Dwa gole na jubileusz Lewego
Weszło

Dwa gole na jubileusz Lewego

Sto meczów w europejskich pucharach, 49 bramek w Lidze Mistrzów i siedem w Lidze Europy (bądź w eliminacjach). Tak wygląda bilans Roberta Lewandowskiego.

Bilans przekozacki.

Bilans, który z każdym sezonem będzie jeszcze bardziej śrubowany. 

Co tu dużo mówić – jesteś pan, panie Lewy, debeściak. 

Jeśli Lewandowski chciał zapewnić sobie dziś godny jubileusz, to w sumie mu się to udało, choć parę łyżek dziegciu w tej beczce miodu da się znaleźć. Jasne, po powrocie do domu nie napije się browarka na smutno nie będzie opychał się jagodami goi na smutno, bo w końcu w sieci coś jest – i to nie jedna sztuka, a dwie. Spokojnie mógł jednak kończyć z hat-trickiem.

Jubileuszu nie osłodzi zbyt mocno także styl, w jakim te bramki zostały zdobyte. Pierwsza? Karny wykonany jak zwykle perfekcyjnie – tu ciężko szukać dziury w całym, natomiast wciąż wątpliwy jest dla nas sposób, w jakim Polak tego karnego wywalczył. Niby miał ręce rywala na plecach, niby był pociągany, ale jakoś ciężko nam odeprzeć wrażenie, że walory tego upadku doceniliby bardziej na deskach Teatru Dramatycznego niż zielonej murawie. Drugi gol to wepchnięcie do pustaka – brzmi w sumie jak coś łatwego do zrobienia, ale trzeba było pokazać tu klasę, wysoko podnieść nogę, pójść pazernie na piłkę. 

Niewykorzystane sytuacje? No cóż, były. Lewy wyszedł nawet sam na sam z bramkarzem, ale nie zdołał pokonać go z jakichś dziesięciu metrów. Powinien mieć też bramkę, gdy Gnabry przy 2:0 pognał z kontrą. Niestety nie zabrał na mecz soczewek, bo zamiast podać do Lewego, który miał przed sobą pustaka, wolał uderzać z pozycji, która nie była najlepiej przygotowana. Lewy ogólnie dziś harował dość mocno na boisku – to on wykreował Ribery’emu sytuację, w której wpadł w pole karne i został zablokowany, to on główkował po rzucie wolnym (niecelnie, a i był na spalonym).

AEK stanowiło dziś kompletnie tło, nie potrafiło się odgryźć zupełnie niczym i może pluć sobie w brodę – Bayern nie był dziś nie wiadomo jak zorganizowany. Widać było jak na dłoni, ilu piłkarzy z środka pola wypadło w ostatnim czasie z gry. Akcje były prowadzone raczej bez ładu i składu, braki koncepcji w rozegraniu były niwelowane wrzutkami w pole karne, z których niewiele wynikało. No, chyba że mówimy o strzale Goretzki, który uderzył z powietrza w stylu Zlatana (jednak bezskutecznie). 

Taki sobie był to mecz. Wiało trochę Ekstraklasą – podania były może celniejsze, tempo nieco szybsze i czasem zdarzył się nawet udany drybling, ale ogólnie było to wszystko podszyte nijakością. Tyle dobrego, że udany dzień zaliczył Lewy, który dzięki dwóm bramkom przeskoczył w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów Szewczenkę i Ibrahimovicia oraz zrównał się bramkami z Alfredo di Stefano. Kozak. 

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (9)