„Jeden trening dziennie? Trochę za mało, będzie mnie roznosić”
Weszło Extra

„Jeden trening dziennie? Trochę za mało, będzie mnie roznosić”

– Jeden trening? No, trochę mało, jeden może mi nie wystarczyć, bo mnie będzie roznosiło – mówi Tomasz Cywka o swoim podejściu do sportu. Z Polski wyjechał jako 18-latek i mimo tego, że grał w Championship, to niewiele o nim wiedzieliśmy. Po powrocie do Ekstraklasy w barwach Wisły Kraków dał się poznać jako solidny ligowiec, a po transferze do Lecha Poznań wyrósł na ważną postać zespołu.

Cywka w wywiadzie opowiada o karpiowym Realu Madryt, łzach mamy na lotnisku, angielskiej kulturze, zajawce na piłkę nożną, podobieństwach między Marcinem Wasielewskim a Emilem Heskeyem, treningach z internetu, niestwierdzonym ADHD i o reprezentacji Polski.

***

To prawda, że w ogóle nie pijesz alkoholu?

– Tak. Jakoś tak wyszło… Zrzucam winę na tatę, że mnie nie nauczył.

To po co jeździsz na ryby, skoro nie pijesz?

– Wtedy opiekuję się tymi, co piją. Kierownik wycieczki. Bywa tak, że zaraz przy brzegu jezioro czy staw ma dziesięć metrów głębokości i warto byłoby, żeby ktoś czuwał nad bezpieczeństwem. No i wtedy jestem idealnym kandydatem, skoro nie piję.

Faktycznie nie ma u ciebie czasu wolnego bez wyjazdu na ryby?

– Słuchaj, po ostatnim meczu w grudniu auto już będzie spakowane i zaraz po ostatnim gwizdku ruszamy do Francji.

Po co do Francji?

– Mam takie miejsce, które można nazwać Realem Madryt wśród łowisk. Tak to chyba najprościej ująć, bo przecież każdy piłkarz chciałby kiedyś zagrać w Realu czy w Barcelonie. A to jezioro też jest takim miejscem, o którym karpiarz marzy. I to nie jest tak, że jedziesz, dajesz właścicielowi plik gotówki i wpadasz. Oj nie. Właściciel ma w nosie twoje maile, rezerwacje, SMS-y. Co roku wpuszcza stałą ekipę, ma rezerwacje już kilkanaście miesięcy do przodu. Nie idzie tam się dostać nawet będąc w branży. Ale pewnego dnia mój znajomy na taki wyjazd nie mógł pojechać i zapytał mnie, czy nie chciałbym wziąć udziału w wyprawie w zastępstwie. No co za pytanie… Wkręciłem się i teraz dostaje już własne rezerwacje, kilku bliskim osobom załatwiłem przepustkę i widzę, ile mają z tego frajdy.

Trochę świata pozwiedzałeś z tymi wędkami. Norwegia, Francja…

– Norwegia to była bajka, zupełnie inny styl, łowiliśmy na fiordach. Jechaliśmy w piętnaście osób, 3-4 VAN-y. Łosie i renifery na środku drogi. A gdzie za tymi karpiami jeździłem? Węgry, Czechy, Francja, Włochy. Poznałem w ten sposób mnóstwo osób z całego świata. Gdybym dzisiaj jechał przez Holandię czy Belgię, zepsułby mi się samochód, to wykonałbym jeden telefon i miałbym gdzie spać, bo kumpel od karpi by mnie przenocował. Teraz do tej Francji jadę z Holendrem właśnie. Ryby rybami, ale ludzie w tym wszystkim są bardzo ważni.

Wołodymyra Kostewycza już zaprosiłeś na wspólne łowienie? Żalił się jakiś czas temu, że chętnie by pojechał, ale nie ma z kim.

