Walter Hofer. Niedoszły piłkarz, który odmienił skoki narciarskie
Inne sporty

Walter Hofer. Niedoszły piłkarz, który odmienił skoki narciarskie

Wiele jest dyscyplin sportu, których oblicze zmieniał jeden człowiek: koszykówka to Michael Jordan, golf – Tiger Woods, a na kobiecym tenisie swoje piętno odcisnęła niegdyś Billie Jean King. Skoki narciarskie zawdzięczają nową twarz Walterowi Hoferowi, czyli gościowi, który… sam nigdy nie latał na nartach. Nie przeszkodziło mu to jednak w przeprowadzeniu rewolucji.

Tożsamość

Rozpocznijmy to wszystko od naprawdę mocnego uderzenia: Walter Hofer nie jest tym, za kogo się podaje! Serio, nie zmyślamy. Choć może powinniśmy to sformułować nieco inaczej. O co chodzi? Otóż Walter tak naprawdę nazywa się Johann. Imienia, którego używa, nie ma nawet wpisanego w dowodzie. Skąd więc się wzięło?

W dzieciństwie imię Walter miało na mnie wielki wpływ. „Odebrano” mi je dopiero w szkole podstawowej, bo na moim akcie urodzenia jest tylko Johann. Wychowałem się z babcią, która miała sześć innych dzieci. Jej najmłodszy syn też miał na imię Johann – dlatego powinienem zostać zarejestrowany jako Walter. Ale dziadek wrócił z aktem urodzenia, na którym figurowałem jako Johann. Babcia zdecydowała jednak, że będzie mówić do mnie Walter – mówił Hofer dla „Kleine Zeitung”.

Hofer wychował się z babcią, bo jego matka miała zaledwie 17 lat, gdy się urodził. Od najmłodszych lat ciężko pracował – mieszkał w małej miejscowości w Alpach. Gdyby nie dziadek, który dostrzegł, że młody Johann/Walter (słuchajcie, musimy to ujednolicić – zostaniemy przy drugiej opcji, dobra?) ma talent do nauki, pewnie nigdy nie zobaczylibyśmy go na skoczni. Dziadek wydał więc dużo grosza na jego edukację i… chyba tego nie pożałował. Mógł tylko lepiej załatwić sprawę z tym aktem urodzenia. Choć chyba nie mógł przewidzieć, że jego wnuk będzie miał przez to problemy.

Z moim imieniem wiąże się dość zabawna historia. Związana jest ona z moją wizytą w Moskwie w 2004 roku. W paszporcie i wszystkich innych dokumentach widnieje imię Johann. Osoba czekająca na mnie na lotnisku w Moskwie, nie chciała uwierzyć, że to właśnie ja – Johann/Walter Hofer jestem tą osobą, którą ma odebrać. Zrobiła się straszna afera. Musiałem czekać wiele godzin na lotnisku, odpowiadać na dziesiątki pytań, aż wreszcie znalazł się ktoś rozsądny z Rosyjskiego Związku Narciarskiego i oczywiście rozpoznał mnie jako dyrektora Pucharu Świata w skokach. Mimo wszystko jednak nie zmieniam imienia w dokumentach (Johann), ale zawsze pozostanę Walterem Hoferem ­– Hofer dla skokinarciarskie.pl.

Młody Walter pilnie się więc uczył, pracował, a przy okazji… kopał piłkę. Mówił, że „chciałem zostać piłkarzem i grałem ponad piętnaście lat, ale w niższych ligach. Nie miałem wielkiego talentu, byłem po prostu pasjonatem, entuzjastą. Kochałem to”. Podejrzewamy, że przeszła przez to również zdecydowana większość z was.

Futbol Hofer zresztą lubi do dziś. W prehistorycznych dla piłki czasach (czyli przed mistrzostwami świata z 2006 roku) mówił, że lubi oglądać afrykańskie zespoły, bo „podoba mu się, jak radośnie grają, dysponując przy tym bajeczną techniką”. Serio, to jego słowa, wiemy, że trudno uwierzyć. Znacznie łatwiej za to w to, że ulubionym zawodnikiem Waltera był wówczas Zinédine Zidane. Specjalnie się temu zresztą nie dziwimy, Zizou zachwycał wielu. Komu Austriak kibicuje dziś? Nie wiadomo, nikt w ostatnich latach nie wpadł na to, by go o to zapytać. Jeśli będziecie mieli okazję – zróbcie to i dajcie znać. Obstawiamy Burkinę Faso lub Togo.

