Rok w raju. Gdy piłkarski Paganini trafił do Portsmouth
Anglia

Rok w raju. Gdy piłkarski Paganini trafił do Portsmouth

Na niektóre prezenty się czeka, innych się spodziewa, ale są i takie, które kompletnie zaskakują. Taki prezent w 2001 roku dostali od właściciela Milana Mandaricia kibice Portsmouth. Bez grubej, czerwonej kokardy, ale mało komu to przeszkadzało.

1 sierpnia 2001 roku kontrakt z Pompey podpisał bowiem Robert Prosinecki.

Jugosłowiański futbol przez dziesięciolecia prześladował pech. Fatum, które sprawiało, że reprezentacja, jak i drużyny klubowe rozkraczały się zawsze na ostatniej prostej. Gdy już zdawało się, że triumf jest blisko, na wyciągnięcie ręki, wózek mknący po torach do celu wykolejał się tuż przed końcową stacją.

Najbardziej spektakularną tego typu porażką była ta z 1976 roku, kiedy w półfinale mistrzostw Europy – rozgrywanych w dodatku właśnie w Jugosławii – gospodarze nie tylko roztrwonili dwubramkową przewagę, ale dali sobie strzelić aż cztery bramki, przegrywając ostatecznie 2:4 z Republiką Federalną Niemiec.

Oczywiście było tego więcej. Dwa przegrane finały mistrzostw Europy w latach 60. (1960 i 1968). Trzy kolejne finały Igrzysk Olimpijskich zakończone porażkami. Finał Pucharu UEFA z 1979 roku wtopiony przez Crveną Zvezdę mimo prowadzenia w pierwszym starciu dwumeczu z Borussią Moenchengladbach po mniej niż dwóch kwadransach. Finał Pucharu Europy przerżnięty w 1966 roku przez Partizan, choć to zespół z Belgradu po golu Vasovicia z 55. minuty był bliżej trofeum.

Nim Jugosławia rozpadła się na dobre, klątwę udało się jednak zdjąć. W 1987 roku w Chile reprezentacja U-20 zdobyła złoto mundialu, a cztery lata później Crvena Zvezda wywalczyła tytuł najlepszej klubowej drużyny Starego Kontynentu, choć półfinał z Bayernem, o którym szeroko pisze w świetnym, wspominkowym artykule dla „The Blizzard” Jonathan Wilson (zainteresowanych odsyłam TUTAJ), miał wszelkie dane ku temu, by zakończyć się kolejną niesamowitą okazją wypuszczoną z rąk.

Oba te triumfy łączył wspólny mianownik.

Robert Prosinecki.

Geniusz. Futbolowy artysta. Zdobywca Złotej Piłki młodzieżowego mundialu. Strzelec pierwszego karnego w serii jedenastek z Marsylią, która dała Crvenej Zvezdzie panowanie w piłkarskiej Europie. „Piłkarski Paganini”, jak ochrzcili go komentatorzy. Drybler tak pierwszorzędny, że zdolny wywoływać kontuzje u obrońców próbujących nadążyć za ruchami jego stóp. Niezrównany w zwodzie „na zamach”. Coś o tym wie Julio Saldana, który w barwach Boca Juniors stanął w 1994 roku naprzeciw Chorwata. Piruety Prosineckiego sprawiły, że zerwał więzadła i przez rok musiał z tego powodu pauzować.

W Anglii zaś szczególnie pamiętają sytuację z meczu z Rotherham United, gdy serią swoich firmowych zwodów posłał Alana Lee na ziemię, po czym odczekał aż ten się podniesie, by… raz jeszcze, kolejnym zakosem, zgubić jego krycie.

– Jeśli ten chłopak zrobi karierę, zjem swoje papiery trenerskie – miał powiedzieć Miroslav „Ćiro” Blażević, gdy Robert Prosinecki wraz z ojcem negocjowali warunki pierwszego zawodowego kontraktu pomocnika z Dinamem Zagrzeb. Ostatecznie nie dogadując się z klubem z dzisiejszej stolicy Chorwacji i znajdując klub zdecydowanie bardziej zdeterminowany, by dać Prosineckiemu juniorowi pieniądze, na jakie liczył. Crveną Zvezdę. Kiedy w Belgradzie dowiedzieli się, że mogą mieć tak niesamowitego, tak nienagannie panującego nad piłką grajka za darmo, negocjacje z nim i ojcem zamknęli w ciągu pięciu minut.

Cztery lata później Prosinecki jako zwycięzca Pucharu Europy, 5. zawodnik w plebiscycie Złotej Piłki i nowy gracz Realu Madryt spokojnie mógł wysłać do Blażevicia telegram: „smacznego, panie Blażević”.

Zrzut ekranu 2018-10-10 o 09.58.25Mocna reprezentacja Crvenej Zvezdy w TOP10 Złotej Piłki za rok 1991

Spotkali się znów w reprezentacji Chorwacji. Blażević schował dumę do kieszeni wiedząc już, że srogo się pomylił. Skreślony przez niego nastolatek wkrótce został zdobywcą Pucharu Europy, zagrał w Realu Madryt, Barcelonie i słynnej reklamie skarpetek.

