Jedni grali, drudzy strzelali. Śląsk Wrocław w następnej rundzie Pucharu Polski
Weszło

Jedni grali, drudzy strzelali. Śląsk Wrocław w następnej rundzie Pucharu Polski

Wiele w Bytovii zmieniło się od czasu, gdy Drutex wycofał się ze sponsorowania klubu. Jedno jednak pozostało niezmienne – mobilizacja na Puchar Polski. Nic więc dziwnego, że kibice byli przed dzisiejszym meczem podekscytowani mocniej niż przed starciami ligowymi. Oczywiście nikt wielkiego wydarzenia z przyjazdu Śląska Wrocław do małego Bytowa nie robił. W przeszłości gościły tam drużyny dużo bardziej utytułowane. Inna sprawa, że wrocławianie zawitali już do pomorskiego miasteczka dwa lata temu – również w ramach Pucharu Polski – i do domu wrócili na tarczy, bo Bytovia wygrała wówczas aż 3:0. Tym razem drużyna z ekstraklasy wzięła rewanż za tamtą klęskę, ale na pewno nie zachwyciła, tak jak w ostatnim meczu ligowym. 

*

Po drodze na kameralny stadion pierwszoligowca wstąpiliśmy do naszych ziomków z Totolotka, by obstawić dzisiejsze mecze Pucharu Polski. Naszych typów zdradzać nie będziemy, bo… no nie weszło!

trtt

Chwilę później zapomnieliśmy jednak o przegranym hajsie, bo natrafiliśmy na… automat z robakami. Serio, takie przedziwne ustrojstwo można spotkać, gdy spaceruje się w stronę obiektu sportowego bytowskiego klubu.

ggg

grup

No dobra, a teraz poważniej. Przed odebraniem akredytacji i wejściem na stadion porozmawialiśmy chwilę z kibicami Bytovii, choć trzeba uczciwie przyznać, że tych nie spotkaliśmy zbyt wielu. Właściwie po drodze w lasach można było zauważyć tylu samo grzybiarzy, co fanów w okolicach stadionu 20 minut przed meczem. Może to i dobrze, bo mogliśmy na spokojnie zjeść giętą i zdać raport Magdzie Gessler Koksowi i Wąsowi.

gieta

Stadion zaczął się zapełniać dopiero po pierwszym gwizdku sędziego. Frekwencję znacznie poprawili kibice Śląska Wrocław.

2

Szczerze muszę powiedzieć, że dziwi mnie tak niska frekwencja w tym sezonie. Wreszcie w klubie jest atmosfera rodzinna, a nie korporacyjna. Możecie się dziwić, ale nawet na trybunach czuć inny klimat – zaczyna opowieść wieloletni kibic Bytovi Bytów.

3

byyyyyyyyyyyyyy

Bytowska młodzież dzielnie wspierała swoją drużynę.

Jak na nasze obecne realia finansowe gramy bardzo dobrze. Jasne, ostatnio zaliczyliśmy kilka wpadek, ale nie rozpaczałbym nad tym. W każdym razie jest dużo lepiej niż w poprzednim sezonie, bo wreszcie gramy w piłkę. W żadnym wypadku nie powinniśmy przestraszyć się drużyny z Wrocławia, którą przecież ograliśmy dwa lata temu. I to aż 3:0! Co prawda oni wtedy popełniali fatalne błędy w defensywie – z Pawełkiem na czele – ale my rozegraliśmy wtedy naprawdę świetne spotkanie. Moim zdaniem był to nasz najlepszy mecz w ostatnich latach. Dlaczego więc dziś tego nie powtórzyć? – dodał kibic Bytovii.

Dobra, dość tych przedmeczowych spekulacji. Akredytacja odebrana, wspinaczka na 27 kondygnację odbyta, spacerek do prasówki odbyty, gięta zjedzona.

Szkoleniowiec Śląska Wrocław, Tadeusz Pawłowski przed meczem mówił, że jego drużyna w żadnym wypadku nie zlekceważy przeciwnika, a on sam wystawi mocny skład: – We wtorek musimy być maksymalnie skoncentrowani, dlatego wystawię najsilniejszy skład. Na pewno zagramy bez rewolucji w ustawieniu. Oczywiście w bramce stanie Wrąbel, w polu z pewnością szansę dostaną trochę inni gracze niż w lidze, jednak nie będzie wielu zmian. Traktujemy przeciwnika bardzo poważnie, absolutnie nie można go zlekceważyć 

Tak jak trener zapowiadał, tak zrobił, choć w porównaniu do poprzedniego meczu ligowego z Miedzią Legnica było kilka zmian. Odkurzony został m.in. dawno niewidziany Igor Tarasows, a szansę dostał również – pauzujący za czerwoną kartkę w rozgrywkach ligowych – Arkadiusz Piech. Generalnie skład był – pomimo pozostawienia Marcina Robaka na ławce rezerwowych – co najmniej przyzwoity. Tym bardziej dziwi fakt, że przyjezdni w pierwszych dwóch kwadransach byli bardzo przeciętni. Tylko szczęście uratowało ich od straty nie jednej, a co najmniej dwóch bramek.

