Depresja boksera. „Wspinałem się na budynek, a potem leciałem głową w dół”
Inne sporty

Depresja boksera. „Wspinałem się na budynek, a potem leciałem głową w dół”

W ringu nie bał się nikogo. W czasach dominacji nieustraszonego Mike’a Tysona jako jeden z nielicznych dwa razy wychodził z nim do walki. Jak przegrywał, to tylko z mistrzami świata. Frank Bruno (40-5, 38 KO) całą karierę żył marzeniem o zdobyciu mistrzowskiego tytułu. Mimo kolejnych spektakularnych potknięć, zdążył stać się jednym z ulubieńców brytyjskich kibiców i w końcu sięgnął po upragniony pas. Po zakończeniu kariery nie zniknął ze świecznika i w blasku fleszy rozpoczął walkę ze zdecydowanie trudniejszym przeciwnikiem – chorobą afektywną dwubiegunową.

Nie wiadomo, co dokładnie sprawiło, że to schorzenie uaktywniło się właśnie u niego. Czy sam boks miał z tym coś wspólnego? Ilu specjalistów, tyle opinii, ale charakterystycznego dla tego sportu mikrourazy mózgu to ważne czynniki sprzyjające pojawieniu się depresji. Okoliczności, które doprowadziły Franka Bruno na skraj załamanie nerwowego, było z pewnością kilka. W 2001 roku rozwiódł się z pierwszą żoną po ponad dziesięciu latach małżeństwa, którym żyła cała Anglia. Niedługo potem samobójstwo popełnił George Francis – trener, który wziął go pod skrzydła w najtrudniejszym momencie kariery i doprowadził do wymarzonego mistrzostwa świata wagi ciężkiej. 73-latek sam od lat w ciszy zmagał się z depresją, która nasiliła się po tym, jak pochował żonę i syna.

Pięściarz z dnia na dzień znalazł się sam w wielkiej posiadłości, na którą pracował całą karierę. Według znajomych czuł się tak samotny, że na noc zdarzało mu się nie wracać do łóżka. Zamiast tego spał… w ringu na sali treningowej. Odskocznią bywały imprezy. Bruno próbował sił jako DJ i nie stronił od narkotyków – zwłaszcza kokainy. To kolejny z czynników, które sprzyjają rozwojowi choroby afektywnej dwubiegunowej. Dziwne zachowania zaczęły się nasilać i w końcu doprowadziły do sytuacji bez precedensu. W 2003 roku 41-letni wówczas były pięściarz wbrew własnej woli został zamknięty w zakładzie opieki. Wszystko odbyło się praktycznie na oczach kamer – czegoś takiego w Wielkiej Brytanii jeszcze nie było.

„Wiedziałam kim jest Frank Bruno, ale nie wiedziałam kim jest mój ojciec. Choroba zabrała mi go na lata. Gdy zaczynało się dziać gorzej, to przestawał być moim tatą” – opisywała córka Rachel, która wraz z siostrą Nicole była odpowiedzialna za pierwsze zamknięcie Franka w zakładzie opieki. Łatwo sobie wyobrazić, że okiełznanie 120-kilogramowego kolosa dla nikogo nie było łatwym zadaniem.

Publiczna walka z demonami w pewnym sensie nie była dla Bruno niczym nowym. Na świeczniku znalazł się jako obiecujący pięściarz wagi ciężkiej. Miał 23 lata i imponujący bilans – zdążył stoczyć 21 pojedynków i wszystkie wygrał przed czasem. Frank po prostu wychodził się bić, a poza tym był dobrodusznym facetem z dużym dystansem do własnych osiągnięć i piekielnym prawym sierpowym. W 22. zawodowej walce jego rywalem w Londynie był doświadczony James Smith (13-1). Miejscowy faworyt tym razem nie pokazał fajerwerków, ale zanosiło się na wymęczoną wygraną na punkty. W ostatniej rundzie Amerykanin zamknął go pod linami i wystrzelił potworną serią. Bruno wyglądał na kompletnie nieprzygotowanego na taki scenariusz – w ogóle nie potrafił się bronić. Nie próbował klinczować ani uciekać – po prostu stał jak zahipnotyzowany z nisko opuszczonymi rękami.

