Gdy zmarła mama, zgubiłem drogę. Futbol dał mi wrócić do żywych
Anglia

Gdy zmarła mama, zgubiłem drogę. Futbol dał mi wrócić do żywych

Napastnik z pierwszej dziesiątki najlepszych strzelców w historii Premier League. Piłkarz roku 1996 według PFA. Siedemnastokrotny reprezentant Angli, choć akurat spytany o kadrę mówi o wielkim niedosycie. Szczególnie w kontekście Euro 1996, na które pojechał jako najlepszy gracz ligi tylko po to, by od początku do końca nie podnieść się z ławki.

Powiedzieć, że Les Ferdinand to żywa legenda angielskiej piłki, to jak nic nie powiedzieć. „Sir Les” to ikona. Kiedyś – snajper, będący punktem odniesienia dla próbujących mu dorównać łowców goli. Dziś – dyrektor sportowy odpowiedzialny za przeprowadzenie QPR przez okres przejściowy, w którym musiał rozprawić się z budżetem płacowym wyższym nawet od tego, jakim operowało Atletico Madryt wchodząc  do finału Champions League.

Gdy na propozycję wywiadu odpowiedział twierdząco nie pozostało mi nic innego niż tylko zarezerwować bilety, zabukować hotel i w te pędy dotrzeć do ośrodka treningowego Queens Park Rangers. To właśnie tam przyjął mnie z uśmiechem na ustach i konkretną porcją anegdot w rękawie. Poznajcie je i wy, zapraszam.

***

149 bramek w Premier League, występy w reprezentacji Anglii. Zawsze w takich przypadkach zastanawia mnie, czy będąc jeszcze dzieckiem, młodzieńcem, czuje się, że ma się w sobie „to coś”. Jakąś taką naturalną predyspozycję, talent, jakkolwiek to nazwać.

Zawsze byłem jednym z dzieciaków wybieranych w pierwszej kolejności, gdy graliśmy mecze na podwórku. Każdy chciał mnie mieć w swojej drużynie. Z tego punktu widzenia nie powiedziałbym może, że czułem się szczególnie uzdolniony, wyjątkowy. Po prostu wiedziałem, że umiem grać w piłkę, że potrafię to robić dobrze. Nikt nigdy nie wybrał mnie jako ostatniego. Stawałem się coraz starszy, grałem w non-league, w moim towarzystwie było nas siedmiu czy ośmiu grających dla zespołów spoza systemu ligowego. Na końcu zostałem tylko ja. Byłem pierwszym, który przebił się do pierwszej drużyny. Ale raz jeszcze powiem, że nie czułem się kimś szczególnym, nigdy nie myślałem, że mogę zawodowo uprawiać piłkę nożną. Miałem już dziewiętnaście lat, kiedy podpisałem swój pierwszy zawodowy kontrakt. Wszyscy najbardziej utalentowani mieli podpisane umowy jako szesnasto-, siedemnastolatkowie…

Nigdy nie zagrał też pan dla młodzieżowej reprezentacji Anglii.

Nie. To mnie ominęło.

Nie ominęła pana za to normalna praca. 

Myłem samochody myjką parową, jeździłem vanem. Zawsze pracowałem tam, gdzie mogłem łączyć to z treningami we wtorkowe i czwartkowe wieczory, a także z meczami w soboty i niedziele. Nie mogłem mieć pracy weekendowej, nie mogłem pracować w dwa z pięciu dni w tygodniu wieczorami. Jakoś udawało się to pogodzić.

Bywało trudno?

Nie. Bo zwyczajnie kochałem grać w piłkę. Kiedy ciężko pracujesz, czasami później trening, mecz potrafi dać ulgę. Nigdy nie powiedziałem: „ach, nie chce mi się iść na trening, jestem dziś zmęczony, mam to gdzieś”. Teraz robię tak samo. Kiedy pracujesz od 9 do 17, pracujesz żeby zapłacić rachunki. Kiedy po godzinach grasz w piłkę, robisz to dla przyjemności. Dopiero w momencie przejścia na zawodowstwo zaczynasz grać żeby opłacić rachunki. W tamtym czasie to było coś, co sam z siebie chciałem robić.

A był czas, kiedy poczuł pan, że futbol przestał wyłącznie sprawiać przyjemność, że stał się pracą? Czymś, co trzeba zrobić, choć niekoniecznie chcesz.

Nie, nigdy nie miałem takiego uczucia. Oczywiście będąc zawodowcem musisz żyć jak profesjonalista, dostosować się do wielu reguł, przystosować się do innego trybu funkcjonowania. Zaczynasz za to dostawać pieniądze, możesz kupować lepsze ubrania, jeździć lepszym samochodem. Ale jednocześnie płacisz za to cenę – musisz utrzymać wszystko na tym poziomie. Wtedy staje się to pracą. Tylko że dla mnie piłka nożna zawsze była najlepszą rzeczą na świecie. Zdarzały się dni, gdy czułem się źle, nie da się budzić każdego dnia z przekonaniem, że jest się na szczycie świata. Są dni kiedy czujesz się, jakbyś z tego szczytu zleciał i połamał wszystkie kości. W piłce nożnej jest tak samo. Tak, jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji, mamy szansę zarabiać robiąc to, co kochamy. A przy tym kiedy robisz to co kochasz, by zarobić na życie, czasami nie kochasz tego już tak mocno, tak bezinteresownie.

Jaki był pana największy moment kryzysowy, gdy pana miłość do futbolu przeżywała trudniejsze dni?

Kiedy miałem 22 lata, mając 45 lat zmarła moja mama. To był dla mnie bardzo trudny okres w życiu. Nieważne, jak bardzo kochałem futbol, nie był on w stanie zastąpić mi mamy. Koniec końców okazał się dla mnie ucieczką, bo po jej śmierci przesiadywałem całe dnie w domu. Starając się pojąć to, co się stało, opłakując ją. Menedżerem QPR był w tym czasie Don Howe. Zadzwonił do mnie pewnego dnia.

– Witaj, synu. Wszyscy w klubie składamy ci kondolencje, jeśli jakoś będziemy ci mogli pomóc, daj znać. Rozumiem twój ból, ale wydaje mi się, że przyjście na trening może dać ci ulgę.

Pomyślałem sobie: „Jaki kurwa trening?! Nie mam zamiaru trenować, właśnie straciłem moją mamę!”. Nie myślałem o tym przez dzień czy dwa, ale w końcu stwierdziłem: co mi szkodzi? Pojechałem na trening, wyszedłem na boisko i od razu poczułem, że to najlepsze, co mogłem zrobić. Zmieniłem otoczenie, spotkałem się z ludźmi, których widywałem wcześniej każdego dnia. Powrót do treningów było dla mnie powrotem do rodziny. Straciłem najważniejszą osobę w moim życiu, najważniejszego członka mojej rodziny, ale uświadomiłem sobie, że w QPR też mam rodzinę, która sprawiła, że wróciłem do żywych. Zrozumiałem, co jest w życiu ważne. Jak mówię, wydawało mi się, że piłka nożna nie wypełni w moim życiu dziury, jaka powstała po śmierci matki. Ale ostatecznie właśnie to zrobiła.

Doskonale to rozumiem, rok temu zmarł mój dziadek i praca pomogła mi wrócić do normalnego życia – przestałem zastanawiać się nad tym, czego nie zdążyłem zrobić, powiedzieć.

Dokładnie o tym mówię. Piłka nożna dała mi powód, by wyjść z domu. Tych kilka godzin dziennie, kiedy nie myślałem o tym, co się stało. Wiem, że ona nie chciałaby, żebym długo ją opłakiwał, wolałaby, żebym nadal robił swoje.

W swojej biografii, wydanej jeszcze w poprzednim stuleciu, pisał pan, że w tamtym czasie robił pan wiele głupich, naiwnych rzeczy, by jakoś zrekompensować sobie tę stratę. Co konkretnie?

Starałem się znaleźć nowy cel w życiu. Wydawałem bardzo dużo pieniędzy próbując czymś zapełnić lukę, która powstała. Straciłem wtedy wszystkie swoje oszczędności. Jako młody chłopiec nasłuchałem się od rodziców, od dziadków, że w życiu trzeba odkładać pieniądze, ciężko pracować, zarabiać na swoją przyszłość. Moja mama wychowywała w pojedynkę mnie i moją siostrę, bardzo ciężko pracowała, żebyśmy mieli za co żyć. A kiedy wreszcie coś osiągnąłem, gdy znalazłem się w położeniu, w którym mogłem jej to jakoś wynagrodzić, jej już przy mnie nie było. Po co więc to całe oszczędzanie? Zbierać, zbierać, zbierać i nie mieć z tego żadnej przyjemności? Nie podobało mi się to. Uznałem, że zaczynam korzystać z życia. Ludzie przeżywają śmierć bliskich osób na różne sposoby, ja przeżyłem ją właśnie w ten sposób. Miałem potrzebę, by nadać sens życiu przez wydawanie pieniędzy. Zboczyłem z obranej wcześniej drogi Na szczęście miałem wokół siebie wielu dobrych ludzi, którzy to rozumieli i którzy pomogli mi przez to przejść. Nie krytykowali mnie, tylko byli ze mną przez cały ten czas.

Vodafone kicks off 4G LES FERDINAND

Zanim w ogóle na dobre przebił się pan w Anglii, udało się to panu w… Stambule. Jak to się do cholery stało, że z mniej niż 10 występami w First Division wylądował pan w Turcji?!

Cała moja ówczesna wiedza o Turcji zamykała się na filmie Midnight Express. I uwerz mi, to nie jest najlepsza reklama tego kraju. Ale miałem problemy, żeby przebić się do pierwszego zespołu Queens Park Rangers. Złapałem kilka kontuzji. Zdecydowałem, że skoro pojawia się taka okazja, powinienem skorzystać. Skoro czytałeś moją książkę, to już wiesz, że pochodziłem z nieszczególnie ciekawej dzielnicy i gdy udało mi się zostać profesjonalnym piłkarzem, bardzo się starałem pokazać starym znajomym, że się nie zmieniłem, że wciąż jestem tym samym gościem, że nadal czasem gdzieś z nimi wyskoczę. Wiedziałem, że wyjazd do Turcji uwolni mnie od tego towarzystwa i nauczy, jak mam być profesjonalistą. Będąc z dala od domu koncentrowałem się tylko na piłce i na tym, żeby być najlepszym w tym, co robię. Ludzie pytali: „czemu nie wyjedziesz do Rotherham, na północ, po co aż do Turcji?”. A ja czułem, że to właśnie powinienem zrobić.

Kiedy tam przyleciałem, całym sobą chłonąłem turecką kulturę. Nie myślałem: „To nie jest takie jak w Anglii, to w Londynie wygląda inaczej. Nie, nie mogę tak żyć!”. Raczej: „Lecę na rok. Jaka jest najgorsza rzecz, jaka może się stać? Nie spodoba mi się tak bardzo, że wskoczę w samolot i polecę do domu, przez rok nie będę mógł grać w piłkę”. Miałem szczęście, bo trenerem Besiktasu był Gordon Milne, który grał kiedyś w Liverpoolu. Włożył dużo czasu i sił w rozmowy ze mną na treningach. Świetnie się dogadywaliśmy. Jeśli mam być szczery, to była najlepsza rzecz, jaka wtedy mogła mi się przytrafić. Nauczyło mnie to nie tylko bycia profesjonalistą. Poznałem inną kulturę. Anglię opuścił chłopiec, a wrócił mężczyzna.

Podczas prezentacji przed sezonem zaliczył pan starcie z tą nową kulturą.

Tak, Turcy podczas prezentacji składali ofiarę z owcy i gołębicy. Nacierali się krwią owcy i wypuszczali gołębicę w powietrze. Rzecz w tym, że moja nie chciała lecieć, tylko spadła na trawę obok moich nóg, raz i drugi. Nagle zrobiło się kompletnie cicho. Kilkadziesiąt ludzi zebranych na stadionie, pomyślałem sobie: „oni mnie zabiją!”. Na szczęście podbiegł do mnie chłopak i rozpostarł skrzydła tej gołębicy, bo okazało się, że za dużo czasu spędziła w klatce. W końcu się udało, dzięki Bogu!