– Ostatnio rozmawialiśmy o tym, ale nie ma kiedy tak naprawdę. Obiecałem, że po tej przerwie zimowej wezmę ze sobą trochę sprzętu, bo Wielkopolska to bajka jeśli chodzi o łowienie karpi. Szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Wtedy na pewno Kostę zaproszę na taki wypad.

Odhaczam obowiązkowy temat wywiadu z Tomkiem Cywką i przejdźmy do futbolu. Pamiętasz co tobą motywowało, by po tylu latach w Anglii wrócić wreszcie do Polski? Wielu kibiców i dziennikarzy wiedziało, że ty gdzieś tam w niższych ligach angielskich sobie grasz, natomiast kompletnie nie wiedzieliśmy jak grasz, czego się po tobie spodziewać. Piłkarz-zagadka.

– Chciałem zmienić otoczenie. To była ta najważniejsza rzecz, która chodziła mi po głowie przy powrocie. Wcześniej – jeszcze zanim trafiłem do Wisły –  był poważny temat Śląska Wrocław. Właściwie byłem już zdecydowany, by wrócić, ale odezwał się jeszcze jeden klub z Anglii i zostałem na Wyspach. Od tego momentu mniej lub bardziej byłem przekonany, że wreszcie przyjdzie czas, by wybrać polski klub. Pojawiały się oferty z innych krajów europejskich, jednak gdy zgłosiła się Wisła, to byłem przekonany, że to będzie dobry wybór. Chodziło o markę. Wtedy pomyślałem „idziesz do dużego klubu, przypomnisz o sobie kibicom z Polski…”.

Właściwie nie „przypomnisz”, a „pokażesz”, bo przecież my na co dzień cię nie oglądaliśmy w Championship czy League One.

– Racja. I teraz zwróć uwagę na pewną rzecz – gdy ja grałem w Championship po 30 meczów w sezonie, to tata musiał moich meczów szukać na streamie w Internecie, a o transmisji w polskiej telewizji nie było nawet mowy.

W porównaniu do dzisiaj – wtedy drugą ligę angielską traktowano trochę po macoszemu.

– Dzisiaj Championship pokazuje jedna z głównych stacji sportowych w Polsce, polski kibic może obejrzeć mecze Mateusz Klicha, Pawła Olkowskiego czy Kamila Grosickiego. Dzisiaj można się przekonać na własne oczy, że ten stereotyp ligi dla drwali jest mylący. Wcześniej też przecież mieliśmy kilku Polaków na zapleczu Premier League – Radka Majewskiego, Tomka Kupisza, Bartka Białkowskiego, mnie, ale mało kto się tym w Polsce nie interesował. Czasami dostałem informację od rodziców, że ktoś w Polsce napisał, że strzeliłem gola czy coś takiego. Ale ja sam nie byłem świadom tego, jak Championship była odbierana w kraju. Byłem, grałem, trenowałem i byłem zadowolony. Więc ten czynnik nie był dla mnie decydujący przy powrocie do kraju.

PLOCK 22.07.2018 MECZ 1. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - LECH POZNAN 1:2 PIOTR TOMASIK TOMASZ CYWKA MIHAI RADUT FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Zagrałeś 113 meczów w Championship – zamieniłbyś je na kilka sezonów w Ekstraklasie?

– Nie wiem. Ale to nie ma znaczenia. Wybrałem jako 18-latek Anglię i nigdy nie męczyłem się rozważaniem „co by było, gdybym został?”. Ja w ogóle nie lubię takiego gdybania. Bo ty powiesz – mogłeś zostać w Ekstraklasie, pokazałbyś się z dobrej strony, później debiut w reprezentacji, wyjazd za kilka milionów euro do europejskiego średniaka. A ja zripostuję – no nie,  poszedłbym na wypożyczenie do I ligi, złamałbym nogę na pierwszym sparingu i dzisiaj kopałbym w III lidze. I moglibyśmy się tak przerzucać. Jako 18-latek trenowałem przez trzy lata z ekipą z Premier League, byłem tam, przeżyłem coś. Później grałem w Championship. Niejeden chciałby czegoś takiego doświadczyć.