Jak to się skończyło – wszyscy pamiętamy. Prosinecki był tym, który w meczu o trzecie miejsce na mistrzostwach świata dał swojej „nowej” reprezentacji prowadzenie w charakterystycznym dla siebie stylu. Nim posłał piłkę do siatki, wykonał jeszcze piruet z Arthurem Numanem na plecach. Wcześniej, w fazie grupowej, zostając pierwszym w historii mundiali zawodnikiem z golem dla dwóch różnych reprezentacji – Jugosławii w 1990 i Chorwacji w 1998.

Jednocześnie Prosinecki to talent nigdy do końca nie spełniony. Bo tak jak jego obecność pozwoliła sięgnąć po dwa prawdopodobnie najważniejsze trofea w historii jugosłowiańskiej piłki, tak jego kariera zdecydowanie bardziej odpowiadała przełamanej z jego udziałem tendencji.

Nowa nadzieja, nowe rozczarowanie.

W jego przypadku: nowy klub, nowa kontuzja.

Kariera klubowa – choć patrząc po nazwach drużyn, jakie zaliczył, trudno w to uwierzyć – daleka była od wymarzonej. Wszystko przez kolejne urazy, następujące praktycznie jeden po drugim. Prezes Realu Ramon Mendoza bardzo długo stawał w obronie zawodnika, powtarzając jak mantrę, że „trzeba być dla niego cierpliwym” i że „gdy tylko będzie w pełni sił, jego klasa będzie zauważalna”. Aż sam stwierdził, że Chorwat jest zbyt kruchy, by dojść do pełni sprawności, oświadczając wreszcie, że jest Realowi zbędny i wypożyczając go do Realu Oviedo.

Nie inaczej było w Barcelonie, gdzie Johan Cruyff, inny artysta futbolu, zdawał się być idealnym szkoleniowcem dla jedynego w swoim rodzaju Prosineckiego. Oczekiwania były tym większe, że przecież Chorwat przychodził bezpośrednio z Realu Madryt dając nadzieję na to, że Barcy uda się zagrać Królewskim na nosie. Że Prosinecki w El Clasico powtórzy swój wyczyn z Oviedo, gdy zainspirowana jego doskonałym występem drużyna sensacyjnie ograła Real 3:2.

Nic z tych rzeczy. Jak zwykle odezwało się kruche zdrowie Chorwata. Jaki wpływ na to miał fakt, że codziennie wypalał między dwiema a trzema paczkami Marlboro (o dwóch mówił Peter Crouch, o trzech – w wywiadzie dla Weszło – Igor Stimać), a jego dieta opierała się właśnie o papierosy i podwójne espresso? Dziś każdy powie, że kolosalny.

Tym bardziej, że stosowanie diety nikotynowej Prosinecki zaczął bardzo wcześnie. Dziennikarze przyłapali go na puszczaniu dymka już po wygranej w finale Pucharu Europy w 1991 roku. Wtedy jeszcze się z tym krył.

Gdy trafił do Portsmouth – już nie bardzo. Jego koledzy z szatni opowiadali później, że gdy trwała odprawa w przerwie meczu, Prosinecki zamykał się w łazience i oddawał zdecydowanie ulubionej – może poza grą w piłkę – czynności. Barry Harris wspominał po latach, że pewnego razu kazał nawet kitmanowi Kevowi McCormackowi czekać z odpalonym papierosem już w korytarzu prowadzącym z boiska do szatni, by mógł jak najszybciej zaspokoić głód nikotyny.

A jednak to w Portsmouth zapracował sobie w zaledwie rok na status, jakiego nie miał ani w Realu, ani w Barcelonie, ani też w Oviedo, Sevilli, Standardzie Liege i nigdzie indziej, może poza Crveną Zvezdą. W Portsmouth, gdzie jego transfer był szokiem nawet dla… menedżera pierwszego zespołu Grahama Rixa, który stwierdził, że Chorwat nie był zawodnikiem przewidywanym w jego planach. Trudno bowiem było się spodziewać brązowego medalisty mistrzostw świata i zdobywcy Pucharu Europy w 20. drużynie poprzedniego sezonu Division One (wtedy drugi poziom rozgrywkowy w Anglii), która utrzymanie zapewniła sobie dopiero zwycięstwem w ostatniej serii gier.

***

Może to przyznany niemal z miejsca boski status. Może ekscytacja kibiców jego – wtedy już trochę zakurzonym – nazwiskiem. Może nietykalność pozwalająca mu na odprawy przedmeczowe wchodzić nie, tak jak wszyscy, w klubowym dresie, a w t-shircie, dżinsach, z papierosem w ustach i filiżanką espresso w dłoni. Może niebotyczna jak na warunki Division One pensja wynosząca 15 tysięcy funtów tygodniowo. Może partnerzy, znacznie mniej utalentowani, ale przez to chętni do biegania za niego. A może wszystko to zebrane do kupy sprawiło, że Prosinecki po raz ostatni odnalazł swój blask w portowym mieście na południu Anglii, jakże odmiennym od zachwycających Madrytu czy Barcelony.

