Co dolega Lechowi Poznań?
Weszło

Co dolega Lechowi Poznań?

Choć Ivan Djurdjević na konferencji prasowej po meczu z Pogonią Szczecin wspomniał o dalece niekomfortowej grze pod wiatr, z którą w pierwszej połowie spotkania musieli się męczyć jego podopieczni, jesteśmy przekonani, że niekorzystne warunki atmosferyczne są dziś najmniejszym problemem Kolejorza. – Jest mi wstyd za to, jak gramy na wyjeździe – tym stwierdzeniem trener Lecha poruszył już zdecydowanie bardziej istotną kwestię, ale wydaje się, że to i tak jedynie początek długiej listy bolączek. I chyba najwyższa pora ustalić, co dolega drużynie, która na papierze znów ma pewne argumenty, by powalczyć o mistrzostwo i znów zawodzi. 

Najwyższa pora, bo to moment, w którym rzut oka na tabelę ciągle może być mylący. Lech wygląda w niej lepiej niż na boisku. Do zajmującej trzecie miejsce Legii Warszawa poznaniacy tracą ledwie trzy punkty, a dystans dzielący ich od lidera, Lechii Gdańsk, wynosi w tej chwili pięć oczek. Dlatego to jeszcze nie czas, by tak często jak Marcin Robak kolejne gole strzelać słowem „kryzys”, ale patrząc na grę Lecha, nie mamy większych wątpliwości, że za kilka tygodni te różnice punktowe mogą być większe. Spotkanie z Pogonią było już drugim w tym sezonie meczem, który Trałka i spółka przegrali różnicą trzech goli, a druga połowa w wykonaniu tej drużyny wyglądała tak, że nawet Djurdjević stwierdził, że nie ma o czym gadać.

– Ktoś po meczu pytał mnie, czy to najgorsza połowa w wykonaniu Lecha, jaką widziałem i odpowiedziałem, że nie przypominam sobie słabszych 45 minut. Niby tylko jeden gol stracony, ale gra wyglądała tak, że drużyna miała ogromne problemy, by znaleźć się choćby pod  polem karnym rywala. Oczywiście gdybyśmy się nad tym głębiej zastanowili, to pewnie kilka gorszych połówek byśmy znaleźli – na przykład słynny popis Emiliana Dolhy w Krakowie, 0-4 do przerwy, ale to było już 11 lat temu – mówi Maciej Henszel, zajmujący się na co dzień Lechem dziennikarz Przeglądu Sportowego.

SZCZECIN, 27.10.2018 LOTTO EKSTRAKLASA PILKA NOZNA MEZCZYZN POGON SZCZECIN - LECH POZNAN POLISH LOTTO EKSTRAKLASA FOOTBALL MATCH POGON SZCZECIN - LECH POZNAN NZ PO UDERZENIU Z WOLNEGO ZVONIMIR KOZULJ PILKA TRAFIA W REKE PEDRO TIBA, W MURZE CHRISTIAN GYTKJAER, JOAO AMARAL FOT. KRZYSZTOF CICHOMSKI / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Czasami, szczególnie w naszej lidze, bywa tak, że drużynie nie idzie, ale mimo wszystko dostrzegamy w jej grze pewne znaki-sygnały, w których widzimy zwiastuny rychłej poprawy. Gdy w tym kontekście pyta się o Lecha, z reguły zapada niezręczna cisza. Trzeba się trochę natrudzić, by coś znaleźć, i to nie zawsze się udaje. – Na ten moment światełkiem w tunelu jest chyba słabość całej ligi. Za chwilę możesz pojechać do faworyta i wygrać wysoko, po czym wszyscy będą się tobą zachwycać. Jak słusznie mawiał Marek Śledź – to nie jest piłka nożna, tylko piłka polska – mówi Patryk Kniat, były wieloletni pracownik Lecha, który dziś uważnie śledzi poczynania Kolejorza.