Pamiętasz 18-letniego Tomka, który dostał propozycję z Anglii?

– To było jak w bajce. Dzisiaj gdy na to patrzę, to przecież mi ten wyjazd nie był nawet opisany jako testy. Po prostu w ferie zimowe miałem pojechać do Anglii. W Polsce nic się nie działo, to powiedziałem „a co mi tam, pojadę!”. Organizowała to agencja menadżerska, w której nic nawet nie podpisywałem. Cały wyjazd opierał się na słownej umowie – „jedź, sprawdź się, zobaczymy co z ciebie będzie”. Miałem być tydzień w Wigan i tydzień w Boltonie. Fajne ferie, co? Zamiast jechać w góry albo chodzić na świetlicę, to pojechałem potrenować do Anglii. Zawsze byłem taki, że lubiłem wyzwania, to uznałem, że drugi raz mogą nie zadzwonić. Spakowałem torbę i pojechałem na lotnisko.

Pierwszy trening – poszedłem na zajęcia z rówieśnikami. Drugiego dnia zaprosili mnie na zajęcia rezerw. Przyszedł trzeci dzień i mówią, że mam potrenować z pierwszym zespołem. No i po tym treningu podszedł do mnie trener, wziął mnie tak pod rękę i mówi „daj spokój z tym Boltonem, potrenuj z nami dwa tygodnie, a z kontraktem to się dogadamy”.

Nieźle cię podpompował.

– Zaraz po tym wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do taty. Mówię „tata, chyba kontrakt z nimi będę podpisywał”. Dogadaliśmy się, ale musiałem wrócić do Polski na kolejne pół roku. Ostro zapieprzałem z nauką języka i latem już byłem piłkarzem Wigan.

Trudno było się jedynakowi rozstać z ukochanym domem?

– Może zabrzmi to egoistycznie, ale nie. Byłem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy. Może ja wtedy nie wiedziałem na co się piszę? Mieszkałem z rodzicami, nie znałem życia poza domem, bo tego nie przeżyłem wcześniej. Bywały zgrupowania kadr, ale to było pięć-sześć dni i wracałem do domu. I być może po prostu wtedy na fantazji poszedłem w nieznane.

Mama zgrywała twardą. Jechaliśmy na lotnisku i ani łezki nie uroniła. Ale gdy tylko przeszedłem przez bramki i ruszyłem na pokład, to rozkleiła się kompletnie i bardzo płakała. Dzwoniłem codziennie, starałem się jakoś to jej wynagrodzić. Ale wyjeżdżałem jako chłystek, jechałem grać w piłkę, tylko to mnie wtedy nakręcało.

Pewnie inaczej byś sobie wtedy myślał, gdybyś wiedział, że wrócisz do kraju na stałe dopiero osiem lat później.

– W tym zawodzie trudno cokolwiek zaplanować. Są piłkarze, którzy spędzają w klubie całe kariery, ale podejrzewam, że czasami nawet i oni tego nie planowali. Piłkarz nie wie co będzie za pół roku. Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że spędzę w Anglii osiem lat, to bym się go zapytał tylko „a skąd ty to możesz wiedzieć?”. Nie miałem wtedy w głowie myśli „ile lat to pogram, ile klubów zwiedzę”, tylko „trwaj przygodo!”.

Ty chyba lubisz tę piłkę, co? Tak naprawdę lubisz – jak hobby, a nie jak miejsce pracy, do którego nie chce się wracać.

– Zawód, sposób życia, pasja. Nie wiem czy bym potrafił grać tylko dla pieniędzy. Kiedyś rozmawiałem o tym z chłopakami w szatni – że pewnego dnia wygrywasz na loterii taką sumę pieniędzy, która pozwala ci na ustawienie życia kilku kolejnych pokoleń w twojej rodzinie. Czy grałbyś dalej w piłkę? Oczywiście, że bym grał. Bez tej adrenaliny nie usiedziałbym w domu. Nie potrafiłbym żyć tak bez presji.

To jak muzycy, którzy przyznają, że przestaną udzielać się w muzyce wraz z pierwszym koncertem, o którym pomyślą „cholera, trzeba iść do roboty”.

– O właśnie! Wiadomo, że pracujesz, trenujesz, ale nigdy nie powiedziałem o piłce „praca”. To naprawdę wielkie szczęście być piłkarzem – to realizacja tych wszystkich marzeń, gdy wracałeś z podwórka czy z treningu, kładłeś się wieczorem spać i myślałeś, że kiedyś chcesz, by z tego grania żyć. Oczywiście, my piłkarze nie dostaliśmy tego za darmo, ale musimy wiedzieć jedno – jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że żyjemy z grania w piłkę.

KRAKOW 24.07.2015 MECZ 2. KOLEJKA EKSTRAKLASA SEZON 2015/16 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN CRACOW: CRACOVIA - WISLA KRAKOW 1:1 TOMASZ CYWKA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Tobie jeden trening nie wystarcza?

– Rzadko (śmiech).

Po jednym cię jeszcze energia roznosi, musi być drugi?

– Nie wiem jak to określić…

Najprościej.

– Po prostu jaram się tym. Potrenowałem na boisku, ale widziałem na Instagramie jeszcze jakieś ćwiczenie i chcę je przetestować. Albo przeczytałem o pewnej metodzie wzmacniania mięśni głębokich. Albo usłyszałem coś o trenera i chcę zobaczyć, czy na mnie takie zajęcia dobrze działają. Sprawdzam swój organizm, wzmacniam się. Zawsze jest coś do poprawy – poczynając od spraw czysto piłkarskich na silę, stabilizacji, szybkości skończywszy. W Internecie dziś masz wszystko, możesz czerpać wiedzę od specjalisty z każdego zakątka świata. Szukam, inspiruję się i testuję. Mam swój zestaw, który robię i po którym czuję się lepiej.

Ale idziesz raczej w stronę treningu funkcjonalnego? Stabilizacja, mięśnie głębokie, regulacja oddechu?

– W głównej mierze tak. Trenując pięć razy w tygodniu i grając mecz jesteś w stanie wypracować sobie kondycję. A nad detalami już trzeba pracować osobno. Przynajmniej ja muszę, bo czuję, że mam tam rezerwy. A tych ćwiczeń jest mnóstwo. Teraz jestem uziemiony (rozmawialiśmy, gdy Cywka miał jeszcze nogę w ortezie z uwagi na naderwanie więzadła w kolanie), ale już nie mogę się doczekać, gdy dostanę zielone światło do treningów, bo nazbierało mi się tych ćwiczeń.

Podobno Maciej Makuszewski po tym zerwaniu więzadłem wrócił na boisko i zauważył, że jest jeszcze szybszy niż przed urazem. I to dzięki właśnie takim ćwiczeniom specjalistycznym, które robił podczas rehabilitacji.

– Bardzo możliwe. Zauważyłem to w Anglii, gdy chłopaki wracali po urazach i mieli oczywiście zaległości kondycyjne, ale pod względem zwrotności, dynamiki, szybkości byli nawet krok przed tymi, którzy w tym czasie trenowali codziennie na boisku. Dlaczego? Bo właśnie w trakcie rehabilitacji zwracasz uwagę na tę detale i ćwiczenia, które – gdy jesteś zdrowy – pomijasz.

Ciebie Anglia nauczyła tej zajawki na treningi dodatkowe czy po prostu taki już byłeś?

– Przed wyjazdem już tak miałem. Za dzieciaka żyłem w rytmie trening-szkoła-trening. Wracałem do domu, robiłem zadania domowe i ryłem tacie trawę w ogrodzie, bo biegałem w korkach. Zimą prosiłem rodziców, by wyjechali autem z garażu. Zamykałem się, puszczałem muzykę na cały regulator i trzaskałem piłką o ścianę. Trening kończył się wtedy, gdy rodzice już nie wytrzymywali tego dźwięku odbijającej się piłki. Tak wyglądało moje dzieciństwo. Lubiłem to i stosunkowo wcześnie uświadomiłem sobie, że warto dać coś od siebie po treningu, żeby być krok przed innymi.

