Wygrywanie pucharów lagą nas nie interesuje
Weszło Extra

Wygrywanie pucharów lagą nas nie interesuje

Jedenaście lat temu Pogoń Szczecin była przykładem największej patologii w polskiej piłce. Niezdrowe struktury, prawie dwudziestu Brazylijczyków w składzie i właściciel, który doprowadza klub do upadku. Po osiągnięciu dna Pogoń zaczęła się odradzać i od razu stało się jasne, że trzeba postawić na mądre zarządzanie i szkolenie młodzieży. Pierwsze lata były trudne – Pogoń nie kojarzyła się zbyt dobrze, a dowodem tego fakt, że na jeden z pierwszych naborów zgłosiło się… tylko trzech chłopaków. Nie było spójności, każdy trener działał według swojej wizji, wyniki juniorów odgrywały znaczącą rolę. 

Z roku na rok rodził się jednak system szkolenia i dziś można powiedzieć, że Pogoń – jak na polskie warunki – szkoli dobrze. Tak jak wcześniej sparingi z niemieckimi drużynami oznaczały grube baty, tak dziś grupy młodzieżowe toczą z nimi wyrównane boje. Czy dzisiejsi piłkarze – tak jak medalista z Barcelony – zgodziliby się na 250 funtów tygodniówki tylko po to, by się przebić w lepszej lidze? Czy to możliwe, by po przejściu całego systemu szkolenia Pogoni każdy piłkarz był gotowy na co najmniej drugą ligę? Jak klub może zabezpieczyć się przed wyjazdem najzdolniejszych juniorów na zachód? O tym wszystkim w rozmowie z Dariuszem Adamczukiem. Byłym piłkarzem m. in. Glasgow Rangers i Udinese, a dziś prezesem Akademii Pogoni Szczecin. 

***

Pamięta pan brazylijską Pogoń Ptaka?

Oczywiście. Pracowałem wtedy w Salosie i przyglądałem się z boku. No co mogę powiedzieć? Serce bolało.

Pogoń dobrnęła wtedy do ślepego zaułka i stwierdziła, że wszystko trzeba robić zupełnie inaczej. Tak zaczęło się szkolenie na dużą skalę. 

Dobiliśmy do ściany. Po upadku kibice reaktywowali Pogoń Nową i zaczęliśmy – jak KTS Weszło – od gry w B-klasie. Graliśmy tam razem z Grześkiem Matlakiem. Na nasze mecze przychodziło 2000 osób, były oprawy i śpiewy, a na brazylijskiej Pogoni w Ekstraklasie frekwencja wynosiła 1500 osób. Pospolite ruszenie sprawiło, że zaczęliśmy odbudowywać Pogoń od czwartej ligi. 

Od początku się stało jasne, że musimy postawić na szkolenie młodzieży. Wcześniej, żeby dostawać licencje, pan Ptak powoływał drużyny juniorskie zgodnie z wytycznymi, ale kompletnie nikt tego nie kontrolował. Było, żeby było. Pamiętam, jak po upadku zrobiliśmy we wrześniu nabór dla młodych chłopaków. Przyszło ich… trzech. Świętej pamięci trener Obst opowiadał nam o czasach, gdy na takie nabory przychodziło po 500 osób. Nie ma co się dziwić – byliśmy w takim miejscu a nie innym, mieliśmy złą opinię, rodzicie nie widzieli perspektyw dla dziecka w grze w Pogoni. Woleli już posłać je do Salosu. Wtedy mieliśmy w klubie inne warunki, inną bazę. To pokazuje, ile czasu trzeba poświęcić na to, by być tu, gdzie się jest. A rozmawiamy w momencie, w którym osiągnęliśmy może pięćdziesiąt procent tego, co chcemy.

Szkolić zaczęliście jedenaście lat temu i z roku na rok uczycie się czegoś nowego. 