To był jedyny kulturowy szok, jakiego pan tam doznał?

W tamtym czasie Turcja wciąż była jeszcze… może nie prymitywna, ale… Chyba najlepszym sposobem, żeby to opisać – tak opisywałem to też wtedy moim przyjaciołom i rodzinie – będzie stwierdzenie, że w każdej kulturze, w każdym społeczeństwie jest podział pomiędzy bogatymi i biednymi. Ta różnica w Turcji była wtedy ekstremalnie duża. To wrażenie wzmógł jeszcze fakt, że to był dopiero mój drugi zagraniczny wyjazd w życiu, po Karaibach, skąd pochodzi moja rodzina. Ta dysproporcja między ludźmi, którzy mogli sobie pozwolić na wszystko, a ludźmi, którzy nie mieli nic, uderzyła mnie najmocniej. Ale oni po prostu robili swoje, nie zwracali na to uwagi. A ja, jak ci mówiłem, nie patrzyłem na nich jak przybysz z dalekiego kraju, mówiąc: „nie, u nas czegoś takiego nie ma”. Chciałem być częścią tej kultury, dać Turkom czuć, że jestem jednym z nich, że nie trzymam się na uboczu. Myślę, że dlatego wciąż mam kontakt z częścią chłopaków z tamtej drużyny, dostaję od nich zdjęcia na WhatsApp, dają mi znać, co u nich słychać. Choć przecież od tamtego sezonu minęło już ponad pół wieku. Chciałem też nauczyć się tureckiego, ale oni równocześnie chcieli się uczyć ode mnie angielskiego. Jak się pewnie domyślasz, ani jedno, ani drugie nie wyszło tak, jak powinno.

Tureccy kibice wtedy byli równie żywiołowi, co teraz?

Miałem wielkie szczęście, bo grałem dla Besiktasu, jednego z największych zespołów, który bił się o mistrzostwo z Fenerbahce, więc nie mieli wielu powodów, by się na nas wściekać. Graliśmy z Fener pięć czy sześć razy w sezonie, kiedy tam grałem i wygrywaliśmy za każdym razem. Poza jednym przypadkiem. Kiedy wracaliśmy ze spotkania, kibice obrzucili autokar kamieniami. Pomyślałem: „cholera, fani Fenerbahce są szaleni!”. Tylko że okazało się, że to byli nasi kibice! Ludzie tam są takimi pasjonatami, jakich nie spotkasz w wielu krajach.

Gdy wrócił pan do Anglii, kiedy nastąpił przełom? Wyjeżdżał pan bowiem z małą liczbą występów w najwyższej lidze, bardzo nieznacznym doświadczeniem, a koniec końców stał się jednym z najlepszych strzelców w historii rozgrywek.

W Anglii grałem dotąd zwykle przed kilkuset fanami, nie licząc tych paru spotkań w First Division. Wyjazd do Turcji i regularna gra przy około 40 tysiącach kibiców, treningi, na które przychodziły tysiące ludzi – na mój pierwszy przyszło 35 tysięcy – to wszystko wiele mnie nauczyło. To był mój mały przełom. Otworzyło mi to oczy. Do Anglii wróciłem z odbudowaną pewnością siebie. Tamten wyjazd dał mi największy jak dotąd dowód na to, że faktycznie mogę być profesjonalnym piłkarzem. Strzelałem bramki, grałem dobrze. Trzeba było tylko przerzucić te umiejętności stamtąd tutaj. Gordon Milne, mój trener w Besiktasie powiedział mi na odchodne:

– Wracaj tam i pokaż im. Ja wiem, że będziesz megagwiazdą, bo masz czego trzeba, by osiągnąć wszystko, o czym tylko marzysz.

Poczułem się niesamowicie. Nie musiał tego mówić, mógł podziękować mi za ten rok, podać rękę i się pożegnać. Później jeszcze próbował zatrzymać mnie na kolejny sezon, ale zmieniły się władze i nie wypaliło. Zostałem więc w QPR i śmieszna historia – jakiś czas później strzeliłem swoje dwa pierwsze gole przeciwko Chelsea na Loftus Road, a on tydzień później został zwolniony z Besiktasu. Kto wie, czy gdybym jednak raz jeszcze trafił do Turcji, tymi bramkami nie uratowałbym mu tam posady.

