„Maska” o wielu twarzach
Inne sporty

„Maska” o wielu twarzach

Kiedy Adam Małysz kończył karierę, trener Hannu Lepistö powiedział: – Obiecaj, że nie wrócisz i nie popełnisz takiego błędu, jak Janne. To był 2011 r. i ludziom skoków już wtedy żal było patrzeć, jak legenda raz po raz szoruje nartami po buli. Kto by pomyślał, że ten przykry stan potrwa jeszcze kilka lat? Że człowiek będący jedną z ikon skoków, stanie się obiektem szyderstw nawet we własnym kraju? Janne Ahonen niedawno po raz trzeci ogłosił zakończenie kariery i wiele wskazuje na to, że tym razem powrotu już naprawdę nie będzie.     

Człowieku, przestań skakać”, „mam radę, lepiej już nie rób nam takiego wstydu”, „weź się do normalnej pracy”, „ile jeszcze możesz marnować publiczne pieniądze?” – to tylko kilka fragmentów anonimowych listów z pogróżkami, które w ostatnich latach odbierał Janne Ahonen. Kiedy sprawa wyciekła do mediów, Fin przekonywał jednak dziennikarzy z tą swoją wiecznie zasępioną miną, że taka korespondencja go nie rusza. Odniósł się tylko do zarzutu o trwonieniu publicznych pieniędzy. Jak tłumaczył, często trenował indywidualnie, a kombinezony dziergał w swojej firmie, gdzie osobiście spędza mnóstwo czasu przy maszynie do szycia.

Kibice w Finlandii mieli jednak dość sztucznego podtrzymywania kariery przez dawną gwiazdę. Bo w ostatnich sezonach Fin tak właśnie wyglądał – jak podłączony do respiratora pacjent, którego los jest już przesądzony.

Kariera Ahonena miała już kilka terminów ważności. Pierwszy raz zrezygnował po sezonie 2007/2008. Udanym, bo okraszonym zwycięstwem w Turnieju Czterech Skoczni i trzecim miejscem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wtedy skoczek z Lahti zszedł ze sceny tak, jak zawsze chciał – będąc na topie. Chociaż w swoich komentarzach między wierszami przemycał, że wyczerpała się też u niego bateryjka z napisem „motywacja”. Miał 31 lat i miał dość.

Poza skocznią wytrzymał jednak tylko rok. Potem wrócił, ale szczerze trzeba przyznać, że trzymał fason: doleciał do drugiego miejsca w TCS i otarł się o medal olimpijski w Vancouver. To właśnie wtedy, w 2010 r. po raz ostatni stanął jednak na podium. Jego licznik zatrzymał się na 36 pucharowych zwycięstwach i 108 miejscach w trójce. Jeśli chodzi o drugą liczbę, jest pod tym względem najlepszy w historii.

GARMISCH PARTENKIRCHEN 31.12.2010 FIS WORLD CUP Four Hills Tournament ski jumping SEASON 2010/2011 TURNIEJ CZTERECH SKOCZNI , TRENING I KWALIFIKACJE N/Z. JANNE AHONEN FOTO: TOMASZ MARKOWSKI / NEWSPIX --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Drugi raz zakończenie kariery ogłosił w 2011 r., kiedy w PŚ był już tylko niewiele znaczącą statystyką, pałętając się dopiero w piątej dziesiątce generalki. Znów czuł się zniechęcony i wypalony, ale nie minęły dwa lata, a ponownie obwieścił swój powrót. Tylko że na skoczni było już coraz gorzej, mało tego, były sezony, że nie uciułał nawet jednego pucharowego punktu. Wtedy właśnie zaczęły pojawiać się pogróżki od kibiców. Ci byli sfrustrowani z dwóch powodów: po pierwsze, bo ich dawny idol robił z siebie pośmiewisko, po drugie, bo fińskie skoki ogólnie popadały w coraz większą ruinę. Miał więc też trochę pecha, bo po prostu był liderem tych smutnych czasów (o genezie upadku skoków w tym kraju pisaliśmy niedawno tutaj).

A wiek? 41-letni dziś Ahonen, za każdy razem kiedy wracał, podkreślał, że fizycznie czuje się bardzo dobrze. On naprawdę wierzył, że jest w stanie jeszcze coś z siebie wycisnąć. Po cichu marzył pewnie, żeby starzeć się tak pięknie, jak Noriaki Kasai.