„Nie zamierzam płakać ani szukać wymówek. Przegrałem, ale wrócę. Każdy wielki pięściarz – nawet Muhammad Ali i Joe Frazier – bywał nokautowany w swoim czasie” – komentował na gorąco przegrany Brytyjczyk. Kolejne lata pokazały wyraźnie, że to nie był wypadek przy pracy. Zraniony Bruno okazywał się pięściarzem niezwykle łatwym do wykończenia. Dodatkowym problemem w bardziej intensywnych pojedynkach okazywała się także kondycja.

Pochwały od Tysona

W 1986 roku – dwa lata po pierwszej porażce w karierze – Brytyjczyk trochę nieoczekiwanie dostał szansę walki o mistrzowski tytuł. Do Londynu przyleciał Tim Witherspoon (24-2), a na Wembley pojawiło się 40 tysięcy fanów. Na tym polegała magia Bruno – mimo wszystko potrafił przyciągać tłumy. Anglicy byli głodni wielkiego boksu i czekali na pierwszego od prawie stu lat mistrza świata w kategorii ciężkiej. Choć rywal z USA nie imponował sylwetką na tle Franka (w sumie mało komu się to udawało), to scenariusz z walki ze Smithem znów się powtórzył. W 11. rundzie kondycja zawiodła faworyta i skończyło się na kolejnej egzekucji. Niezwykłe było co innego – to Bruno za tę walkę dostał więcej (ponad milion dolarów) niż broniący tytułu Witherspoon.

W powszechnej świadomości Brytyjczyk jest jednak najbardziej znany z pojedynków z Tysonem. Po raz pierwszy spotkali się w lutym 1989 roku. „Żelazny Mike” (35-0) był wtedy niekwestionowanym mistrzem świata i postrachem kategorii ciężkiej, ale dziś dobrze wiemy, że poza kamerami zaczynał się powoli rozsypywać. Tuż przed walką z Bruno rozstał się z długoletnim trenerem Kevinem Rooneyem. Obaj pięściarze zarobili za ten pojedynek krocie, a w ringu było nadspodziewanie ciekawie.

Zaczęło się od trzęsienia ziemi – pretendent z Anglii wylądował na deskach już po kilkunastu sekundach. Tym razem nie dał się jednak znokautować, bo panicznie uwiesił się na Tysonie. Jeszcze w pierwszej rundzie sędzia ukarał go za to odjęciem punktu. Koniec wisiał w powietrzu, jednak na 50 sekund przed końcem otwierającego starcia Bruno naprawdę zranił „Bestię” krótkim sierpowym. „O tym ciosie w pubach będzie rozmawiało jeszcze kolejne pokolenie Anglików” – ironizował Earl Gustkey z „Los Angeles Times”. Po walce sam Tyson przyznał jednak, że tak mocnego uderzenia do tej pory w zawodowej karierze nie przyjął. Na moment ugięły się pod nim nogi, ale zdołał przetrwać kryzys i w piątej rundzie załatwił sprawę w swoim stylu. „Żelazny Mike” po latach oceni pierwszą wygraną z Anglikiem jako jeden z najcenniejszych skalpów w karierze.

W przypadku Bruno powtórzył się dobrze znany scenariusz. Po kolejnej nieudanej szarży znów odbudował się serią zwycięstw ze słabszymi rywalami i szybko dostał kolejną mistrzowską szansę. W 1993 roku w Cardiff zmierzył się z Lennoksem Lewisem (23-0), który nieco wcześniej zdążył sprzątnąć Frankowi sprzed nosa marzenie i został pierwszym od blisko stu lat brytyjskim mistrzem świata. Sprawa nie była jednak tak oczywista – część fanów wypominała Lewisowi, że złoto igrzysk olimpijskich zdobył w końcu pod kanadyjską flagą, a przywiązanie do Anglii na nowo odkrył, gdy wyczuł w tym interes. Te nastroje doskonale odczytywał Bruno. „Lennox nikogo tu nie obchodzi” – przekonywał z kamienną twarzą, trochę nie do końca w swoim stylu dobrodusznego wujka.