Bardzo dużo się zmieniło, dekadę temu borykaliśmy się z wielkimi problemami. Każdy trener akademii robił wtedy wszystko na swoje kopyto. Drużyny grały jak grały – jedni z kontry, drudzy atakiem pozycyjnym, trzeci trójką z tyłu. Kompletny miszmasz. Do tego graliśmy na wynik, ale szybko zrozumieliśmy, że to droga donikąd. Trener Obst po turnieju pytał zawsze:

– Kto został najlepszym zawodnikiem?

Gdy był to nasz chłopak, tyle nam wystarczało. Liczyły się jednostki, a nie wyniki. Przygotowanie fizyczne też kulało. Widzieliśmy to na tle meczów z niemieckimi drużynami – przepaść. Kilka lat temu nasz zespół U-18 przegrał z HSV 1:8. Dało nam to do myślenia: jak można na takim poziomie przegrywać aż tyle? Nie chcę mówić o wynikach, bo to nie jest nasz główny cel, ale dziś w U-14 czy U-15 gramy już z niemieckimi jak równy z równym. 

Przez sparingi z lepszymi chłopcy mają dowiedzieć się, jak dużo im jeszcze brakuje?

Mądrego chłopaka takie mecze rozwijają, niemądry zawsze znajdzie sobie wytłumaczenie – boisko krzywe, buty nie takie. Zaniechań jest dużo, o różnicy między krajami świadczą nawet wuefy w szkole, których nie ma. Rodzice myślą, że jeden trening dziennie czy trzy jednostki na tydzień u małych dzieciaczków wystarczą, by chłopak grał w piłkę. Niestety. Nasza generacja z igrzysk w Barcelonie była jedną z ostatnich, które szkoliły się na podwórkach. Największe sukcesy naszej reprezentacji wzięły się właśnie z boisk między blokami. Nagle wszystko zostało zmienione – już nie podwórko, a klub, już nie wuefy w szkole, a jeden trening dziennie. Dlatego postanowiliśmy, że trzeba to zmienić. Nie zmusimy dzieciaków do grania na podwórku, nawet jeśli mają fantastyczne warunki w postaci orlików, ale plan dzienny mają bardzo wypchany.

Wracając, wynik nie ma jednak dla nas znaczenia. Przypominam sobie sytuację, w której Andrzej Tychowski nie wygrał z rezerwami dziesięciu meczów z rzędu. Oczywiście zależy nam, by nasze rezerwy grały w trzeciej lidze, ale nie działaliśmy w kategoriach: jak nie wygrasz, to cię już nie ma. Byliśmy zadowoleni z treningów, więc wiedzieliśmy, że wyniki przyjdą. Medale? To chłopcy muszą ich chcieć, my im przecież nie zabronimy wygrywać. Ale trenerów nie rozliczamy z rezultatów, a z codziennej pracy i rozwoju chłopaków. Nie zaprzątamy sobie głowy tym, by wystawiać puchary w gabinetach, a na koniec dnia nie mieć chłopaka w pierwszej drużynie, bo wygraliśmy wszystko lagując. Nie było kontroli ze strony klubu. To był okres przejściowy, dobrze, że to przetrwaliśmy. Systematyczną pracą udoskonaliliśmy wszystko i jesteśmy, gdzie jesteśmy. 

Czerpaliście skądś inspirację tworząc system szkolenia czy całość jest autorskim pomysłem? 

Nie, wszystko opiera się na naszej wiedzy i doświadczeniach. Siedliśmy wspólnie z trenerami i dyskutowaliśmy. Uczestniczyło w tym wielu doświadczonych trenerów, w tym np. Maciek Stolarczyk. Gdy był jakiś spór, ktoś musiał podjąć decyzję, że idziemy jednak tą drogą, ale niczego nie narzucaliśmy. Program będzie ewoluował, bo cała piłka ewoluuje. Tak naprawdę co tydzień spotykamy się i omawiamy treningi, dopisujemy pojedyncze aspekty, by być z duchem czasu. 

