Pięć lat w lepszej lidze, a polskie kluby i tak się wahały. Niemiłe uczucie
Weszło Extra

Pięć lat w lepszej lidze, a polskie kluby i tak się wahały. Niemiłe uczucie

Jednym z mocniejszych akcentów ostatniego okienka transferowego w wykonaniu Cracovii było ściągnięcie Janusza Gola. Od czerwca – wolnego zawodnika, po tym jak Amkar Perm ogłosił upadłość. Nowy pomocnik od razu otrzymał ogromne zaufanie od trenera Probierza, udokumentowane opaską kapitańską. Wszyscy oczekują, że będzie on nowym liderem zespołu. Liderem pokroju Krzysztofa Piątka. Gol opowiedział nam o samym pięcioletnim pobycie w Rosji, nieustannych problemach finansowych Amkara i całej sadze transferowej z jego udziałem, która zdawała się nie mieć końca. 

Nie wydaje ci się, że teraz powinieneś grać w nieco lepszym klubie? 

Trafiłem do dobrego klubu z dużymi tradycjami. Od Cracovii dostałem dwie oferty, drugą z nich pod koniec okienka i postanowiłem ją przyjąć. Nie bałem się ryzyka. Wiedziałem, w jakim miejscu są „Pasy”. Teraz mam plan, żeby podnieść ten zespół za wszelką cenę.

Za tobą pięć niezłych lat w Amkarze, wcześniej dobry okres w Legii, za chwilę kończysz 33 lata, ale wydaje się, że powinieneś wylądować w lepszym zespole. 

Podobny plan miałem wyjeżdżając do Rosji. Szybka aklimatyzacja, wskoczenie na najwyższe obroty i za sezon, ewentualnie dwa, ponowny transfer, ale tym razem do mocniejszej rosyjskiej drużyny. Takiej z topu. Czas pokazał, że nie było mi to dane. Zapewne zabrakło występów w reprezentacji. Nie od dziś wiadomo, iż są one w pewnym sensie trampoliną do jeszcze większej piłki. Tym razem jednak przejście do zespołów w Polsce teoretycznie mocniejszych była znikoma, nikt nie wykazywał większego zainteresowania. Trener Probierz z profesorem Filipiakiem wstrzelili się z ofertą idealnie, a ja sam również miałem wrażenie, że Cracovia będzie dla mnie w danym momencie dobrym rozwiązaniem. Byli w kryzysie, a ja z kryzysów notorycznie wychodziłem przez ostatnie trzy lata w Amkarze. Podjąłem wyzwanie. Wychodzę z założenia, że wszystko ma swój powód, więc nie nurtują mnie myśli o możliwości transferu do większych klubów.

Kto z Polski był jeszcze tobą zainteresowany? 

Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec. Były również inne kluby, ale musiałbym czekać, aż w jakiejś drużynie zwolni się dla mnie miejsce. Po pięciu latach gry w lepszej lidze, w polskich zespołach mieli wątpliwości co do mojej przydatności? Dość nieprzyjemne uczucie. Przewinęło się również zainteresowanie z Rosji, ale nie były one na tyle korzystne finansowo, abym ponownie wyjeżdżał z kraju. Mam trzyletnią córeczkę, więc na nią też trzeba zwrócić uwagę.

Co nie wyszło z Wisłą? 

To była moja pierwsza oferta z Polski. Wówczas bardzo chciał mnie Maciej Stolarczyk, wielokrotnie mi to zresztą powtarzał, ale ja czekałem.

Na co? 

Na jeszcze lepsze oferty z Rosji. Jednak w pewnym momencie Wisła skreśliła mnie z potencjalnej listy nowych zawodników, nie potrzebowali środkowego pomocnika, a napastnika, więc naturalnie moja kandydatura odpadała. Koniec tematu.

A podczas pobytu w Rosji, nie miałeś propozycji z Zachodu?

Z Zachodu nie, też raczej na to specjalnie nie liczyłem. Zdecydowanie wolałbym ofertę z mocniejszego klubu na rynku wschodnim, dokładniej chodzi mi tu naturalnie o Rosję. Otworzono mi drzwi do kilku zespołów na podobnym poziomie sportowym co Amkar, ale nie interesowało mnie to. W Permie miałem wyrobioną markę, tam musiałbym zaczynać od zera. Dlatego zostałem w swoim starym klubie, następnie podpisałem drugi i trzeci kontrakt. Co prawda, na sam koniec okazało się to złą decyzją, z uwagi na brak finansów. A teraz – o Amkarze można mówić wyłącznie w czasie przeszłym.