Nikt nie zdiagnozował u ciebie ADHD?

– (śmiech) Raczej nie mam, bo bym na rybach nie wytrzymał.

A zgadzasz się w tezą, że w Polsce jest moda na dobrą dietę, dodatkowy trening, coraz częściej zajęcia u psychologa, ale nic z tego nie będzie, bo na treningu nie trzeszczą kości i ten rdzeń piłkarski jest za słaby?

– Trudno mi powiedzieć. Mogę odpowiadać za siebie i mi trening dodatkowy jest po prostu potrzebny. Czasami wracam z zajęć w klubie, myślę sobie „nie, daj spokój, raz sobie odpuścisz”. Ale ostatecznie idę i w połowie treningu sam sobie gratuluję, bo czuję się świetnie. Ale co do tego, co powiedziałeś – ja też widziałem żarłoków, którzy może nie mieli pięciu procent tkanki tłuszczowej, ale na treningu tak zapieprzali, że iskry leciały. Więc ująłbym to inaczej – nie ważne jakie środki do tego wykorzystasz, ale ważne jest to, co możesz dać podczas meczu. Jeśli wystarczy ci ogień na zajęciach w klubie, to okej. Jeśli po treningu piłkarskim jest ci mało, to idź na dodatkowy. Jeśli czujesz, że musisz dbać o dietę, to nie jedz byle czego. Każdy potrzebuje innych bodźców.

Pamiętam Emila Heskeya, który już powoli wtedy kończył karierę. On trzy-cztery dni się regenerował po meczu, w piątek wchodził na trening, a w sobotę strzelał gola lub dawał asystę. I zobacz – gdybyśmy zastosowali kryterium „nie trenuje, czyli leń, czyli nic z niego nie będzie”, to byśmy wyszli na ignorantów. To indywidualna kwestia kto i czego potrzebuje do tego, by przez te 90 minut pokazać to, co umiesz najlepiej.

Największy pracuś, jakiego spotkałeś przez te wszystkie lata, to…?

– Nie chciałbym nikogo pominąć, ale nawet tutaj w Lechu mógłbym wymieniać – Vernon de Marco, Łukasz Trałka, Rafał Janicki, Kamil Jóźwiak, Thomas Rogne… W ogóle pod tym względem w Lechu poziom jest bardzo wysoki, bo chłopaki robią coś przed treningiem, po treningu, a jeszcze później idą na zajęcia dodatkowe. Ta grupa jest wyjątkowo spora. W Wiśle z kolei imponował mi Marcin Wasilewski. Ja nawet nie wiedziałem ile on ma lat, dopiero w trakcie tego pobytu w Krakowie wyszło, że „Wasyl” powoli do 40-stki dobija i byłem w szoku. Ale nie ma w tym przypadku, że może grać tak długo, bo naprawdę poświęca dużo czasu, by przygotować organizm na taki wysiłek. Mimo tego, że dużo osiągnął i grał w wielkich klubach, to ciągle czuje ten głód.

Szatnia angielska różni się od szatni polskiej pod względem profesjonalizmu?

– W Anglii było tak, że była nas czwórka-piątka piłkarzy, która na siłowni była codziennie, a dziesięciu innych nie wiedziało gdzie w ogóle jest siłownia. Grałem raz z takim zawodnikiem, mniejsza o nazwisko, który został MVP sezonu. A gdy trener na treningu gwizdnął ostatni raz, to on już jedną nogę miał na sprzęgle, a drugą na pedale gazu w aucie. I co? Źle grał? No nie, najlepiej w drużynie. Tylko tam było tak, że na tym treningu paliła się trawa i nie było nawet pół piłkarza, który przechodziłby obok zajęć. W Polsce jest podobnie, nie widzę tutaj jakichś wielkich różnic jeśli chodzi o zaangażowanie.

Jaki masz największy niedosyt związany z Anglią?

– Jechałem tam zagrać w Premier League i się nie udało. Wtedy to mnie bolało, ale dzisiaj już nie. Nie przyjeżdżam do mieszkania i nie płaczę w poduszkę, że nie udało mi się zagrać w angielskiej ekstraklasie. W sumie zastanawiam się nad tym tylko przy okazji wywiadów, bo na co dzień nikt mnie o to nie pyta, a i ja sam nie rozmyślam o tym, czy byłem blisko tego debiutu, czy daleko. Czy miałem pecha, czy jednak szczęście, że byłem na ławce w Wigan, gdy graliśmy z wielkimi klubami.

Ale debiut było blisko.

– Trener zaprosił mnie do gabinetu i czułem, że coś ma mi do przekazania. – Tomek, zagrasz w następnym meczu, zadebiutujesz, ale chciałbym, żebyś zagrał jeszcze w tygodniu w rezerwach, żebyś był w rytmie meczowym – powiedział. No i w tym meczu złapałem kontuzję.

Nie lubisz gdybać, ale to trochę historia podobna do tej Grzegorza Rasiaka. W Tottenhamie nie uznali mu prawidłowego gola i później już żadnego dla nich nie strzelił. A gdyby mu uznali, to mogło się to potoczyć inaczej.

– No i znów – a mogłem zagrać, wjechałby mi wślizgiem jakiś obrońca i miałbym pół roku z głowy. Serio, gdybanie nie ma sensu. Możemy przebijać się scenariuszami, ale nie dowiemy się „co było, gdyby”. Gdy myślę o Anglii, to mam w głowie mnóstwo świetnych wspomnień, a nie gorzki smak tego, że nie zadebiutowałem.

WARSZAWA 16.09.2018 MECZ 8. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN CARLITOS TOMASZ CYWKA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Z Anglii przywiozłeś pozytywne wspomnienia?

– Jasne! Wyjeżdżałem jako 18-latek, który trenował tylko w akademii. A miałem szanse rozgrzewać się obok Cristiano Ronaldo na Old Trafford. Widocznie tak miało być i wielu chciałoby być w takim miejscu. Nie mówię tego tak, że inni mi mają zazdrościć, ale dla takiego Tomka ze Śląska to wciąż była świetna przygoda. Wiadomo, wolałbym przeciwko Ronaldo grać, ale nigdy nie będę narzekał.

Jako człowiek też dużo zyskałeś.

– To zdecydowanie. Kulturowo wyjechałem znacznie bogatszy. Uderzyło mnie to, jak otwarci byli tam ludzie. Byłem w szoku, że można być tak otwartym wobec osób, których się nie zna. Dla nich Polska to była taka mała Rosja, nie wiedzieli jak się u nas żyje. A szatnia też była bardzo międzynarodowa, już wtedy w Anglii mieszkali ludzie z całego świata. Szczególnie w Wigan mieliśmy chłopaków dosłownie z całego świata. Przychodziła przerwa na reprezentacje i w szatni pierwszego zespołu zostawały trzy osoby, trener musiał sięgać po zawodników z rezerw. Dla mnie to też było dobre, że nauczyłem się języka przed wyjazdem. Głupi mi było zagadywać do Heskeya czy Chrisa Kirklanda, ale to oni sami inicjowali ten kontakt i byli przy tym bardzo naturalni. Zagajali, pytali o to, w czym mogą pomóc.

A największy kozak piłkarski, którego tam spotkałeś?

– Antonio Valencia był kapitalny. Zanim go spotkałem nie wiedziałem, że można tak przyspieszyć z piłką na tak małej przestrzeni. Na pewno nie spodziewałem się, że John Stones zrobi taką karierę.

Drewniak?