Zamiast tego musiał pan cierpliwie czekać na kolejne szanse, mimo świetnego roku w Turcji nie wskoczył pan z miejsca do składu.

W tamtym czasie w QPR trenerem był Don Howe, z którym mieliśmy konflikt osobowości, więc nie grałem tyle, ile bym chciał. Prawdziwym zwrotem było dla mnie przyjście Gerry’ego Francisa na stanowisko menedżera. Od razu powiedział do mnie:

– Próbowałem cię ściągnąć, kiedy byłem w Bristol Rovers, ale Queens Park nie chciał cię puścić.

Wielki zastrzyk pewności siebie na dzień dobry.

Dokładnie. Natychmiast zadecydował:

– Słuchaj, będziesz moją „dziewiątką”.

Pamiętaj, że to był dla mnie trudny czas, zaraz po śmierci mamy, kiedy starałem się sobie wszystko poukładać na nowo. Przy Gerrym Francisie wszystko natychmiast wskoczyło na swoje miejsce. Reszta jest historią, jak to się mówi.

2018 London Football Awards - Arrivals LES FERDINAND

Zawsze kojarzył się pan z napastnikiem silnym, postawnym, przede wszystkim wygrywał pan większość główek z naprawdę potężnymi obrońcami. Ale jak tak patrzę, to jesteśmy podobnego wzrostu. A sam nie mam nawet 180 cm!

(śmiech)

Jak więc udawało się panu tak świetnie radzić w starciach z wymagającymi angielskimi obrońcami?

Grając przeciwko zawodnikom mierzącym 190-195 centymetrów patrzyłem na nich i stawiałem przed sobą wyzwanie. „Dziś cię przeskoczę”. Na początku się tego kompletnie nie spodziewali, dopiero z czasem pojęli, że ten skurczybyk jest skoczny. Ile razy słyszałem po pojedynkach powietrznych: „kurwa, co jest?!”. Skrzydłowym mówiłem, żeby celowali tak, jakby chcieli dośrodkować na głowę kryjącego mnie obrońcy, a ja zajmę się resztą. Stoperzy w tamtym czasie byli wielcy i silni, to fakt, ale ja miałem wrodzoną, odziedziczoną po ojcu skoczność. Ludzie zawsze się dziwili: „kiedy skaczesz do główki, to wygląda jakbyś zawisał w powietrzu przez kilka sekund!”. Śmiałem się, że to kwestia butów, że specjalnie dla mnie Nike wypuściło model „Air Nikes”.

Który obrońca najbardziej dał się panu we znaki?

Największe problemy zawsze sprawiał mi Tony Adams.

Prawdziwy twardziel.

Silny, dobry w powietrzu, dobry przy piłce. Gary Pallister był świetny – szybki, ale wiedziałem, że mogę skoczyć wyżej niż on. Ale Tony Adams był tym najtrudniejszym.

Zostawił kilka stempli na nogach?

Stemple na nogach, blizny na głowie… Pamiętaj, że grałem w czasach, kiedy obrońcy mogli atakować cię od tyłu. W pewnym momencie zmieniły się zasady. Kiedy to się stało, sędziowie pozwalali na jeden agresywny atak nim wyciągną kartkę. Graliśmy na Loftus Road z Arsenalem. Czasami dostajesz takie podanie, że myślisz sobie: „o kurwa”.

„Zaraz ktoś wjedzie mi w nogi”.

„Zaraz zostanę zdemolowany”. Piłka szła w twoją stronę i musiałeś ją przyjąć. Tony Adams wjeżdżał wślizgiem od tyłu. Dziś zawodnicy krzyczą, leżą. Wtedy nie mogłeś pokazać nikomu, że bolało. Trzeba było zacisnąć zęby i grać dalej. Sędzia podbiegł do Adamsa: „To twój pierwszy faul Tony, za następny będzie kartka”. Myślę sobie: „cholera, gość prawie urwał mi nogę i słyszy: to twój pierwszy!”. A Adams już wracał na pozycję i słyszałem jak krzyczy do Steve’a Boulda: „Steve, teraz twoja kolej!”. I już wiedziałeś, że zaraz znów będziesz leżał. Ale oni też wtedy wiedzieli, że i ja wykorzystam swój faul bez konsekwencji i przy wybiciu piłki zostawię nogę, żeby zaatakować „przez piłkę”. Zawsze w końcu nadchodził moment zemsty.