Pamiętajmy, że trening skoczków nie jest morderczy, znacznie mniejsze są obciążenia podczas samych zawodów w stosunku do innych dyscyplin. Wydatkowanie energii podczas skoku nie jest duże, bo to jedynie 7-8 sekund najazdu, ułamek sekundy wybicia na progu, kilka sekund lotu i lądowanie. Dzięki temu zużycie aparatu ruchu skoczka następuje później niż u innych sportowców – mówił nam prof. Jerzy Żołądź, współtwórca sukcesów Małysza. – Chociaż nie wierzę w to, że starszych skoczków nic nie boli. Ich mięśnie, ścięgna i stawy zwłaszcza rano są tak obolałe, że pierwsze ich kroki po wstaniu z łóżka często przypominają chód starca. Nie ma wyjątków, to cena za mistrzostwo.

To on zatrzymał Małysza

W przypadku takich uporczywych powrotów diagnoza kibiców jest najczęściej jedna – facet nie ma kasy, chce coś jeszcze wycisnąć z dawnej sławy. No bo po co kolejny raz pakować się w treningowy reżim i patrzeć na talerz, na którym leży dziennie może tysiąc kalorii? W przypadku Ahonena to jednak nie do końca tak. Owszem, może nie był krezusem, ale zawsze miał z czego żyć i nigdy nawet nie zbliżył się w okolice rynsztoka, w którym pływał jego słynny rodak Matti Nykaenen. Chociaż też miewał problemy z alkoholem, o czym pisał w swojej biografii.

Obsesją Fina – co przyznawali m.in. jego dawni trenerzy – było tak naprawdę wywalczenie złotego medalu olimpijskiego w konkursie indywidualnym. Ahonen jest bowiem największym skoczkiem XXI w. obok Małysza i Schlierenzauera, który nie zdobył tego najcenniejszego trofeum. Ponadto Janne, w odróżnieniu od Polaka i Austriaka, nie wyskakał żadnego medalu na własny rachunek. Jego olimpijski łup to dwa srebrne krążki w drużynie zdobyte w Salt Lake City (przegrana o 0,1 pkt. z Niemcami) i Turynie.

Ahonen ma na koncie dwie Kryształowe Kule za Puchar Świata, pięć złotych medali mistrzostw świata (dwa indywidualnie) i aż pięć triumfów w Turnieju Czterech Skoczni, ale na igrzyskach zawsze miał jak koń pod górkę. W Nagano był czwarty (punkt od brązu), w Salt Lake City dziewiąty i czwarty (1,5 pkt. do brązu), w Pragelato dziewiąty i szósty (na normalnej skoczni, gdzie był drugi po pierwszej serii). Jego powrót na skocznię w 2009 r. był więc podyktowany z znacznym stopniu chęcią odkucia się podczas igrzysk w Vancouver.

Konkursy olimpijskie w Kanadzie reklamowano w dużej mierze właśnie jako ostatni dzwonek dla niego i Małysza na zdobycie upragnionego złota. Jak się skończyło, wszyscy pamiętamy: Adam zgarnął dwa srebra, Ahonen jak to Ahonen – był oczywiście czwarty na normalnym obiekcie. W konkursie drużynowym już nie wystąpił. Oficjalnie z powodu kontuzji, nieoficjalnie dlatego, że sam się z niego wymiksował. Druga wersja może być prawdziwa, bo po wcześniejszych porażkach był podłamany, snuł się po wiosce olimpijskiej. Przez dziennikarzy TVP był nawet widziany pod jednym ze sklepów monopolowych w centrum Whistler, z którego wychodził z reklamówką z brzęczącą zawartością.

Kolejny olimpijski atak na medal chciał przypuścić po powrocie przed igrzyskami w Soczi, ale tam nie był już nawet blisko krążków – dwa miejsca w trzeciej dziesiątce. O tegorocznym Pjongczang nie ma już sensu wspominać.

Przez kibiców zostanie więc zapamiętany przede wszystkim jako król Turnieju Czterech Skoczni, gdzie był najlepszy aż pięć razy, w latach 1999, 2003, 2005, 2006 i 2008. Nikt inny nie ma w swoim domu aż tylu Złotych Orłów za triumf w tym niemiecko-austriackim klasyku. A to i tak nie wszystko, bo na przestrzeni lat łącznie aż dziesięć razy był w trójce klasyfikacji końcowej. TCS to był jego folwark, chociaż zdarzało mu się tam wygrywać nie seryjnymi zwycięstwami w konkursach, a zabójczą regularnością. Wystarczy wspomnieć, że wygrywając swój pierwszy turniej nie zdominował żadnych zawodów, a w 2003 r. pierwszy był tylko w Innsbrucku. No i nie zapominajmy, że to on był bohaterem jedynego turnieju w historii, który miał aż dwóch zwycięzców – w 2006 r. identyczną notę uzbierał Jakub Janda.

Polski kibic zapamięta go jeszcze z innego powodu. Ahonen był pierwszym, który na początku wieku zdołał zatrzymać szalejącego Adama Małysza. Po trzech latach jego dominacji w Pucharze Świata, to właśnie Fin wyskakał Kryształową Kulę. Niezłą rozróbę zrobił szczególnie w sezonie 2004/2005, kiedy wygrał aż dwanaście zawodów. Przy okazji zdobywając jeszcze tytuł mistrza świata podczas niesamowitego konkursu na dużej skoczni w Oberstdorfie.

Trzeba skakać, a nie się uśmiechać

Styczeń tego roku, mistrzostwa świata w lotach w Niemczech. Realizator transmisji przed konkursem drużynowym zwyczajowo przedstawia widzom każdą reprezentację. Kiedy przychodzi kolej na kadrę Finlandii, zawodnicy mają ciekawą choreografię. Antti Aalto, Jarkko Määttä i Eetu Nousiainen pokazują kolejno gest polegający na zasłonięciu twarzy dłonią i zmianie miny z poważnej na uśmiechniętą lub odwrotnie. Kiedy kamera najeżdża na Ahonena, jego facjata nie drgnie nawet o milimetr – ponurak. To było oczywiście dowcipne nawiązanie do kolegi, ale idealnie pokazuje styl bycia „Maski”.

Taki pseudonim nadała mu niemiecka prasa. Wzięło się to oczywiście z tego, że zimny Fin nawet po udanych skokach najczęściej nie okazywał żadnych emocji. Kiedy taki Sven Hannawald był na zeskoku wulkanem i chwilami aż irytował tym kibiców, tak dla Ahonena już uniesienie rąk w geście triumfu było nie lada ekstrawagancją. Skąd to się wzięło?

Byłem młody, miałem tylko 15 lat jak zacząłem startować w Pucharze Świata (debiutował  1992 r. – red.), byłem też bardzo skromny. Po prostu próbowałem pozostać spokojny. Lepiej było koncentrować się na skakaniu, niż na mówieniu. Tak jak powiedziałem kiedyś reporterowi, który zapytał mnie, dlaczego się nie uśmiecham. Odpowiedziałem mu, że jestem tutaj aby skakać, a nie żeby się uśmiechać. Teraz mogę traktować to żartobliwie, ale wtedy naprawdę tak myślałem – mówił Janne w 2008 r.

Konferencje prasowe z jego udziałem bywały dziwaczne. Szczególnie te towarzyszące jego pierwszym dużym sukcesom na przełomie wieków. Tak jak na skoczni był oszczędny w gestach, tak i na spotkaniach z prasą mruczał coś pod nosem, rzucał półsłówkami, a czasami za odpowiedź robiło po prostu wzruszenie ramionami. Kiedy miał zjawić się – oczywiście obowiązkowo, bo sam wolałby nie – na konferencji, dziennikarze żartowali, że mikrofon znów będzie gorącym ziemniakiem, bo Fin lubił po wysłuchaniu pytania podrzucać go innym siedzącym obok skoczkom. Chociaż wytłumaczeniem jego zachowania niekoniecznie musi być wyłącznie introwertyczne usposobienie. Zdaniem niektórych, Ahonen początkowo unikał mediów, bo… kiepsko znał angielski.