– Nie, nie. Miał 17 lat, wchodził do drużyny  i był niesamowicie spokojny. Ani nie był drewniany, ani nie miał boskiej techniki, ale zawsze był niezwykle opanowany. Jednak gdybyś mi powiedział wtedy, że ten chłopak będzie najdroższym angielskim obrońcą, że będzie etatowym reprezentantem Anglii i podstawowym piłkarzem Manchesteru City, to nie dowierzałbym. A tu widzisz.

No i Emile Heskey też pewnie robił wrażenie.

– Nie no, daj spokój, nigdy go nie przepchnąłem. Ale nie tylko ja – gdy któryś z chłopaków wszedł z nim bark w bark, to po prostu się odbijał. Z tym jego odpoczynkiem to też może nie do końca trafnie to opisałem – bo on faktycznie nie wychodził na boisko przez pierwsze trzy-cztery dni po meczu, ale pracował na salce gimnastycznej, był u masażystów, wzmacniał mięśnie. Miał problem z plecami i może te ćwiczenia nie wyglądały na ekscytujące, to żmudną robotą sprawiał, że mimo tych kontuzji był w stanie grać.

Wróciłeś do Polski, przekonaliśmy się jakim jesteś piłkarzem. Pograłeś w Wiślę, a wiosną tego roku odezwał się Lech. Znamy sytuację – przed meczem z Kolejorzem w rundzie finałowej byłeś już dogadany co do transferu. Nie kotłowały ci się w głowie myśli o tym, że twój występ w obecnym klubie przeciwko twojemu przyszłemu klubowi może budzić różne podejrzenia?

– Sam bym o tym nie myślał, ale dostawałem sporo wiadomości – „wiesz co, masz trzy kartki, może dostałbyś czwartą przez Lechem i miałbyś spokój? Nikt cię nie będzie o nic podejrzewał, ty będziesz miał czyste sumienie”. Ale do mnie to nie trafiało. Grałem dla Wisły i grałem na sto procent. Niektórzy mówili – strzelisz gola, który zabierze Lechowi szansę na mistrzostwo. Ale każda taka insynuacja, że mogę odpuścić w tym spotkaniu, podważała mój profesjonalizm. To nie leżało w mojej naturze. Zresztą spójrz na to w ten sposób – gdybym grał na pół gwizdka z Lechem, to w Poznaniu mogliby pomyśleć, że mogę w Wielkopolsce wywinąć podobny numer, gdyby przyszło mi być w takiej sytuacji w Lechu. Sorry, ale jeśli ktoś miałby pretensje o to, że zachowałem się jak profesjonalista, to świadczy to raczej o tej osobie, a nie o mnie. Dlatego mówię wprost – nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby odpuszczać. Gola nie strzeliłem, nic nie zawaliłem, ale zagrałem najlepiej, jak potrafiłem. Kibice Wisły to docenili.

Nie jest tajemnicą, że Lech zwlekał z tym, żeby ogłosić twój transfer. Po tym fatalnym finiszu sezonu kibice oczekiwali wielkich wzmocnień, gwiazd, a ty – gość z łatką solidnego ligowca – miałeś ten kontrakt już podpisany. A mimo to oficjalna informacja nie szła w eter.

– To było poza mną. Dopiero później od dziennikarzy dowiedziałem się jakie relacje wywołał mój transfer wśród kibiców.

Nie doceniono cię.

– Ja tego nie wiem, bo nie czytałem komentarzy, ale faktycznie niedawno zacząłem dostawać wiadomości typu „Tomek, byłem sceptyczny wobec twojego przyjścia do nas, ale szacunek i fajnie, że zaliczyłeś takie udane wejście”.

Trener Djurdjević przed sezonem mówił – Tomek jest pełen pasji. To modelowy zawodnik do pracy. Nigdy nie powie „trenerze, ten trening nie ma sensu”. Nie ma żadnych wątpliwości, nie jest marudny.

