Być jak Lopetegui, czyli galeria przegrańców 
Weszło

Być jak Lopetegui, czyli galeria przegrańców 

Często stawiali sprawę na ostrzu noża, w pogoni za kasą i ambicjami byli w stanie odciąć wszystko grubą kreską, lecz najlepiej opisać ich można parafrazując znane przysłowie: zamienił stryjek siekierkę na… gilotynę. Przegrańcy. Gwiazdy, które zginęły od własnej broni. Głupcy, którzy przez złe wybory, konflikty czy inne aferki spaprali to, co mieli. W poszukiwaniu lepszego stracili to, co dobre.

Nie ukrywamy, że do stworzenia tego rankingu zainspirował nas Julen Lopetegui, który może służyć za modelowy przykład przegrańca. Miał za sterami jedną z najlepszych reprezentacji na świecie tuż przed mundialem, w którym mógł ugrać wiele? Miał. Porwał się na jeszcze głębszą wodę, pokazując Hiszpanom gest Kozakiewicza i podpisując kontrakt z Realem? Porwał. Znalazł się w mgnieniu oka na lodzie? Znalazł. 

Takich przykładów w światowej piłce jest wiele. Szaleńców, którzy zrezygnowali z tego, co mają, w pogoni za… No właśnie, dziś pewnie sami nie wiedzą za czym. W kwestii formalnej – rezygnujemy z uczestnictwa w rankingu polskich asów, choć przykłady moglibyśmy mnożyć. Dałoby się wepchnąć tu choćby Krychowiaka, który w pogoni za grą w PSG znalazł się na zakręcie, z którego do dziś nie może wyjść. Mógłby być tu choćby Sebastian Dudek, który mieszając z błotem szkoleniowca został wyrzucony z kursu trenerskiego. Moglibyśmy wskazać kibiców Zawiszy Bydgoszcz, którzy wykurzyli z klubu tego okropnego Radosława Osucha, a dziś bujają się po niższych ligach. O klasycznych przykładach zmarnowanych talentów w stylu Dawida Janczyka nawet nie wspominamy – ale w sumie to nie o nich jest ten tekst. Problemy hazardowo-alkoholowo-lifestylowo-sercowe, niestety dość powszechne w światowej piłce, odłożyliśmy na drugi plan. 

To zestawienie ludzi, którzy w głupi sposób pozbawili się trofeów, meczów dla kadry narodowej, którzy zamieniali najlepsze drużyny na takie, w których ich kariery się posypały. 

No dobra, kogo uważamy za największych przegrańców światowej piłki ostatnich lat? 

10. MESUT OEZIL 

Na początek historia pod tytułem „jak jednym zdjęciem spaprać karierę narodową?”. 92 mecze w reprezentacji, 23 bramki, złoto na mundialu, beznadziejne odpadnięcie cztery lata później i łatka zdrajcy narodowego, której nie odklei pewnie już nigdy. Na takim dorobku zatrzymał się licznik piłkarza Arsenalu, który wiosną tego roku spotkał się w Londynie z Recepem Erdoganem, tureckim prezydentem. Jego rządy – delikatnie mówiąc – nie budzą powszechnego poparcia w zachodniej Europie. Na swoje nieszczęście Oezil do spółki z Ikayem Guendoganem wręczył prezydentowi pamiątkową koszulkę z napisem „Z wielkim szacunkiem dla mojego prezydenta”, a później dał się sfotografować. 

I wtedy się zaczęło. 

W Niemczech wybuchła wielka dyskusja, czy tacy piłkarze mogą w ogóle reprezentować barwy narodowe. Krytyka skupiła się głównie wokół Oezila, którego kibice od dawna oskarżali o to, że nie wkłada w grę w niemieckiej koszulce należytego serca. Do ostatniej chwili wahała się sprawa powołania na mundial, obaj aferzyści znaleźli się jednak w kadrze. Oezil nie obronił się na boisku, więc fala krytyki nie przycichła. Sam nie chciał wypowiadać się w mediach, ale już na chłodno po mistrzostwach stwierdził, że przy tej skali krytyki kibiców i takiej a nie innej reakcji związku, nie jest w stanie kontynuować gry w narodowych barwach.

