Tragedia, która zmieniła boks. „On zginął wtedy, ja umieram każdego dnia”
Inne sporty

Tragedia, która zmieniła boks. „On zginął wtedy, ja umieram każdego dnia”

To miała być walka bez większej historii. Do amerykańskiego mistrza przyleciał anonim z Korei Południowej. Podobno twardziel, ale takiego oporu z jego strony nie spodziewał się nikt. Ray Mancini (24-1) ostatecznie dopiął swego i znokautował Duka Koo Kima (17-1-1) w czternastej rundzie wyniszczającego pojedynku. Rywal zapadł w śpiączkę i po kilku dniach zmarł w szpitalu. W domu zostawił ciężarną narzeczoną i matkę, która nie poradziła sobie z tą tragedią. Ofiar było zresztą więcej. Nie pierwszy raz nad boksem zebrały się czarne chmury, ale tym razem naprawdę nadszedł czas reform.

Historię tego chłopaka znali w Ameryce prawie wszyscy. Ray był powszechnie znany jako „Boom Boom” i zawsze wychodził do ringu po to, by się bić. Przydomek odziedziczył po ojcu – Lenny Mancini w latach czterdziestych zrobił karierę i był uznawany za jednego z najbardziej perspektywicznych pretendentów, ale nie zdążył sięgnąć po najważniejsze trofea, bo trafił w sam środek wojennej zawieruchy. W 1944 roku został poważnie ranny pod Metz. Po długiej przerwie próbował potem wrócić do boksu, ale z oczywistych względów nie zdołał już nawiązać do swoich najlepszych dni.

Ray wychował się w bokserskim środowisku i żył obietnicą złożoną ojcu. Jego starszy o pięć lat brat zapowiadał się na dobrego pięściarza, ale nie miał serca do wymagającego poświęceń sportu. Rodzinne marzenie o mistrzowskim tytule miał spełnić młodszy z synów Lenny’ego, którego od małego ciągnęło do bitki. Nastolatek nieźle radził sobie na amatorstwie, ale na igrzyska nie pojechał. Był załamany i chciał rzucić sport. Wtedy usłyszał po raz pierwszy, że nie powinien rezygnować, bo jego styl jest wprost stworzony do zawodowych ringów.

Faktycznie tak było. Nowy „Boom Boom” – jak ojciec kilka dekad wcześniej – szedł po swoje już od pierwszego gongu. Potrafił przyjąć cios, by oddać potem trzy jeszcze mocniejsze. Nic dziwnego, że ktoś taki szybko stał się ulubieńcem otwartych telewizji, które akurat zaczęły mocniej stawiać na boks. Moment był idealny – początek lat osiemdziesiątych to czas, kiedy przedstawiciele niższych kategorii mogli wreszcie szerzej zaistnieć w powszechnej świadomości. Do tej pory w telewizji liczyła się głównie waga ciężka, ale wszystko zmieniło się po igrzyskach w 1976 roku, kiedy rozbłysła gwiazda Sugara Raya Leonarda. Mancini był wyjątkowy z jeszcze innego względu – miał włoskie korzenie. Zupełnie jak Rocky Balboa, który przed chwilą stał się jednym z ważniejszych bohaterów kultury masowej.

Młody pięściarz był prowadzony niezwykle odważnie. Pierwsze podejście do mistrzostwa zakończyło się jednak niepowodzeniem – zaledwie dwudziestoletni wówczas Mancini został rzucony na głęboką wodę i przegrał z o wiele bardziej doświadczonym i utytułowanym Alexisem Arguello (67-5). „Wiem, że mam wielkie serce do walki, ale on ma jeszcze większe. Kiedyś ten młody człowiek będzie mistrzem” – przewidywał zwycięzca.

Przepowiednia legendy z Nikaragui spełniła się nadspodziewanie szybko. Mancini odbudował się dwoma zwycięstwami z mniej znanymi pięściarzami i znów wyszedł do walki o mistrzowski pas. Jego karierę prowadził wtedy już Bob Arum – jeden z największych fachowców w historii dyscypliny. Na drodze Raya tym razem stanął o wiele słabszy od Arguello czempion – posiadacz pasa federacji WBA kategorii lekkiej Arturo Frias (24-1). Walka była krótka, ale niezwykle treściwa. Pretendent rzucił się na mistrza, ale już po dwudziestu sekundach został zraniony potężną kontrą. To była otwarta wojna, która zakończyła się furiacką serią Manciniego z piekła rodem. W 22 sekundy zadał 33 ciosy i po prostu zmusił sędziego do przerwania pojedynku jeszcze pod koniec pierwszej rundy.

„To najwspanialszy prezent, który mogłem dać mojemu ojcu. Wreszcie czuję się spełniony” – komentował na gorąco nowy mistrz. Pojedynek z Friasem najlepiej pokazał wyjątkowość młodego pięściarza – on po prostu wychodził do ringu na wojnę. Nie było tu kunktatorstwa ani rund na rozpoznanie. Boks Manciniego opierał się na refleksie, nieustannej presji i nawałnicy ciosów. Kogoś takiego po prostu oglądało się z przyjemnością. Szybko zadziałał efekt kuli śnieżnej – nowemu mistrzowi wagi lekkiej wkrótce gratulował sam prezydent Ronald Reagan, a Sylvester Stallone marzył o tym, by go poznać. W 1982 roku Mancini stał się jedną z twarzy boksu i miał kilka hitowych pojedynków i lukratywnych kontraktów sponsorskich niemal na wyciągnięcie ręki.

W pierwszej walce w obronie tytułu zdominował i efektownie znokautował Ernesto Espanę (35-4). Ostatni cios zwycięzcy został uwieczniony na zdjęciu, które trafiło potem na okładkę „Sports Illustrated”. Kilka miesięcy później na drodze Raya pojawił się Koreańczyk Kim. Powiedzieć, że był wielką niewiadomą, to nie powiedzieć nic. Nawet dziś ciężko zrozumieć, jakim cudem ktoś taki mógł się stać obowiązkowym pretendentem z ramienia federacji WBA, która w tamtym okresie była na każdym kroku posądzana o galopującą wręcz korupcję. Kim miał 23 lata i praktycznie przez całą karierę walczył w ojczyźnie. Nigdy nie pokonał też kogoś o znanym nazwisku. Materiału filmowego na jego temat było jak na lekarstwo, ale wyłaniał się z niego obraz twardego i dumnego pięściarza, którego „Boom Boom” nie będzie musiał w ringu daleko szukać.

„Zabij albo zgiń”

Stawką pojedynku nie były miliony. Obrońca tytułu miał zagwarantowane 250 tysięcy dolarów, jego rywal… ponad 10 razy mniej. Dla wychowanego w skrajnej biedzie Kima i tak były to kosmiczne pieniądze. Po latach Mancini przyznał, że nie zdawał sobie sprawy z tego, w co się wpakował. Pierwsza myśl, że czeka go wyzwanie dużego kalibru, pojawiła się dopiero… godzinę przed walką. Amerykanin bandażował właśnie dłonie, gdy z pomieszczenia obok usłyszał przedziwny hałas. Jeden z jego współpracowników poszedł sprawdzić zamieszanie. Kiedy otworzył drzwi, zobaczył Kima, który w szale atakował szafki – tak bardzo naładowany był energią.

Pretendent w życiu nie miał łatwo. Wychował się w małej wiosce przy granicy z Koreą Północną. Jego ojciec zmarł zanim chłopak mógł zacząć go kojarzyć. Do boksu trafił za sprawą przyrodnich braci, którzy od najmłodszych lat lubili wystawiać go do podwórkowych walk. Trenerzy Kima wspominali, że nie miał naturalnego talentu, ale nadrabiał to niespotykaną zawziętością. Gdy większość kończyła trening, on dopiero zaczynał wchodzić na najwyższe obroty. W boksie zobaczył szansę, a mistrzowski tytuł postrzegał jako przepustkę do lepszego życia. W kraju zostawił narzeczoną, która kilka tygodni przed wylotem na walkę życia poinformowała go, że zostanie ojcem. Perspektywa założenia rodziny była czymś, co sprawiło, że po raz pierwszy zaczął rozważać rzucenie boksu.

Nikomu poza narzeczoną jednak o tym nie wspomniał. Otoczeniu wysyłał zupełnie inne komunikaty. Jego trener wspominał, że tuż przed wylotem Kim przyszedł na trening z własnoręcznie wykonaną… trumną. „Tu wyląduje Mancini po naszej walce” – miał powiedzieć z błyskiem w oku. Przed samą walką też nie miał najweselszych myśli – w hotelowym pokoju zostawił kartkę z napisem „zabij albo zgiń”. Był przekonany, że idzie na wojnę.

