Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

W ubiegłym sezonie Górnik Zabrze był jedną z najbardziej przewidywalnych drużyn w całej ekstraklasowej stawce. Widać było to szczególnie jesienią, gdy można było w ciemno stawiać u bukmacherów nie tyle konkretnych strzelców bramek czy asystentów przy tychże, ale nawet całe schematy rozegrania akcji. Każdy, kto choć w minimalnym stopniu interesował się Ekstraklasą, mógł bez trudu wymienić trzy firmówki Górnika. Dorzut ze stojącej piłki wykonany złotą lewą nogą Rafała Kurzawy i uderzenie głową najlepszego napastnika wśród obrońców, Mateusza Wieteski. Kontra wyprowadzona błyskawicznie przez Szymona Żurkowskiego lub Damian Kądziora, wykończenie Igora Angulo. Przechwyt na połowie rywala i błyskawiczne skarcenie błędu przeciwnika. 

Skład Górnika można było śmiało podawać na dwa tygodnie przed pierwszym gwizdkiem, żelazna dwunastka, może trzynastka zawodników praktycznie nie odpoczywała. Granie od deski do deski, schematami do granic wykorzystującymi atuty kilku najsilniejszych ogniw. Wstrząsające były liczby, które temu towarzyszyły. Z 22 pierwszych bramek w Ekstraklasie 21 (95%!) padło po kontratakach lub stałych fragmentach. Tylko raz Górnik zdobył bramkę inaczej, a przecież w momencie wykonywania tego wyliczenia zabrzanie dopiero się rozkręcali. Według Ekstrastats na koniec sezonu podopieczni Marcina Brosza mieli wystukane 31 goli po stałych fragmentach, razem z kilkunastoma golami z kontrataków to praktycznie ponad 80% całego ich dorobku.

Równie porażające były cyferki przy indywidualnych osiągnięciach. Skoro cały czas grali ci sami – a w dodatku grali to samo – to i punkty w klasyfikacji kanadyjskiej rosły na kontach ledwie kilku graczy.

Mateusz Wieteska – 7 goli, 1 kluczowe podanie
Szymon Żurkowski – 2 gole, 6 asyst, 1 kluczowe podanie
Damian Kądzior – 9 goli, 5 asyst, 5 kluczowych podań
Rafał Kurzawa – 2 gole, 16 asyst, 4 asysty
Igor Angulo – 22 gole, 2 asysty, 4 kluczowe podania
Łukasz Wolsztyński – 4 gole, 7 asyst, 1 kluczowe podanie

W żadnej innej drużynie tak niewielu nie zrobiło tak wiele – pomijając, że to zwyczajnie bardzo dobry dorobek na poziomie niekwestionowanych gwiazd ligi, to cała reszta górników zebrała na przykład… 4 asysty.

Jak nietrudno zauważyć – z tych sześciu kozaków, którzy niemalże w całości odpowiadali za każdy sukces Górnika Zabrze (a w praktyce to nawet za każdy gol Górnika), w Zabrzu zostali aktualnie jedynie Szymon Żurkowski i Igor Angulo. Wieteska nadal jest niepewny w obronie i nadal skuteczny z przodu, ale już w barwach Legii Warszawa. Damian Kądzior nadal strzela i asystuje, ale już w lidze chorwackiej. Rafał Kurzawa swoje genialne dorzuty oferuje w kadrze i na treningach Amiens, Łukasz Wolsztyński cały czas nie wrócił do gry po nieprzyjemnej kontuzji (sam już wiem, jak nieprzyjemnej). Jasne, został Angulo, ale on odpowiadał przecież przede wszystkim za egzekucję, został również Żurkowski, który najbardziej imponował rozpoczynaniem kontrataków. Zniknęły najważniejsze ogniwa – te, które dostarczały piłkę do wykończenia, czyli Kurzawa, Kądzior oraz Wolsztyński.

Nie powiem, całkiem przyjemnie czyta się niektóre teksty Weszło z listopada czy grudnia, gdy Górnik był jeszcze na szczycie. My wówczas pisaliśmy na przykład tak…

Faktem jest, że wciąż przed nami więcej grania niż mniej, do końca zostały 22 kolejki, kiedy wydarzyć może się naprawdę wiele. Ktoś złapie kontuzję, ktoś wyleci za kartki, wreszcie ligę czeka jeszcze okienko transferowe, kiedy zespół słaby kadrowo może stać się mocniejszy, natomiast ten dziś silniejszy będzie mógł stracić kilka kluczowych ogniw. I kiedy patrzymy na kadrę Górnika, mamy wątpliwości, czy na chwilę obecną ta kołdra jest na tyle długa, by przetrwać zimę bez przeraźliwego chłodu. 

