Mamy (tymczasowego) mistrza świata! Krzysztof Głowacki wraca na tron
Inne sporty

Mamy (tymczasowego) mistrza świata! Krzysztof Głowacki wraca na tron

Druga edycja turnieju World Boxing Super Series. Czwarty, ostatni ćwierćfinał. Trzecia walka Polaka w historii WBSS – po Krzysztofie Włodarczyku i Mateuszu Masternaku – mająca być pierwszą zwycięską dla naszego kraju. W ringu Krzysztof Głowacki i Maksym Własow. Na szali tymczasowe mistrzostwo świata WBO. Nie trzeba nas było bardziej zachęcać, byśmy obejrzeli ten pojedynek.

Dla tych, którzy Rosjanina nie znają: na zawodowych ringach stoczył 44 pojedynki. Do dzisiejszej walki przegrał dwa z nich. Po raz ostatni w styczniu 2015 roku. Od tamtego czasu wygrał dwanaście kolejnych starć, wspinając się po kolejnych szczeblach klasyfikacji najlepszych pięściarzy wagi junior ciężkiej. Karierę zaczynał jednak 18 kilogramów poniżej jej limitu – w wadze średniej. Później przybrał na masie, ale utrzymał szybkość, którą imponował od samego początku. Zarówno nóg, jak i wyprowadzanych ciosów. To że dostał szansę na zdobycie mistrzostwa, nie było dziełem przypadku. Zasłużył sobie.

Przed Głowackim nie stało więc łatwe zadanie. Ale trudno oczekiwać, by w walce o pas dostał gościa, którego odprawić mógłby w trzy rundy. To tak nie działa… i dobrze. Bo jeśli chce się na mistrzostwo zasłużyć, to właśnie przez pokonanie kogoś, kto między linami ma już wyrobioną markę i opinię. Tak, jak zrobił to „Główka”, gdy zdobywał je po raz pierwszy, kładąc na deski Marco Hucka. Dziś dostał na to ponowną szansę. Bo mistrzostwo w teorii miało być „tymczasowe”, ale Ołeksandr Usyk – który zdobył je, pokonując… Krzysztofa Głowackiego – kilka godzin wcześniej stoczył ostatni pojedynek w tej kategorii wagowej. O ile wierzyć zapowiedziom Ukraińca.

Nam pozostało więc liczyć na jedno: że „Wehikuł czasu”, przy którym Polak wychodził do ringu, przeniesie nas do czasów, gdy „Główka” trzymał pas.

I pierwsze dwie rundy na pewno przybliżyły do tego naszego reprezentanta. Już w premierowej Własow zainkasował mocny cios, po którym zatańczył na nogach. Otrząsnął się jednak i nieco wycofał, chcąc wykorzystać zasięg swoich rąk. I w kolejnym starciu to on przeważał, kilkukrotnie trafiając „Główkę”. Taki stan utrzymywał się do ostatnich sekund, gdy Polak posłał rywala na deski. No dobra, w dużej mierze udało mu się to przez to, że Własow źle stanął, ale punkty to punkty i nie było co wybrzydzać, skoro wpadły na konto Polaka.

Kolejne starcia to już inna, znacznie bardziej wyrównana historia. Właściwie tylko jednego mogliśmy być pewni: że Krzysztof wygrywał, jeśli chodzi o doping na trybunach. Wiadomo, gala odbywała się w Chicago, można było więc liczyć, że nieco Polonii się zjawi. „Główka” nie jest jednak tak medialnym pięściarzem, jak wielu jego kolegów po fachu i pewne obawy pozostawały. Niepotrzebnie: fani naprawdę dali radę. Podobnie jak pięściarze w ringu, którzy okładali się naprawdę niemiłosiernie. Już po siódmej rundzie Własow ledwo żył – musiał oprzeć się o liny, zanim doszedł do narożnika.

I Głowacki chyba zdawał sobie z tego sprawę – kolejne starcie rozpoczął od natarcia przypominającego zmasowany atak szarańczy. Ciosy lądowały, gdzie tylko się dało. Później wszystko się wyrównało, ale to takie momenty zostają w głowach sędziów. Podobnie jak fantastyczny prawy pod koniec dziewiątej rundy. Swoją drogą obaj wyglądali po niej, jakby zaraz mieli zostać podłączeniu do tlenu. Nie dziwimy się jednak, bo całą walkę prowadzili na wielkiej intensywności i zainkasowali nie kilka, nie kilkanaście, a kilkadziesiąt naprawdę solidnych ciosów. Normalny człowiek nie byłby w stanie złapać oddechu po jednej takiej rundzie. Oni mieli ich stoczyć dwanaście.

Głowacki robił naprawdę wiele, by zakończyć tę walkę przed czasem. Nie było jednak łatwo, bo Własow rewanżował się podobnymi uderzeniami. Żaden z nich nie chciał też paść na deski – nie licząc sytuacji z trzeciej rundy, obaj twardo trzymali się na nogach, choć pod koniec wyglądali, jakby starli się nie z innym bokserem, a rozwścieczonym bykiem. Robert De Niro lubi to.

glowacki

Fot. Oficjalne konto WBO/Twitter

Swoją drogą, znacie zasady dynamiki Newtona? Chodzi nam o trzecią z nich. Każda akcja wywołuje reakcję. Tak wyglądał dziś Głowacki. Kiedy oberwał, nie cofał się, wręcz przeciwnie – robił krok do przodu i wyprowadzał ciosy. Tak, by sędziowie ani przez chwilę nie mogli być pewni postawienia na Rosjanina. Po takiej walce hasło „wojownik” w słowniku języka polskiego śmiało moglibyśmy zobrazować zdjęciem „Główki”. Zasłużył sobie.

Jeśli chodzi o dobór fotografii, to najlepsza byłaby ta, którą zrobiono chwilę po walce. Kiedy – po jednomyślnej decyzji sędziów (118-110, 117-110, 115-112) – na ramieniu Polaka położono tymczasowy pas mistrzowski. W takich chwilach możemy zrozumieć, że komentatorzy na chwilę zmienili tożsamość Głowackiego, nazywając go „Krzysztofem Włodarczykiem”. „Diablo” był zresztą obecny przy ringu, więc przesadnie daleko nie odbiegli. Swoją drogą, pokonanie Rosjanina w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, to chyba fajny sposób na jej uczczenie, prawda?

Co teraz? Mairis Briedis, który wcześniej – również na punkty – odprawił Noela Govera. Łotysz przegrał w swojej karierze tylko raz na 25 starć, ale jego obecna forma pozwala wierzyć, że „Główka” będzie w stanie dopisać mu na konto drugą porażkę i wskoczyć do finału turnieju.

I za to trzymamy kciuki.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (4)