Ale tak właśnie budował się mit jego tajemniczości. Im mniej mówił, tym większe wzbudzał zainteresowanie. Jego wizerunek podkręcała jeszcze charakterystyczna, plastikowa maska, w której skakał do 2003 r. Z czasem stał się jednak nieco bardziej otwarty.

ahonen-maska_(geocities.com)

Paradoksalnie, ten skryty skoczek znalazł się w samym epicentrum jednej z najgłośniejszych popijaw jakie pamiętają skoki. Chodzi oczywiście imprezę w Planicy w 2005 r. Zabawa zaczęła się już hotelu, gdzie m.in. w towarzystwie swojego rodaka Risto Jussilainena wypił kratę piwa. Potem była wyprawa po miejscowych barach w Krajnskiej Gorze, która zakończyła się o świcie. – Kiedy wróciliśmy do hotelu, wyszedłem na balkon i patrząc na góry zapaliłem papierosa. Zrozumiałem jakie głupstwo zrobiłem. Powiedziałem: „Chłopaki, za chwilę będziemy startować na największej skoczni świata”. Ale bez skandalu nie można było się już wycofać z konkursu – opowiadał w swojej biografii „Królewski orzeł”.

Impreza omal nie zakończyła się tragicznie, bo skacowany gwiazdor kilka godzin później poleciał aż na 240 metr, co byłoby nowy rekordem w długości lotu. Uderzył jednak plecami o zeskok, co – jak mówili lekarze – mogło zakończyć się nawet złamaniem kręgosłupa. Ahonen przyznał w książce, że kiedy zbiegli się do niego medycy, od razu przekonywał, że wcale nie musi jechać do szpitala. Badanie krwi zdradziłoby przecież, że skakał na bani.

Ale jego wizerunek skoczka-ponuraka w ogóle rzekomo nijak ma się do tego, jaki jest poza kamerami. Koledzy z reprezentacji przyznawali, że to głównie on trzymał atmosferę w drużynie i rzucał dowcipami. Miał też grono zaufanych dziennikarzy, z którymi bardzo chętnie rozmawiał używając już nie półsłówek, ale zdań wielokrotnie złożonych.

Przeskok do samochodu 

Co teraz? Jak przyznawał w rozmowie z rodzimymi mediami, nie będzie już brał udziału w żadnych zawodach, chociaż zaznaczył, że jak najdzie go ochota, to sobie rekreacyjnie poskacze. Najprawdopodobniej zostanie jednak przy skokach w innej roli – już w przeszłości doradzał reprezentacji w sprawach sprzętowych, był również ekspertem w fińskiej telewizji. No i wciąż rozwija swoją małą firmę szyjącą kombinezony.

Fin to w ogóle wszechstronnie utalentowana bestia. Chociaż nigdy nie uczęszczał do szkoły o profilu plastycznym, to ma talent do projektowania nie tylko narciarskich ciuchów (czy malowania kasków), ale też grafiki. Nie każdy może wie, ale to Ahonen jest autorem logo Turnieju Nordyckiego.

Biznesów miał jednak więcej, zajmował się już chociażby dystrybucją części do motocykli, bo podobnie jak Małysz jest zapalonym wielbicielem motoryzacji. Nie poszedł jednak tak jak on w rajdy, ale w drag racing, czyli wyścigi cudacznymi maszynami na ¼ mili. Szybką jazdę ma we krwi, bo już przed dwudziestymi urodzinami został zatrzymany przez policję, kiedy grzał prawie 200 km/h w terenie, gdzie ograniczenie wyniosło… 80 km/h. Fin, który nawet w swoich najlepszych narciarskich latach zawsze znajdował czas na branie udziału w wyścigach, już kilka lat temu powołał do życia Ahonen Racing Team. W skład 10-osobowego zespołu wchodzą m.in. jego syn oraz brat. I nie jest to sztuka dla sztuki, bo jego grupa ma już sporo trofeów. A sam Ahonen w przeszłości był chociażby zwycięzcą klasyfikacji generalnej mistrzostw Finlandii i Skandynawii.

Zapytany kiedyś, dlaczego nie zawsze brał udział w zawodach na igielicie, bo wolał sport motorowy, opowiedział: – Letnie Grand Prix? Przecież to Puchar Myszki Miki dla dzieci.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (4)