Przebieg ringowych wydarzeń był mimo wszystko sporym zaskoczeniem. Kim podjął wymianę z mistrzem w półdystansie i miał w tej walce swoje momenty. Koło dziewiątej rundy Mancini miał kryzys i myślał o tym, by się poddać. Wiedział jednak, że nie może tego zrobić – nie w obecności ojca na trybunach i rzeszy fanatycznych kibiców. Przewagę udało mu się zaznaczyć w końcowych rundach. Trzynastą rozpoczął od kosmicznej serii – zadał ponad 40 ciosów z rzędu bez odpowiedzi rywala, z których większość doszła do celu. Sędzia Richard Greene walki nie przerwał, bo twardy Koreańczyk cały czas stał na nogach i w końcu wrócił do akcji. Mało tego – w końcówce tej rundy znów natarł!

Wychodząc do przedostatniego starcia, „Boom Boom” prowadził wyraźnie na kartach punktowych wszystkich sędziów – wystarczyło, by nie dał się znokautować. Nie musiał się wysilać – mógł spokojnie wygrać walcząc do końca na autopilocie. Mancini nie był jednak takim pięściarzem i znowu poszedł na żywioł. Na początku czternastej rundy zaskoczył rywala szybką serią już w pierwszych sekundach. Błyskawicznie złożoną kombinację zakończyło potężne uderzenie prawą ręką, które posłało przeciwnika na deski. Koreańczyk nadludzkim wysiłkiem wstał jeszcze na nogi, ale sędzia nie dopuścił go do walki. Kilka chwil później pokonany osunął się w narożniku i stracił przytomność.

Nikt do końca nie zdawał sobie sprawy z dramatu, który rozgrywał się w ringu. Triumfujący Mancini udzielał wywiadu, a obok niego stali dumni rodzice. „Nie wierzyliście, że to będzie trudna walka, ale ja byłem o tym przekonany. Kim to niesamowity twardziel” – komplementował rywala, który właśnie nieprzytomny opuszczał arenę na noszach. Upiornie prorocze okazały się słowa Tima Ryana, komentatora walki w stacji CBS, który kilka sekund przed rozpoczęciem feralnej czternastej rundy powiedział: „mogliście nie słyszeć wcześniej o Duk Koo Kimie, ale na pewno będziecie o nim pamiętać po tej walce – bez względu na to, czy uda mu się wygrać”.

Ostatnia walka Kima trwała pięć dni. Niemal od razu po zejściu z ringu został zoperowany, a usuwanie zakrzepu krwi w jego mózgu trwało blisko 3 godziny. Po wszystkim zapadł w śpiączkę, z której nie miał prawa się obudzić. W ostatnich chwilach towarzyszyła mu matka, która przyleciała z Korei z jego przyrodnim bratem. Nie mogła się pogodzić z tym, co zastała na miejscu. „Otwórz oczy, to nie twoja wina. Proszę, obudź się” – mówiła do syna, ale on nie słyszał wtedy już nic.

Testy medyczne pokazywały bowiem od kilku dni to samo. Serce Duka biło mocno, cała reszta również była w jak najlepszym porządku. Żadnych oznak funkcjonowania nie dawał „tylko” jego mózg. Matka pięściarza zabrała ze sobą zioła i przekonywała wszystkich wokół, że z ich pomocą przywróci syna do żywych. Pomóc mieli w tym także specjaliści od akupunktury. Po dłuższej analizie każdy powtarzał jej to samo – tu już nie da się nic zrobić. W końcu nawet medycyna alternatywna okazała się bezradna. 17 listopada 1982 roku – pięć dni po walce – Koreańczyk został odłączony od aparatury podtrzymującej funkcje życiowe. Przed podjęciem tej decyzji matka pięściarza zgodziła się na to, by jego zdrowe organy trafiły do potrzebujących. W ten sposób Kim uratował przynajmniej dwie osoby.

Sądne dni boksu

Świat boksu zadrżał w posadach. Bob Arum – promotor gali, na której Mancini walczył z Kimem – sam wyszedł przed szereg i wezwał do chwilowego zawieszenia wszystkich walk. Może brzmi to trochę naiwnie, ale w jego wizji cała dyscyplina naprawdę miała się na chwilę zatrzymać, by wszystko raz jeszcze gruntownie przemyśleć. Arum domagał się przede wszystkim krótszych walk. Postulował też, by pięściarze zaczęli walczyć w ochraniaczach na głowę i w bardziej miękkich rękawicach.

Presja pojawiła się również ze strony Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego (AMA). W tygodniku wydawanym przez organizację pojawił się płomienny tekst, który wzywał do delegalizacji boksu. „To nieprzyzwoitość, której nie powinno uznawać żadne cywilizowane społeczeństwo” – napisano w artykule. O negatywnych stronach boksu właściwie nie trzeba było pisać – wystarczyło wtedy włączyć telewizor. Przez Stany Zjednoczone przetoczyła się wielka dyskusja o sensie boksowania.

Listopad 1982 roku w ogóle był fatalnym miesiącem dla całej dyscypliny. Dzień przed walką Manciniego z Kimem ciężko znokautowany został legendarny Arguello. Obrazki nieprzytomnej po walce legendy szokowały nawet ludzi o mocnych nerwach. Niecałe dwa tygodnie później Larry Holmes (40-0) – mistrz świata wagi ciężkiej – przez piętnaście rund obijał Randalla Cobba (20-2). Jednostronne widowisko zbulwersowało nawet komentującego walkę w telewizji Howarda Cosella, który publicznie zapowiedział, że jeśli nie zostanie przerwane, to on już nigdy nie skomentuje zawodowego pojedynku. Wszystko potrwało jednak do końca piętnastej rundy, a Cosell dotrzymał słowa.

Coś zaczęło się jednak dziać. Niedługo po śmierci Duka zmiany zapowiedziała federacja WBC, która jako pierwsza skróciła dystans mistrzowskich walk. Według najnowszych badań pięściarze najpoważniejsze obrażenia odnosili właśnie w końcowych rundach – gdy opuszczały ich już siły i nie potrafili się bronić tak jak na początku. Od 1983 roku o pasy tej federacji rywalizowano już na dystansie dwunastu rund. Kolejną nowością było liczenie na stojąco. To miało zapewnić sędziom możliwość wkroczenia do akcji, gdy jeden z zawodników potwornie obrywał, ale nie padał na deski – tak jak Duk Koo Kim w trzynastej rundzie walki z Mancinim.

Niedługo potem w ślad WBC poszły pozostałe federacje i pod koniec lat osiemdziesiątych mistrzowskie walki na dystansie piętnastu rund były już tylko wspomnieniem. Nie wszyscy jednak przyjęli tę decyzję ze zrozumieniem. Sam Mancini nazwał ją „farsą”, a wtórowali mu bokserscy puryści. Argumentowano, że w największych walkach najciekawsze rzeczy często działy się właśnie w ostatnich minutach, a ich wynik byłby zupełnie inny gdyby miały zakończyć się po dwunastu odsłonach.

Mancini wygrał walkę z Kimem, ale zdecydowanie nie czuł się wygrany. Telewizja CBS nie chciała mieć z nim już nic wspólnego. Wycofali się też sponsorzy. Sam pięściarz musiał na każdym kroku przekonywać, że walka nie zostawiła na nim śladu, ale było zupełnie inaczej. A przecież jeszcze dwie godziny po walce zachwycał się nim sam Frank Sinatra, który oglądał przebieg wydarzeń z pierwszego rzędu pod ringiem. Po wszystkim zaprosił nieświadomego rozmiaru tragedii Raya na swój koncert, który poprzedził przedstawieniem gościa. „Szanowni państwo, dzisiejszego popołudnia widziałem najlepszą walkę w moim życiu… Miło mi poinformować, że jest z nami Ray Mancini – nasz mistrz świata” – mówił Sinatra, gdy równolegle w szpitalu lekarze bezskutecznie walczyli o życie Kima.

Kolejne ofiary tragedii

Siedem miesięcy po tragicznym zakończeniu walki na świat przyszedł Jiwan Kim – syn Duka. O tym, co spotkało jego ojca, dowiedział się dopiero gdy był nastolatkiem. Matka długo ukrywała przed nim prawdę i przekonywała go, że ojciec cały czas jest na zagranicznym wyjeździe. O wszystkim opowiedziała mu dopiero wtedy, gdy zauważyła, że chłopak zaczyna interesować się boksem. Wtedy wymogła na nim obietnicę, że nigdy nie wejdzie do ringu. Jiwan nie upierał się i wybrał inny kierunek – dziś jest wziętym dentystą. Nigdy nie zdążył poznać nie tylko ojca, ale też babci. Matka boksera nigdy nie pogodziła się z utratą ukochanego potomka i bolesną wyprawą do USA. Dwa miesiące po jego śmierci wypiła butelkę z trucizną i również zmarła.

