Denis Law, jednooki bandyta
Anglia

Denis Law, jednooki bandyta

Za dzieciaka Denis nie widział świata poza futbolem. Zmienił szkołę, gdy okazało się, że w tej, do której miał pierwotnie chodzić, obowiązkowym sportem nie jest piłka nożna, a rugby. Problem polegał na tym, że i świat, i piłkę widział w nieco inny sposób niż wszyscy. Miał zeza, więc gdy grał, zamykał jedno oko. „Nigdy nie widziałem chłopaka z mniejszymi szansami na zrobienie kariery w piłce”, wyznał później jego pierwszy menedżer.

Gdyby ktoś powiedział wtedy Andy’emu Beattie, że jego podopieczny zostanie przez kibiców ochrzczony wymownym „The King”, sięgnie po Złotą Piłkę, a także stworzy jeden z najbardziej przerażających ofensywnych tercetów w historii piłki nożnej, byłby narażony na prawdziwą salwę śmiechu. Do śmiechu nie było jednak obrońcom, których później przez wiele lat na angielskich, ale i włoskich boiskach nękał niesamowity Denis Law.

***

– Denis Law był moim bohaterem.
Sir Alex Ferguson

***

– Wśród wszystkich moich zawodników, najwybitniejszym był Law.
Sir Matt Busby

***

– Denis był jedynym Brytyjczykiem, który miał umiejętności, by grać w reprezentacji Brazylii.
Pele

***

Kiedy ktoś cię zaatakuje, oddaj. Inaczej będzie wiedział, że może tobą pomiatać.

Kto wie, czy tych kilka słów, jakie Denis usłyszał w młodości od swojej matki, nie było najważniejszą radą, jakiej ktokolwiek kiedykolwiek mu udzielił. Za dzieciaka nie jadł bowiem dość kaszy, owsianki, czy czegokolwiek, od czego podobno się rośnie i nie wyrósł na wielkiego chłopa. 175 centymetrów wzrostu nie mogło budzić respektu wśród niemal dwumetrowych obrońców, z jakimi ścierał się tydzień w tydzień. Na takich jak on każdy miał magazynek naładowany skrobnięciami, wślizgami, wejściami barkiem i łokciem.

Rzecz w tym, że Lawa niespecjalnie to ruszało.

***

– Grałem lepiej nic nie wiedząc o rywalu. Dużo bardziej wolałem, gdy menedżer przeprowadzał z nami rozmowę o przeciwniku w piątek, bo do soboty zdążyłem to wszystko zapomnieć. Że ten zawodnik atakuje najostrzej w lidze, tamten połamie mi nogi i tym podobne. Po co mam o tym myśleć?
Denis Law

***

– Nigdy nie zapomnę, jak walczyliśmy o dośrodkowanie w meczu na Elland Road. Chciałem wykopać piłkę wolejem, gdy nagle Denis wyskoczył do niej i skierował ją głową do siatki. Zamiast piłki kopnąłem go prosto w twarz, oczywiście nie celowo. W każdym razie pamiętam, jak Denis leżał na plecach, wszędzie było pełno krwi płynącej z jego nosa i ust. Stanąłem nad nim i pomogłem mu się podnieść. Wstał, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i spytał: „I co wielkoludzie, strzeliłem?” – opowiadał Jack Charlton, były obrońca Leeds United, mistrz świata z 1966 roku.

081210PYK133

Johnny Giles z kolei stwierdził kiedyś, że gdybyś miał ruszyć gdzieś, gdzie wiedziałby, że będzie bardzo ciężko – do Argentyny albo za Żelazną Kurtynę – i grać tam mecz o swoje życie, nie mógłby jako napastnika do swojego zespołu wybrać nikogo innego, jak tylko Lawa. I to mimo że w tym samym czasie niesamowite rekordy strzeleckie w Anglii ustanawiał Jimmy Greaves. Bo Law poza tym, że był naturalnym strzelcem (237 goli w 404 meczach dla Manchesteru United), był też niesamowitym walczakiem. Kilka obejrzanych przez niego czerwonych kartek jest tego najlepszym dowodem, choć niektórzy mieli na ich temat swoją teorię. Law kolekcjonował bowiem wykluczenia w okresie przedświątecznym.