Pierwsze w historii wagi ciężkiej starcie dwóch Brytyjczyków o mistrzowski pas było intrygującym widowiskiem. Niespodziewanie dla wielu ekspertów to Bruno dominował, ale w siódmej rundzie Lewis zaskoczył go lewym sierpowym. Chwilę później było już po wszystkim. „Frank nie ma szczęki… Wystarczy trafić go w punkt i leci na deski” – komentował rozgoryczony Mickey Duff, menedżer… Franka Bruno.

Pokonany przez nokaut wcale nie wydawał się rozbity. „Naprawdę jestem dużo lepszym pięściarzem niż wskazuje na to mój bilans” – przekonywał dziennikarzy po porażce z Lewisem, ale na tym etapie wierzyli w to już naprawdę nieliczni. Boks rządzi się jednak swoją logiką – trzy szybkie nokauty później pojawiła się kolejna mistrzowska okazja. Lewis po drodze stracił pas na rzecz Olivera McCalla (26-5), który po nokaucie na Wembley miał wyrobione nazwisko na Wyspach. W 1995 roku wrócił do tego samego miejsca na walkę z Bruno i był zdecydowanym faworytem.

Do czterech razy sztuka – tym razem niesiony dopingiem miejscowy faworyt wreszcie zaboksował na miarę swojego talentu. Punktował McCalla lewym prostym, a gdy w ostatniej rundzie dopadł go kryzys, to po prostu przeczekał go jak weteran. Po dwunastu rundach sędziowie punktowali jednogłośnie na korzyść Bruno, który… pierwszy raz w życiu sprawdził się na takim dystansie. Największa w tym zasługa trenera George’a Francisa, który potrafił odpowiednio ukierunkować zainteresowania pięściarza. „Musiałem pilnować Franka, bo chwilami trenował po prostu zbyt dużo” – opowiadał szkoleniowiec.

Na świętowanie upragnionego tytułu nie było jednak czasu. Na mistrzowski pas WBC należący do Anglika chrapkę miał Mike Tyson, który po wyjściu z więzienia wrócił do boksu dwiema wygranymi z mniej liczącymi się rywalami. Za rewanż Bruno zarobił ponad 6 milionów dolarów – najwięcej w karierze. Tym razem żadnej głębszej historii nie było. „Żelazny Mike” skończył robotę już w trzeciej rundzie i wszyscy na moment uwierzyli, że znów będzie wielki.

Walka innego rodzaju

Dla pobitego Franka to był koniec. Po walce lekarze zdiagnozowali u niego problemy ze wzrokiem i doradzili niezwłoczne zakończenie kariery. Tylko jak poukładać sobie życie bez boksu, gdy boks był dla Bruno wszystkim? Za sprawą sportu pięściarz zgromadził mnóstwo pieniędzy i stał się ulubieńcem tabloidów, ale otoczył się niewłaściwymi ludźmi i oszczędności szybko roztrwonił. Gdy posypało się jego życie osobiste, znalazł się na dnie i nie wiedział co robić dalej.

„To był naprawdę bardzo zły czas. Wszystko się na siebie nałożyło. Rozwód, śmierć George’a… A potem nastała ciemność. Presja była po prostu za duża” – komentował po latach Bruno. Wchodzące w dorosłość córki widziały co się dzieje i to one stały za zamknięciem ojca w zakładzie opieki wbrew jego woli. Podejście do problemów psychicznych było wtedy zupełnie inne niż dziś. „Szalony Bruno w zamknięciu” – to tytuł z okładki „The Sun”. Tego samego „The Sun”, dla którego pięściarz pisał wcześniej felietony. Okładka spotkała się z powszechnym oburzeniem – wywołała cenną dyskusję i przyczyniła się do zmiany standardów.

