Niemiec: Zostałem zapamiętany jako dobry kolarz
Inne sporty

Niemiec: Zostałem zapamiętany jako dobry kolarz

Wygrany etap hiszpańskiej Vuelty, szóste miejsce na Giro d’Italia, zwycięstwa w mniejszych wyścigach. Przemysław Niemiec w zawodowym peletonie spędził siedemnaście lat, stając się postacią rozpoznawalną nie tylko w Polsce, ale i na całym kolarskim świecie. Kilka tygodni temu zakończył swoją karierę. Nam opowiada m.in. o tym, jak zaczął jeździć, bo… nie miał roweru, pasji do samochodów czy rywalizacji z Sylwestrem Szmydem.

„Życia nie mierzy się ilością wykręconych kilometrów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach” napisałeś na Facebooku. To ile ich było?

Wiele. Miałem swoje pięć minut i to kilka razy. Wygrany etap na Vuelcie, szóste miejsce w Giro. Wcześniej były też inne zwycięstwa, ale że jeździłem w ekipie z niższego poziomu, to nie cieszyły aż tak, jak wygrane w World Tourze. To są właśnie te chwile, które zapamiętam pewnie do końca życia, bo przeżycia były niesamowite. Nie odszedłem z kolarstwa anonimowo. Z tego, co widzę, zostałem zapamiętany jako dobry kolarz, który sporo zrobił dla polskiego kolarstwa. Tego się trzymam.

W twoim ostatnim sezonie zabrakło cię w Wielkich Tourach…

Szkoda, wiadomo. Myślałem, że przejadę choć jeden. Założenia taktyczne ekipy były jednak takie, by na Wielkie Toury wysyłać młodych kolarzy, którzy zbierają doświadczenie. Zarówno ja, jak i Matteo Bono, który też zakończył karierę, nie przejechaliśmy żadnego z nich. Były inne wyścigi. Moja rola w tym roku była zupełnie inna niż w poprzednich latach. Nie mam absolutnie pretensji do nikogo – tych Wielkich Tourów przejechałem dwanaście. Jeden więcej czy mniej nie robi mi różnicy.

Miałeś za to pożegnanie na Tour de Pologne.

W czasie Tour de Pologne chodziły mi po głowie myśli, by zakończyć karierę, ale po rozmowie z menadżerem i szefostwem ekipy zadecydowaliśmy, że wstrzymamy się z ogłoszeniem tego. Mentalnie byłem już nastawiony, że to jest moje ostatnie Tour de Pologne i mimo że tej decyzji nie ogłosiłem, to kibice na trasie wołali „Przemek, dzięki za wszystko!”. Było to miłe. Największe pożegnanie zrobiono mi w Turcji, gdzie organizatorzy stanęli na wysokości zadania i przygotowali mi wielką fetę. Dziękuję im za to.

Widziałem twoje wypowiedzi – sezon temu mówiłeś, że karierę zakończysz za rok, w 2013, że za pięć lat…

Tak? Nawet nie wiedziałem, że coś takiego powiedziałem (śmiech).

… więc wychodzi na to, że wszystko – nawet jeśli tego nie pamiętasz – poszło zgodnie z planem. Nie masz jednak takich myśli, że dałoby się jeszcze pojeździć rok albo dwa?

Chęci mam, chciałbym się nawet dalej ścigać. Ale stwierdziłem, że to ten moment, gdy mi tego wystarczy. Jeździłem zawodowo siedemnaście lat. Kolarstwo się zmienia, z roku na rok jest większy stres  i ryzyko. Stwierdziłem, że mam swoje lata i coś innego do zrobienia w życiu. Uznaję, że podjąłem dobrą decyzję i to w najlepszym możliwym momencie.

Pytam, bo tak się złożyło, że mistrzem świata został Alejandro Valverde, twój rówieśnik.

Tak, ale Valverde jest jak Sagan. Tacy kolarze rodzą się raz na dziesięć lat. Nie ma co mnie do niego porównywać. W peletonie mało jest już kolarzy w moim wieku. Teraz jest wielkie parcie na młodych zawodników, chłopaki są młodsi ode mnie o osiemnaście lat – kiedy oni się rodzili, ja już się ścigałem. W przyszłym roku będzie się u nas jeździć Słoweniec Tadej Pogacar, dobry kolarz. Urodził się w 1998 roku. Jechałem wtedy swoje pierwsze mistrzostwa świata. Widać tę różnicę wieku. W pewnym momencie trzeba ustąpić miejsca młodszym. Nie ma co ścigać się na siłę. Nie chciałem tego robić w ekipie niższej rangi i poniewierać się w mniejszych wyścigach. Nie po to poświęcałem się tyle lat, żeby zakończyć na poziomie, z którego zaczynałem.

Kiedy zaczynałeś jeździć zawodowo, polskie kolarstwo było w dołku. Odchodzisz w momencie, gdy jest na świecie coraz bardziej docenianie.

Mamy kolarzy na światowym poziomie. Cieszę się, że miałem w tym swój udział te kilka lat temu. Do World Touru dołącza też polska ekipa, chcą, by z roku na rok było w niej coraz więcej polskich kolarzy… Bo nie oszukujmy się – nasz zespół, a w nim tylko pięciu Polaków. Z drugiej strony nie było kogo wziąć, by sprostał wymaganiom. Wyścigi World Touru różnią się od pozostałych, poziom jest dużo wyższy i trzeba być odpowiednio przygotowanym. Jeśli nie będzie wielkiej presji ze strony sponsorów, to z biegiem czasu dojdą do dobrego poziomu.

Nie kusiło cię, by wziąć do ręki telefon, wykręcić numer Piotra Wadeckiego i zapytać, czy przypadkiem nie potrzebują w CCC kolarza z doświadczeniem?

Nie. Mój menedżer prowadził rozmowy, ale głównie polegało to na zdobyciu informacji. Ja też nie chciałem koniecznie gdzieś się znaleźć, bo mentalnie nastawiłem się na to zakończenie kariery.

Co najbardziej zmieniło w zawodowym kolarstwie od początku twojej kariery?

Kiedy zacząłem startować, przynajmniej na włoskim podwórku, królował Mario Cipollini. On był takim „dyktatorem” w peletonie. To, co powiedział, było święte. Jeśli powiedział, że jedziemy spokojnie, to wszyscy tak jechali. Był wielkim kolarzem, każdy miał dla niego respekt. Fajnie to wyglądało. Moje pierwsze wyścigi wśród zawodowców to był dla mnie niesamowity stres i przeżycie. Jako młody kolarz z Polski znalazłem się wśród najlepszych zawodników ze świata. Trochę czasu minęło, zanim się z tym wszystkim oswoiłem. Teraz tego nie ma, przychodzą młodzi, którzy walczą na równi ze starymi wyjadaczami..

Zmieniła się też jazda. Kiedyś było tak, że na początku peleton puszczał ucieczkę na 15-20 minut. Czasem się pomylił i ta ucieczka dojeżdżała. Teraz po 30 kilometrach walki odjeżdża dwóch kolarzy. Co robi peleton? Puszcza ich na minutę, może dwie. Nie więcej. Cały czas kontroluje sytuację. Pod koniec dodaje gazu, dochodzi ucieczkę i wszystko układa się tak, jak sobie tego zażyczą najlepsze ekipy.

Do World Touru wszedłeś już po trzydziestce. Nie masz wrażenia, że mogłeś to zrobić wcześniej?

Mogłem. Pierwsze kontakty z Lampre miałem już w 2006 roku, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Czy to podpisany przeze mnie wcześniej kontrakt, czy sezon, który ułożył się nie po mojej myśli. Udało się w 2011 roku. Pytanie do jakiego miejsca bym doszedł w tym World Tourze, gdybym przeszedł tam kilka lat wcześniej. Wyścigi wypalają, zwłaszcza ten największe. Jeździłem rocznie dwa Wielkie Toury i widziałem, że tak jest. Wyszło jak wyszło i jest mi z tym dobrze, nie mam do nikogo pretensji. Zdobyłem doświadczenie w mniejszych wyścigach, nie wypaliłem organizmu we wcześniejszych latach. Przeszedłem do Lampre gotowy na te wyzwania. Myślę, że sprostałem zadaniu.

Gdybym powiedział o tobie, że przez wiele lat byłeś najlepszym polskim kolarzem, to byś się zgodził?

Czołowym, tak bym to określił.

Bezpiecznie.