Przychodząc do Rosji, wszyscy wiedzieli, kogo wyrzuciłeś z europejskich pucharów? 

Po tygodniu, dwóch, koledzy w szatni często o tym wspominali. Cieszyłem się, bo zwyczajnie były to dla mnie bardzo szczęśliwe i przyjemne chwile spędzone z Legią, których nie zapomnę do końca życia. Wydaje mi się, że właśnie ten gol otworzył mi furtkę do transferu na Wschód.

A czy przeważył? 

Tego nie wiem, ale z pewnością mogę powiedzieć coś podobnego o trenerze Czerczesowie, który chciał mnie do siebie sprowadzić. Chwilę wcześniej dostałem ofertę od niego z Tereka Grozny (od niedawna Achmat Grozny – przyp. red.), gdzie poszli Marcin Komorowski i Maciej Rybus. Potem  szkoleniowiec został zatrudniony w Permie. Znał moją sytuację w Legii, doskonale wiedział, iż bardzo chcę wyjechać za granicę, zaczął działać i ostatecznie przedstawił mi ofertę kontraktu. Musiałem skorzystać. Nie było innej opcji.

Rok z Czerczesowem stał pod znakiem jednego wielkiego obozu przetrwania? 

Aż tak źle nie było. Faktycznie, trener jest bardzo wymagającym człowiekiem, zarówno w życiu prywatnym, jak i tym boiskowym. Momentami odczuwało się trudy zajęć, na których z drugiej strony musiałeś dawać z siebie maksimum. W innym wypadku, druga osoba czekała, aby cię zastąpić. Tak samo zresztą w meczach. Odstawienie nogi, truchcik – no nie, nie wchodziło w grę. Musieliśmy pokazać, że zasługujemy na grę w pierwszym składzie, czy nawet na wejście z ławki.

A kary od Czerczesowa były ostre? 

Rzadko. Trener dawał je głównie dlatego, aby uspokoić zawodników, ostudzić głowy. Nie dla samej zasady, to się mija z celem.

Podpadłeś mu kiedyś? 

Mieliśmy kilka spornych momentów, ale nie takie, w których przekroczyłem granice przyzwoitości. Jeżeli pokornie pracowałeś, miałeś spokój. Czerczesow lubił pożartować, ale wtedy i tylko wtedy, gdy widział zawodników wykonujących swój zawód w stu procentach. Wspominam go pozytywnie.

Odejście Czerczesowa – „uff” czy trochę ci było szkoda? 

Na pewno było mi szkoda. Pomijając samą osobowość, za jego kadencji osiągaliśmy bardzo dobre wyniki i nieźle wyglądaliśmy. Po trenera zgłosiło się Dynamo Moskwa, więc cóż – nie odmówił i szczerze kompletnie nie byłem zdziwiony tą decyzją. Na sam koniec przygody z Amkarem nie do końca myślał o drużynie, raczej miał w głowie wyjazd do stolicy. Czerczesow to zresztą sam przyznał na ostatnich treningach. Szkoda, bo odwalił kawał dobrej roboty w Permie.

Gadży Gadżyjew był twoim najlepszym trenerem? 

Czy najlepszym? Nie wiem, ale z pewnością najbardziej doświadczonym. Od Gadżyjewa wiele można się nauczyć. W Rosji wszyscy wiedzą, kim on jest, ma wyrobioną opinię. Przy tym jest niezwykle inteligentnym gościem. Pracowałem z nim trzy lata i sądzę, że nasza współpraca była dość owocna.

Uważasz, że pod jego skrzydłami najbardziej się rozwinąłeś? 

Na pewno grałem więcej niż za rządów Slavoljuba Muslina. Serb ściągnął do nas swoich zawodników i na nich stawiał, jeżeli chodziło o wyjściową jedenastkę. Jednak, gdy byliśmy w delikatnym kryzysie, powracałem do składu. Po nim przyszedł Gadżyjew i z jego strony dostałem pełne zaufanie. Dobrze się rozumieliśmy. Nawet mając te trzydzieści czy trzydzieści parę lat, otrzymałem szansę na rozwój. Zabrzmi to trochę groteskowo, ale ja uważam, iż nawet w takim wieku, gdy występujesz w dobrym klubie, możesz ciągle się uczyć.