– Za pierwszą czerwoną kartkę byłem zawieszony na cztery tygodnie, akurat na okres świąteczno-noworoczny, mogłem więc wrócić do rodzinnego Aberdeen i spędzić ten czas z rodziną. Rok później znów dostałem czerwoną kartkę przed świętami i raz jeszcze Boże Narodzenie i Nowy Rok spędziłem w domu zamiast z drużyną. Sędziowie musieli dojść do wniosku, że mi się to podoba, bo rok później… znów wyrzucili mnie z boiska. Tym razem związek zawiesił mnie aż na sześć tygodni! – wspominał Law w wywiadzie z serii Sporting Heroes, w którym odpowiadał na pytania byłego selekcjonera reprezentacji Anglii Grahama Taylora. Kolejnej osoby, która stwierdziła, że jej piłkarskim bohaterem był właśnie Law.

Oprócz słów mamy, które Law na piłkarskim boisku wcielał w życie za każdym razem, kiedy tylko piłka była w grze, braku respektu do największych rywali nauczył go też Bill Shankly, jego menedżer w drugoligowym Huddersfield. Późniejszy architekt największych sukcesów Liverpoolu w XX wieku jak mało kto potrafił bowiem przekonać swoich zawodników, że na całym świecie nie mają sobie równych, a rywale to banda pokrak.

– Shankly sprawiał, że najgorszy zespół na świecie czuł się najlepszy. Pamiętam, jak przed meczem z Liverpoolem mówił, że to gówniany zespół. Wygraliśmy 5:0, a kilka tygodni później Shankly był już menedżerem Liverpoolu. W jednym z pierwszych wywiadów rozpływał się już w zachwytach nad swoją drużyną, którą parę tygodni wcześniej przed meczem nazwał gównianą – wyznał po latach legendarny szkocki napastnik.

Naturalnym wydawało się, że zmieniając Huddersfield na Liverpool, Shankly pociągnie niesamowicie zapowiadającego się Lawa za sobą. Wtedy jednak każdy liczący się menedżer w Anglii miał już zapisane to nazwisko w notesie, przez co Huddersfield podyktowało cenę, jakiej „The Reds” – w tamtym czasie również grający w Second Division – nie byli w stanie zapłacić.

Żądane 55 tysięcy funtów (a więc tylko o dziesięć tysięcy mniej niż ówczesny rekord transferowy na wyspach) wyłożył Manchester City, któremu jednak Law najwięcej uciechy przyniósł niemal czternaście lat później. Już jako „Król” Old Trafford.

Strzelał bowiem gole w finale FA Cup, zdobywał koronę króla strzelców Pucharu Europy, łącznie ponad trzysta razy trafiał do siatki dla United. I jak na złość gola, o którego zawsze pytany jest w pierwszej kolejności i którego kibice kojarzą z jego nazwiskiem jako pierwszego, strzelił przeciwko zespołowi z Old Trafford.

Gola, który „zrzucił” Manchester United do drugiej ligi.

Swojego ostatniego gola.

Denis Law nie rozegrał już później choćby jednego ligowego spotkania. Wystąpił jeszcze w dwóch meczach Texaco Cup, towarzyskiego turnieju przed kolejnym sezonem, i zakończył karierę.

– Byłem załamany. Po dziewiętnastu latach, kiedy robiłem wszystko, co mogłem, by strzelać bramki, nadeszła ta, której nie chciałem zdobyć. Pytacie, jak długo nie dawało mi to spokoju? A ile czasu minęło od tamtego meczu? Trzydzieści kilka lat? No to dokładnie tyle – mówił w 2012 roku w rozmowie z Daily Mail.

Nie pomogła nawet świadomość, że tak naprawdę gdyby Law wtedy nie trafił, gdyby wykopał piłkę w trybuny, nic by to nie zmieniło. Zwycięstwo Birmingham City kilka godzin później oznaczało, że nawet wygrana United nie uchroniłaby przed spadkim klubu, gdzie spędził jedenaście długich lat. I których pamiątkę zobaczy każdy, kto kiedykolwiek zawędruje pod Old Trafford.

Manchester United - FC Liverpool

Odlany z brązu Law stoi bowiem z ręką uniesioną w górę w charakterystycznym geście triumfu pomiędzy Bobbym Charltonem i Georgem Bestem – swoimi dwoma niesamowitymi kompanami z tamtych czasów. Trudno bowiem wśród najznakomitszych ofensywnych tercetów w dziejach piłki nożnej nie wymieniać tego, w którego skład weszli trzej zdobywcy Złotej Piłki. Law w 1964, Charlton w 1966 i wreszcie Best w 1968.

Law niejako połączył ich dwóch. Zupełnie jak na tym pomniku.

Dla starszego o trzy lata Bobby’ego Charltona, wychowanka Manchesteru United, przyjście Szkota z Torino w 1962 roku – za rekordową jak na angielskie warunki kwotę 115 tysięcy funtów – było czytelnym sygnałem, że wciąż próbujący się pozbierać po katastrofie w Monachium klub odzyskuje blask. – Byłem zachwycony, że Matt Busby dokonał wzmocnienia o tak ogromnej jakości. To było coś kompletnie wbrew przekonaniu, że United nigdy już nie będą tak doskonali i ekscytujący, jak w latach przed Monachium. Zupełnie jakby ktoś na nowo wyczarował aurę tamtego, starego United jednym właściwym ruchem.

George Best z kolei był zapatrzony w Lawa jak w obrazek, mówił swego czasu, że gra u jego boku „była jak marzenie”. Ale musiał zapracować na uznanie w jego oczach. Początkowo Irlandczyk z Północy bał się w ogóle odezwać w towarzystwie starszego kolegi, dopiero dorastał do tego, by móc rozmawiać ze Szkotem jak równy z równym. Law zaś pytając młodszego o sześć lat Besta jak się ma, regularnie do pytania dokładał pstryknięcie w ucho.

Zrzut ekranu 2018-11-8 o 15.14.35

Jak potężny był atak złożony z Anglika, Szkota i Irlandczyka z Północy? Podobno gdy Bill Shankly przeprowadzał w Liverpoolu przedmeczową odprawę przed meczem z Manchesterem United i jak zawsze mieszał rywali z błotem, o tych trzech nie mówił wcale. Gdy zwrócił mu na to uwagę kapitan, Emlyn Hughes, Shankly odparł „Boże, Emlyn, obawiasz się, że nie pokonasz drużyny, w której gra trzech zawodników?!”. Później przyznał jednak: „Gdy graliśmy z United, nigdy nie wspominałem Besta, Lawa ani Charltona. Gdybym to zrobił, wystraszyłbym swój zespół na śmierć”.

Co było największą siłą tamtego tercetu? Zdaniem Lawa to, że nigdy nie zdarzało się, by wszyscy byli jednocześnie w słabej formie. Gdy on miał gorszy dzień, robotę robili Best z Charltonem, gdy któryś z kolegów „nie dojeżdżał”, potrafił wziąć zespół na barki i w pojedynkę ponieść do zwycięstwa. We wspomnianym wywiadzie z serii „Sporting Heroes” stwierdził, że tak naprawdę żaden z nich nie ustępował dzisiejszym supergwiazdom pod względem umiejętności, a jedyną różnicą sprawiającą, że gwiazdy z jego lat nie wyglądają tak efektownie są… murawy.

– Kiedyś w Anglii jedyną równą, idealnie zadbaną murawą była ta na Wembley. Dziś każdy klub gra wszystkie mecze na trawie tak doskonałej – lub lepszej – niż wtedy tylko tam.

Wembley było zresztą miejscem, w którym zaczęło się dla Lawa to, co kochał w futbolu najbardziej. Zwyciężanie na oczach milionów ludzi.

W tamtych czasach finał FA Cup był bowiem jedynym spotkaniem transmitowanym w krajowej telewizji, a rozgrywki Pucharu Anglii były wciąż jednymi z najbardziej prestiżowych na świecie. – Nieważne, czy w finale grał twój zespół, czy może dwaj najwięksi rywale twojego klubu, oglądało się wszystko, począwszy od pasma przedmeczowego, przez samo spotkanie, aż do koronacji zwycięzców – wspominał.

W 1963 roku Manchester United praktycznie do ostatniej, 42. kolejki sezonu First Division bronił się przed spadkiem. Już z Charltonem, Lawem, ale też choćby z Davidem Herdem, Johnnym Gillesem, Nobbym Stilesem, Billem Foulksem i ogólnie naprawdę konkretną paką. Był to jednak sezon, w którym rozgrywki piłkarskie na wyspach zostały kompletnie sparaliżowane przez pogodę. Nadeszła jedna z najcięższych zim XX wieku, płyty boisk pozamarzały i nie było sposobu, by w takich warunkach normalnie rywalizować. I o ile United już przed dziesięciotygodniową przerwą nie wygrywali meczu za meczem, to po powrocie do grania kompletnie nie potrafili przebudzić się z zimowego snu. Z jedenastu meczów wygrali zaledwie jeden. W czterech z nich nie byli w stanie zdobyć choćby jednego gola.

Zrzut ekranu 2018-11-11 o 10.12.59

Podopiecznym Matta Busby’ego udało się jednak odbić to sobie w rozgrywkach FA Cup, gdzie pokonywali rywali, których nie potrafili ograć w lidze. Finał z czwartym w lidze Leicester City (United skończyli na 19. miejscu) mającym w bramce niesamowitego Gordona Banksa miał być jednak ponad siły „Czerwonych Diabłów”.

Ale, jak już wiecie, Denis Law nie raz w swoim życiu startował z przegranej pozycji. Przecież gdy trafiał do Huddersfield, miał zeza. Ze wstydu – ale i dlatego, że tak widział lepiej – grał z jednym okiem zamkniętym. Menedżer Andy Beattie stwierdził, że nie pamięta chłopaka, który dawałby swoją prezencją mniej przesłanek by wierzyć, że osiągnie cokolwiek w brutalnym świecie angielskiej piłki. Dopiero on wysłał go na operację oczu, która sprawiła, że zaczął widzieć normalnie i dała mu niesamowity zastrzyk pewności siebie przy każdym kolejnym wyzwaniu.

Wliczając, co jasne, to czekające na niego w finale FA Cup. Law zagrał bowiem prawdziwy koncert bez choćby jednej fałszywej nuty.

– Nigdy nie zapomnę jego występu przeciwko mojemu Leicester w finale z 1963 roku. To był jeden z najlepszych indywidualnych występów napastnika, jakie Wembley kiedykolwiek widziało. To on zainspirował United do wygranej 3:1 – wspominał po latach Banks. Szkot strzelił jednego gola, a mógł spokojnie zapisać na swoim koncie dwa kolejne. Jeden jego strzał po minięciu Banksa z linii wybił obrońca Leeds, inny zakończył swoją drogę do celu na słupku. Tamto spotkanie z trybun oglądał między innymi zachwycony Lawem George Best.

Podniesienie prestiżowego trofeum natchnęło United i nie będzie przesadą stwierdzenie, że stało się kamieniem węgielnym wszystkich triumfów kolejnych lat, na czele ze zdobyciem Pucharu Europy równo dekadę po katastrofie lotniczej w Monachium. Choć akurat w nim miał najmniejszy udział, a wygrał jeszcze dwa razy ligę angielską i dwa razy Tarczę Wspólnoty. Finał European Cup Law opuścił bowiem z powodu kontuzji, a jedyne dwa gole w drodze na Wembley strzelił w pierwszym spotkaniu pierwszej rundy z maltańskim Hibernians. W decydującym meczu doskonale spisał się jego zmiennik, 20-letni John Aston, który jednak nigdy nie miał szansy by na dobre przebić się przez mur pomiędzy zawodnikami rezerwowymi a ofensywą pierwszej drużyny postawiony przez Lawa, Charltona i Besta.

Czy można się dziwić, skoro mówimy o trzech spośród sześciu najlepszych strzelców w całej historii Manchesteru United?

Zrzut ekranu 2018-11-11 o 09.23.43Źródło: Statista.com

Kto wie, jak wiele z tych 237 trafień dla United było efektem roku spędzonego w najlepszej szkole (prze)życia dla napastników, jaką niewątpliwie była wtedy Serie A?

We Włoszech na przełomie lat 50. i 60. nastąpił bowiem mały boom na brytyjskich piłkarzy. John Charles zachwycał w Juventusie, Tony Marchi regularnie grał przez dwa lata w pierwszym składzie Vicenzy i Torino, AC Milan ściągnął do siebie Jimmy’ego Greavesa, Inter  Mediolan Gerry’ego Hitchensa z Aston Villi, a Torino Joe Bakera z Hibernian. Dwa ostatnie zespoły bardzo chciały mieć u siebie także Lawa. Szkot ostatecznie podpisał umowę z… oboma.

Pólwysep Apeniński był wtedy dla piłkarzy prawdziwą ziemią obiecaną. Gdy w Anglii dopiero zniesiono ograniczenia płacowe (maksymalnie 20 funtów tygodniówki), w Italii płacono równowartość 100 funtów za remis, o podstawie wynagrodzenia i premii za wygraną nie wspominając. Pod koniec poprzedniej dekady włoskie zespoły dwukrotnie awansowały do finału Pucharu Europy, co żadnej ekipie z wysp nie udało się aż do 1967 roku i zwycięstwa w całych rozgrywkach Celtiku.