Jak to się zaczęło

Dobra, kłopoty z imieniem czy zamiłowanie do piłki nożnej to jedna sprawa. Druga – jego wpływ na skoki narciarskie. A ten wstęp był przecież kompletnie z nimi niezwiązany.

Musicie wiedzieć, że Walter miał z tą dyscypliną tyle wspólnego, co my z badaniami warstwy pokrywy lodowej na Arktyce. Wiemy, że takie istnieją i to nam wystarcza. Walter o skokach też wiedział – jest w końcu Austriakiem. Ale niespecjalnie go obchodziły.

Jak więc do nich trafił? Cóż, zaczęło się od tego, że po ukończeniu prywatnej szkoły i przekonaniu się, że z jego kariery piłkarskiej wiele nie będzie, postanowił wyjechać do Salzburga. Miał 25 lat, poszedł na uniwerek i chciał dowiedzieć się jak najwięcej o sporcie oraz psychologii. Przypomnijmy jednak: pochodził z biednej rodziny. Brakowało mu kasy, więc zaczął szukać pracy. A tak się akurat złożyło, że po mieście hulała całkiem atrakcyjna oferta.

– Zobaczyłem ogłoszenie Austriackiego Związku Narciarskiego. Szukali młodego studenta z odpowiednią wiedzą, do pracy ze skoczkami – szczególnie w zakresie treningu fizycznego, mentalnego i relaksacji. Przeszedłem wcześniej odpowiednie szkolenia, więc były to dokładnie te dziedziny, w których czułem się dobrze, niezależnie od sportu – mówił oficjalnej stronie FIS.

TURNIEJ CZTERECH SKOCZNI GARMISCH PARTENKIRCHEN NIEMCY 01/01/2004 WALTER HOFER FOT. PIOTR NOWAK --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Walter Hofer w trakcie Turnieju Czterech Skoczni 2004 (fot. Newspix)

Tak rozpoczęła się jego przygoda ze skokami narciarskimi – kompletnie przypadkowo. Przez sześć lat był serwismenem i fizjoterapeutą kadry austriackiej – w sumie wykonywał po części każdy z obowiązków, które dziś rozbija się na kilka osób. Równocześnie dalej studiował, poszerzając swą wiedzę. Gdy skończył naukę, przyszła oferta z niemieckiego związku – proponowano mu objęcie posady drugiego trenera. Skorzystał, a praca ta pozwoliła mu nabrać dodatkowego doświadczenia. I to nawet w takich kwestiach jak… marketing.

– Dziesięć lat pracy w Austrii i Niemczech, to dużo czasu, by przeanalizować wszystkie plusy i minusy środowiska. Miałem akurat szczęście, że w tym samym okresie rozwijał się talent Diethera Thomy, więc z bliska analizowałem np. jak może działać marketing i co go aktywuje. Czego ludzie pod skocznią nie lubią, a co im się podoba. Tego samego dowiadywałem się w szatni – Hofer dla „Przeglądu Sportowego”.

Nie było to jednak łatwe – choćby dlatego, że pod skoczniami gromadziło się znacznie mniej osób niż dziś. No i dlatego, że wielu z nich nie do końca ogarniało, co się właściwie na nich dzieje.

Innowator

Propozycję pracy dla FIS otrzymał w 1992 roku. Skoki były wówczas sportem absolutnie niszowym, mało rozpoznawalnym i… cholernie zagmatwanym. Hofer z miejsca przekonał się, ile przed nim pracy.

– Razem z gronem ekspertów zacząłem opracowywać koncepcję, jak uczynić ten sport lepszym, tylko że najpierw musiałem odrobić pracę domową. Jak upłynnić zawody? Jak współpracować z telewizją? Panował bałagan, którego uporządkowanie było gigantycznym wyzwaniem. Podam przykład: wszystkie cztery typy zawodów, tzn. MŚ, PŚ, igrzyska olimpijskie i loty narciarskie miały różne zasady. Nikt postronny się w tym nie orientował, więc siłą rzeczy odrzucał nas – mówił „Przeglądowi Sportowemu”.

Wielką rolę w skokach odgrywały wtedy krajowe związki, właściwie miały do gadania więcej niż FIS. Stawiały żądania i oczekiwały, że wszystkie zostaną spełnione. To Hofer zaczął się im sprzeciwiać, rozumiejąc, że warunki musi stawiać organizacja międzynarodowa – tak, by skoki narciarskie stały się dyscypliną przyjazną wszystkim, a nie tylko nacjom najbardziej uprzywilejowanym.