We włoskich wyścigach zawodowych byłem jednym z pierwszych, który zaczął wygrywać. Na przykład na Trentino, gdy wygrałem etap w 2005 roku. Był też Sylwek Szmyd, ale wiadomo, że jego rola była inna, bo on był wielkim gregario w swoich ekipach. Z kolei ja byłem liderem i wszystkie wyścigi jeździłem pod siebie, ale w słabszych zespołach. Na włosko-francuskim podwórku byłem jednym z pierwszych Polaków, który w XXI wieku zaczął robić jakieś dobre wyniki. Dało mi tu dużo satysfakcji.

Wróćmy do Sylwestra Szmyda.

We włoskim peletonie w pewnym momencie wszyscy wiedzieli, że jeżeli na starcie wyścigu jesteśmy ja i Sylwek, to będzie między nami rywalizacja. I tak było, ale w przyjaznej atmosferze. „Cięliśmy” się między sobą, ale po wyścigu pogadaliśmy czy uścisnęliśmy rękę. Fajna rywalizacja, bo w tamtych czasach Polaków w peletonie nie było dużo, może dwóch-trzech. Człowiek szukał osób, z którymi mógłby porozmawiać w trakcie wyścigu.

Wygrywaliście w podobny sposób – obaj musieliście odjechać od wszystkich rywali.

Tak, ja większość wyścigów wygrywałem samotnie, bo nie było możliwości, żebym wygrał z grupy. Byłem, podobnie jak Sylwek, słaby na finiszu. Trzeba było ratować się ucieczką.

To w ten sposób, w 2014 roku, odniosłeś największy sukces w karierze, wygrywając etap Vuelty. Choć – jeśli można to tak ująć – miałeś pecha, bo głośniej komentowano wówczas sukcesy Majki i Kwiatkowskiego.

Na pewno tak było. Na przykład moje piąte miejsce na Tour do Pologne przeszło bez echa, bo wygrał Rafał. Z Vueltą było w miarę głośno, byłem pierwszym Polakiem w historii, który wygrał tam etap. Moje sukcesy przyszły już wtedy, gdy swoje zaczęli odnosić Majka i Kwiatkowski, zawodnicy dużo młodsi. Ja zdawałem sobie sprawę z mojego wieku. Siedziałem cicho i robiłem swoje. Nie było z mojej strony żadnego parcia na media. Doszedłem, gdzie doszedłem. Niewielu jest kolarzy, którzy kończą kariery po 17 latach zawodowstwa. Ja to zrobiłem i to z uniesioną głową.

Pamiętam, że gdy wygrywałeś etap na Vuelcie, wielu ludzi pytało, kto w końcu wygrał – Polak czy Niemiec.

Przez długi czas byłem odbierany jako polski Niemiec (śmiech). Gdy przeszedłem na zawodowstwo, była w peletonie ekipa Gerolsteiner. W niej ścigał się z kolei niemiecki kolarz, który miał na nazwisko Polak.

Gdy Michał Kwiatkowski zdobywał mistrzostwo świata, byłeś jednym z jego pomocników. Czujesz się mistrzem?

Tak, dla mnie to też była niesamowita frajda i satysfakcja, że przyczyniłem się do mistrzostwa Michała. Cieszyłem się podobnie jak on. Fajnie, że byłem częścią zespołu, który zdobył mistrzostwo świata. Wiadomo, że w kolarstwie samemu można wygrać czasówkę. W wyścigu ze startu wspólnego drużyna odgrywa dużą rolę. W przypadku tamtych mistrzostw i naszej ekipy jeszcze większą, bo to my wzięliśmy całą pracę peletonu na swoje barki. Wielu komentatorów dziwiło się „dla kogo pracuje Polska?”. Potem się okazało dla kogo. Wielu osobom zamknęliśmy usta i pokazaliśmy, że jako naród jesteśmy w stanie zrobić dużo dobrego dla światowego kolarstwa.

Pamiętam, że gdy Michał dojeżdżał do mety i podnosił ręce w górę, przez chwilę miałem wątpliwości, czy przypadkiem go nie wyprzedzą. Wyliczył to co do sekundy…

Tak, ale kolarz wie, kiedy może sobie na to pozwolić.

…podobnie ty na Vuelcie, gdy zapinałeś koszulkę.

Zakładałem też okulary, 50 metrów przed metą. Wielu znajomych mówiło mi później: „kurczę, jakbyś stracił zwycięstwo przez to, że zakładałeś okulary…”. Czułem jednak, że mogę sobie na to pozwolić, mimo że rywale są blisko.