Obrona tylko z nazwy

Przechodząc do konkretów – nie trzeba ukończyć kursu UEFA Pro, by dostrzec, że Lech cierpi w defensywie. Jak ciekawie zauważył na Twitterze Kamil Rogólski, kibice z rozrzewnieniem mogą wspominać sezon 2014/15, w którym o poznańską obronę dbać mogli między innymi:

– Paulus Arajuuri (dziś Brondby),
– Jan Bednarek (dziś Southampton),
– Barry Douglas (dziś Leeds United),
– Tamas Kadar (dziś Dynamo Kijów),
– Marcin Kamiński (dziś Fortuna Dusseldorf),
– Tomasz Kędziora (dziś Dynamo Kijów),
– Maciej Wilusz (dziś FK Rostów).

Wyłączając Roberta Gumnego, który wciąż nie wrócił do gry w ekstraklasie, trudno znaleźć nam w dzisiejszej kadrze Kolejorza obrońcę, który mógłby zaraz postawić podobny krok do przodu. Szczerze mówiąc, patrząc na niektóre mecze, mamy wrażenie, że Vernon de Marco, Dimitris Goutas czy Nikola Vujadinović prędzej mogliby podążyć ścieżką wydeptaną przez takiego giganta defensywy jak Elvis Kokalović – po pobycie w Lechu dostał angaż w zawsze silnej ekipie NK Novigrad z trzeciej ligi chorwackiej.

PLOCK 22.07.2018 MECZ 1. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - LECH POZNAN 1:2 NIKOLA VUJADINOVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Efekty tej bryndzy widzimy na boisku, bo żadna z drużyn, które znajdują się dziś górnej ósemce, nie straciła tak wielu goli jak Kolejorz, a i wśród ekip z gorszym dorobkiem punktowym szczelniejsze defensywy mają zespoły Pogoni Szczecin, Śląska Wrocław i Cracovii. Jeśli chodzi o celne strzały oddane w światło bramki przez rywali, Lech również bardziej pasuje do dolnej połówki tabeli. Do rekordowego wyniku, który wykręciła ekipa „napędzana” przez duet Polczak-Jędrych sporo brakuje, bo Zagłębie Sosnowiec pozwoliło celnie strzelać na swoje bramkę aż 82 razy. Burić i Putnocky (którzy, tak swoją drogą, też prezentują się znacznie gorzej niż w poprzednich sezonach) na brak roboty jednak nie narzekają, bo byli zatrudnieni 56 razy. Dla porównania bramkarze Pogoni musieli mierzyć się z 43 próbami, a ci z Legii mieli 42 okazje, by się wykazać.

Trójka, czwórka czy… to bez znaczenia? 

Dla wielu kibiców i ekspertów problematyczne są tu przede wszystkim próby gry w systemie z trójką środkowych obrońców. To zupełnie naturalna reakcja, bo w ostatnich miesiącach obserwator polskiej piłki mógł przecież odnieść wrażenie, że nasze drużyny mają alergię na to ustawienie. Narodowa reprezentacja wyglądała w nim wyjątkowo nieudolnie, a i główny rywal z Warszawy szybko wycofał się z tego pomysłu. Wydawało się, że w przypadku Lecha będzie podobnie, jednak ostatnie mecze pokazały, że idea nie została wyrzucona na śmietnik, a jedynie na chwilę schowano ją do szuflady. Jednocześnie nie brakuje głosów bagatelizujących wpływ tego systemu na mizerną formę zespołu, a nawet chwalących powrót do niego po kilku meczach.

– Linia obrony jest problemem Lecha niezależnie od tego, czy składa się z trzech, czy z czterech piłkarzy. Ustawienie 3-5-2 na pewno jest fajne, ale trzeba mieć do niego odpowiednich wykonawców. Dziś wśród stoperów Lecha jest Grek, Argentyńczyk, Norweg, Czarnogórzec i Polak, a w takim towarzystwie niełatwo o zrozumienie. Inna sprawa to jakość tych zawodników, która nie jest najwyższa. Być może Ivan miał też po prostu za mało czasu, bo próbował zmienić grę zespołu w okresie letnim za sprawą kilku sparingów  – zauważa Kniat.