Pierwszy do Lawa zgłosił się na kilka tygodni przed końcem sezonu 1960/61 przedstawiciel Interu. Z ofertą nie do odrzucenia prosto od Helenio Herrery, której Szkot – jak łatwo się domyślić – nie odrzucił. A jednak nigdy nie założył koszulki „Nerazzurri”. Do akcji wkroczył bowiem Gigi Peronace, który poza naprawdę konkretną podwyżką mógł w klubie z Turynu zapewnić Szkotowi towarzystwo. Wcześniej namówił bowiem na przenosiny wspomnianego Joe Bakera.

I tym razem Law złożył autograf na przygotowanych papierach. Po raz drugi bez wiedzy jego ówczesnego pracodawcy, Manchesteru City. Mediolańczycy się wściekli, „The Citizens” ostatecznie dogadali się z turyńczykami na 115 tysięcy funtów. Jak wielkie były to pieniądze niech świadczy sam fakt, że Inter w tym samym okienku sięgnął po Luisa Suareza Miramontesa, najlepszego piłkarza na świecie, zdobywcę Złotej Piłki, ustanawiając światowy rekord transferowy na poziomie około 146 tysięcy funtów.

***

– We Włoszech wszystko było fantastyczne. Pogoda, jedzenie, ludzie, kobiety, wino. Wszystko, poza futbolem.
Denis Law

***

Serie A okazała się być znacznie trudniejsza niż Szkot sobie wyobrażał. Zahartowani w realiach brytyjskiej piłki, gdzie bynajmniej nie ścierali się z ułomkami, Baker i Law byli przerażeni. – Byliśmy odizolowani. Atakowani z każdej strony, i to atakowani brutalnie. W pierwszym meczu dostałem czerwoną kartkę, Denisowi rywal rozerwał koszulkę. Po spotkaniu spytał mnie: „stary, co my tu, do cholery, robimy?!” – wspominał Baker. – Każdy mecz wyglądał tak samo, ośmiu gości broniło, dwóch atakowało i ścierało się z tą ósemką – dodał Law.

9cc2bdd349fb0dbb9736864c928d970a

I choć brzmi to jak zapowiedź opowieści o kompletnie nieudanym romansie z włoską piłką, bynajmniej tak nie jest. To bowiem nie wielki Luis Suarez, a właśnie Szkot został wybrany piłkarzem sezonu w swoim jedynym roku poza Wielką Brytanią. Law się po prostu przystosował. Nauczył się jeszcze skuteczniej walczyć o swoje. Gdy w meczu ze SPAL dwóch rywali podążało za nim krok w krok, zostawiając kolejne stemple na nogach Brytyjczyka, ten wreszcie wyczuł moment, gdy sędzia odwrócił wzrok i odwinął się jednemu soczystym uderzeniem pięścią. Po meczu wściekli kibice gonili go aż do tunelu.

Jasnym było jednak, że we Włoszech długo miejsca nie zagrzeje. Oliwy do ognia on i Baker dolali jeszcze, gdy po wspólnej kolacji Joe spowodował wypadek samochodowy wjeżdżając na rondo – zgodnie ze starymi nawykami – pod prąd. Baker spędził dwa miesiące w szpitalu, a media przedstawiły zdarzenie jako rezultat „pijackiej orgii” dwóch Brytyjczyków. Byłemu graczowi Hibernian nie pomogło z pewnością wcześniejsze zajście z jednym z paparazzich, którego walnął w twarz, gdy ten robił mu zdjęcie.

Po Lawa zgłosił się latem Juventus – Torino nawet ogłosiło zaakceptowanie oferty największego rywala – a prezydent klubu Umberto Agnelli próbował Szkota skusić złotym zegarkiem. Ten jednak chciał uciekać z Włoch. Spakował się i ruszył do Aberdeen, by spotkać się z Mattem Busbym, który zdążył już przekonać władze klubu, że pobicie brytyjskiego rekordu transferowego i zapłacenie Torino 115 tysięcy funtów będzie najlepszą możliwą inwestycją.

Faktycznie było.

Reszta? Reszta jest historią.

Law stał się – i wciąż jest – dla kibiców Manchesteru United postacią absolutnie kultową. Choć przecież, jak wiadomo, piłkarscy fani raczej nie należą do ludzi, którym szybkie przebaczenie przychodzi z łatwością. Zadane im rany zabliźniają się latami, dekadami, często pozostają otwarte aż do grobowej deski. Podpisanie kontraktu z rywalem zza miedzy? Zdobycie w jego barwach bramki przesądzającej twój spadek? Nie, tego się nie wybacza.

No, chyba że „Królowi”. 

SZYMON PODSTUFKA

Fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)