Mówi się, że Gadżyjew jest rosyjskim odpowiednikiem Oresta Lenczyka. Ty ich zbytnio nie możesz porównać, z Lenczykiem nie miałeś szans pracować…

To fakt, jednak z tego, co słyszałem, obaj mają jedną wspólną cechę – mocno stawiają na przygotowanie fizyczne i motoryczne. Gadżyjew również potrafił „tupnąć nogą”, choć nie był osobą impulsywną. Wiek i stan zdrowia zwyczajnie mu na to nie pozwalał. Gdy sytuacja wymagała reakcji, trener podchodził, walił ręką w stół i trzymał wszystko w ryzach. Surowy, ale wszystko oceniał sprawiedliwie.

Można wyczytać, że nie zawsze było wam po drodze. Potwierdzisz? 

Jeżeli trener nie był zadowolony z mojej gry, to nie miał problemów z wygarnięciem mi błędów. Gadżyjew wiele ode mnie oczekiwał, znał moją przeszłość, umiejętności, wiedział, na co mnie stać. Traktował mnie jako lidera Amkara i dzięki niemu przedłużałem kontrakt w tym klubie. Czułem, iż jestem ważną częścią tej drużyny, a Gadżyjew też kierował w moją stronę podobne sygnały. Nie przypominam sobie sytuacji z pomeczowych wywiadów, gdyż zwyczajnie one mnie nie interesują, ale taka sytuacja jak najbardziej mogła mieć miejsce.

Amkar ogłasza upadłość – szok czy nic niespodziewanego? 

Zdecydowanie szok. Co roku potrzebowaliśmy dofinansowania. Budżet nie spinał się już od wielu lat, Amkar zawsze dryfował na naprawdę cienkiej tafli lodu, ale radziliśmy sobie. W klubie mieliśmy swojego człowieka, którego marzeniem było, aby jego zespół jak najdłużej utrzymywał się na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Rosji. Później przyszła kolejna osoba. Ona natomiast ustawiła inne priorytety, niekoniecznie interesowało ją samo istnienie Amkara.

fot. Jakub Gruca/400mm.pl

fot. Jakub Gruca/400mm.pl

Rosjanie zostawili cię na lodzie? 

Sygnały dostawałem co roku, więc zawsze była nerwówka i niepewność, czy aby tym razem to wszystko się nie rozlecia. W końcu doszło do rozpadu. Musiałem sobie radzić sam. Poszukiwanie klubu było cholernie trudne. Cała ta saga ciągnęła się, w moim przypadku, przez trzy miesiące. Moi koledzy z zespołu ten cały proces mieli za sobą, oni nowe drużyny poznajdowali sobie znacznie wcześniej.

My zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Osiągnęliśmy cel, prawie niemożliwy do zrealizowania. Utrzymaliśmy zespół w Premier Lidze, zwyciężyliśmy w barażach. Jak na nasz zespół, możliwości finansowe, potencjał. – plan maksimum. Ktoś na górze stwierdził, że zostawia klub, nie będzie go dalej wspierał i wypisał się z tego całego przedsięwzięcia.

Nie byłeś zły z powodu decyzji „góry”? 

Byłem. Mieliśmy trudną sytuację, zresztą jak co roku, ale wyszliśmy z niej obronną ręką. Zabrakło nam dwóch punktów, aby trafić poza strefę barażową. Decydowało o tym spotkanie z Terekiem Grozny. W przypadku wygranej zostalibyśmy w lidze, bez konieczności występu w barażach. Czy coś by to zmieniło? Szczerze – nie mam pojęcia. Zostawiliśmy Amkar w Premier Lidze, a reszta zewnętrznych spraw kompletnie nie zależała od nas. Wszyscy w klubie odczuwaliśmy złość. Koledzy z drużyny przedłużyli kontrakty na dwa, czy nawet trzy lata. To była dla nich duża strata. Ci, którym wygasały umowy, również mieli nadzieję, iż lada moment podpiszą nowe w Amkarze. Niektórzy też szukali sobie nowych klubów. Szkoda, bo w Permie zbudowano naprawdę fajny zespół. Z – przede wszystkim – dobrych, pracowitych ludzi.

A nie uważasz, że to trochę nieodpowiedzialne ze strony klubu, że przy tak niestabilnej sytuacji finansowej przedłużają kontrakty na trzy lata? 

Ryzyko jest zawsze. Myślę też, że władze nie mogły sobie pozwolić na odpuszczenie kluczowych zawodników. W ich miejsce musieliby szukać nowych nazwisk, które niekoniecznie dałyby radę na takim poziomie rozgrywkowym. Chcieli ich jak najdłużej utrzymać. W przypadku moim i Petyra Zanewa, sytuacja była jasna. Obaj mieliśmy ponad 30 lat, jeżeli proponowali nam umowy na dłuższy czas, to dla nas tym lepiej.

Pensje raczej nie przychodziły na czas? 

(śmiech)

Dobra, to inaczej – ile razy przyszły na czas? 

Był jeden lepszy okres w klubie. Spartak Moskwa kupił od nas Aleksandra Selikowa oraz Gieorgijego Dżykiję, więc do permskiej skarbonki wpłynęło około sześć milionów euro. Wówczas przez rok w Amkarze dostawaliśmy pieniądze regularnie. Jednak tylko wtedy. Jeden sezon na pięć – no, i tak było nieźle, jak na standardy (śmiech). Zawsze otrzymywaliśmy pensję, ale w zdecydowanie późniejszym terminie, niż pierwotnie było zaplanowane. W ostatnim sezonie już kompletnie odcięto dopływ gotówki.

Najdłuższy czas zaległości? 

Pół roku. Wtedy Kuba Wawrzyniak stracił cierpliwość, rozwiązał kontrakt z winy klubu i następnie powrócił do kraju. Ja chciałem jeszcze chwilę pocierpieć, choć z drugiej strony wiedziałem, że prędzej czy później swoje dostanę.

Zalegają ci nadal? 

Tak. Akurat jestem w trakcie procesu, wraz z prawnikiem sądzimy się o pieniądze. Jak wiadomo, Amkar ogłosił upadłość, więc cały ten bałagan trwa. Co najgorsze – być może nigdy nie zobaczę swojej starej pensji, a szczegóły wyjdą dopiero za rok. Wszystko robi się coraz bardziej żmudne. Męczy mnie ta cała sytuacja i chcę mieć to za sobą.

fot. Newspix.pl

fot. Newspix.pl

Klub umawia się z zawodnikiem na pewną kwotę, a następnie nie musi jej wypłacać. Nie wydaje ci się, że to absurd? 

Trudno mi o tym mówić. Na razie czekam na rozwój wydarzeń. Nie wiem, w jakiej formie Amkar będzie spłacał swoje długi, kiedy, czy w ogóle. Ale wiem jedno – zalegają z pieniędzmi wielu osobom.

Przychodzi człowiek z klubu do szatni i mówi: „Sorry, ale dziś pensji nie będzie”. Jaka była twoja reakcja? 

Oczywiście, odruchowo denerwowałem się, w końcu nie poszedłem tam grać bez powodu. Chwilę ochłonąłem i przyjmowałem wszystko na spokojnie. Nie mam takiego charakteru, że gdy coś mi nie pasuje, to od razu lecę do gabinetów prezesów i im wygarniam. Nie lubię tego robić. Jeżeli miałem zapisaną w kontrakcie pewną kwotę, wiedziałem, że prędzej czy później ją dostanę. Wolałem skupiać się na rzeczach, które zależały ode mnie. Jak grać na boisku, jak poprawić umiejętności. Sprawę pieniędzy odkładałem na boczny tor, ponieważ zawsze posiadałem tę gwarancję na piśmie.

Twoi koledzy reagowali podobnie jak ty? 

Każdy człowiek jest inny. Wiadomo, młodzież nie przyjmowała tego do wiadomości. Przede wszystkim mieli niższe kontrakty od starszyzny, więc u nich po czterech miesiącach bez wypłaty robiło się ciężko. Jakoś jednak dawali sobie radę, choć niepewność biła od nich na kilometr.

Nie uważasz, że te ciężkie sytuacje w klubach bardziej integrują zawodników? 

Jeżeli nie ma w danym zespole pieniędzy, nie płaci się piłkarzom przez dłuższy czas, to niektórzy po prostu o tym zapominają. Swoją uwagę skupiają natomiast na grze w piłkę, aby wyprowadzić swoje umiejętności na wyższy poziom i wpaść w oko innym, bogatszym i lepszym drużynom. To nie jest dobre. Każdy klub powinien zakładać budżet na dany sezon, z czym mamy do czynienia w Niemczech, Austrii. Tam pieniądze są zagwarantowane i nikt nie ma wątpliwości, co do pieniędzy. U nas, niestety, było inaczej.

Nie nachodziły cię myśli, aby to wszystko zostawić i rozwiązać kontrakt, tak jak m.in. Kuba Wawrzyniak przez ciebie wspomniany? 

Starałem się nie myśleć o kwestiach finansowych, tak jak powiedziałem. Przecież co weekend występowałem na boiskach bardzo silnej, europejskiej ligi i to gra zajmowała moją głowę. Podpisałem kontrakt, który skończyć się miał w czerwcu 2019 roku i wtedy też planowałem powrót do Polski. Życie zweryfikowało moje założenia i wylądowałem w Krakowie dziesięć miesięcy wcześniej. Krótko mówiąc – wyszło dobrze. Najważniejsze, że mam przy sobie rodzinę.

W Krakowie mamy kilkanaście stopni, a w Permie temperatura zeszła poniżej zera. Jak przetrwałeś zimę w Rosji? 

Momentami było ciężko, rosyjskie zimy są niezwykle srogie, ale wiedziałem, na co się piszę. Nic to, człowiek zakładał cieplejszą kurtkę, szalik, czapkę, rękawiczki i tyle. Kwestia przyzwyczajenia. Po roku, dwóch nie przeszkadzało mi to. Najgorsze są duże zawahania pogodowe, gdy pewnego dnia spada ogromna ilość śniegu, chwilę potem plusowa temperatura i wszystko się roztapia. Cały brud wychodził na zewnątrz i to było najgorsze.

Wydałeś dużo pieniędzy na ogrzewanie? 

Całe szczęście w bloku było centralne, więc upiekło mi się.

Niektóre wyjazdy w Rosji wiążą się z nielichymi podróżami…

Nie jest to na tyle uciążliwe, jak wydaje się Polakom. Wszędzie lataliśmy samolotami, więc chwila w powietrzu i byliśmy na miejscu. Najdłuższe wycieczki mieliśmy do Krasnodaru, Groznego oraz Machaczkały – wszędzie po trzy godziny. Niestety, w zeszłym sezonie do najwyższej ligi wszedł SKA Chabarowsk. Samolotem do Moskwy, a ze stolicy na wschód – osiem godzin. Lądowaliśmy o siódmej, przespaliśmy się, o trzynastej z kawałkiem jedliśmy obiad, a o piętnastej wyjeżdżaliśmy autokarem na stadion. Po spotkaniu od razu na lotnisko i następnego dnia byliśmy już w Permie. Długa przygoda, ale najważniejsze, iż została ona okraszona zwycięstwem.

Nigdy nie odebrałeś telefonu od Adama Nawałki? 

Nie.

Rozczarowanie? 

W pierwszym sezonie złapałem bardzo dobrą formę, w drugim było już trochę gorzej, ale nadal grałem niemal wszystko. Złościłem się, w końcu moje umiejętności stały na naprawdę wysokim poziomie, w szóstej lidze świata, a na kadrę jeździli zawodnicy z mniej docenianych, którzy samą dyspozycją też nie powalali. Nigdy nie zadzwonił do mnie człowiek ze sztabu reprezentacji Nawałki ani nawet nie dochodziły do mnie głosy o rzekomym zainteresowaniu moją osobą. Nawet nie łudziłem się. Po dwóch latach zrozumiałem, iż nie ma sensu zajmowanie swojej głowy kadrą. Od dłuższego czasu wszystko stało w miejscu. Zwyczajnie przyjąłem z góry, że za kadencji tego selekcjonera nie ujrzę swojego nazwiska na liście powołanych.

W kadrze masz osiem występów – nie za mało? 

Pewnie tak. Wyjeżdżałem za granicę, aby przecież zbliżyć się do tej reprezentacji, a nie oddalić. Wyszło jak wyszło, nie pomogło mi to. Szkoda, ale nie myślę o tym.

Masz cichą nadzieję, że dostaniesz kolejną szansę od nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka? 

Kompletnie nie myślę o tym. Na razie pragnę, aby Cracovia osiągnęła zwyżkę formy i zaczęła iść coraz wyżej w tabeli. To jest priorytet, a nie powrót do kadry. Sam też wiem, że moja forma jak na razie jest jeszcze daleka od ideału i potrzebuję chwili. Muszę wejść na najwyższe obroty.

Dlaczego przez tyle czasu szukałeś nowego klubu? 

Z tego względu, że czekałem na propozycje z Rosji. Wcześniej dostałem dwie, ale obie odrzuciłem. Nie były one na tyle satysfakcjonujące. Później w sierpniu przyszła kolejna, która wstrzymała cały proces. Rozmowy trwały prawie miesiąc, ostatecznie nie podpisałem tam kontraktu. Czekałem. Wówczas zadzwonił profesor Filipiak i wylądowałem w Polsce. Przedstawił mi sytuację, powiedział, żebym na spokojnie się zastanowił, przespał. Naturalnie, był pośpiech, lecz dawaliśmy sobie czas na przemyślenia. Potem mój agent dostał wstępne propozycje ze wschodu, ale chciałem wrócić do kraju. Porozmawiałem o tym z żoną i wspólnie podjęliśmy decyzję o zaakceptowaniu kontraktu z Krakowa.

Z jakich rosyjskich klubów miałeś oferty? 

Anży Machaczkała, Jenisej Krasnojarsk i pod koniec Krylja Sowietow.

Brakowało konkretów? 

Na pewno było blisko, ale to wszyscy tyle się przeciągało, że w końcu oferta wygasła. W Krylji wcześniej podpisali na dodatek młodszego ode mnie środkowego pomocnika, Paula Antona. Znajdowałem się na liście zapasowej.

Niedawno zostałeś mianowany kapitanem, więc wydaje się, że szybko znalazłeś wspólny język z trenerem Probierzem. 

Przyszedłem w trudnym dla klubu momencie. Zespół był w dołku, ale trener zaufał mi od początku. Nadal uczymy się siebie nawzajem i dążymy do tego, aby w tym wspólnym języku mieć jak najmniej nieporozumień. Opaska kapitańska wiele dla mnie znaczy i jest dowodem zaufania, jakim obdarzył mnie Michał Probierz. Pozostaje mi walczyć i wyciągnąć ten zespół na wyżyny. Wszyscy tutaj jedziemy na jednym wózku i tylko razem możemy coś osiągnąć.

KRAKOW 02.09.2018 MECZ 7. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19: CRACOVIA KRAKOW - LEGIA WARSZAWA 0:0 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: CRACOVIA CRACOW - LEGIA WARSAW 0:0 JANUSZ GOL FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

fot. FotoPyk/400mm.pl

Tak jak wspomniałeś, Cracovia ma za sobą słaby początek. Możesz zdiagnozować problem, który był obecny na inauguracji sezonu? 

Akurat wtedy szukałem nowego zespołu, siedziałem w domu i miałem wiele czasu wolnego. Korzystałem z niego dość aktywnie, biorąc pod uwagę mój zawód – oglądałem naszą ligę. Nieskuteczność. Na początku byliśmy bardzo nieskuteczni. Teraz jest już nieco lepiej, ale nadal wielu okazji nie wykorzystujemy, co martwi. Jak już strzelamy pierwsi gola, to trzymamy prowadzenie do końca.

Nie uważasz, że, po odejściu Krzysztofa Piątka, Cracovii brakowało lidera? Teraz tę rolę pełnisz ty. 

Sądzę, że to też był główny problem. Dlatego pomyślano o mnie przy Kałuży, dlatego sprowadzono mnie tutaj i faktycznie – ja mam tę Cracovię prowadzić do zwycięstw. Dostałem opaskę i zrobię wszystko, co będę mógł, aby nikogo nie zawieść.

Zdobywasz bramkę przeciwko Legii – radość czy respekt? 

Szacunek zawsze trzeba mieć. Spędziłem w Warszawie bardzo dobre momenty mojej kariery, osiągnąłem wiele sukcesów, kibice mnie jeszcze pamiętają. Jeżeli zajdzie taka sytuacja, przyjmę ją ze spokojem.

Jako młody zawodnik, doznałeś dwóch bardzo poważnych kontuzji. Część by machnęła ręką i powiedziała, że szkoda, ale no cóż – nie uda im się zrobić kariery. Ty jednak nie wyglądasz na takiego chłopaka. 

Zawsze wierzę. Gdybym przestał, to ta moja przygoda z piłką nie byłaby aż tak udana. Od dzieciaka marzyłem, aby grać na takim poziomie.

Czego więc można ci życzyć? 

Zdrowia, to na pewno. A dla Cracovii – pierwszej ósemki.

rozmawiał Dominik Klekowski

fot. własne

KOMENTARZE (1)