Henszel idzie krok dalej i docenia fakt, że Djurdjević ostatecznie nie wycofał się ze swojego zamysłu. – Pamiętajmy, że cztery zwycięstwa z rzędu na początku sezonu Lech odniósł właśnie w tym systemie. Oczywiście później była między innymi wtopa z Wisłą czy teraz z Pogonią, ale tu już mniejsza o wyniki – dla mnie Lech w ustawieniu z trójką obrońców jest bardziej konkretny w ofensywie. Były babole pod swoją bramką, ale z przodu to jakoś funkcjonowało. Dla poszczególnych piłkarzy to też lepsze ustawienie – Amaral wygląda lepiej, gdy jest ustawiony bliżej Gytkjaera, Kostewycz jest stworzony do gry na wahadle, Jevtić, abstrahując od jego formy, czuje się dobrze, to samo trzeba powiedzieć o Tibie. Poza tym, nie czarujmy się – problem jest głębszy niż ustawienie czy nawet wybory personalne. Sporo było ostatnio narzekań na Rafała Janickiego czy Maćka Gajosa, a ostatnie mecze pokazały, że bez nich w składzie niewiele się zmieniło. 

POZNAN 20.05.2018 MECZ 37. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18: LECHA POZNAN - LEGIA WARSZAWA 0:3 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: LECH POZNAN - LEGIA WARSAW 0:3 NIKOLA VUJADINOVIC MACIEJ MAKUSZEWSKI KIBICE LECHA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Do listy zawodników, którzy lepiej czują się w systemie preferowanym przez obecnego trenera, można dopisywać kolejne nazwiska, ale z pewnością nie jest to zmiana, na której wygrywają wszyscy. Gdybyśmy przed sezonem mieli wskazać mocne punkty Lecha, z pewnością wymienilibyśmy dwójkę skrzydłowych: Macieja Makuszewskiego i Kamila Jóźwiaka. Tymczasem reprezentant Polski i zawodnik młodzieżówki Czesława Michniewicza – czyli w teorii goście, którymi poznaniacy powinni się chwalić – są w tej chwili zaledwie rezerwowymi. Łącznie w ostatnich dwóch meczach na boisku spędzili 84 minuty. Gdy w tym czasie po murawie biega Marcin Wasielewski, 24-latek bez znaczących dokonań w przeszłości i chyba bez większej przyszłości, można odnieść wrażenie, że pewne sprawy stanęły na głowie.

– Trenerowi zapewne mocno w głowie siedzi mecz z Wisłą, bo wtedy ustawił ich obu na wahadłach, skończyło się 2-5 i mówiło się, że Djurdjević przeszarżował. Trochę brakuje dla nich miejsca. Jóźwiak przed sezonem był próbowany na pozycji za napastnikiem, gdy podwieszonych za jego plecami jest dwóch zawodników i to chyba byłoby dla niego dobre rozwiązanie. Gorzej z Makuszewskim. Raz, że Maciek nie był ostatnio w wybitnej formie, co potwierdziło zgrupowanie reprezentacji Polski, gdy w trakcie obu meczów znalazł się na trybunach, a dwa, że też był sprawdzany na „10”, ale ta pozycja chyba nie do końca mu odpowiada, bo bazuje przecież na szybkości. No i lada moment miejsce na prawej stronie zapewne zajmie Robert Gumny – podsumowuje Henszel. A Kniat dodaje: – W przypadku Gumnego, który miał problemy ze zdrowiem, też można się zastanawiać, czy to materiał akurat na wahadłowego. Najbardziej niepokoi mnie jednak sprawa Jóźwiaka. To chłopak, który powinien grać. Myślę, że jego dyspozycja nie jest problemem, bo w gorszej formie od tych, którzy grają, pewnie nie jest. A bardzo brakuje obecnie tego, z czego Lech słynął – zawodnika przyszykowanego najpierw do regularnej gry, a następnie do sprzedaży. 