Gdyby nie jedno zdjęcie – zapewne grałby w nich dalej. I mając w perspektywie jeszcze kilka lat grania, dołączyłby pewnie do panteonu legend niemieckiego futbolu. Nie mówiąc już o reklamie, jaką zrobiłby wszystkim naturalizowanym piłkarzom u naszych zachodnich sąsiadów. Abstrahując od tego, jakie mamy zdanie na ten temat – w ostatnich latach stał się twarzą wszystkich piłkarzy z imigranckimi korzeniami, którzy wznosili Niemców na wyższy level. 

9. CARLOS TEVEZ

Wygrał sportowo i życiowo, przegrał finansowo. I to baaardzo. Podpisanie kontraktu z Shanghai Shenua było dla Argentyńczyka dealem życia. Pewnie nie znalazłby się wówczas nawet w topowej setce piłkarzy na świecie, ale zarabiał najwięcej ze wszystkich, bo aż 35 milionów funtów na sezon. Obrzydliwa kasa, ale jak widać pieniądze szczęścia nie dają. Apacz zabawił w Chinach tylko siedem miesięcy i dogadał się co do rozwiązania dwuletniego kontraktu.

Co oznacza, że ogromna kasa przeszła mu koło nosa i właśnie dlatego uznajemy go za przegrańca. Mógł się tylko postarać i w rok zarobić na emeryturę dla swoich wnuków – wolał grę za wielokrotnie mniejsze pieniądze w Boca Juniors. Tevez w Chinach podchodził do swoich obowiązków na totalnej wyjebce, łapał kilogramy, nie starał się, w wywiadach z rozbrajającą szczerością opowiadał, że to były wakacje. Oby tylko za dziesięć lat nie usiadł w bujanym fotelu i nie przeliczał, ile zostało mu gotówki.

8. ZLATAN IBRAHIMOVIĆ

Trochę niezręcznie umieszczać tu Zlatana, bo jednak był gwiazdą w każdej ekipie, w której grał. Do idealnej puenty jego kariery brakuje tylko trofeum Ligi Mistrzów. I na jego nieszczęście po LM sięgały kluby chwilę po tym, jak z nich odchodził… 

– Zlatan w 2009 roku żegna się z Interem, Inter w 2010 sięga po LM,
– Zlatan w 2010 roku odchodzi z Barcelony, Barcelona w 2011 roku sięga po LM.

Nie ma najlepszego timingu szwedzki napastnik. A jeśli dołożymy do tego fakt, że Zlatan mógł wrócić do reprezentacji Szwecji chwilę przed tym, jak ta doszła do ćwierćfinału mundialu (zamknął sobie drogę aroganckimi wypowiedziami), to… dopełnia nam się cały obraz Zlatana-przegrańca. No cóż – na osłodę pozostaje mu 13 tytułów mistrzowskich, jakie wywalczył przez całą karierę.

I fakt, że może walczyć o tytuł najlepszego wśród przegrańców. 

7. FERNANDO TORRES

Kolejny przykład na to, że lepsze wrogiem dobrego. W Liverpoolu miał prawie wszystko – uwielbienie kibiców, zabójczą skuteczność, miano gwiazdy ligi. Zabrakło mu tylko (i aż?) trofeów. Tylko raz przez trzy sezony spędzone w ekipie „The Reds” zakończył rozgrywki na ligowym podium. Europejskie puchary? Półfinał, ćwierćfinał, odpadnięcie po fazie grupowej. Torres stwierdził, że czas wykonać krok do przodu – konkretnie do Chelsea.

Problem w tym, że podczas wykonywania tego kroku, spektakularnie się potknął. Było to bolesne o tyle, że Chelsea wyłożyła za niego aż 58,5 miliona funtów. W zespole z Londynu Torres stał się symbolem nieskuteczności. W żadnym z czterech sezonów Hiszpan nie przekroczył nawet bariery dziesięciu bramek. 

I już nigdy się nie odbudował. Ani w Milanie (totalny niewypał), ani w Atletico (było nieźle, ale do klasy Torresa z Liverpoolu wciąż baaardzo daleko). Dziś odbywa piłkarską emeryturkę w japońskim Sagan Tosu. 