Podstawowymi kwestiami stały się dla Hofera: zmiany w formule zawodów, by te stały się bardziej atrakcyjne dla widzów; ujednolicenie zasad (zajęło to kilka lat, bowiem Puchar Świata, igrzyska, zawody lotów i mistrzostwa świata miały osobne, różniące się od siebie, reguły) i poprawa bezpieczeństwa zawodników na skoczni. Ta ostatnia kwestia szczególnie leżała mu na sercu – na pytanie o najgorszy moment w jego dyrektorskiej karierze, nie odpowiada jednym konkretnym przykładem. Mówi za to: „boli mnie, gdy zawodnikowi dzieje się krzywda”.

Krok po kroku, mozolnie, zaczął to wszystko realizować. Na początek wprowadził… kwalifikacje. Tak, trudno to uwierzyć, ale na początku lat 90. takich po prostu nie było. Zdarzało się więc, że w pierwszej serii skakało nawet 100 zawodników! Trwało to w nieskończoność, a kolejność oddawania skoków właściwie nie była niczym ograniczona. To też unormował Hofer, przesuwając najlepszych na koniec. Później zatroszczył się o transmisje telewizyjną – o ile wcześniej na skoczni było kilka kamer, o tyle Austriak powiększył tę liczbę do kilku dziesiątek. Zażądał też, by wszystkie informacje (odległość, noty, prędkość zawodnika na progu) szybciej pojawiały się na ekranie telewizora. Tak, by ludzie oglądający skoki z własnej kanapy, mogli wiedzieć, co właściwie dzieje się w Innsbrucku czy Oberstdorfie.

– Przekonanie krajów było trudne. Rosjanie wykłócali się: dlaczego mamy nagle tylko trzech skoczków, skoro było ich dwunastu? Tylko że organizator musiał za tych dwunastu płacić. Założenia były proste – jeśli chcemy zainteresować sobą telewizję, konkurs nie może trwać dłużej niż mecz piłki nożnej, a przerwa między seriami dłużej niż druga z nich. Potem przesunęliśmy najlepszych na koniec dla lepszej czytelności. Nagle, z czasów instalowania jednej słabej kamery pośrodku zeskoku stacje zaczęły nam proponować: chodźcie, opakujemy to na światowym poziomie. Może dodatkowego operatora postawimy tutaj? A może dołożymy powtórki i „story” o bohaterach, których pokazujemy? To była najlepsza odpowiedź dla pesymistów i pierwszy krok ku nowemu. Wtedy nikt nie wyobrażał sobie, że można zrobić ujęcie z kamery umieszczonej np. pod narciarzem przejeżdżającym w torach rozbiegu – Hofer dla „PS”.

 

Miasto-organizator zawodów Pucharu Świata musiało dostosować się do wytycznych. A ich lista była dłuższa. Podobnie jak wymagania wobec zawodników – wkrótce FIS, na czele z Austriakiem, wprowadziła regulację kwestii sprzętowych. Kombinezony i narty miały być jak najbardziej ujednolicone, by dawały równe szanse wszystkim zawodnikom. Trochę przypominało to zabawę w kotka i myszkę, bo gdy Hofer określił coś przepisami, inni znajdowali sposób na ich obejście (pamiętacie obniżony krok Floriana Liegla?). Wtedy trzeba było opisać wszystko jeszcze bardziej szczegółowo. Ale w końcu się udało.

– Wcześniej grubość i wielkość kombinezonu nie były określone, skoczkowie mogli też sami dobierać materiały. Musieliśmy to wszystko ujednolicić, bo potrafili wykazać się naprawdę niezwykłą pomysłowością. Gdy poradziliśmy sobie z rozmiarami strojów, zaczęli bawić się wagą. Wtedy musieliśmy wprowadzić zasady oparte o wskaźnik BMI.