Nie było lekko, teraz znacznie bardziej dba się o zdrowie zawodników.

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym na ten temat. Patrzysz na Messiego, na Ronaldo, na zawodników, którzy co sezon strzelają po 40 i więcej bramek. To fantastyczne i w żadnym wypadku nie chcę temu umniejszać, bo to niewiarygodni piłkarze. Ale mają szczęście grać w czasach, kiedy obrońcy nie mogą cię faktycznie zaatakować. Gdy George Best zabierał się z piłką i wchodził w drybling, niektóre wślizgi szły w niego na wysokości kolan, nawet bioder. I mało kto dostawał za to kartkę. Rzut wolny to było maksimum. Obecnie to byłoby natychmiastowe wykluczenie i kilka meczów zawieszenia.

Jeden z rozdziałów napisanej przez pana książki traktuje o problemie rasizmu. Jaka była jego skala w pana czasach?

Kiedy zaczynałem grać w piłkę, byłem jedynym czarnym zawodnikiem w klubie. Rasistowskie żarty były wtedy akceptowane, nawet trenerom się one zdarzały. W większości bazowały na stereotypach. „Oho, robi się trochę chłodniej, Les pewnie będzie grał w czapce i rękawiczkach”. Małe przytyki, gdzie tylko się dało. Podchodziłem do tego na tej zasadzie: jeśli chcesz mówić takie rzeczy, upewnij się, że ja tego nie usłyszę. Myślę, że miałem swój udział w zmianie sytuacji, choćby wtedy, gdy poszedłem grać do Newcastle, gdzie czarni zawodnicy byli notorycznie obrażani. Johna Barnesa na przykład kibice „Srok” obrzucili bananami. Bywało bardzo nieprzyjemnie, ale wydaje mi się, że uporaliśmy się z tym w naszym kraju. Mam nadzieję, że tamte czasy już nie wrócą.

Uważa pan, że o ile w tym aspekcie faktycznie uporano się z problemem, to relatywnie niska liczba menedżerów z mniejszości etnicznych jest kłopotliwa?

Jest, owszem. Widzisz Johna Terry’ego, Franka Lamparda, Stevena Gerrarda. Wszyscy twierdzą, że będą świetnymi menedżerami. A Paul Ince? Ian Wright? Les Ferdinand? Nikt nie mówił o tym, że nadawalibyśmy się na menedżerów. Nikt nie bierze nas na serio od razu, dopiero gdy udowodnimy swoje predyspozycje, zdobędziemy trenerskie licencje, doświadczenie, wtedy startujemy z tego pułapu, co wspomniani wyżej praktycznie od razu po zakończeniu kariery. I nawet wtedy jest bardzo trudno.

Jest pan za Rooney Rule, zasadą konieczności przeprowadzenia rozmowy o pracę z przynajmniej jednym menedżerem z mniejszości etnicznej?

Zawsze mówiłem o tym, że w Premier League Rooney Rule nie ma racji bytu, bo zanim zwolnią trenera kluby zwykle doskonale wiedzą, kogo wezmą jako jego następcę. W 9 na 10 przypadków w ogóle nie urządza się rozmów o pracę. Nie widuje się komunikatów w stylu: „zwolniliśmy menedżera, zapraszamy do składania CV”. Nie, oni wiedzą doskonale, kto dostanie pracę. FA walczy o to, by po zwolnieniu menedżera w Championship, w League One, faktycznie była konieczność wystawienia ogłoszenia o pracę. Ale miliarderzy w Premier League nie będą się podporządkowywać takim zasadom.

 LES FERDINAND

Wracając do przyjemniejszych rzeczy – gdyby mógł pan raz jeszcze przeżyć jeden, jedyny dzień w swojej piłkarskiej karierze, co to byłby za dzień?

Wow. Jeden dzień? Okej, wiem. Debiut dla reprezentacji Anglii. Kiedy zaczynasz kopać piłkę, szczytem marzeń jest by reprezentować swój kraj. Nie jesteś sobie w stanie wyobrazić większego zaszczytu, wyższego szczytu do zdobycia. To był dla mnie największy powód do dumy w życiu. Jednocześnie po pierwszym występie stajesz się chciwy – chcesz kolejnego. I jeszcze jednego. I następnego.

Pana głód w tej kwestii chyba nigdy nie został zaspokojony, bo rozegrał pan tylko siedemnaście meczów w narodowych barwach. Niewiele, jak na jednego z dziesięciu najlepszych strzelców w historii Premier League.

Najtrudniejszym momentem w mojej karierze było Euro 1996. Dostałem nagrodę PFA Player of the Year, po czym pojechałem na mistrzostwa Europy i nie rozegrałem choćby jednej minuty. Nie wyobrażam sobie, by w jakimkolwiek innym kraju napastnika, który tak wyróżnia się w lidze i zostaje wybrany jej najlepszym zawodnikiem, spotkało to, co mnie. Może zagrałby 5 minut, 10 minut, ale w pewnym momencie na pewno pojawiłby się na boisku. Mi to nie było dane, przez co znów doszło do konfrontacji między mną a menedżerem. Ale musiałem przejść nad tym do porządku dziennego, zapomnieć. I teraz zdarza mi się o tym rozmyślać tylko wtedy, kiedy tacy ludzie jak ty przychodzą i mnie o to pytają (śmiech).

Kevin Keegan opisywał pana jako „bestię, która potrzebuje, by ktoś ją nakarmił”. Trzymając się tego porównania, kto był najlepszym karmiącym, z jakim grał pan w jednej drużynie?

To musi być David Ginola. Miałem wielkie szczęście, by występować z nim w jednym zespole. Oczywiście byli inni doskonali podający, jak Trevor Sinclair czy Keith Gillespie. Ale Ginola był kimś szczególnym. W pierwszym jego roku w Newcastle, Keegan powiedział do Davida:

– Twoje najważniejsze zadanie, to zaopatrywać Lesa.

A on po prostu to robił. Tydzień w tydzień dostarczał mi znakomite podania.

Jak każdy, również i pan musiał w pewnym momencie zakończyć karierę. Zastanawiam się, jak wyglądały pana pierwsze dni po tym, jak definitywnie zawiesił pan buty na kołku. Czy była to w większej mierze ulga po tylu latach ciągłej presji, ciągłych wymagań, czy może natychmiast zaczęło panu czegoś w życiu brakować?

Moim zdaniem 95 procent byłych piłkarzy odpowie, że pierwszym uczuciem, jakie się pojawia, jest pustka. Ale podjąłem tę decyzję sam i jestem z tego dumny. Nikt nie podszedł do mnie, nie poklepał po ramieniu i nie powiedział:

– Les, to koniec. Nie ma już dla ciebie miejsca w zawodowej piłce.

Podjąłem ją w momencie, który uważałem za słuszny. Kiedy to nastąpiło, dostałem jednak ofertę od Aidy’ego Boothroyda, menedżera Watfordu, by jeszcze przez rok pozostać czynnym zawodnikiem. Mocno mnie na to namawiał, stwierdził, że jeśli wezmę udział w przedsezonowych treningach, poczuję znów smak rywalizacji, raz jeszcze złapię tego bakcyla. Dołączyłem więc do zespołu, latem normalnie trenowałem. Pierwszy mecz sezonu graliśmy na wyjeździe. Przyjechałem do ośrodka treningowego, skąd miał odjechać autobus. Chwilę się spóźniłem, ale autobus dopiero ruszał. Zobaczyłem wszystkich chłopaków w środku i wtedy to do mnie trafiło. Zrozumiałem, że to już nie dla mnie. Że podjąłem właściwą decyzję. Nadal trenowałem z drużyną, ale już nie codziennie, tylko trzy razy w tygodniu, później zszedłem do dwóch dni w tygodniu, aż wreszcie powiedziałem sobie „dość”. Nie zrozum mnie źle, sobota, środa, czwartek, choćby to był najzimniejszy, najpodlejszy dzień w roku, za każdym razem kiedy jestem na trybunach marzę o tym, żeby znów znaleźć się na boisku. Ale decyzja jaką podjąłem była właściwa. Czułem, że nie jestem już w stanie grać tak, jak chciałbym to robić. Umysł był wciąż lotny, ale ciało stawało się coraz słabsze.

Obecnie pełni pan w QPR rolę dyrektora sportowego. Gdyby miał pan porównać presję, wyzwania związane z byciem piłkarzem i te, jakie towarzyszą pana obecnej pracy – co jest bardziej wymagające?

Zdecydowanie to, co robię w tej chwili. Jestem w stanie zaplanować wszystko doskonale, sprawić, że wszystkie elementy układanki znajdą się w moim przekonaniu we właściwym miejscu, ale później mogę tylko patrzyć, czy to, co robimy wydaje owoce, czy nie. Nie założę już korków i nie wybiegnę na boisko, by mieć na to realny wpływ. Jako piłkarz to ty masz wszystko w swoich rękach. Jeśli przegrywamy w sobotę, mogę zrobić coś w kolejną sobotę i sprawić, że tym razem zwyciężymy. Jeśli to się uda, za tydzień mogę nam pomóc wygrać po raz kolejny. Ale kiedy siedzisz na trybunie, nie możesz zrobić kompletnie nic. Oglądaj, trzymaj kciuki, miej nadzieję i się módl, że wynik będzie taki, jak byś chciał.

Musi pan też operować w cięższych warunkach niż kilka lat wcześniej w QPR, kiedy wydawano ogromne pieniądze na płace. Pamiętam publikację, w której była mowa o tym, że nawet Atletico nie wydaje tyle na wynagrodzenia, co Queens Park Rangers.

Niestety, masz rację. Kiedy zaczynasz wydawać wielkie pieniądze, kibice oczekują, że nie przestaniesz tego robić. Gdy nagle nie ma funduszy, nie potrafią tego zrozumieć. Proces przejściowy był więc bardzo wymagający. Nie mogliśmy już sobie pozwolić na graczy o takim profilu jak Julio Cesar. Przeszliśmy drogę od bramkarza, który wygrał Ligę Mistrzów, do Joe Lumleya, naszego wychowanka. To potężna zmiana, której wielu ludzi nie chciało przyjąć do wiadomości. Przechodzisz od budżetu płacowego na poziomie wyższym niż Atletico Madryt do takiego, który nie jest najwyższy nawet w realiach Championship. A to oznacza, że w żadnym wypadku nie będziesz posiadał piłkarzy tego samego kalibru co kiedyś. Staramy się uświadomić w tym temacie kibiców. Wielu już się z tym pogodziło. Frustruje ich to, gdzie dziś jesteśmy, ale potrafią to przyjąć ze zrozumieniem. Zawsze mówię, że przyjąłem swoje stanowisko, bo chcę, by ten klub znów odnosił sukcesy, wygrywał. Każdy zawodnik, jaki przekracza próg tego klubu musi wiedzieć, że pragnie dla niego grać.

Obecnie nie możecie sobie jednak pozwolić na przebieranie w piłkarzach, finanse mocno was ograniczają. Jakie więc są podstawowe kryteria, które zawodnik mający dołączyć do QPR musi spełnić, bez których nawet nie podejmujecie rozmów?

Przede wszystkim musi mieć umiejętności. Musimy też mieć w zespole właściwe charaktery, ludzi rozumiejących, w jakim miejscu jest w tym momencie klub. Od kiedy jestem dyrektorem sportowym, rozmawiałem z wieloma agentami, którzy mówili:

– A w tym i tym klubie dają mojemu zawodnikowi więcej.

Nie potrzebuję ludzi, którzy przychodzą tu przede wszystkim dla pieniędzy. Jeśli odniosą tu sukces, zapracują sobie na transfer i ogromną tygodniówkę. Po pierwsze – potrzebujemy charakterów, które poniosą ten klub tam, gdzie chciałby być. Podczas spotkań skautów zawsze powtarzamy to do znudzenia. Charakter, charakter, charakter.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)