6. ROBINHO

Upadek Robinho nie ma jednej twarzy. Pierwszą z nich – tą łagodniejszą – jest zmiana klubu z Realu na Manchester City. W Madrycie odgrywał pierwsze skrzypce, miał pole do czarowania swoją techniką. Połasił się jednak na petrodolary dopiero budującego swoją potęgę Manchesteru City. Kompletnie nie pasował do ligi, sam także osiadł na laurach i zamiast stać się twarzą potęgi „The Citizens”, skończył na kilku miesiącach dobrej gry. 

Ile razy pluł sobie w brodę? Tego nie wiemy, ale jego dalsze losy pokazują, że frustracja nie jest mu obca. Pal licho, że od gry w piłkę wolał – jak wielu Brazylijczyków – dobrą zabawę. Robinho bawił się jednak tak dobrze, że aż został skazany na dziewięć lat pozbawienia wolności za udział w zbiorowym gwałcie (wyrok wciąż nieprawomocny). Linia obrony mogła nie być mu obca, już w czasach City błyskotliwy skrzydłowy musiał mierzyć się z zarzutami o gwałt (wtedy jednak zdołał się wybronić). Teraz wciąż walczy o wolność, a w przerwach między spotkaniami z adwokatem kopie piłkę w tureckim Sivasporze. 

Nie ulega wątpliwości, że ta kariera powinna potoczyć się dużo lepiej. 

5. BRENO 

Jesteś piłkarzem Bayernu Monachium. Może nie grasz jeszcze pierwszych skrzypiec, ale jeszcze łapiesz się do kadry U-21, więc perspektywy masz nie najgorsze. Zbierasz niezłe recenzje, Dunga zabiera cię na Olimpiadę i wtedy… podpalasz swój dom. 

Psychiatrzy po fakcie stwierdzili, że Brazylijczyk od dłuższego czasu miał problemy z samym sobą. Popijał, o ile tak można nazwać piwa wlewane w dwucyfrowych ilościach. Pewnego dnia – mając 2,5 promila w wydychanym i psychotropy we krwi – podpalił swój dom. Był tak odurzony, że chwilę po wznieceniu ognia usnął. – Mąż pił tamtej nocy dużo, ale to nie on był sprawcą podpalenia. Opętał go Szatan, zawładnął nim – tłumaczyła żona. Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało. Straty skończyły się na zamianie milionowego majątku w popiół. 

Wyrok – trzy lata i dziewięć miesięcy pozbawienia wolności. Niby niedużo, zwłaszcza przy grożących mu piętnastu latach, ale zawodowo to jak wyrok śmierci. Po zakończeniu odsiadki Breno dogorywa w lidze brazylijskiej. Sao Paulo zaproponowało mu kontrakt jeszcze w trakcie trwania kary (zagrał tylko pięć meczów), obecnie sporadycznie łapie się do składu w drużynie Vasco da Gama. 

4. JULEN LOPETEGUI 

Najświeższa sprawa, ale o bardzo dużym stężeniu dzbanowatości. Gdyby Lopetegui mógł cofnąć czas, zapewne nie zastanawiałby się ani sekundy. Mógł prowadzić reprezentację Hiszpanii na mundialu. Jasne, południowcy nie zrobili w Rosji niczego wielkiego, ale kto wie czy nie byłoby inaczej, gdyby nie tak duża destabilizacja tuż przed mistrzostwami? Albo wprost – gdyby przed mundialem nie zdestabilizowałby ich aż tak ich własny trener?

Odpowiedź nasuwa się sama. Lopetegui uznał jednak, że czerwiec 2018 to dobry moment na podpisanie kontraktu z Realem Madryt. W mgnieniu oka przestało mieć znaczenie to, że z reprezentacją przeszedł jak burza przez eliminacje, że Hiszpanów stawiało się wśród największych faworytów do wygrania mundialu, że na fali efektu wow jeszcze w maju dostał propozycję przedłużenia swojej umowy, którą zresztą przyjął. Federację trafił szlag i już na drugi dzień Lopetegui został wyrzucony wypierdolony dyscyplinarnie. Tak samo zresztą jak z Realu, z którym popracował ledwie kilka miesięcy. Do szafy będzie mógł sobie schować zatem tylko jedno trofeum: miano jednego z najgorszych trenerów w historii Realu Madryt. Duża sztuka. 

3. SAM ALLARDYCE

Wydawało się, że po aferze, jaką wywołał, utopił całą swoją karierę. Nie został jednak stracony dla angielskiego futbolu – po tym jak wyleciał z reprezentacji po zaledwie jednym meczu znalazł później zatrudnienie w Crystal Palace i Evertonie. I chyba tylko dlatego umieszczamy go na trzecim miejscu. Zarzuty wobec Allardyce’a są wręcz spektakularne. No dobra, więc co takiego nawywijał?

Miesiąc po objęciu „Synów Albionu” na światło dzienne wyszły fakty informujące o tym, że Allardyce udziela biznesmenom z Dalekiego Wschodu porad, jak skutecznie omijać zakazane Third Party Ownership (w największym skrócie – sprzedawanie praw zawodników podmiotom zewnętrznym). W nagraniu ukrytą kamerą widać, jak selekcjoner negocjuje sobie pensję w wysokości 400 tysięcy funtów rocznie za know-how i pomoc w przeprowadzaniu nielegalnych transferów. Suma może i faktycznie robi wrażenie, ale nie mówimy jednak o człowieku, który na gwałt potrzebował forsy. Angielska federacja zapewniała mu trzy miliony funtów rocznie. 

Oczywiście po wybuchu afery trener został błyskawicznie wyrzucony na zbity pysk. 

2. NIKOLA KALINIĆ 

Dzban mundialu 2018. Kalinić na mistrzostwa pojechał, ale – w przeciwieństwie do reprezentacji Chorwacji – bardzo szybko wrócił. Pierwszy mecz fazy grupowej, 2:0 z Nigerią, Kalinić zostaje wezwany do wejścia na boisko z ławki. Zamiast pośpiesznego przebrania się w strój meczowy – odmowa. Chorwat strzela focha, wymawiając się bólem pleców. Czyli robi to samo, co podczas jednego z treningów oraz w towarzyskim meczu z Brazylią przed mistrzostwami. Zlatko Dalić stwierdził, że to zbyt wiele i wysłał sfochowanego napastnika do domu. 

Żadną tajemnicą jest, że Kalinić uważał, iż to jemu należy się miejsce w pierwszym szeregu. A skoro nie gra od początku – może nie grać w ogóle. Na reprezentację Chorwacji podziałało to – jak widać po efekcie – mobilizująco. Balast został zrzucony, Kalinić pozbawił się medalu na mistrzowskiej imprezie, zyskał za to słuszną łatkę pajaca. 

1. KARIM BENZEMA 

Jak spaprać sobie reprezentacyjną karierę i lekką ręką odpuścić wicemistrzostwo Europy i mistrzostwo świata? Wyjaśnia i objaśnia Karim Benzema. W sposób tak absurdalny, tak oderwany od rzeczywistości, że aż do tej pory nie wierzymy, że to się stało. Nawet mimo faktu, że od afery sekstaśmowej minęły już bite trzy lata. 

Przywołajmy więc suche fakty, bo sytuacja jest tak komiczna, że nie trzeba stosować żadnych zabiegów podkręcających fabułę. Mathieu Valbuena usłyszał od szantażystów, że jeśli nie zapłaci 150 tysięcy euro, świat obiegną taśmy z jego igraszkami, które trzymał na telefonie. Jedną z osób, które stały za szantażem, był właśnie Benzema. Rola napastnika polegała na zaaranżowaniu spotkania Valbueny z szantażystami. Gdy poszkodowany Francuz nie chciał słyszeć o żadnych haraczach, Benzema go zastraszał. Po co? Nie wiadomo. Bo chyba nie dla 150 tysięcy euro? 

Pokrętne tłumaczenia oskarżonego na nic się nie zdały, tylko jeszcze bardziej rozjuszały opinię publiczną, która była pochłonięta całą aferą do tego stopnia, że głos w niej zabrali nawet premier i prezydent Francji. Rozwiązanie skandalu mogło być tylko jedno – wyrzucenie Karima Benzemy z reprezentacji. Na jak długo? Do momentu, aż udowodni swoją niewinność. 

Do kadry napastnik Realu już oczywiście nie wrócił. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że Benzema w tej reprezentacji byłby pewniakiem do gry. Skoro po mistrzostwo świata jako zawodnik pierwszego składu sięgnął Giroud, który nie oddał na mundialu nawet celnego strzału. No cóż, koło nosa nie przeszły tylko medale, ale też 150 tysiaków do podziału…

JAKUB BIAŁEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (9)