To miłe, ale ja z takich komplementów cieszę się przez pięć sekund, a później zapala mi się lampka z podpisem „fajnie, ale jeśli ktoś mnie docenia, to w ramach rekompensaty wycisnę jeszcze więcej”. Jeśli mogłem przyciągnąć kibiców na swoją stronę, to super! Dla nich gramy, oni są naszym najważniejszym recenzentem, ale jeśli cię doceniają, to znaczy, że masz im dać jeszcze więcej.

Skoro już przy cytatach z Djurdjevicia, to trener powiedział, że jeśli koszulka innych klubów waży 20 dag, to ta Lecha waży 5 kg. Czujesz faktycznie tę presję? Ty, czyli człowiek, który nigdy nie był jakoś związany z Poznaniem.

– Presja jest, ale nie taka ciążąca. Raczej mobilizująca. Rozmawiałem z chłopakami w Lechu i wiem, jakie są oczekiwania. Że nikt nie powie na koniec sezonu „trzecie miejsce? Fajnie, niezły wynik”. Ale, kurczę, przecież po to się gra, prawda? Po to, żeby czuć presję. Gdybym nie chciał być pod naciskiem, to kopałbym sobie w czwartek popołudniu na orliku. Taka presja mnie mobilizuje. Zresztą odczułem to, gdy na początku graliśmy bez kibiców, a gdy później fani wrócili na trybuny.

KRAKOW 24.07.2015 MECZ 2. KOLEJKA EKSTRAKLASA SEZON 2015/16 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN CRACOW: CRACOVIA - WISLA KRAKOW 1:1 TOMASZ CYWKA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Spodziewałeś się, że zaliczysz takie udane wejście do Lecha?

– Czy spodziewałem się… Bardziej planowałem niż się spodziewałem. Odchodziłem z Wisły, gdzie byłem podstawowym zawodnikiem. Ale trafiałem do klubu, gdzie co roku są mistrzowskie aspiracje. Zaczynałem od zera, a i atmosfera wokół Lecha nie była zbyt dobra. Chciałem wejść z przytupem, szybko wywalczyć sobie miejsce w składzie i dostałem duży kredyt zaufania do trenera. I znów – dostałem zaufanie, więc chciałem się zrewanżować dobrą grą.

Mówisz, że gdy słyszysz komplement, to się cieszysz, ale chcesz pokazać jeszcze więcej. To gdzie jest to „jeszcze więcej”? Bo trochę mnie zaskoczyło, gdy w rozmowie dla strony oficjalnej Lecha napomknąłeś o reprezentacji Polski.

– Chyba mnie wtedy pociągnęli za język. (śmiech) Ale ja patrzę na to raczej jak na cel, do którego warto dążyć, a nie jako buńczuczne zapowiedzi. Słuchaj, skoro gram w topowym klubie w Polsce, to oczywiście moim celem jest mistrzostwo kraju i same sukcesy, ale patrzę też na osiągnięcia indywidualne. Może w tej kadrze nigdy nie zagram, ale chociaż zajdę daleko w drodze do niej. Gra bez stawiania sobie celów nie ma sensu – przynajmniej ja tak na to patrzę. Jeśli zasłużę, to powołanie dostanę, ale jestem ostatnim piłkarze, który wyjdzie przed szereg i powie „patrzcie, gram dobrze, wysyłajcie mi powołanie!”.

Kiedyś było blisko powołania, prawda?

– Bardzo blisko. Właściwie byłem przekonany, że sprawa jest już pewna. Selekcjonerem był wtedy Franciszek Smuda, a ja grałem regularnie w Anglii. Przyleciał na mój mecz Jacek Zieliński, strzeliłem gola, nieźle zagrałem. Po meczu Jacek przyszedł i rozmowa zakończyła się czym w stylu „nie złap kontuzji, to zobaczymy się za kilkanaście dni na zgrupowaniu”. No i się nie zobaczyliśmy, bo powołanie nie doszło.

DAMIAN SMYK

fot. FotoPyk

KOMENTARZE (5)