Comeback? Nie tym razem, Jose
Anglia

Comeback? Nie tym razem, Jose

„Uwaga, Manchester United potrafi odrabiać straty”. Bylibyśmy bardzo zdziwieni, gdyby to zdanie nie padło zarówno podczas przedmeczowych odpraw, jak i już w przerwie dzisiejszych derbów Manchesteru. Uczulanie na tę właśnie umiejętność rywali i się przydało, i sprawdziło.

Czerwone Diabły wygrały bowiem dwa poprzednie spotkania, w których to rywale wychodzili na prowadzenie, a przecież w minionym sezonie doszły od 0:2 na 3:2 w starciu z Manchesterem City. Ekipa Jose Mourinho zrobiła jeden krok w kierunku comebacku przy wyniku 2:0, ale na wystawioną do przodu stopę piłkarze The Citizens nadepnęli z dużym zdecydowaniem.

Jose Mourinho mówił przed meczem z rywalem zza miedzy, że chciałby, by jego drużyna wreszcie nie goniła, tylko strzeliła gola jako pierwsza. Nie udało się to tydzień temu z Bournemouth, nie udało się w środku tygodnia przeciwko Juventusowi. Nie wyszło i dziś, bo obrona Czerwonych Diabłów kompletnie rozjechała się przy wrzutce z lewej strony adresowanej do znakomitego dziś Bernardo Silvy wbiegającego na długi słupek. Nikt zagrania nie przeciął, nikt też Portugalczyka nie upilnował (ciała dał Luke Shaw), więc ten mógł zgrać wzdłuż bramki do Davida Silvy, by ten spokojnie skierował piłkę do siatki z kilku metrów.

Ale, no właśnie, jego ekipa jak żadna inna w ostatnich dniach, miała prawo nie łamać się przy wyniku 0:1. Gorzej, że po przerwie zrobiło się szybko 0:2, gdy dwójkową akcję z Riyadem Mahrezem wykończył potężnym strzałem pod ladę z ostrego kąta Sergio Aguero. Davidowi De Gei nie można było nic zarzucić w kwestii ustawienia, dostał po prostu taką rakietę, że piłka mało nie rozerwała siatki.

Do tamtego momentu United w zasadzie nie stworzyli zagrożenia pod bramką Edersona. Jedyna warta odnotowania sytuacja, to główka Smallinga w polu karnym City, która i tak nie okazała się celna. Trafnie podsumował to na Twitterze Michael Cox, twórca portalu zonalmarking.net. „United nie zaoferowali nic z otwartej gry”.

Jose Mourinho ostatnio wsławił się jednak tym, że potrafi zmieniać oblicze meczu trafnymi decyzjami odnośnie zmian. Choć chyba nawet on nie mógł się spodziewać tak natychmiastowego efektu. Lukaku za Lingarda wpuścił w 57. minucie, w 58. Belg po raz pierwszy dotknął piłki. Od razu popychając ją do boku tak, że wychodzący do niego Ederson trafił ręką nie w piłkę, a w nogę napastnika. Z zamianą karnego na gola nie miał problemów Martial.

Wydawało się, że druga spóźniona interwencja Edersona w drugim kolejnym ligowym meczu może odmienić jego losy. Na moment mecz wymknął się The Citizens spod kontroli. Zupełnie jakby w głowach piłkarzy wykiełkowała i wystrzeliła w górę zasiana tam w ostatnich dniach myśl, że przecież United potrafią gonić wynik nawet mając niewiele czasu. Tutaj podopieczni Mourinho mieli ponad pół godziny.

Ale nic podobnego, jak w spotkaniach z Bournemouth czy Juventusem się nie wydarzyło. City od tych dwóch ekip odróżniło bowiem to, że wyrwane z rąk lejce potrafiło raz jeszcze chwycić. Nie chodziło nawet o stwarzanie sobie sytuacji, ale o nieskończenie długie wymiany podań, które frustrowały zawodników z Old Trafford i nie pozwalały nawet spróbować dokręcić śruby.

Jedna z takich wymian skończyła się trzecim golem City. I nie sposób nie odnieść wrażenia, że po -nastym zagraniu do wolnego zawodnika gracze United nieco poluźnili pressing, pozwalając Gundoganowi na podbiegnięcie z piłką pod pole karne i rozegranie jej ze Sterlingiem. Ten podał na skrzydło do Bernardo Silvy, który wrzucił idealnie pomiędzy obronę United a Davida De Geę, gdzie wbiegł wyłącznie odpowiedzialny za napędzenie akcji Niemiec. Pomylić się nie mógł – i się nie pomylił.

City udało się więc przerwać niekorzystną serię bez wygranej u siebie w derbach, trwającą już od ponad czterech lat i – wobec remisów Chelsea i Arsenalu – odjechać tym rywalom o kolejne dwa „oczka”.

Manchester City – Manchester United 3:1
D. Silva 12’, Aguero 48’, Gundogan 86’ – Martial 58’ (k.)

***

Zgodnie z przewidywaniami żadnego problemu z pokonaniem Fulham nie miał Liverpool. Opór zawodników Slavisy Jokanovicia skończył się tak naprawdę w chwili, w której Mohamed Salah zdobył bramkę na 1:0. Ten gol pokazał też raz jeszcze jedną z największych bolączek beniaminka szorującego dno tabeli Premier League. Chwilę wcześniej nieuznany został bowiem gol Aleksandara Mitrovicia i tak jak w Championship związana z tym chwila konsternacji mogłaby ujść płazem, to w Premier League na coś podobnego pozwolić sobie nie można. Dwanaście sekund po gwizdku Salah umieszczał już bowiem piłkę w siatce. Nikt nie czekał, aż gracze Jokanovicia przegrupują szyki, nikt nie robi tego dla nich w zasadzie od początku sezonu.

Gdy futbolówka znalazła się już w siatce, z gości zeszło całe powietrze. W starciu z tak potężnym faworytem nikt nie miałby do graczy Fulham pretensji, gdyby poszli na całość i próbowali stworzyć fajne widowisko. Oni zaś zwiesili głowy, w drugiej części meczu nie oddali nawet jednego celnego strzały, w ogóle próbując tylko dwukrotnie. Zniechęcenie wykorzystał jeszcze Shaqiri i tak naprawdę jeśli kogoś dziś nam żal, to… piłkarzy Liverpoolu, którzy nie pokarali rywali za ich rezygnację po mniej niż trzech kwadransach jeszcze boleśniej.

Liverpool – Fulham 2:0
Salah 41′, Shaqiri 53′

***

Cisnęła, cisnęła i nie wcisnęła. Oczywiście mowa o londyńskiej Chelsea. I z każdą minutą jej meczu z Evertonem można się było temu coraz bardziej dziwić. Jeszcze na początku spotkania The Toffees mądrze zamykali środek pola, odcinali od gry Jorginho, a środkowi obrońcy – Keane i Mina – spisywali się bardzo poprawnie w destrukcji. Im dalej w las, tym bardziej to wszystko, co spajało Everton, zaczynało się rozjeżdżać. A to Mina nie nadążył za Moratą i ratował się faulem w polu karnym – na jego szczęście niezauważonym przez sędziego. A to pomocnicy coraz mniej agresywnie doskakiwali do rozgrywających The Blues. A to Chelsea znajdowała wolne korytarze na skrzydłach.

A jednak cały czas brakowało czegoś, co pozwoliłoby ucieszyć kibiców na Stamford Bridge. Ogromny udział w przyniesieniu im zawodu miał przede wszystkim Jordan Pickford, który wyrobił dziś 200% normy. Wybronił przede wszystkim piekielnie groźny wolej Marcosa Alonso po rzucie wolnym Williana, sytuacyjne uderzenie Alvaro Moraty tuż po wznowieniu drugiej połowy, jak i bombę z dystansu Edena Hazarda. A gdy już Pickforda udawało się pokonać, to ze spalonego. Gdy zafunkcjonowała kooperacja tak skuteczna w sezonie 2017/18 – Azpilicueta ze skrzydła, Morata z wykończeniem. 

Everton odgryzał się doprawdy sporadycznie i trzeba powiedzieć, że zdecydowanie zdobył punkt, a nie stracił dwa w dzisiejszym spotkaniu. Gdyby nie garść sytuacji w pierwszej połowie – jak niecelny strzał Bernarda sprzed pola karnego – nie byłoby w ogóle o czym mówić, jeśli chodzi o ofensywę The Toffees. Pozytywem jest jednak z pewnością fakt, że na tak trudnym terenie udało się zanotować pierwsze czyste konto od końcówki kwietnia.

Chelsea – Everton 0:0

***

Punkty zgubił też Arsenal, który – podobnie jak The Blues – bardzo długo ładował głową w twardy, zwarty mur. Najlepsze sytuacje piłkarzom Kanonierów udało się wykreować dopiero w drugiej części drugiej połowy, co doskonale świadczy o defensywie Wilków. Ostatnio już przecież nie tak skutecznej, jak na początku rozgrywek. To właśnie chwil kilka po przerwie minimalnie ponad bramką uderzył Hector Bellerin, by niedługo później dograć do Aubameyanga, który nie wcelował do siatki, a tylko w słupek.

Wybawieniem, antidotum na bramkę Cavaleiro po fatalnym błędzie Xhaki w środku pola (przepuszczona piłka do nikogo), okazała się dopiero akcja rezerwowych – Ramseya i Mkhitaryana. Walijczyk po krótko rozegranym rożnym zagrał do Ormianina będącego w okolicy narożnika pola karnego, a ten spróbował dośrodkować dochodzącą piłkę, która tak zakręciła, że bez kontaktu z kimkolwiek w szesnastce wkręciła się do siatki.

Arsenal – Wolverhampton 1:1
Mkhitaryan 86′ – Cavaleiro 13′

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)