Gdyby nie Legia, zapewne bym się poddał
Weszło

Gdyby nie Legia, zapewne bym się poddał

Michał Efir bez dwóch zdań należy do grona największych pechowców w polskiej piłce. Uchodził za jeden z większych talentów w Legii, ale jeszcze zanim jego kariera zdążyła się na dobre rozkręcić, trzy razy złamał nogę i cztery zerwał więzadła krzyżowe. O mniej poważnych kontuzjach nawet nie ma co w tej sytuacji wspominać. Niełatwo w to uwierzyć, ale zapewnia, że mimo wszystko nigdy nie myślał o rzuceniu grania. Na razie występuje w barwach Lechii Tomaszów Mazowiecki, ale jeśli mówimy o uporze i determinacji, prezentuje poziom Ligi Mistrzów. 

– Możesz dać ten sam tytuł, który daliście kiedyś: „Efir wraca do żywych, odcinek któryś tam”. Zmień tylko numer.

Marco Reus powiedział kiedyś, że gdyby życie miało mu w jakiś sposób wynagrodzić pecha, którego miał, to jeszcze z osiem razy wygrałby Bundesligę i dwa razy mundial. Gdy zobaczyłeś te słowa, dorzuciłeś od siebie trzy zwycięstwa w Lidze Mistrzów, Złotą Piłkę i Złotego Buta. 

Chyba wszyscy wiedzą, że los mnie nie oszczędzał, bo moje zdrowie cały czas szwankowało. Gdyby faktycznie było tak, że życie wynagradza nas za wszystkie przykre zdarzenia, to na mojej półce pewnie coś już by stało. Może nawet Złota Piłka. 

To sfera marzeń, które oczywiście warto mieć, ale – patrząc bardziej realnie – co dziś byłoby dla ciebie nagrodą za wszystko, przez co musiałeś przejść? 

Na pewno chciałbym znów znaleźć się na poziomie ekstraklasy. To nie jest tak, że wróciłem, bo po prostu chcę sobie gdzieś kopać. Gdyby tak było, to mógłbym się zaczepić w A-klasie, pójść dwa razy w tygodniu na trening i czerpać z tego jedynie przyjemność. Nie mówię, że to złe, ale operowałem się i dochodziłem do siebie po to, żeby dalej walczyć. Jestem ambitny i nie chcę tego kończyć na niskim poziomie. Uważam, że powrót do naszej ligi ciągle jest realny – małymi kroczkami jestem w stanie to zrobić. 

Nie zrozum mnie źle, bo można podziwiać cię za determinację, ale… tobie w dalszym ciągu się chce? 

Chce mi się i to bardzo. To jest w tym wszystkim najważniejsze, cała reszta nie ma znaczenia. Mam nakreślone mniejsze oraz większe cele i zamierzam je realizować. Już w momencie, w którym odniosłem ostatnią kontuzję, wiedziałem, że to jeszcze nie jest koniec. Nie wiem, czy chciałem udowodnić coś sobie, czy może bardziej pokazać innym, że nawet po czterech zerwaniach nie trzeba kończyć kariery, ale od początku tak myślałem. Poznałem to od środka na tyle, że od razu wiedziałem, iż to nie są mrzonki. 

Przez ostatnie siedem lat zdrowy w zasadzie tylko bywałeś. Nie wierzę, że nie miałeś momentów zwątpienia. 

Ani razu. Jestem z tobą szczery. Nie jest łatwo, gdy słyszysz diagnozę i wiesz, co ona oznacza, ale nigdy nie przyszło mi do głowy poddanie się. Prawda jest też taka, że całe życie poświęciłem piłce. Gdybym brał pod uwagę taki scenariusz, być może nie wiedziałbym, czym się zająć, jeśli przyszłoby mi rzucić granie. 

Rozglądałeś się w ogóle? 

Zacząłem studia we Wrocławiu, kierunek – zarządzanie organizacją sportową. Teraz jestem na drugim roku. Traktuję to jednak bardziej jako dodatek, a skupiam się przede wszystkim na tym, by wrócić do pełni dyspozycji. 

Pieniądze są w tym wszystkim ważne? Robisz to też dla nich? 

Coś ty… Gdybym na nie patrzył, już dawno bym to rzucił. Wydałem dużo, by się wyleczyć i wrócić do sprawności, a dziś gram w trzeciej lidze i nie mam z tego kokosów. Ujmę to tak – na emeryturę teraz nie odkładam. 

WARSZAWA 01.06.2014 MECZ 37. KOLEJKA GRUPA MISTRZOWSKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2013/14 --- POLISH TOP LEAGUE FOOTBALL MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN 2:0 KRZYSZTOF DOWHAN MICHAL EFIR FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

W dzieciństwie byłeś okazem zdrowia?

Zależy, co przez to rozumiesz. Kiedyś miałem problemy ze stopą. Niby to było tylko niepozorne złamanie, ale – być może przez złe leczenie – ciągnęło się to za mną dłużej, niż powinno. Wystarczyło, że źle postawiłem stopę i wracało. Do tego były jakieś mięśniówki, ale do momentu pojawienia się kłopotów z kolanem, nie mogłem specjalnie narzekać. 

Pytam, bo natrafiłem na wiele teorii dotyczących przyczyn twoich kontuzji. Najpopularniejsze to chyba geny, sztuczna murawa i błędy w sztuce lekarskiej. 

Trudno powiedzieć. Może wszystko po trochu miało na to wpływ? Możemy gdybać, ale do dziś nie znam właściwej odpowiedzi. A wierz mi, że bardzo chciałbym się dowiedzieć. 

Które zerwanie było najgorsze? 

Chyba pierwsze. Dla psychiki młodego chłopaka na pewno pierwsze. Nagle przyszłość, którą miałeś w jakimś stopniu zaplanowaną, staje się niewiadomą. Dostajesz obuchem w głowę. Widmo operacji i przynajmniej półrocznej rehabilitacji w wieku 19 lat to lekki szok. A nie wiesz, czy nie będzie powikłań przy operacji. Nie wiesz też, czy rehabilitacja pójdzie zgodnie z planem. Po drugim zerwaniu przynajmniej miałem już pojęcie, z czym to się je. W przypadku trzeciego i czwartego doskonale znałem cały proces, który trzeba przejść. Nawet za dobrze. 

Myślałem, że powiesz o trzecim, bo wtedy waliłeś gola za golem na obozie Legii i byłeś typowany na odkrycie rundy. 

To był chyba najfajniejszy okres w mojej przygodzie z piłką. Bardzo dobrze się czułem, strzelałem bramki, ale najwidoczniej coś musiało być z moim kolanem nie tak. Do zerwania doszło w jakiejś kompletnie błahej sytuacji. Ale to mogło być za drugim razem…

Sam fakt, że nie możemy tego błyskawicznie ustalić, pokazuje, iż za dużo było tych razy. 

Jednak trzeci, na bank. Czasami to wszystko zlewa mi się w jedną całość. Choć z drugiej strony łapię się na tym, że dokładnie pamiętam wszystkie momenty, w których dochodziło do zerwania. Potrafiłbym nawet wymienić daty. 

Zdziwiło mnie, że powiedziałeś, iż ostatnie zerwanie było najłatwiejsze, bo w trakcie powrotu nie miałeś klubu. Mogłoby się wydawać, że to najmniej komfortowa sytuacja. 

Może pod względem niepewności i kosztów. Spokój jest jednak bardzo ważny. Dzięki niemu mogłem bez presji popracować na bazie tych doświadczeń, które wcześniej zdobyłem. Nie słyszałem z boku żadnych głosów zniecierpliwienia. Nikt nie dopytywał: „kiedy wracasz?” i „no ile jeszcze?”. Jak jesteś na kontrakcie, to siłą rzeczy zawsze docierają do ciebie takie sygnały. Klub płaci, więc chce, żebyś jak najszybciej był do dyspozycji. Tym razem mogłem dojść do tego momentu, w którym miałem wewnętrzne przekonanie, że jestem zdrowy i mogę wrócić na boisko. Trudności pojawiły się dopiero, gdy trzeba było wejść w trening piłkarski. Na zawodników bez klubu patrzy się trochę inaczej. Na szczęście wszystko udało się załatwić. Najpierw pracowałem z będącym jeszcze w pierwszej lidze Górnikiem Łęczna, później z klubem z czwartej ligi, a dalej nawet z drużyną z Centralnej Ligi Juniorów u znajomego trenera. Nie miało znaczenia, że to 17-latkowie. Każdy trening był dla mnie nową barierą do przekroczenia. 

Co jest najtrudniejsze w dochodzeniu do siebie po zerwaniu?

Dzień świstaka. Każdy kolejny wygląda prawie tak samo. Wstajesz, śniadanie, rehabilitacja, obiad, drugi trening, wieczór. I tak przez kilka miesięcy. Monotonia może zmęczyć psychicznie. 

Uczysz się wszystkiego od nowa? 

To prawda. Przy zoperowanym kolanie z dnia na dzień zatracasz wszystkie mięśnie w nodze. Powoli łapiesz masę, uczysz się ruchów, zginania, prostowania, potem postawienia pierwszego kroku. Nie używasz nogi przez kilka tygodni, a nagle głowa musi jej zaufać, że utrzyma całe ciało. To wszystko jest jednak na swój sposób bardzo… miłe. 

LUBLIN 16.06.2017 MECZ GRUPA A MISTRZOSTWA EUROPY U-21 W PILCE NOZNEJ 2017: POLSKA - SLOWACJA 1:2 --- 2017 UEFA EUROPEAN U21 CHAMPIONSHIP MATCH: POLAND - SLOVAKIA 1:2 WERONIKA MARZEDA MICHAL EFIR FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Bo cieszą małe rzeczy?

To wszystko buduje i napędza do dalszej pracy. Widzisz postępy. Pierwszy krok, pierwszy trucht, pierwszy zwrot, pierwszy kontakt z piłką. Za każdym razem coś się w głowie odblokowuje. 

No właśnie, jak radziłeś sobie z tym pod względem mentalnym? Samemu?

Po trzeciej operacji, gdy byłem jeszcze w Legii, pracowałem w psychologami. Przez pewien czas również z Pawłem Frelikiem. Po ostatniej operacji pomoc nie była mi już potrzebna, miałem wszystko poukładane. Wystarczyło, że była przy mnie rodzina, przyjaciele i dziewczyna. 

Cały czas ta sama? W pewnym momencie było o was całkiem głośno – on kopie piłkę, ona walczy o tytuły miss. 

Tak, osoby, które wymieniłem, stale są dla mnie wsparciem. To też bardzo ważne, że gdy pewne rzeczy się u ciebie zmieniają i psują, obok ciągle są ci sami ludzie. Jeśli już mówimy o osobach, dzięki którym nie zrezygnowałem z piłki, to muszę wspomnieć o Jacku Magierze. Cały czas mieliśmy kontakt i duża w tym jego zasługa. Chyba najmocniej ze wszystkich nakierunkował mnie na dalszą walkę. Zawsze był taką osobą, która nas pilnowała, ale jednocześnie uczyła i uświadamiała. 

Nikt ci nie doradzał, że może już nie warto? 

Nikt z bliskich tak tego nie ujął. Bardziej martwili się o moje zdrowie – o to, czy  powinienem stawiać je na szali. 

Na pewno wiesz, iż pojawiają się głosy, że prosisz się o kalectwo. 

Nie wydaje mi się. Medycyna rozwinęła się do takiego stopnia, że nie czuję, iż ryzykuję. Ani trochę. Wiem jedno – jeśli miałbym rezygnować z piłki, to tylko pod warunkiem, że będę mógł usiąść i powiedzieć sobie, że zrobiłem absolutnie wszystko, co mogłem. W innym przypadku żałowałbym do końca życia. 

Magierę poznałeś w Legii, pochodzisz z tego pierwszego rocznika, który był dość szeroko wprowadzany do pierwszej drużyny. Zazdrościsz czasem chłopakom, którzy mieli okazję wyjechać lub przynajmniej zadomowić się w ekstraklasie? 

Nigdy nie zazdrościłem. Cieszę się, że osiągnęli poziom, na który pozwalał wskoczyć im ich talent i zarabiają dzięki temu dobre pieniądze. Ciągle mamy kontakt i dobrze sobie życzymy. Mnie los szybko trochę przystopował, ale nie mogę mieć o to do nikogo pretensji. 