Na początku XXI wieku oglądaliśmy już mniej więcej takie skoki, jakie znamy i dziś. Później doszły jeszcze przeliczniki za belkę i wiatr (często krytykowane, ale pozwalającej rozegrać serię bez jej odwoływania i rozpoczynania od początku), których wysokość została uzgodniona po przeprowadzeniu kilkumiesięcznych testów i obliczeń w instytutach z Zurychu i Lipska, czy drobne, ale istotne zmiany w kwestiach sprzętowych. Śmiało można zaryzykować tezę, że bez Hofera ta dyscyplina nie stałaby się tak popularną, jak jest dzisiaj. Tak twierdzi m.in. Mika Kojonkoski – jeden z najwybitniejszych trenerów, w historii skoków narciarskich – który w swojej biografii, „Tajemnica sukcesu”, pisze o Hoferze:

– Walter zrobił fantastyczną robotę przy przemianie nowoczesnego skakania na nartach w znakomitą rozrywkę, a przy tym nie odbyło się to kosztem samego sportu. Gdyby nie znalazł się człowiek, który kierowałby taką modernizacją, to obawiam się, że skoki mogłyby trafić na tę samą półkę co łyżwiarstwo i biegi narciarskie, którym niestety bardzo brakuje takiej odnowy. Obecnie skoki narciarskie są najpopularniejszą zimową dyscypliną sportową na świecie.

23.10.2018, Olympia Kongress Zentrum, Seefeld, AUT, Forum Nordicum 2018, im Bild Walter Hofer (FIS Skisprung Renndirektor) // Walter Hofer (FIS Ski Jumping Race Director) during the Forum Nordicum 2018 at the Olympic Congress Center in Seefeld, Austria on 2018/10/23. EXPA Pictures © 2018, PhotoCredit: EXPA/ JFK SKOKI NARCIARSKIE KADRA AUSTRII PRZYGOTOWANIE DO SEZONU 2018/2019 FOT.EXPA/NEWSPIX.PL Austria, Italy, Spain, Slovenia, Serbia, Croatia, Germany, UK, USA and Sweden OUT! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Walter Hofer na kongresie Forum Nordicum (fot. Newspix)

Z tym ostatnim zdaniem można się nie zgodzić. A wręcz trzeba, bo nie sądzimy, by narciarstwo zjazdowe czy łyżwiarstwo były mniej popularne. Z pewnością jednak trzeba oddać Hoferowi, co jego. Bo zrobił niesamowicie wiele. Choć, jak twierdzi Sebastian Szczęsny, komentator i dziennikarz TVP Sport, sprzyjały mu warunki:

Należy się zastanowić, czy to rzeczywiście Walter Hofer był motorem napędowym tych wszystkich zmian, czy wymusiła je na nim rzeczywistość. Postępująca technologia, dociekliwość kibiców itd. Walterowi natomiast bez dwóch zdań trzeba oddać to, że jest bardzo elastycznym człowiekiem, który idzie z duchem czasów. Jest bardzo otwarty na sugestie, konsultacje itp. Dzięki temu to wszystko było możliwe do wprowadzenia. W przeciwieństwie władz do innych federacji sportowych, jest facetem, z którym da się porozmawiać i dogadać.

Tak było np. ze stylem V, którego skoczkowie – za sprawą Jana Bokloeva – używać zaczęli już za czasów Hofera. Wymusił on wielkie zmiany, m.in. w samych obiektach. Wiele z nich wymagało przebudowy, bowiem zaczęto skakać dalej. Nie wszędzie było to możliwe, kilka skoczni z ciekawą historią podupadło, ale dzięki temu Austriak mógł jeszcze lepiej zadbać o bezpieczeństwo zawodników. A na tym zależało mu najbardziej. Inna sprawa to choćby pojawienie się Adama Małysza, który na skocznie przyciągnął tłumy kibiców. Hofer miał szczęście, ale potrafił je wykorzystać.

Nie jest też tak, że wszystkie zmiany z miejsca okazywały się udane. Walter Hofer często wspomina początki systemu KO, znanego dziś z konkursów Turnieju Czterech Skoczni. Przetestowano go po raz pierwszy w Hinterzarten, w trakcie Letniego Grand Prix i…

– Mogę dziękować Bogu, że zrobiliśmy to wcześniej, bo dostalibyśmy niezły kłopot. Początkowo chcieliśmy rywalizacji, w której przegrany odpada, bez żadnych wyjątków. I już podczas pierwszych zawodów dwóch najlepszych skoczków musiało mierzyć się ze sobą. Jeden z nich został wyeliminowany. Wiedzieliśmy, że to nie spodoba się publiczności. I wtedy wpadliśmy na pomysł z lucky-loserem, czyli szczęśliwym przegranym – mówił „Kleine Zeitung”.

 Pracoholik, którego się nienawidzi

– Może zabrzmi to niedorzecznie, ale po każdym sezonie czuję się tak jakbym wszystko zaczynał od nowa. Widzę tyle różnych możliwości rozwoju skoków narciarskich, zarówno jako dyscypliny sportowej jak i wielkiego medialnego przedsięwzięcia. […] Ta praca jest dla mnie ciągłym wyzwaniem. Nie odczuwam zmęczenia, wprost przeciwnie, mam wiele energii, pomysłów i motywacji. […] Jedną z głównych cech skoków narciarskich jest ciągły rozwój tej dyscypliny i wdrażanie nowych metod, technik, ulepszeń. Sami zawodnicy i trenerzy wyróżniają się innowacyjnością na tle innych dyscyplin, dlatego też uważam, że wszystko jeszcze przed nami – Walter Hofer w roku 2004.

– Muszę przyznać, iż za każdym razem – rok po roku, od kiedy jestem członkiem FIS-u – odczuwam to samo: mam uczucie, że doszliśmy do granic możliwości, jeśli chodzi o skoki narciarskie. Z drugiej strony jednak co roku czekają nas nowe wyzwania, którym musimy stawiać czoło. Musieliśmy poradzić sobie z nagłym wzrostem liczby kibiców na zawodach Pucharu Świata, pracujemy nad nowymi regułami i tak dalej. Tuż po sezonie – po trzech-czterech dniach, mimo zmęczenia poprzednim, myślę już o następnym. Wciąż mam motywację do pracy, którą wykonuję. Według mnie wciąż jesteśmy na początku procesu rozwijania tej dyscypliny – czeka nas jeszcze wiele wysiłku i dlatego nie zastanawiałem się nad końcem – Walter Hofer w 2005 roku. Oba cytaty pochodzą z wywiadów dla serwisu skokinarciarskie.pl.

Dziś Walter Hofer mówi: „stop”. Za dwa lata kończy swoją misję. Ale to wciąż dwa sezonu pracy i koordynowania świata skoków narciarskich. A to wcale nie taka łatwa sprawa. „Kleine Zeitung” mówił, że „stale patrzymy na trzy poziomy. Pierwszy to Puchar Świata, nasza codzienność. Drugi, to mistrzostwa świata, odbywające się co dwa lata. Trzeci – igrzyska olimpijskie. Potrzebujemy sześciu lat, by dobrze przygotować półtoragodzinny konkurs olimpijski. To wielki wysiłek organizacyjny”.

Hofer jest w tym wszystkim najważniejszy – to on koordynuje działania. I to nie tylko skoków, bo od dekady zajmuje się też kombinacją norweską. Zresztą, pracy dokłada sobie z roku na rok – skoki kobiet 26 lat temu przecież niemalże nie istniały, dziś rozgrywa się je równie regularnie, co Puchar Świata mężczyzn. Oczywiście, samymi konkursami zajmują się w tym przypadku inne osoby, ale nad wszystkim czuwa Austriak, który na pytanie „Walter, jakim cudem zdolny jesteś tyle zasuwać i nie odczuwać zmęczenia?” (no dobra, w oryginale brzmiało nieco inaczej, sens pozostał jednak ten sam), odpowiada:

To efekt tego, że ta praca jest też moim hobby. Dlatego w wolnym czasie też o niej myślę. Wykładam też na uniwersytecie w Salzburgu. Kiedy chcę odpocząć, robię to w domu, z rodziną, również w tym mieście. To oznacza, że – poza uniwersytetem i domem – nie socjalizuję się z ludźmi. Nie chodzę do klubu, pubu czy czegokolwiek takiego. […] Czy jestem pracoholikiem? Podejrzewam, że to po prostu ja, nie odczuwam tego w taki sposób. Kiedy przez kilka dni jestem „uziemiony” i nic nie robię, zdaję sobie sprawę, że to mi nie odpowiada.

Emerytura Hofera z pewnością nie będzie więc oznaczać, że od skoków całkowicie ucieknie. Stawiamy, że będzie służyć doświadczeniem tym, którzy przyjdą po nim. Tym bardziej, że jego rodzina – żona i dwie córki (już dorosłe) – też kochają ten sport. Sport, w którym – dzięki Austriakowi – wiele zmienić się już nie da, przyznaje to nawet on sam.