Nie była ostatnią ofiarą tej walki. Niecały rok po wydarzeniach w ringu nie żył także sędzia ringowy. Richard Greene był krytykowany przez niektórych za to, że nie przerwał coraz bardziej jednostronnego pojedynku. Tylko właściwie dlaczego miał to zrobić, skoro Koreańczyk cały czas stał na nogach i do końca odpowiadał na ciosy rywala? W bokserskim świecie nikt nie miał do niego pretensji i arbiter dalej bez przeszkód pracował w zawodzie. W lipcu 1983 roku został znaleziony martwy w hotelowym pokoju. Strzelił sobie w głowę, a wcześniej nie napisał listu pożegnalnego. Do dziś nie wiadomo, jaki wpływ na jego decyzję miała walka Manciniego z Kimem.

W jakimś sensie kolejną ofiarą tamtego dnia był także sam Amerykanin. Momentalnie odwrócili się od niego wszyscy, a on długo zastanawiał się nad tym, czy w ogóle dalej boksować. Przestał być cudownym dzieckiem Ameryki. Nie było dnia, by nie słyszał pytań o to, jak to jest zabić w ringu człowieka. „On zginął wtedy, a ja umierałem każdego dnia. (…) Szanowałem go i chciałem po prostu wygrać walkę. Nigdy nie chciałem, by stała mu się krzywda” – tłumaczył ze łzami w oczach. Bob Arum przyznał, że Mancini po tym wszystkim stracił ringowy pazur, a w jego wybuchowy boks wkradła się niepewność. Mimo to jeszcze dwukrotnie wygrywał w obronie pasa, ale po jego stracie już nigdy nie zdołał już wrócić na szczyt. Karierę zakończył serią pięciu porażek, ale odszedł z boksu w kwiecie wieku – zdrowy, w pełni sprawny i rozgoryczony. „Przed walką z Kimem sponsorzy walili drzwiami i oknami. Po niej wszystko się zmieniło. Teraz to rozumiem, ale wtedy byłem w szoku” – powiedział po latach.

Duk Koo Kim w Korei Południowej jest bohaterem. W 2002 roku powstał film oparty na jego życiorysie. Inspiruje jednak także Amerykanów – Mark Kozelek nagrał utwór, w którym wspomina tragiczne losy pięściarza. Piosenka trwa ponad 14 minut – na pamiątkę czternastu rund spędzonych przez Kima w ringu 13 listopada 1982 roku. W 2011 roku – podczas kręcenia filmu dokumentalnego na temat walki – Mancini po raz pierwszy spotkał się z synem rywala. Jiwan przyleciał do domu Amerykanina wraz z matką. Powiedział pięściarzowi w twarz, że jako nastolatek bardzo długo go nienawidził, ale po latach na całą sytuację patrzy już inaczej.

Ten jeden raz „Boom Boom” zrobił wyjątek i ze szczegółami opowiedział chłopakowi o wieczorze, w którym ścieżki jego i Duka na zawsze się przecięły. W innych okolicznościach Mancini unika tego tematu jak ognia. Gdy widzi w telewizji urywki walki, to w panice przełącza kanał lub w ogóle wyłącza telewizor. Gdy ktoś podchodzi do niego z prośbą, by dał autograf na plakacie reklamującym jego pojedynek z Kimem, to zawsze grzecznie odmawia podpisu. Na każde pytanie dotyczące tego wieczoru odpowiada tak samo: „no comment”. Ray Mancini może faktycznie powiedział na temat tej walki już wszystko, ale wciąż często wraca myślami do tamtego dnia. Bywa, że z rywalem spotyka się w innych okolicznościach. „Był taki okres, że śnił mi się niemal codziennie. Nie zawsze pamiętałem, co działo się w tych snach, ale jeden kojarzę szczególnie wyraźnie. Spotkaliśmy się w nim tuż po walce. Podaliśmy sobie ręce, padliśmy sobie w ramiona, a potem Kim odszedł w milczeniu. Nie padło ani jedno słowo”.

KACPER BARTOSIAK

 

KOMENTARZE (5)