Wędrująca opaska 

Gdybyśmy chcieli na palcach policzyć wszystkie teksty, w których pisaliśmy o braku odpowiedniej mentalności u piłkarzy Lecha, z pewnością musielibyśmy zaangażować do tego stopy. Gdy stawka rosła, Kolejorz z reguły pękał na robocie. Apogeum tego zjawiska przypadło na mecze rundy finałowej poprzedniego sezonu, gdy Lech na pięć kolejek przed końcem prowadził w tabeli i w perspektywie miał mecze z Jagiellonią i Legią na własnym stadionie, a koncertowo to spartolił. Zgodnie uznano, że po raz kolejny zabrakło graczy zdeterminowanych, by postawić ostatni krok. Lecz pytanie o pochowanych po kątach liderów wraca również w kontekście mniej istotnych spotkań, w których drużynie nie idzie i potrzeba kogoś, kto w trudnym momencie pociągnie ten wózek we właściwym kierunku.

Liderem nie zawsze jest ta osoba, która nosi na ręku opaskę kapitana – co do tego chyba nie ma wątpliwości, zresztą Lech jest tego przykładem. W ostatnim sezonie zakładał ją głównie Maciej Gajos, będący co najwyżej drużynową klasą średnią, bo i piłkarsko, i pod względem charakterologicznym trudno upatrywać w nim szefa zespołu z mistrzowskimi aspirację. Ivan Djurdjević postanowił to zmienić, ale szczególnie w początkowej fazie miało to niewiele wspólnego z wykreowaniem wiodącej postaci w drużynie. Założenie było wręcz diametralnie inne – opaska wędrowała od jednego zawodnika do drugiego w takim tempie, że w zasadzie większość piłkarzy Lecha miała okazję poczuć większą odpowiedzialność za zespół. Krytycy tego pomysłu odbijali piłeczkę – w takim układzie wspomniana odpowiedzialność po prostu się rozmywa. – Nie chcę jakoś szczególnie krytykować sztabu w tej kwestii, ale trochę zabrakło mi tu konsekwencji – podsumowuje Kniat.

No właśnie – chyba nie do końca udany eksperyment po meczu z Legią Warszawa dobiegł końca. Djurdjević wprost powiedział po nim, że choć sam czuje się liderem, to na boisko nie wyjdzie i wskazał czterech zawodników, którzy na zielonej murawie mają odegrać tę rolę. Nie obyło się bez zaskoczeń, bo prócz pozbawionego opaski przez Nenada Bjelicę Łukasza Trałki oraz będącego długo w Poznaniu Jasmina Buricia wytypował Pedro Tibę oraz Thomasa Rogne. – Chodziło również o to, żeby ci piłkarze odpowiadali za grupki, które powstały w szatni. Łukasz Trałka za Polaków, Jasmin Burić za grupę bałkańską, Tiba za latynoską, a Rogne za resztę obcokrajowców. To, że te grupki się porobiły, jest oczywiście naturalne, bo nigdy nie jest tak, że cała szatnia mówi jednym głosem. Nie oznacza to też, że w Lechu wszyscy się ze sobą kłócą – doprecyzowuje Henszel.

WARSZAWA 16.09.2018 MECZ 8. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN 1:0 PEDRO TIBA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Na razie trudno powiedzieć, czy ten manewr się powiedzie i Kolejorz doczeka się upragnionych liderów (lub przynajmniej lidera), ale dziennikarz Przeglądu Sportowego ma tu swój typ. – Na razie jest w Polsce krótko, ale już słychać głosy, że to właśnie Pedro Tiba ma dużo do powiedzenia w szatni. Podobno lubi rządzić i posiada cechy, które Lechowi mogą się bardzo przydać. Warto zauważyć, że w meczach, w których drużynie nie szło, jako pierwszy starał się coś zmienić i pójść do przodu. Też nie jest w najlepszej formie, trochę zatracił atuty z początku sezonu, ale na przykład podczas trudnego spotkania w Warszawie tym piłkarzem, który próbował coś zrobić, był Tiba.