Już po raz kolejny w tym sezonie Juliusz Letniowski udowodnił, że z poziomu III ligi można wyłowić naprawdę dobrego zawodnika. Bo właśnie z trzecioligowego Bałtyku Gdynia latem wyciągnął go trener Bytovii, Adrian Stawski. No dobra, ale do rzeczy. Ofensywny zawodnik gospodarzy już od pierwszych minut był bardzo aktywny, co przełożyło się na niezły rajd, który zakończył się dopiero na trzecim zawodniku Śląska. Być może trochę wtedy Juliusz przesadził, bo po minięciu drugiego przeciwka mógł strzelać, a nie dalej dryblować. Kilka minut później zachował się już dużo lepiej, bo napędził akcję i wystawił piłkę Michałowi Jakóbowskiemu, który dobrze przyjął, a następnie huknął w słupek. Mało? Po szybkiej kontrze Letniowski kropnął z dystansu i piłka zatrzymała się dopiero na spojeniu słupka z poprzeczką. Oczywiście były zawodnik Bałtyku Gdynia na tym nie poprzestał i nadal starał się kreować akcje. Jasne, czasami zaliczył stratę, ale ogólnie jego gra przynosiła sporo pożytku drużynie.

Groźne ataki konstruowała Bytovia, ale bramki strzelał Śląsk Wrocław. Przede wszystkim pierwsze trafienie przyjezdnych zrobiło na nas wrażenie. Śląsk przejął piłkę po źle wykonanym rzucie rożnym przez gospodarzy i ruszył do kontrataku. Chwilę później celne dośrodkowanie Łukasza Brozia wykończył Damian Gąska, otwierając tym samym wynik meczu.

Najwyraźniej stracona bramka mocno zdeprymował Jakuba Kuzdrę i Mateusza Oszmańca, bo chwilę później popełnili fatalne w skutkach błędy. Pierwszy stracił piłkę we własnym polu karnym, a drugi zaliczył absurdalną interwencję. Bo jak inaczej nazwać przepuszczenie piłki, gdy Maciej Pałaszewski uderzał z zerowego kąta? Na dodatek piłka nie wpadła od razu do siatki, bo najpierw odbiła się od słupka, później od pleców golkipera Bytovii i dopiero wtedy przekroczyła linię bramką.

gol

Po przerwie obraz gry wiele się nie zmienił, a efekt był niemal identyczny. Atakowali gospodarze, a gola strzelili goście… Szczerze mówiąc, dawno nie widzieliśmy tak nieskutecznej drużyny jak Bytovia. No może Real Madryt w meczu z Levante był nieco lepszy w tym niechlubnym aspekcie gry. W każdym razie bytowianie zasłużyli dziś na przynajmniej jedną bramkę. Najbliżej jej zdobycia w drugiej połowie był Bartosz Wolski, którego strzał minimalnie minął słupek bramki strzeżonej przez Jakuba Wrąbla. Poza tym groźnie uderzali jeszcze Jaroch i Jakóbowski. Niezłe piłki zaraz po wejściu rozrzucał Filip Burkhardt, ale koledzy z drużyny nie potrafili tego wykorzystać.

Czego nie mogła zrobić Bytovia, ponownie zrobił Śląsk Wrocław. Na dodatek w momencie, gdy grał w osłabieniu. Czerwoną kartkę na kwadrans przed końcem spotkania zobaczył Igors Tarasovs. Łotysz najpierw stracił piłkę blisko pola karnego, a później sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Jarocha. Arbiter konsultował się jeszcze z kolegami od VAR-u, ale decyzję podtrzymał. Może to i dobrze dla Śląska, bo właściwie od tego momentu zaczęli grać lepiej, co udokumentował Damian Gąska. Piłkarz Śląska mocno huknął z dystansu, a Oszmaniec wzrokiem odprowadził piłkę do siatki.

Bez wątpienia ten mecz mógł się rozstrzygnąć inaczej. Momentami mieliśmy nawet wrażenie, że nie przyjezdni grają poziom wyżej, a gospodarze. A zwłaszcza Juliusz Letniowski, który na tle obrońców Śląska Wrocław wyglądał jak pan piłkarz. Z całą pewnością dwudziestolatek nie wróci szczęśliwy do domu, bo jego drużyna odpadła z Pucharu Polski, ale paradoksalnie on wygrał. Po raz kolejny udowodnił, że nadaje się do grania na najwyższym poziomie w Polsce. Zdziwimy się mocno, jeśli nikt z ekstraklasy nie zgłosi się po niego już w zimowym okienku transferowym.

Bytovia Bytów – Śląsk Wrocław 0:3 (0:2)

0:1 Damian Gąska 38′

0:2 Mateusz Oszmaniec (bramka samobójcza) 43′

0:3 Damian Gąska 82′

Tekst i zdjęcia: Bartosz Burzyński

KOMENTARZE (11)