Zastanawialiśmy się wtedy, czy na pewno to tak fajnie, że zgrana banda Górnika gra bez zmian, zwłaszcza w kontekście nadchodzącego wówczas zimowego okienka transferowego. Uzależnialiśmy wówczas: Górnik może utrzymać formę wtedy i tylko wtedy, gdy utrzyma trzon składu, utrzyma Kurzawą, utrzyma Angulo, Żurkowskiego czy Kądziora. Zimą nikt nie odszedł i sezon Górnik zakończył awansem do pucharów. Latem nadeszła wyprzedaż i karta się skończyła.

Czy można to było przewidzieć? Moim zdaniem trudno było tego nie przewidzieć. Wszelka wiara w zespół Marcina Brosza polegała wyłącznie na wierze w jego cudotwórcze możliwości oraz oko do młodych piłkarzy. Wyjęcie jednego czy dwóch najsilniejszych ogniw – okej, można próbować łatać. Wyjęcie trzeciego – może jakoś się poskleja po kilku miesiącach. Ale Górnikowi od razu wyrwano chirurgicznie precyzyjną rękę, jedno płuco oraz twardy baniak. Zamiast jakiejkolwiek protetyki zastosowano wiarę, że urwane kończyny po prostu odrosną i nagle Daniel Liszka odnajdzie w sobie tyle dokładności, ile miał Rafał Kurzawa.

Przyznaję, nie myślałem, że będzie aż tak źle. Spodziewałem się, że Marcin Brosz jest na tyle dobrym trenerem, że mniej więcej na początek października przygotuje sobie w miarę rozsądnych zastępców dla swojej ekipy, potem zaś uda się przeturlać gdzieś koło 10. miejsca. Ale im dłużej patrzy się na różnice pomiędzy Górnikiem z 2017 roku a tym obecnym, tym mocniej widać, że to była wiara absolutnie bezpodstawna. Brosz w Zabrzu nie pracował na materiale tak surowym, jak teraz – Kądzior był już przecież jedną nogą w Jagiellonii, Kurzawa uchodził za talent parę ładnych lat temu, Angulo miał CV, które wyglądało więcej niż przyzwoicie. Nie chcę deprecjonować osiągnięć Brosza, bardziej wskazać, że nawet najbardziej zręczny jubiler będzie miał problem z wykombinowaniem ślicznej obrączki z kilku plastrów sera żółtego. Po exodusie najlepszych piłkarzy, następcy nie zbliżyli się nie tylko do ich poziomu, ale może przede wszystkim – do ich potencjału.

Brosz mimo wszystko nie jest czarnoksiężnikiem – jego sukces polega na uwalnianiu najlepszych cech z poszczególnych zawodników swojej ekipy. Problem zaczyna się wówczas, gdy mało kto w tejże ekipie ma jakiekolwiek najlepsze cechy.

Czy zachęcam do tego, by kibice Górnika zaakceptowali, że zmierzają z powrotem do I ligi? Nie. Ale dziwią mnie choćby i najspokojniejsze, najbardziej pokojowe i konstruktywne rozmowy z drużyną czy trenerem, w których padają zarzuty wobec Brosza i jego podopiecznych. Tak naprawdę i najsłabsi piłkarze Górnika w tym sezonie, i sam trener, to nie winowajcy, ale ofiary. Ofiary wygórowanych oczekiwań, ale również zabrzańskiej biedy. Ofiary niewielkich możliwości na rynku transferowym, ofiary organizacji, która może bronić się przed zadłużeniem wyłącznie grą młodych chłopaków, często nieprzygotowanych do wymogów Ekstraklasy.

Gdy usłyszałem o tym, że kibice Górnika mają pretensje do swoich zawodników czy trenera Brosza, zrobiło mi się po prostu smutno. Za wzór stawialiśmy w ubiegłym sezonie przecież nie tylko młodych piłkarzy tego klubu, nie tylko szkoleniowca, ale też fanatyków, którzy byli autentycznie dumni z tych swoich chłopaków pokroju Loski czy Żurkowskiego. Jeśli teraz nie dostrzegają, dokąd powinni się udać z pretensjami za obecne miejsce w tabeli oraz ilość materiału, przy którym szyje Brosz, to znaczy, że jako środowisko nadal nie mamy żadnej świadomości związków przyczynowo-skutkowych.

Najbardziej zaś dziwi, że ten miejski klub w ogóle nie stał się tematem trwającej kampanii wyborczej, i to pomimo, że w Zabrzu dojdzie do drugiej tury. A przecież stan i kierunek zarządzania miejskimi przedsiębiorstwami, szczególnie tak utytułowanymi i popularnymi, to dobry temat do dyskusji. Zdecydowanie lepszy niż dopytywanie, „gdzie jest Brosz”.

KOMENTARZE (14)