Dziś mamy ujednolicone wszystko, każda grupa trenuje w podobny sposób. W U-7 i U-9 nie zalecamy na przykład długich rzutów rożnych, gramy tylko krótko. W starszych rocznikach gramy 1 na 1 przy stałych fragmentach. Żeby nie zostawało trzech obrońców na asekurację napastnika i by obrońcy uczyli się odpowiedzialności nawet wtedy, gdy mamy stracić przez to bramkę. Możemy grać strefowo 3 obrońców na 1, ale wtedy nie damy naszym zawodnikom się wykazać i jak potem ocenimy czy się nadają? Generalnie bardziej nastawiamy się na defensywę, w ofensywie stawiamy na inwencję zawodników czy trenerów.

Przechodząc z U-15 do U-16 u piłkarza nie zmienia się nic poza kolegami. 

I to jest fajnie, chłopaki idąc na trening wiedzą, co na nim będzie, bo tak samo trenują niżej. Idąc na mecz odchodzi im stres pt. „nie wiem, czego trener będzie wymagał”, bo wszystkie mechanizmy mają przećwiczone. Chłopak nie jest zagubiony – inna kwestia, czy podoła. 

Pierwszym rocznikiem, który przejdzie cały proces szkolenia i od którego zaczynamy odliczanie, jest rocznik 2003. We wcześniejszych rocznikach mamy pojedyncze perełki, ale to jeszcze nie to. W 2003 nie ma już przypadkowych chłopaków. Wiadomo, że nie każdy będzie grał w piłkę w Pogoni czy w Ekstraklasie, mogą też wybrać coś innego albo doznać kontuzji, ale wierzę, że wszyscy będą gotowi minimum na poziom II ligi. Taki jest nasz cel – każdy chłopak przechodząc wszystkie szczeble naszej akademii powinien być zdolny do gry na poziomie drugiej ligi. Najwytrwalsi będą w Ekstraklasie, tego się nie oszuka. 

Model biznesowy Pogoni wytyczył przykład Piotrowskiego? Szybka promocja, szybki wyjazd, pieniądze w kieszeni, szkolimy dalej. 

Plan biznesowy jest jeden – wszystko musi się nam spinać. Ale tu nie ma promocji zawodnika za darmo. Trener Kosta zawsze nam powtarza, że chłopak musi być gotowy na to, by grać w Ekstraklasie. Chciałbym, by zawodnik był wprowadzany jak najszybciej, a trener mówi „spokojnie”. Mamy przykład Sebastiana Kowalczyka, który przy pierwszej drużynie był już dwa lata, a teraz staje się jednym z liderów. Trener pokazuje, jak to robić. Na Piotrowskiego postawił w bardzo trudnym momencie dla klubu. Biznes biznesem, ale na końcu musi się obronić zawodnik. Chcemy sprzedawać tych chłopaków, żeby marka Pogoni coś znaczyła w Europie i budżet się spiął. Marzeniem jest dojście do momentu, w którym będziemy mogli powiedzieć zawodnikowi: – Zostań jeszcze rok, chcemy pograć o najwyższe cele. 

Jak uchronić młodych chłopaków przed menedżerami? Zwłaszcza po otwarciu zawodu zrobił się trochę dziki zachód.

Możemy zabezpieczać ich tylko rozsądnymi rodzicami. Nie każdy menedżer jest zły i nie każdy liczy tylko pieniądze, ale po uwolnieniu tego zawodu dzwoni przykładowy Kowalski i obiecuje rodzicom złote góry. Podpisuje umowę i rodzice tyle go widzieli. Niestety, tak to wygląda. My jako klub i trenerzy przekazujemy „spokojnie, spokojnie, jesteście w dobrym miejscu, nie potrzebujecie w wieku 15 lat menedżera”. Ale w tym kierunku poszła piłka, że każdy chce go mieć. Ja grając w reprezentacji Polski jako 17-latek nie wiedziałem, kto to w ogóle jest menedżer. I jakoś nie przeszkodziło mi to w przebiciu się.

Teraz młodzi mają łatwiej niż wtedy?