Miałeś to nieszczęście, że w trakcie twojej kariery zdarzyło się kilka afer dopingowych…

Był nalot na początku XXI wieku – wszędzie było głośno o kolarstwie, niestety mówiło się o tej negatywnej stronie. Teraz się to zmieniło, Międzynarodowa Organizacji Antydopingowa wzięła się za to dość konkretnie i to skutkuje. Przypadków dopingu jest coraz mniej. Wszystko zmierza w dobrym kierunku. Każdy z nas jest objęty tym programem i nawet teraz, do końca roku, też mogę być kontrolowany. Odkąd ogłosiłem zakończenie kariery, miałem dwie kontrole w trakcie tygodnia. Nawet w ostatni dzień roku ktoś może mi przyjechać do domu. Bo do wtedy mam ważny kontrakt i tego muszę się trzymać.

Lance Armstrong to w peletonie persona non grata?

Jego era minęła. Swego czasu było o nim głośno, bo przyjeżdżał na Tour de France i robił, co chciał. Potem przyznał się, w jaki sposób to osiągał. Później mówiło się o nim może jeszcze przez rok, ale teraz już raczej nikt o tym nie pamięta.

Kto był twoim kolarskim idolem?

Jan Ullrich, zawsze. Miałem okazję się z nim ścigać, więc satysfakcja tym większa. W trakcie jednego wyścigu uciekliśmy i razem dojechaliśmy do mety. Moja jazda polegała na tym, żeby patrzeć się na jego nogi, zwłaszcza łydki. Bo naprawdę robiły wrażenie (śmiech). Fajnie, że miałem taką możliwość.

On też przyznał się ostatecznie do stosowania dopingu. Wpłynęło to jakoś na ciebie?

Nie. Jakoś to weszło jednym uchem, wyszło od razu drugim. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

Cofnijmy się w czasie. Powiedziałeś kiedyś: „Wybrałem kolarstwo, bo nie miałem roweru”. Jak to działało?

To był rok 1994. W Polsce był wtedy wielki boom na rowery górskie – tzw. technobike’i, sprowadzane z Włoch. Badziewie, ale na grubych ramach. Miałem czternaście lat, byłem młody, więc zachorowałem na takiego górala. Rodzice mi go jednak nie kupili, miałem jakiegoś składaka, którego dostałem na komunię, bodajże białego Flaminga. Przez przypadek spotkałem wówczas kolegę z mojej wioski, który ścigał się w klubie w Kętach i miał bardzo fajną kolarzówkę. Wpadł mi ten rower w oko, chciałem taki mieć. Nie było możliwości mieć górskiego, więc spróbowałem postarać się o szosówkę. Uprosiłem rodziców, by pozwolili mi zapisać się do klubu, przeszedłem badania i dostałem pierwszy rower. Oczywiście nie taki, jak miał kolega, ale starego trupa. Jakoś mnie to nie załamało, pojechałem do sklepu, kupiłem tonę nowych naklejek i poobklejałem wszystkie obicia.

Myślę, że tą wytrwałością, dążeniem do celu, doszedłem do miejsca, gdzie jestem teraz. Na pewno mi to pomogło. Niejeden chłopak w moim wieku gdyby dostał stary, poobijany rower, to rzuciłby to w kąt i powiedział, że to olewa, bo chciał nowy sprzęt. Mnie to jednak nauczyło tego, że trzeba zaczynać z niskiego pułapu, a coraz wyżej wspinać się ambicją. Tak było w moim przypadku – na kolejny sezon dostałem już nowy rower, świeżo pomalowany. Wyglądało to wszystko zupełnie inaczej. Pobudzało mnie to, by się rozwijać i stawać coraz lepszym. Sprzęt też z roku na rok taki był.

Czyli kolejnych nie musiałeś już obklejać.

Nie, kolejne były już nowe. Później rodzice też kupili mi nowy, porządny rower, który w tamtych czasach był wartości samochodu. Na nim osiągałem jedne z najlepszych wyników w juniorach. Moim zdaniem szkodą dla młodego chłopaka, który zaczyna swoją przygodę z kolarstwem, jest to, że ma od razu rower porównywalny do tych, jakie mają zawodowi kolarze. Bo co będzie później?  Jeśli z kolei zacznie od czegoś gorszego, to własną ambicją dojdzie do tego, że będzie miał lepszy sprzęt.

Dzisiaj rowery też wiele kosztują…

Rowery wyścigowe w ekipach World Touru to ceny w wysokości 8-15 tysięcy euro. Za te same pieniądze mógłbyś iść do salonu i wyjechać nowym samochodem. Technika poszła niesamowicie do przodu, każdy szuka najlepszych materiałów. Wszystko swoje kosztuje. Tego się trzeba trzymać, bo nie ma się co oszukiwać – na poziomie World Tourowym każdy szczegół ma znaczenie. Przy gorszym sprzęcie z miejsca jesteśmy na straconej pozycji.

Gdy wymieniasz te ceny, to przestaję się dziwić, że kiedyś skradziono wam ponad sto rowerów.

Tak, za czasów Lampre mieliśmy włamanie do magazynu. Do dziś chyba tych rowerów nie znaleziono. Zapadły się pod ziemię, a ktoś się nieźle obłowił. Takie życie.

Tylko jak to potem sprzedać? Przemalować albo obkleić?

Jedynie. Rowery mają numery seryjne, to nie sprzęt, który można normalnie sprzedać na rynku. Choć pewnie są miejsca, gdzie się da.

BURSA, TURKEY - OCTOBER 14: Teammates of Przemyslaw Niemiec (4th L) of Team UAE celebrate Niemiec's last competition before the sixth stage between Bursa-Istanbul within the 54th Presidential Cycling Tour of Turkey 2018 in Bursa, Turkey on October 14, 2018. Ali Atmaca / Anadolu Agency kolarstwo szosowe turcja FOT. ABACA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Porównaliśmy rowery z samochodami – ty jesteś blisko i pierwszych, i drugich.

Samochody są moją pasją od dzieciństwa. Mój tata i brat mają warsztat samochodowy, od zawsze przewijały się one przez moje życie. Codziennie pod dom przyjeżdżały kolejne i kolejne. Jak byłem mały, to w pokoju nie miałem ścian, tylko plakaty samochodów (śmiech). Do dziś się to nie zmieniło. Plakatów już co prawda nie mam, ale z motoryzacją jestem na bieżąco. Od dwudziestu lat kupuję co tydzień czasopisma motoryzacyjne, a w domu oglądam programy na ten temat. To moja pasja, staram się pogłębiać swoją wiedzę o wszelkich nowinkach na rynku. Motosport też bardzo mnie interesuje, lubię rajdy samochodowe i Formułę 1. W przyszłym roku będę miał wreszcie czas, więc wybiorę się na Grand Prix. Miałem zresztą ostatnio przyjemność poznać Roberta Kubicę, więc jeżeli on by się ścigał, to byłaby to dodatkowa motywacja do wyjazdu.

Myślałem, że powiesz „w przyszłym roku będę miał wreszcie czas, więc wystartuję w rajdzie”.

Nie, nie. Rajdy zawsze mi się podobały, ale w moim wieku jest już trochę za późno, a mam też rodzinę, dzieci. Trzeba myśleć racjonalnie.

Pytam o samochody, bo podliczyłeś sobie ostatnio, że wyjeździłeś na rowerze 600 000 kilometrów. Gdyby wziąć samochód, który ma tyle na liczniku…

To musiałby być to jedynie stary Mercedes, najlepiej W124, który bez problemu przejeżdża około miliona kilometrów. Dzisiejsze, nowoczesne samochody, zapewne nie dotrwałyby do tego przebiegu. Nowe technologie, elektronika, sprawiają, że żywotność się skraca. Ale faktycznie, przejechałem na rowerze mniej więcej tyle. Kawał drogi.

Młodych kolarzy, którzy szybko wchodzą do World Touru, ale szybko też znikają, możemy porównać do nowoczesnych samochodów?

Tak. Intensywność trzeba zwiększać stopniowo. W moim przypadku po czasach juniorskich, a w pierwszym roku Orlika, ścigałem się w polskich ekipach. Potem przez dwa lata jeździłem amatorsko we włoskiej ekipie. Dopiero wtedy, po trzech sezonach jazdy jako amator, podpisałem kontrakt zawodowy. Wszystko było robione stopniowo. Myślę, że to dobra strategia, żeby się nie wypalić w wieku 25-26 lat. Moim zdaniem to przepis na długowieczność.

Nasuwa mi się od razu na myśl Nairo Quintana. Wszedł z przytupem, ale z roku na rok wygląda w tym World Tourze gorzej.

Z nim to jest tak, że nikt do końca nie wie, ile on ma lat (śmiech). Śmiali się wszyscy w peletonie, że przyjechał gdzieś z Kolumbii i czy rzeczywiście ma tyle lat, ile mówi, to wie on sam.

Znowu jak z autem – przebity licznik?

Tak, dokładnie. Wiadomo, że to żarty, ale widać po nim, że stanął w miejscu. Cały czas jest w czołówce kolarzy, ale Wielkiego Touru już nie wygra.

Wspomniałeś wyjazd do Włoch. Dziś to nic niezwykłego, ale w tamtych czasach nie było to łatwe zadanie.

Przede wszystkim dlatego, że trzeba było jeździć autobusem. Jechałem spod tego dworca, gdzie teraz rozmawiamy [w Bielsku-Białej – przyp. red.]. Bus odjeżdżał o 18, a następnego dnia ok. 12 byłem we Florencji. Osiemnastogodzinna podróż. Ale wtedy samolot był dla mnie poza zasięgiem, nie miałem też samochodu. Przez pierwszych parę lat jeździłem autobusem. Potem kupiłem samochód, to jeździłem nim. Zmieniło się to dopiero, gdy podpisałem kontrakt z Lampre, wtedy zacząłem latać samolotami. Trasę Bielsko-Biała – Florencja znam jednak na pamięć, mógłbym przejechać ją w środku nocy.

Bariera językowa sprawiała problemy?

Miałem o tyle dobrze, że pojechałem do Włoch dzięki braciom Kohutom, którzy się tam wtedy ścigali i załatwili mi staż w amatorskiej ekipie. Miałem to szczęście, że mieszkałem razem z nimi, więc mi nieco pomagali. Choć już przed wyjazdem do Włoch uczyłem się języka, chodziłem na korepetycje. Będąc we Włoszech, po pół roku mogłem się dogadać z szefostwem czy kolegami w ich języku. Zostało mi to do dziś, pewnie jeszcze kiedyś przyda mi się to w życiu

Twój opis na stronie Team Emirates brzmi: „mówi po włosku na tyle dobrze, że gdyby ktoś go usłyszał, nie wiedząc kim jest, pomyślałby, że rodowitym Włochem”.

Nieraz, gdy byłem we Włoszech i rozmawiałem z kimś, nawet ostatnio, na zgrupowaniu w Sestriere, poszedłem do sklepu, a sprzedawca, widząc, że jesteśmy kolarzami, zagadnął nas. Pogadaliśmy kwadrans i zapytał mnie, czy jestem z Trentino. Mówię, że nie, jestem z Polski. Zrobił na mnie wielkie oczy, że tak dobrze mówię po włosku.

Przez całą karierę i pobyt we Włoszech mieszkałem w Toskanii, bardzo dobrze znam też tamtejszy dialekt, który jest bardzo specyficzny. Wiele razy, gdy rozmawiałem z innymi Włochami, to mówili mi, że „bardzo dobrze mówię po toskańsku”. Teraz, kiedy gdzieś pojadę i spotkam jakiegoś Włocha, to po tym, jak mówi, będę mógł określić, z jakiego regionu jest.

Czyli ty sobie radziłeś, ale za to sprawiałeś problemy kolegom… swoim imieniem.

Przedwczoraj pojechałem na cały dzień do klubu, spotkać się z Giuseppe Saronnim, obsługą i całym biurem. Rozmawiałem tam z sekretarką, która do dziś, po ośmiu latach, ma problem z wymówieniem mojego imienia. Dla Włochów przez całą karierę byłem „Niemek”, wszyscy do mnie tak mówili.

Rozumiem, że teraz na wakacje do Włoch możesz pojechać wszędzie?

Tak, cały kraj mam obstawiony znajomymi. Moja żona też bardzo dobrze mówi po włosku, nie ma problemów z pobytem tam. Nic się nie zmieniło i pewnie w najbliższych latach nadal się nie zmieni. Swoją drogą zjeździłem w trakcie kariery cały świat, jadłem wszędzie, ale najlepszą kuchnią na świecie jest ta włoska.

Gorzej, gdy będąc tam, chcesz coś zjeść ok. 14, a wszędzie jest zamknięte, bo wszyscy odpoczywają.

Tak, ale myślę, że to przepis na długowieczność. Gdy tam przebywałem, a było tych lat kilkanaście, nieraz widziałem klepsydry przy drodze. Tam ludzie umierają najczęściej w wieku osiemdziesięciu czy dziewięćdziesięciu lat. Nie umiera się, gdy ma się sześćdziesiątkę. Myślę, że szklanka wina dziennie to też przepis na długie życie.