Sebastian Szczęsny również zgadza się z takim postawieniem sprawy:

Zastanawiam się, co można usprawnić i zmienić… Trudno coś znaleźć – w tej chwili pojawiają się czujniki na samych nartach, nowości związane z kątami ich rozchylenia, prędkością, wybiciem. Widzowie dostaną te wszystkie informacje, podobnie sztaby reprezentacji. Trudno teraz coś zmienić czy rozwinąć. Kiedy się coś pojawia, natychmiast jest próba wprowadzenia. Problemem nie jest już nawet śnieg, bo da się go wyprodukować nawet przy trzydziestu stopniach. Pozostał tak naprawdę tylko wiatr, nad którym też próbuje się zapanować.

Choć może należałoby zmienić jedno: sposób informowania o podjętych odgórnie decyzjach. Tak, by Waltera Hofera nie trzeba było nienawidzić, gdy Kamil Stoch został puszczony w nieco gorszych warunkach czy Dawida Kubackiego przytrzymano na belce. Bo o ile to Austriak zawsze pojawia się na ekranach telewizorów z nieodłączną krótkofalówką (swoją drogą polecamy stronę o nim na Nonsensopedii), o tyle wszelkie decyzje dotyczące zawodów, są efektem narady czteroosobowej grupy, która ma za zadanie pogodzić wszystkich zainteresowanych. Nie ma więc sprzyjania Schlierenzauerowi czy Prevcowi. Lub – jeśli akurat jesteście obywatelami innego kraju – np. któremuś z Polaków. Bo ten schemat działa tak samo w Austrii, Niemczech, Słowenii, Czechach, Norwegii i pozostałych krajach, których reprezentanci pojawiają się na skoczniach.

Sebastian Szczęsny:

– Ta „nienawiść” wynika z pełnionej przez niego funkcji. On jest najczęściej pokazywany i przyjmuje na klatę odpowiedzialność za wszystko, co się dzieje. Wiadomo, że kibice często krytykują sędziów czy sposób przeprowadzania zawodów. Za to wszystko odpowiada Walter Hofer, firmuje to swoją osobą. Przyznam się, że znam Waltera osobiście, miałem z nim kontakt również na stopie prywatnej, mogłem się z nim spotkać i porozmawiać. To jest człowiek, który ma klasę i ogromną wiedzę, podchodzi do tego bardzo merytorycznie. […] Skoki są dyscypliną zależną od wielu czynników, to powoduje różnice, jeśli chodzi o rywalizację i budzi emocje. Rozumiem kibiców, bo sam niejednokrotnie denerwowałem się na Waltera Hofera. Patrząc jednak obiektywnie: te 20 lat przepracował naprawdę solidnie.

Sam Hofer, w wywiadzie z oficjalnej strony FIS, mówi, że decydowanie o losach konkursów nie jest sprawą łatwą. Właściwie za każdym razem od nowa musi przypominać sobie, jak to robić.

Staram się, ucząc się tego każdego dnia, nigdy nie podejmować decyzji opartych na emocjach. Tylko racjonalne przesłanki i fakty są istotne. Decyzja, którą podejmę, zawsze musi być identyczna – nieważne czy widzów na skoczni jest 30000 czy 300. To jest prawdziwe wyzwanie naszej pracy, by ostateczny werdykt zawsze był sprawiedliwy i miał na względzie bezpieczeństwo zawodników.

Dzięki takim wypowiedziom można zrozumieć, czemu za jeden z najlepszych momentów w swojej przygodzie z FIS, Austriak uznaje drużynowy konkurs olimpijski z Nagano. Zawody rozgrywano wówczas w gęsto padającym śniegu, a swój skok z pierwszej serii kompletnie popsuł Masahiko Harada. Japończycy, gospodarze igrzysk, próbowali oprotestować zawody, ale te kontynuowano. Co stało się w drugiej serii? Harada oddał najdłuższy skok, prowadząc swój kraj do złota.

Hofer w swej dyrektorskiej karierze ma już za sobą nie tyle pierwszą serię, co większą część drugiej. Została mu sama końcówka. Jakie wyzwania przed nim stoją? „Przede wszystkim dotarcie do nowych miejsc. Istnieją kraje, w których wciąż jest to niszowy sport: Estonia, Kazachstan… Sama Europa Wschodnia to 20 państw, gdzie można organizować konkursy Pucharu Świata” mówił kilkukrotnie.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie zepsuje ostatnich skoków.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (2)