Bruno do zamknięcia podszedł w jedyny sposób jaki znał – potraktował to jak kolejne sportowe wyzwanie. Wstawał przed wszystkimi i każdego dnia robił 4 tysiące pompek. Najgorsze chwile przychodziły wieczorami – wtedy byłemu mistrzowi pomagała modlitwa. Ostatecznie podjął leczenie i pod kontrolą lekarzy mógł wrócić do społeczeństwa. Z czasem zaczął publicznie funkcjonować jako rzecznik osób walczących z chorobami psychicznymi. Mogło się wydawać, że powoli wychodzi na prostą.

„Gdybym w tamtym momencie nie odstawił narkotyków i nie przejął kontroli nad swoim życiem, to dziś by mnie tu nie było” – mówił. W najgorszych chwilach zdarzało mu się myśleć o samobójstwie. „Nie miałem na tyle odwagi” – wyznał po latach w autobiografii „Let Me Be Frank”. W 2008 roku chciał nawet pomóc opierającemu się leczeniu Paulowi Gascoigne’owi, który również trafił do zamkniętego zakładu. Potem założył fundację, która ma na celu poszerzanie społecznej świadomości na temat chorób psychicznych.

Wbrew pozorom ta historia nie ma happy endu. W 2012 roku Bruno miał nawrót choroby i za sprawą najbliższych znów został zamknięty w zakładzie – i to dwa razy w ciągu sześciu tygodni. „Znalazłem się na dnie. Nikt mi niczego nie wytłumaczył. Obudziłem się w pokoju wielkości więziennej celi. Byłem mistrzem świata, a czułem się jak zwierzę. Straciłem kontrolę nad własnym życiem i to bolało jak cholera” – opisywał obrazowo w autobiografii. Niewiele brakowało, a pobyt Bruno w szpitalu zakończyłby się tragedią – został zaatakowany nożem przez jednego z pacjentów. Do dziś po tej przygodzie ma pamiątkę w postaci blizny, którą codziennie widzi w lustrze.

Ostatecznie we współpracy z rodziną i lekarzami udało się wypracować konsensus. Niedawno Bruno został po raz pierwszy dziadkiem. Wciąż trenuje niemal codziennie. W 2016 roku opowiadał nawet w mediach, że marzy mu się powrót na ring. Nie ma się jednak co oszukiwać – nikt w Anglii nie wyda mu bokserskiej licencji. W sprawie Franka Bruno nic nie jest czarno-białe. To wcale nie leki sprawiły, że w cudowny sposób z dnia na dzień odzyskał życiową równowagę. Było właściwie dokładnie na odwrót – efekty uboczne medykamentów sprawiały, że czuł się jak zombie. I przed terapią opierającą się tylko na lekach 56-latek również dziś głośno przestrzega.

„To było jak elektrowstrząsy dla mojego mózgu. Czasami nie mogłem poruszać nogami, innym razem nie potrafiłem odzyskać nad nimi panowania, bo funkcjonowały niezależnie ode mnie. Błagałem lekarzy, by przestali podawać mi te środki. Zdarzało się, że traciłem świadomość. Potem nagle budziłem się w jakimś miejscu i nie miałem pojęcia, jak się tam znalazłem. Po lekach cały czas powracał ten sam koszmarny sen. Wspinałem się na wielki budynek, a potem leciałem głową w dół i budziłem się zlany potem tuż przed uderzeniem w ziemię. Chwilowo pojawiała się ulga, ale potem przypominałem sobie, że przecież cały czas jestem uwięziony. Bałem się, że nie dam rady. Oddychałem, poruszałem się i egzystowałem, ale nie czułem się żywy”.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz