Rado. Nie przepadaliśmy za tym wyborem, ale jego osiągnięcia są niepodważalne. Dopiero przy konsultacjach pojawiła się opcja z Uche. Zrobiliśmy wewnętrzne głosowanie, które wygrał Nigeryjczyk.

Czym ujął ludzi? Raczej nie samymi statykami, bo 16 goli i 17 asyst w 65 meczach to nie jest wynik, który rzuca na kolana i przytrzymuje w tej niewygodnej pozycji. Nawet jeśli liczby wypracowane z Schalke, Lazio czy Panathinaikosem mnożylibyśmy przez dwa. Chodziło raczej o szeroko rozumianą magię, niezwykłą sprawność, zachwycali się nim przecież wszyscy – fani, koledzy z drużyny i rywale, eksperci, zagraniczne media.

Przychodził z Espanyolu i na początku raczej niewiele wskazywało na to, że zostanie tak zapamiętamy. Był częścią arcymocnej ekipy, w której brylowali Polacy, ale nie jej gwiazdą. Ten status osiągnął dopiero później, ostatecznie z Wisłą pokazał się w pucharach, wygrał trzy mistrzostwa (choć w ostatnie wkład miał minimalny), zdobył dwa Puchary Polski, zadebiutował w kadrze.

Oczywiście nie zawsze było pięknie, kolorowo. Pamiętamy wielką drakę po opluciu Marka Zieńczuka. Pamiętamy to, jak obraził się na Wisłę i nie chciał grać z Omonią (bo nie puszczono go do Ajaksu), zawieszenie i szopki z jego odejściem. Ale nawet takie sprawy nie przysłoniły tego, jakim kozakiem był. Później udowadniał to na boiskach hiszpańskich czy w Turcji, gdy w trakcie jednego sezonu potrafił walnąć 19 bramek i zaliczyć 8 asyst. Niecałe dwa lata temu mówiło się, że może wrócić do Krakowa, ale tak jak w przypadku Olisadebe pojawiły się wątpliwości co do jego prawdziwego wieku. Ostatecznie wylądował w Indiach.

***

Dobra, to była długa podróż. Mówiliśmy o głosowaniu, ale wypada zrobić jeszcze jedno. Chętnie poznamy wasze zdanie.


create free polls | comment on this

MATEUSZ ROKUSZEWSKI, LESZEK MILEWSKI

KOMENTARZE (105)