Trudne czasy nas nadeszły…
Weszło

Trudne czasy nas nadeszły…

Przegraliśmy szósty mecz w tym roku. Po Nigerii, Senegalu, Kolumbii, Włoszech i Portugalii, 1:0 pokonali nas też Czesi. Ostatni raz tyle spotkań wtopiliśmy w 2009. Komuś trzeba przypominać, w jakim stanie była wtedy drużyna narodowa? Że w eliminacjach mistrzostw świata przegraliśmy trzy mecze z rzędu do zera, wieńcząc to 0:1 ze Słowacją na Stadionie Śląskim po samobóju Seweryna Gancarczyka? Tak, to właśnie w 2009 swój słynny, przepełniony smutkiem monolog wypowiedział po meczu ze Słowenią Dariusz Szpakowski.

Kiedy zobaczyliśmy, jak Robert Lewandowski odbiera paterę za setny występ w reprezentacji, naszła nas refleksja, że oto idą czasy uścisków rąk, odbierania pamiątkowych koszulek, podziękowań, ale i wkrótce pożegnań. Mecz z Czechami tylko utwierdził nas w przekonaniu, że czasy, kiedy potrafiliśmy rozklepać Portugalię na jeden kontakt jak na PlayStation w meczu o półfinał Euro to już przeszłość, która zaszła nieścieralną warstwą kurzu.

Mistrzostwa świata wyrwały nas brutalnie ze strefy komfortowej wiary w to, że ta drużyna jest w stanie wygrać każdy mecz, niezależnie od tego, jaki thriller nam po drodze do tego zwycięstwa zafunduje. A wszystko to, co dzieje się po turnieju, tylko nas od tej strefy odciąga. To już nawet nie chodzi o wyniki, a o to, co widoczne gołym okiem. Co najlepiej symbolizuje passa bez gola w narodowych barwach Roberta Lewandowskiego, której nie potrafił przerwać nawet dziś, gdy dostał piłkę do pustej bramki od Przemysława Frankowskiego, a ta podskoczyła tuż przed jego stopami na nierówności w polu bramkowym. 

Przeczytaliśmy na Twitterze, że „Lewego” dotknęła identyczna niemoc, co kiedyś Pawła Sibika – od debiutu na mundialu nie strzelił bramki aż do dziś. Niemoc – to słowo-klucz. Wydawało się, że Czesi będący jak my na etapie przebudowy, mogą być najłatwiejszym celem od paru ładnych spotkań. Tym celem dla nich, też szukających optymizmu po dwóch porażkach w trzech meczach w Lidze Narodów i towarzyskim 1:5 z Rosją, okazaliśmy się my.

Owszem, mieliśmy swoje momenty dominacji, gdy Czechów w ich własnym polu karnym było siedmiu-ośmiu. A jednocześnie poza wspomnianą sytuacją Lewandowskiego stworzyliśmy sobie tylko jedną dogodną sytuację strzelecką w szesnastce Pavlenki – gdy po zagraniu „Lewego” do Grosickiego ten obsłużył Kilcha piłką w centrum pola karnego. Czeski defensor okazał się jednak szybszy. Poza tym oddaliśmy parę groźnych strzałów z dystansu, ale trudno nie odnieść wrażenia, że Czesi na tyle właśnie chcieli nam pozwolić. Raz Pavlence kłopot uderzeniem z daleka stworzył Zieliński, raz Klich, ale golkiper Werderu pokazał, że nieprzypadkowo Marco Reus powiedział swego czasu: „bremeńczycy mają w bramce mur”.

A my – chciałoby się powiedzieć: jak zawsze – dopuściliśmy Czechów do kilku znacznie bardziej dogodnych sytuacji strzeleckich. A to Schick w stylu piłkarza plażowego zagrał za siebie górą do Vydry, który przymierzył obok bramki, a to główkę napastnika Romy po wolnym z bocznego sektora świetnie wybronił Skorupski, a dobitkę – Jan Bednarek. Stoper Southampton nie był już jednak tak skuteczny, gdy Borek Dockal zagrał z głębi pola do Schicka, a ten ustawił sobie byłego zawodnika Lecha jak chciał. Gola nie zdobył, pojedynek z nim wygrał Skorupski, ale dobitka Jankto do pustaka musiała już być celna.

Pozytywy? Stawiamy małe plusiki przy nazwiskach Frankowskiego, Klicha, Skorupskiego, ale tak naprawdę znów mamy więcej minusów. Znów zawód Zielińskiego, co trzeba niestety nazywać normą, znów słabo Krychowiak, znów w obronie jesteśmy łatwiejsi do przejścia niż tutorial w Simsach.

A przed nami jeszcze Portugalia na wyjeździe… Kto wierzy w to, że 2018 nie zakończymy z bilansem: 3 wygrane, 3 remisy, 7 porażek, ręka do góry.

Nikt? Tak myśleliśmy.

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (41)