Przestaje mnie dziwić, że twoją dewizą jest „śpiesz się powoli”.

Jak mówię: wszystko ma w życiu swoją kolej i do wszystkiego trzeba dochodzić stopniowo. Jak się coś dostanie podane na tacy, to człowiek się do tego przyzwyczai, a życie nie jest tak łatwe czy lekkie. Ja musiałem poświęcić wiele lat i zostawić nawet nieco skóry na asfalcie, by dojść do takiego poziomu, na jakim się znalazłem.

461847.jpg

Przemysław Niemiec na starcie mistrzostw Polski, rok 2005

Mówimy o Włoszech, wspominasz, że zjeździłeś cały świat, a wciąż mieszkasz w Pisarzowicach, wiosce niedaleko Beskidów.

Nie wstydzę się tego, że jestem chłopakiem ze wsi. Co prawda moja wioska zaczyna przypominać małe miasto, bo przyjeżdżają tam miejscowi z Bielska i budują się u nas. W roku 2000 bodajże było nas ok. 3500-4000 mieszkańców, dziś jest 8000. Ja sam nigdy nie myślałem, by się z Pisarzowic wyprowadzić, zamieszkać gdzie indziej czy wyjechać do Włoch na stałe. Nigdy taki pomysł nie chodził mi po głowie. Cieszę się z tego, gdzie mieszkam i skąd pochodzę.

Masz tu blisko góry. To pomagało w trakcie kariery?

Tak, z domu do gór mam bliziutko. Góra Żar czy Przegibek w Bielsku. Zajadę trochę dalej i jestem w Szczyrku, Wiśle czy Ustroniu. Podjazdów mam tyle, że w trakcie pięciogodzinnego treningu byłem w stanie zrobić ok. 3000 metrów przewyższenia. Tego tu nie brakuje. Jeśli chcę jechać po płaskim, to kieruję się z kolei w stronę Oświęcimia i mam jak po stole. Dla kolarza to lokalizacja idealna.

Skoro już o górach: „Zwykły rower jest pojazdem napędzanym siłą mięśni, za to rower jadący pod górę, jest napędzany siłą woli”, tak brzmi jeden z bardziej znanych cytatów o kolarstwie. Zgoda?

Na pewno coś w tym jest. Żeby wyjechać pod górę dobrym tempem, trzeba mieć nie tylko dobry rower, ale i silną wolę, i determinację. Trzeba tej silnej woli, ale gdy dojeżdża się na szczyt, to ma się satysfakcję, że zrobiło się to dzięki własnym mięśniom. Dziś mamy możliwość wzięcia roweru elektrycznego i on sam za nas wyjedzie, ale nie o to chodzi w kolarstwie. Ludzie, którzy tak jeżdżą, raczej nie powinni nazywać się kolarzami. Tak samo byłoby, gdybym sobie wsiadł na skuter i na nim pojechał.

Trasa Tour de France 2019 pełna będzie trudnych podjazdów – nie kusiłoby cię, żeby ją przejechać?

Jako zawodowy kolarz już nie, ale amatorsko jak najbardziej. Odkąd wróciłem z Turcji, gdzie jechałem ostatni wyścig, na rowerze byłem już kilka razy. Jeżdżę dalej, jeśli tylko pozwoli pogoda i czas. Mam w domu dwanaście rowerów, więc to dodatkowa zachęta. Dużo czasu jeszcze minie, zanim przestanę jeździć. Będę to robić choćby dla własnego zdrowia – amatorsko, dla przyjemności, bez bicia rekordów.

Wszystkie te rowery sprawne?

Tak, w każdej chwili mogę którykolwiek ściągnąć z haków, dopompować powietrze i mogę jechać.

Mam wrażenie, że ostatnio coraz częściej dyskutuje się o bezpieczeństwie kolarzy. Nie tylko w trakcie wyścigu, ale i poza nim. Jak z tym jest?