Nie wiem, teraz jest dużo ciężej prowadzić akademię, bo bardzo dużo ludzi wokół miesza chłopakom w głowach. Chcemy podpisywać kontrakty z 15-latkami, bo jak my tego nie zrobimy, chłopak będzie mógł odejść. Swój pierwszy kontrakt podpisałem w wieku 18 lat, już po debiucie w Ekstraklasie. Teraz nie do wiary, co?

Szybko by chłopaka podebrali.

Dużo wcześniej musimy podjąć zatem decyzję, czy inwestujemy w danego chłopaka kontraktem. Jakbyśmy mieli taką wiedzę, który z 15-latków będzie grał w piłkę, bylibyśmy jednym z najbogatszych klubów. Do 18. roku czekają ich trzy lata pokus, ciężkiej pracy, wytrwałości. W piłce to bardzo długi okres.

Dziś pokus jest więcej. 

Zdecydowanie. Telefony, tablety, internet, oceny, klepanie po plecach. W dzisiejszych czasach byłoby mi dużo, dużo trudniej. Co my mieliśmy? Piłka, szkoła i jeden kanał w telewizji. 

Da się jakoś zabezpieczyć, by ci chłopcy jak Wojtkowski, Maćkowiak czy Iskra nie uciekali? 

Każdy przykład jest inny. Wojtkowski miał kontrakt z Pogonią, chciał spróbować w dużym klubie i nigdy nie będziemy na siłę zatrzymywać chłopaka. Dogadaliśmy się tak, że wzięliśmy go za siedem tysięcy złotych, a poszedł za 300 tysięcy euro. Gdyby został i grał w Ekstraklasie, jego wartość by rosła, ale jakiś zarobek mieliśmy, a on bardzo się uparł. Maćkowiak przyszedł do nas z Warty Poznań i już wtedy miał propozycję z Lipska, ale po rozmowie z tatą przekonaliśmy go, by związał się z Pogonią. Po roku tak poszedł w górę, że Lipsk ponowił propozycję. Po ustaleniach z ojcem nie mogłem powiedzieć „nie, nie puścimy”, stracilibyśmy wtedy zaufanie jako klub, nie tędy droga. Puściliśmy go za kwotę mniejszą niż suma odstępnego. Kolejny przykład, Iskra. Tutaj po raz pierwszy zostałem oszukany przez menedżera, który miał do podpisania gotowy kontrakt. Nie podpisał, bo sygnalizował nam, że ciężko się spotkać z mamą piłkarza. Jechał z Iskrą do SPAL i obiecał, że tylko pojadą zobaczyć jak to wygląda, a po powrocie podpisujemy kontrakt. Okazało się jednak, że sorry, nie podpisujemy, wolimy SPAL. Ja i tak bym go puścił, bo z niewolnika nie ma pracownika, ale nie w ten sposób. Nie lubię, gdy ktoś tak oszukuje. Iskra grał do końca czerwca w U-17. Mogliśmy go odstawić i promować innych zawodników, ale nie działamy w ten sposób. Wybrał inaczej – nie zabezpieczymy się przed tym. Najgorsze, że zostaliśmy oszukani przez menedżera. 

Nie oceniam, ale na Weszło mówi, że drugi raz zrobiłby to samo.

Dlatego nie będzie już z nami współpracował. Dla dobra zawodnika można z nami normalnie porozmawiać. Można wytransferować piłkarza normalnie, a można być zwykłym cwaniakiem. Dziki zachód, ale nie dotyka on tylko Pogoni. 

Młodemu Kozłowskiemu, o którym wszyscy mówią, nie zaszkodzi taki szum? Dopiero 15 lat, a każdy już wie, że to perełka. 

To są te pokusy, o których mówiliśmy. Kacpra znam od czterech lat, gdy go ściągnęliśmy z Bałtyku Koszalin, znam jego rodziców i wiem, że bardzo twardo stąpają po ziemi, on też. Jak na swój wiek to bardzo dojrzały chłopak. Oby to się utrzymywało. 

Jak dzisiejsza młodzież funkcjonuje w pierwszym zespole? Za pańskich czasów mówiło się per pan, młody nosił sprzęt, musiał się wkupić, był duży szacunek. Teraz? 

