Ale podrzucił. Arkadiusz Michalski z brązem mistrzostw świata
Inne sporty

Ale podrzucił. Arkadiusz Michalski z brązem mistrzostw świata

To się nazywa pogoń w wielkim stylu. Na zakończenie mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów wreszcie doczekaliśmy się medalu. Arkadiusz Michalski sięgnął po brąz. I od razu dodajmy, że jeszcze kilkadziesiąt minut przed końcem zawodów szanse na podium miał mniej więcej takie, jak Liverpool na wygranie Ligi Mistrzów przy wyniku 0:3 do przerwy z Milanem.

Arkadiusz Michalski to 28-latek, rywalizujący w przedostatniej kategorii wagowej. Do niedawna była to waga do 105 kilogramów, od tych mistrzostw obowiązuje limit do 109 kg. Polak do rywalizacji w Turkmenistanie przystępował jako aktualny mistrz Europy (do 105 kg). W Bukareszcie poderwał 175 kilogramów, a następnie podrzucił 221. W Aszchabadzie (stolica Turkmenistanu, ponad milion mieszkańców – patrzcie, jak to człowiek się uczy całe życie, nawet czytając o podnoszeniu ciężarów) podniósł jeszcze więcej, ale o medal było znacznie trudniej. Ale – od początku.

Rywalizacja w tej dyscyplinie składa się z dwóch kategorii: rwania i podrzutu. Jeśli ciężary oglądacie raz na cztery lata, przy okazji igrzysk olimpijskich, wystarczy wam wiedzieć, że w pierwszej należy poderwać sztangę z ziemi od razu nad głowę (mniejsze ciężary), a w drugiej najpierw zarzuca się ją na barki, a dopiero potem podnosi nad głowę (większe ciężary). Cała sztuka w tym, że każdy zawodnik ma trzy próby. Czasem zdarza się tak, że ktoś pali pierwszą próbę, a potem zaczynają się nerwy. W ten sposób choćby murowany faworyt do olimpijskiego złota Marcin Dołęga spalił trzy próby w Londynie i wrócił do domu z pustymi rękami. Czasem wygrywa wcale nie ten, który ma najwięcej siły, ale ten, który opracuje najlepszą strategię.

W każdym razie, w Turkmenistanie Michalski zaczął od 175 kilo w rwaniu. Zaliczył. I to tyle dobrych wiadomości z tej kategorii. Następnie spalił 179 raz, potem drugi. Rywale tymczasem zaliczali: 179, 180, 182, 183, 190, 191, 196. Polak mógł na to tylko patrzeć i z każdą zaliczoną próbą zdawać sobie sprawę, że medal robi się mglisty, jak dzisiejsza pogoda w Warszawie… Ostatecznie po pierwszej kategorii zajmował 15. miejsce.

Kiedy zaczynał się podrzut, polski mistrz Europy do najlepszych tracił ponad 20 kilogramów. Ale wiecie, jak to mówią: dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. A Michalski miał w zanadrzu piekielnie mocną formę w podrzucie (która dała mu złoto mistrzostw Europy).

I kiedy inni zawodnicy ze zmiennym szczęściem podchodzili do sztangi ważącej 210, czy 215 kilogramów, Polak wciąż się tylko rozgrzewał. Ba, wielu rywali zdążyło już zakończyć rywalizację, a on dopiero wyszedł z szatni. Na dzień dobry zaliczył 221 kilogramów. Chwilę później poprawił 227. Więcej był w stanie udźwignąć tylko Simon Martirosjan z Armenii (240 kg, szanujemy bardzo!), który zapewnił sobie mistrzostwo świata z ogromną przewagą nad Chińczykiem Zhe Yangiem. Polak wyszarpał brązowy medal. Bardzo ważny dla niego, bo pierwszy na mistrzostwach świata. I bardzo ważny dla polskich ciężarów, bo po skandalu dopingowym każdy medal na dużej imprezie jest dla dyscypliny, jak haust powietrza dla tonącego. A medal wywalczony w takim stylu, po takiej pogoni, smakuje wyjątkowo dobrze.

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (0)