Główny problem jest taki, że na drodze jest coraz więcej samochodów i robi się coraz bardziej ciasno. Sam, gdy ostatnio jeździłem na treningi, raczej wybierałem się tam, gdzie był mniejszy ruch, a nie tam, gdzie najbardziej by mi pasowało. Unikałem głównych dróg, gdzie jest więcej samochodów, bo kolarz przeszkadza kierowcom. Prawda jest taka, że potencjalny kierowca, który na nas trąbi, styczność z kolarzem ma raz na tydzień, ale bardzo mu przeszkadzamy. Czasami trudno mi zrozumieć ludzi, którzy mają do nas pretensje, że jedziemy obok siebie. Po pierwsze, przepisy na to pozwalają, jeżeli nie utrudnia to ruchu. Po drugie, jak mówiłem – ile razy spotka dwóch kolarzy, jadących obok siebie? Co najwyżej raz na jakiś czas. Wymija nas i jedzie dalej. Ale nie, ambicja mu na to nie pozwala, musi nas strąbić. Staram się na to nie reagować i nie wdawać się w dyskusje z nikim, bo można tylko narobić sobie szkody. To jest główny problem, gdy chodzi o treningi. A w peletonie? UCI ograniczyło liczbę zawodników, ale jakoś trudno to dostrzec, nie odczuwa się tego. Kraksy były, są i będą. Rywalizacja i presja wyniku są coraz większe. Na finiszach robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Raczej nic się nie zmieni.

Najtragiczniejszy w skutkach był m.in. wypadek Michele Scarponiego.

Można zginąć nawet obok swojego domu, tak było z Michele. Nikt nie zna dnia ani godziny. Niektórych przypadków można by uniknąć, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Jeśli chodzi o rower, to nic lepszego nie da się wymyślić – kaski stały się obowiązkowe już jakiś czas temu. Tylko one nas chronią. Nie mamy żadnych ochraniaczy czy kombinezonów, resztę przyjmuje nasze ciało, czasem skutki są tragiczne.

Kiedy Michele Scarponi miał wypadek, ty sam zdrowiałeś po kraksie w wyścigu.

Tak, dwa dni przed jego śmiercią połamałem się na głupim rondzie w Chorwacji. Miałem siedem złamań: obojczyk, rzepka i pięć kości w kręgosłupie. Do dzisiaj mam w telefonie wiadomość od Michele, który dowiedział się, że się połamałem i życzył mi szybkiego powrotu do zdrowia. Dzień później zginął. Zostanie to na długo w mojej pamięci. Jak mówię: czasami wystarczy chwila nieuwagi, błąd kogoś innego i można sobie narobić poważnych problemów. W zeszłym roku miałem już kupiony bilet na Giro, ale połamałem się w tej Chorwacji. Kiedy dostałem go na maila, siedziałem w domu w różnych usztywniaczach na kolana czy obojczyk. Tak wyglądało moje Giro. Miałem też taką Vueltę, na której zaliczyłem poważną kraksę i do dziś nic nie pamiętam. Wylądowałem po niej na intensywnej terapii na 24 godziny. Trochę tych wypadków miałem, ale taki jest sport. Jest to wpisane w karierę kolarza, że każdy prędzej czy później będzie miał kontakt z asfaltem.

Mark Twain powiedział: „Naucz się jeździć na rowerze, nigdy tego nie pożałujesz”. Mimo wszystko potwierdzasz?

Myślę, że tak. Rower sprawił mi niesamowitą frajdę, naprawdę pomógł mi w życiu. Jestem mu za to wdzięczny. Przez rower doszedłem do miejsca, gdzie się znalazłem. Przez najbliższe lata będę na niego wsiadać z sentymentem, by odwdzięczyć się za to, co pozwolił mi osiągnąć. Prędko o nim nie zapomnę.

Mówisz o rowerze, jakby był osobą.

Nie mam czegoś takiego, że idę do garażu i rozmawiam z rowerami, bez przesady. Ale na przykład wyczyszczenie ich nigdy nie sprawiało mi problemu. Dbam o nie, bo wiem, że zadbany rower to rower długowieczny.

Wielu brazylijskich piłkarzy mówiło, że by piłka cię słuchała, trzeba z nią rozmawiać. To może jednak trzeba było spróbować pogadać z tymi rowerami?

Po ostatnim etapie w Turcji, gdy przyjechałem pod busa i schodziłem po raz ostatni z mojego roweru, poklepałem go po siodełku i podziękowałem za wszystko. To było takie symboliczne pożegnanie się z peletonem. Ten ostatni rower na pewno zostawię w swojej kolekcji.

ROZMAWIAŁ SEBASTIAN WARZECHA

 Fot. Newspix

KOMENTARZE (3)