Na pewno jest trochę luźniej. Często rozmawiam z Adamem Frączczakiem czy Jarkiem Fojutem, żeby trzymali krótko tych chłopaków, bo łatwo odlecieć. Widzę, że fajnie tę rolę przejęli. Umieją pochwalić, ale umieją też opierdzielić, bo na tym to polega. Piłkarz ma wejść przygotowany, nie może być głaskany, bo ma walczyć o pieniądze na boisku razem z nimi. Oni mają już rodziny, inwestycje, chłopak musi być gotowy na to, by wziąć odpowiedzialność. Staramy się wprowadzać troszkę zimniejszy chów niż było to wcześniej.

Jest jakiś błąd młodości, którego drugi raz by pan nie popełnił? Mówi pan chłopakom: tego nie rób, bo ja zrobiłem i trochę na tym straciłem? 

Przede wszystkim mówię młodym chłopakom, którzy w wieku 15 lat podpisują kontrakt, że jak ja miałem 15 lat, to wokół mnie w drużynie grała cała masa lepszych ode mnie. A finalnie oni nie rozwinęli się tak, jak powinni, a na igrzyskach, w reprezentacji i zagranicą grałem ja. Nieważne co jest teraz, ważne co będzie za kilka lat. Co bym cofnął? Na pewno wyjazd do Udinese, bo to nie był mój styl gry. Gdybym został wtedy na Wyspach, zapewne grałbym w Premier League. Już wtedy interesował się mną Celtic, ale wtedy tego niestety nie wiedziałem. Straciłem trzy lata. Liga włoska była najlepsza na świecie, każdy polski piłkarz marzył o Włoszech, ale nie płakałem i trafiłem naokoło do Glasgow Rangers.

Godząc się wcześniej na tygodniówkę 250 funtów w Dundee. 

Tak i to w drugiej lidze. Wróciłem tam zimą, gdy mieli już zapięty budżet, więc nie mogli mi zbyt wiele zaproponować. Tyle że mieszkanie dostałem za darmo, więc nie musiałem dokładać, no i były premie. Wygrywaliśmy regularnie, więc żyłem za troszkę więcej niż 1000 funtów. Ale pieniądze nie były ważne. Ważne było udowodnić sobie i nieżyczliwym ludziom, że potrafię.

Dzisiejszy młody piłkarz poszedłby gdziekolwiek grać za 250 funtów tygodniowo, mając na celu przebicie się?

Ciężko mi na to odpowiedzieć. To bardziej menedżerowie niż piłkarze liczą pieniądze. Zarobek jest ważny, a co się z chłopakiem stanie – to ma drugorzędne znaczenie. Są tacy i tacy. Dla jednych pieniądze zaczynają się jak coś osiągną, dla drugich ważne są od początku. A na początku są po to, by zainwestować, mieć na przykład lepszą dietę. 

To na koniec a propos pieniędzy – jak będzie wyglądała akademia Pogoni, kiedy już ktoś wygra przetarg na budowę stadionu i centrum treningowego? 

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będziemy mieli budynek z 14 szatniami, odnową biologiczną, siłownią i pięcioma boiskami, w tym jednym sztucznym z balonem. Będziemy mieć wszystko, czego potrzeba do szkolenia młodzieży. Jedno boisko będzie podgrzewane, przeznaczone zostanie dla drużyny rezerw i CLJ. Kolejne trzy boiska będą podświetlone. Przy takiej pogodzie będziemy mogli trenować spokojnie do grudnia, a pod balonem od 7 do 20 będą trwały treningi. W tej chwili mamy cztery szatnie. Wstyd się przyznać, ale gdy robimy turniej, to drużyny przebierają się w hotelach, bo nie mamy możliwości ich podjąć. Mówimy o Ekstraklasie, największym poziomie rozgrywkowym. Nie winię ani miasta, ani klubu – takie są warunki i musimy sobie z nimi radzić.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

KOMENTARZE (2)