Z drugiej strony Michał Żyro ściga się z tobą o miano największego pechowca, swoje problemy dość często miewa też Rafał Wolski, u innych zawodników również pojawiają się kłopoty. To chyba trochę podsyca te spekulacje o złym wpływie na wasze zdrowie sztucznej murawy, na której pracowaliście. 

Coś może w tym być. Jak wspomniałeś, byliśmy pierwszym rocznikiem, a co za tym idzie – materiałem do analizy dla trenerów i całej akademii. W późniejszych latach trochę mniej słyszało się o problemach ze zdrowiem wśród wychowanków. Ale przez ten czas generalnie bardzo mocno rozwinęliśmy się pod względem świadomości i tego, jak powinny być prowadzone młode organizmy. 

Na brak wsparcia ze strony Legii chyba nigdy narzekać nie mogłeś. 

Cały czas czułem, że na mnie liczyli. Mogę nawet powiedzieć, że gdyby nie Legia, to zapewne w którymś momencie bym się poddał. Zawsze będę wdzięczny za to, że za każdym razem otrzymywałem pomoc. Po trzecim zerwaniu wysłano mnie do profesora Marianiego do Rzymu, który postawił mnie na nogi. Po tej kontuzji przedłużono za mną też kontrakt. Dwa miesiące później odszedłem do Ruchu, ale to kwestia tego, że chciałem grać. Trener Berg poinformował mnie, że mogę dochodzić do siebie, ale tylko w drugiej drużynie, bo do ekstraklasy nie będę nawet zgłoszony. A był to już najwyższy czas, by spróbować w niej sił. 

Jednak nawet wtedy Legia zastrzegła sobie możliwość odkupienia cię od chorzowian. 

To miłe, bo pokazywało, że dalej we mnie wierzono. Rozmawiałem o tym z prezesem Leśnodorskim i Michałem Żewłakowem. Liczyli na to, że niedługo wrócę. 

Był moment, w którym porównania do Roberta Lewandowskiego cię uwierały? 

Nie, dlaczego? To całkiem przyjemne. Dla mnie to tylko motywacja do dalszej pracy. Wzięło się to ze słów trenera Banasika, który trenował zarówno mnie, jak i Roberta, gdy był w podobnym wieku. Coś we mnie zobaczył, a wydaje mi się, że się na tym zna. Nie wiem, czy miałem talent. Miałem łatwość w strzelaniu bramek. Nie mam pojęcia skąd, ale zawsze była.

Tyle godzin spędziłeś w gabinetach, że na wylot poznałeś służbę zdrowia. Zapewne nie tylko z dobrej strony. 

Generalnie źle nie miałem. Najważniejsza zawsze była diagnoza, a z nią bywało jednak różnie. Gdy zerwałem krzyżowe w Bytowie, poszedłem do szpitala, bo trzeba było zgłosić kontuzję. Doktor zrobił mi prześwietlenie, nawet nie zobaczył i nie dotknął kolana, ale z przekonaniem powiedział: „pewnie stłuczone, posmarujesz Altacetem, trzy dni poleżysz i wrócisz do grania”. A ja miałem za sobą takie doświadczenia, że wiedziałem, iż coś jest nie tak. Teraz wyobraź sobie, że przychodzi do niego osoba bez takiej przeszłości. Taki lekarz może wyrządzić jej wielką krzywdę. 

COSTA BALLENA 09.02.2013 MECZ TOWARZYSKI: LEGIA WARSZAWA - CONCORDIA CHIAJNA 2:1 --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: LEGIA WARSAW - CONCORDIA CHIAJNA 2:1 MICHAL EFIR STANISLAW MACHOWSKI FOT. PIOTR KUCZA

Wspomniałeś o Ruchu. Szkoda ci tego okresu? Pomijając drobne urazy, przez dłuższy czas byłeś zdrowy, ale na dobre nie zaistniałeś. 

Szkoda mi tego, że nie dostałem prawdziwej szansy. Cały czas byłem rezerwowym. Liczbę meczów mam imponującą – 57 w dwa lata. Ale ile z nich w pierwszym składzie? 

