Monaco istnieje tylko teoretycznie
Weszło

Monaco istnieje tylko teoretycznie

20 maja 2017 roku. Monaco odpadnięcie w półfinale Champions League odbija sobie triumfem w Ligue 1, ucierając tym samym nosa wszechbogatemu PSG. Klub z księstwa skończył ligowy sezon efektowną passą dwunastu kolejnych wygranych.

11 listopada 2018 roku. Monaco, przegrywając z PSG 0:4 u siebie, notuje szesnasty kolejny mecz bez zwycięstwa. Tymczasem paryżanie wciąż nie stracili w Ligue 1 punktu.

To nie był nawet mecz gołej dupy z batem, a jedenastu gołych dup z jedenastoma batami. Ani przez pół sekundy nie było wątpliwości, kto tutaj rozdaje karty, a kto przyszedł do kasyna w dziurawych butach, jednej skarpecie i z paroma miedziakami postawionymi na pechowy numer. Może byli tacy kibice na stadionie Ludwika II, którzy wierzyli, że na tego akurat rywala Monaco zmobilizuje się jak nigdy i wydarzy się cud; nic takiego nie miało miejsca, nie minął kwadrans, a już było 2:0 po dwóch trafieniach Cavaniego.

Później groźnie strzelał Diaby. Z minimalnego ofsajdu gola strzelił Draxler. Sam na sam wyszedł Mbappe. Benaglio mógł się sprawdzić przy potężnych strzałach z dystansu. 0:2 było najniższym wymiarem kary. Monaco stworzyło sobie może jedną groźną sytuację, ale Falcao spudłował z kilku metrów.

Defensywa Monaco była dzisiaj jednym wielkim żartem. Studium paniki, a także studium tego jak nie zakładać pułapek ofsajdowych. Ale jak miało być, skoro na boku grał choćby 17-letni Badiashile, który do tej pory zagrał w dorosłej piłce 90 minut? PSG bez trudu rozrywało defensywę gospodarzy, wystarczyło jedno podanie za plecy. Po jednym z takich Diaby wyszedł idealnie w tempo i dograł do Cavaniego, a temu nie pozostało nic innego, jak trafić z trzech metrów do siatki. 3:0.

Jakże wymowne: cały hat-trick Urugwajczyka to bramki w zasadzie DO PUSTAKA z najbliższej odległości. Aż do tego stopnia potrafili rozklepać defensywę Monaco.

4:0 to pewnie wykonany karny Neymara po faulu na Mbappe. Ten sam Mbappe wkrótce powinien załatwić drugą jedenastkę, bo skandalicznego faulu na Francuzie dopuścił się Jemerson. Były kumpel z drużyny w ogóle nie był zainteresowany piłką, tylko chamsko zaatakował od tyłu nogę mistrza świata. Jakim cudem sędziowie nie wskazali ani na wapno, ani nie wyrzucili Jemersona z boiska – nie wiemy. Mieli do dyspozycji VAR? Mieli. Ratował im tyłek raz, przy golu na 2:0, a także później, przy trafieniu Draxlera ze spalonego. W obu przypadkach uratował ich przez błędną decyzją, ale i tak nawet powtórki nie ustrzegły ich przed kompromitacją.

Mbappe wstał, otrzepał się i strzelił bramkę, choć z minimalnego spalonego – wymowne jednak, że nie manifestował radości z szacunku dla kibiców Monaco i czasu, który spędził ciesząc ich swą grą.

Gdyby PSG potrzebowało dziś wcisnąć dziesięć goli, zrobiłoby to bez trudu. Wieźli przeciwnika na drugim biegu, czarując sztuczkami technicznymi i oszczędzając siły. Na Monaco i tak wystarczyło z nawiązką, bo Monaco istnieje aktualnie tylko teoretycznie. Zaczyna intensywnie śmierdzieć spadkiem, bo ta drużyna jest totalnie rozstrojona, a Henry w niczym nie pokazał, że wie jak posprzątać tę stajnię Augiasza. Plaga kontuzji zbiera swoje żniwo – z kontuzjowanych dałoby się już zestawić niezły zespół, z Kamilem Glikiem na kapitanie. Dziś urazu nabawił się Chadli, a potem też zmiennik Chadliego, Mbouli.

I to jest chyba jedyny pozytyw: oni naprawdę są na dnie. Tu już nie może być gorzej, musi być choć odrobinę lepiej.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (3)