Jest nerwowo, ale nerwowych ruchów nie będzie

Dziś Lech zmierzy się w Pucharze Polski z Rakowem Częstochowa i – delikatnie rzecz ujmując – porażka z liderem I ligi jest ostatnią rzeczą, której teraz Kolejorzowi potrzeba. Ewentualna utrata szansy na trofeum już na tym etapie rozgrywek i z takim rywalem na pewno jeszcze bardziej osłabiłaby pozycję Djurdjevicia, ale zdaniem Henszela trener poznańskiego zespołu na razie może spać spokojnie. – Wczoraj doszło do śmiesznej sytuacji, bo Ivan nie pojawił się w klubie, przez co niektórzy myśleli, że już został zwolniony, a on tylko pojechał do Szkoły Trenerów. Moment może niefortunny, ale stara się o licencję UEFA Pro i musi spełniać obowiązki z tym związane. Zresztą piłkarze pojawili się w klubie w niedzielę, choć w teorii mieli dzień wolny i doszło do poważnej rozmowy z trenerem. Djurdjević rozmawiał tego dnia również z wiceprezesem Rutkowskim, ale wyszedł z jego gabinetu bez żadnego ultimatum. Musiałoby dojść do jakiejś większej katastrofy w najbliższych tygodniach, by ktoś pomyślał o zmianach. Na razie drużyna pracuje normalnie – mówi Henszel.

Nerwowych ruchów nie widać także w stosunku do zawodników. Nie ma przesuwania do rezerw, kar finansowych czy gróźb dotyczących wstrzymania premii, co w przeszłości zdarzało się również w Lechu. Wzrost ciśnienia wśród graczy można było odnotować jedynie we wrześniu, gdy media obiegły pogłoski, że niektórzy z nich niedługo będą musieli się z Poznaniem pożegnać. Na łamach Gazety Wyborczej padły nawet konkretne nazwiska skreślonych: Łukasz Trałka, Maciej Gajos, Jasmin Burić, Piotr Tomasik i Darko Jevtić. Już abstrahując od tego, że lista zawiera nazwiska dwóch graczy, w których aktualny trener widzi liderów drużyny, można zastanawiać się, czy Lecha stać w tej chwili na taką rewolucję. – Jakoś nie widzę tego rozwiązania – mówi Patryk Kniat. – No bo kto za nich? Wyróżniający się ligowcy? Raczej nie. Prędzej wynalazki z zagranicy, znów kosztem chłopaków, którzy czekają na szansę. I to byłby też kolejny brak konsekwencji, bo przecież wcześniej mówiono o potrzebie zbudowania bardziej polskiej szatni. Prędzej zastanowiłbym się nad inną kwestią. Nie wiem, z czego to wynika, ale zawodnicy, którzy przychodzą do Lecha ze statusem gwiazdy, są wzmocnieniem może przez pierwszy miesiąc. Później zaczyna się jazda w dół i takich przypadków możemy wyliczyć wiele. Ostatni to oczywiście Amaral, o którym po 2-3 meczach mówiło się, że będzie znaczącą postacią w lidze, a dziś nie ma go na boisku. Tiba również obniżył loty. 

Henszel dodaje: – Djurdjević cieszy się zaufaniem i ma przebudowywać ten zespół po kolei – jest już plan na dwa kolejne okienka transferowe i najsłabsze ogniwa będą wymieniane sukcesywnie. 

Kniat zauważa też, że błąd władze Lecha mogły popełnić trochę wcześniej. – Od samego początku brakuje mi jasnej deklaracji, że zespół jest w okresie przejściowym – jeśli zrobi wynik to fajnie, ale jeśli na razie go zabraknie, to nic złego się nie dzieje. Zamiast tego mamy bombardowanie mistrzostwem, a już przed sezonem było wiadomo, że będzie o nie trudno.

I może to właśnie kwestia wysokich oczekiwań i cierpliwości jest kluczowa, by zrozumieć to, co dzieje się z Kolejorzem, ale nie będziemy silić się tu na dalsze wnioski. Te każdy może wyciągnąć sam, a przede wszystkim powinny to zrobić osoby związane z klubem. Przed chwilą były na wizycie u srogiego, ale dobrego nauczyciela, bo w tym momencie to właśnie Pogoń Szczecin można stawiać za wzór, gdy mówimy o wychodzeniu z kryzysu bez wykonywania nerwowych ruchów, co marzy się też Kolejorzowi.

MR

Fot. 400mm.pl/newspix.pl/ FotoPyK

KOMENTARZE (19)