Pięć? 

Tylko dwa. Zabrakło mi czegoś na zasadzie: „masz trzy mecze w pierwszym składzie i pokaż nam, co potrafisz”. Wchodziłem na krótko, czasem udało się dać bramkę czy asystę, ale co z tego, skoro w następnym spotkaniu mogłem liczyć na kilkanaście minut. To nie jest czas, w którym można się w stu procentach sprzedać. Nie wszystko zależało ode mnie. Czułem się dobrze na treningach, jak na rezerwowego na końcówki tragedii na boisku też nie było, ale okazało się, że to za mało. Dlatego też podjąłem decyzję o zejściu stopień niżej. I w Bytowie udało się występować częściej i dłużej. 

Wielu piłkarzy boi się, że jak zejdą, to już nie wrócą. 

Tak jest, ale trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy pięciominutowe występy to jest coś, co nas satysfakcjonuje. Ja takiego poczucia nie miałem. Poziom niżej te perspektywy były lepsze. Nieważne było to, że to drugi koniec Polski czy mniejszy klub. Liczyło się tylko, żeby grać. 

Teraz wydawało mi się, że zaczepisz się na trochę wyższym poziomie. 

Była szansa w Górniku, z którym trenowałem, ale zmienił się trener i szybko uznał, że nie widzi mnie w swojej koncepcji. Miałem też inne opcje. Przez trzy tygodnie byłem u trenera Kibu w FK Trakai. Zadzwonił i spytał, czy jestem zdrowy, bo potrzebuje napastnika.

Jeszcze byś się na puchary załapał! 

To był dla mnie fajny czas, bo przez dłuższy okres popracowałem z drużyną, która ma dużo jakości. Zaliczyłem porządne przetarcie. Nie zostałem, bo w pewnym momencie zrobiło się tłoczno, a nie było sensu, żebym siedział tam na sztukę. Wolałem wrócić do trzeciej ligi. Na tym etapie nie miało to większego znaczenia. Chciałem już gdzieś trafić i w spokoju pracować, żeby do końca roku złapać dyspozycję, a przede wszystkim udowodnić sobie, że jestem zdrowy, gram i nic złego się nie dzieje. 

Paweł Magdoń opowiadał mi kiedyś, że lubi tu grać, bo jak krzyczą „ty chuju”, to wie, że do niego. Teraz to chyba ty jesteś najpopularniejszy. 

Ale ja takich sytuacji jeszcze nie miałem. Lechia to fajny klubik, warunki jak na trzecią ligę są bardzo dobre. Szatnię i atmosferę mamy super. A pod względem jakości drużyna spokojnie na drugą ligę. Nic, tylko trenować i grać. 

A czujesz, że na razie zawodzisz? Gwiazdą drużyny tu nie jesteś. 

Brakuje liczb. Strzeliłem w pucharze, miałem asysty w lidze, ale same bramki są ważne. To tylko trzecia liga, więc nikt tu nie przyjedzie, żeby zobaczyć, jak wyglądam. Raczej wejdzie na 90minut.pl i zobaczy, ile bramek. Zero? No to dziękuję. A ja z samej gry jestem w miarę zadowolony. Do ideału jeszcze daleko, ale wszystko jest kwestią czasu. Najważniejsze, że głowa jest już całkowicie odblokowana. Nie odstawiam nogi. 

Współczucie ze strony innych ludzi może zmęczyć? 

Nigdy tak się nie czułem, choć bardzo często słyszę, że „szkoda” i że „to powinno inaczej się potoczyć”. Co mogę odpowiedzieć? Mogę podziękować. Dziś jestem zdrowy i nie ma powodów, by mi współczuć. 

Ale pewnie pytania: „jak tam zdrowie?”, masz po dziurki w nosie. 

Jest tego dużo, ale już oswoiłem się ze świadomością, że tak zostanie. Z tym ludzie mnie kojarzą, więc ciągle będę je słyszał. Wydaje mi się, że jednak, że osoby dookoła wiedzą też, że jak będzie zdrowie, to o resztę w moim przypadku mogą być spokojni.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI

Fot. prywatne/FotoPyK

ROKI KONIEC

KOMENTARZE (1)