Tym blaskiem podzielił się zresztą z Peterem Crouchem, którego kariera nabrała znaczącego rozpędu dzięki osiemnastu bramkom w Division One. To one stały się przepustką do Premier League, gdzie rozegrał siedemnaście kolejnych sezonów nim w maju spadł do Championship ze Stoke City. Jak wspomina sam zainteresowany – nie jest w stanie podać dokładnej liczby, ale pamięta, że większość tamtych goli padła po perfekcyjnych dograniach od chorwackiego maestro.

– Jeśli chodzi o jakość jego dośrodkowań, nie różnił się wiele od Davida Beckhama. Pamiętam, że praktycznie każdą z tych bramek Prosinecki podał mi na tacy. Nie mówił dużo, ale rozumiał znacznie więcej niż dawał po sobie poznać.

Dawał po sobie za to poznać, jak dziecinną igraszką jest dla niego zadanie bycia gwiazdą Division One. Fani przychodzili na Fratton Park dla niego, zobaczyć jednoosobowy zespół wewnątrz swojej drużyny. Zresztą tej magii, magii przyciągania kibiców na trybuny, nie stracił nigdy. Kiedy w 2010 roku jako szkoleniowiec obejmował stery Crvenej Zvezdy, na pierwszy domowy mecz po jego zatrudnieniu – z 8. w tabeli Smederevem, a więc rywalem ze wszech miar przeciętnym – przyszły 18,742 osoby. Kolejkę wcześniej na hitowe starcie 2. Crvenej z 3. Vojvodiną wybrało się zaledwie 13,890 ludzi.

– Granie z takimi zawodnikami jak on było prawdziwym przywilejem – wspominał po latach Nigel Quashie.

Kiedy widywałeś go każdego dnia, zastanawiałeś się: „To naprawdę on?! To naprawdę Robert Prosinecki?! TEN Robert Prosinecki?!”. Parę lat temu był niesamowitą częścią chorwackiej drużyny na mistrzostwach świata, więc wśród kibiców czuło się poruszenie. „O mój Boże, to król” – opowiadał później Linvoy Primus.

To poruszenie udzielało się zresztą także i… rywalom. Na łamach Four Four Two Primus wspominał sytuację sprzed meczu z Nottingham Forest: – Kiedy staliśmy w tunelu, podszedł do niego Marlon Harewood. Potrząsnął głową i powiedział: „stary, jesteś absolutną legendą”.

Legendarny stał się też jeden z występów Chorwata w Portsmouth. W niemal każdym meczu zachwycał nienaganną techniką, jednocześnie sprawiającą nieodparte wrażenie przeniesionej jeden do jednego z osiedlowych boisk, gdzie w większej mierze niż gol liczył się sposób jego zdobycia i liczba upokorzonych po drodze rywali. Największe show dał w meczu z Barnsley.

Najpierw, gdy ustrzelił hat-tricka wiodącego Pompey na prowadzenie 4:2, trzeciego gola zdobywając po perfekcyjnym rzucie wolnym.

123

Następnie kilka minut po końcowym gwizdku, gdy w dresie umorusanym błotem wyszedł z szatni z miną byka, któremu pod nos podstawiono czerwoną płachtę. Koledzy nie dojechali poziomem, Primus dostał czerwoną kartkę, skończyło się 4:4.

To jednak pokazywało, że choć podczas przerw nie miał zamiaru słuchać i tak średnio inspirujących gadek Grahama Rixa, zamiast tego oddając się nikotynowej rozpuście, nigdy nie można mu było odmówić braku zaangażowania. Nienawidził przegrywać i nie zmienił tego fakt, że w Portsmouth mógł osiąść na laurach pobierając naprawdę konkretne pieniądze, jednocześnie z palcem w nosie dryblować pomiędzy zawodnikami znacznie niższej klasy i i tak wywoływać „ochy” i „achy”.

– Może i nie był najmocniej trenującym zawodnikiem, jakiego prowadziłem, ale gdy wychodził na boisko w sobotnie popołudnie? Pierwsza klasa – to słowa Rixa, którego Prosinecki z kolegami nie zdołali ustrzec przed utratą pracy, tak jak nie zdołali dorosnąć do oczekiwań właściciela, który spodziewał się walki o awans do Premier League.

Prosinecki jednak robił wszystko, co w jego mocy, by na kilkadziesiąt krótkich chwil przenieść fanów Portsmouth do raju dalekiego od siermiężnej Division One. Niedostępnego dla nich, przyzwyczajonych raczej do piłkarskich drwali i rzeźników niż artystów sztuki futbolowej.

„Jego klasę pierwszy raz zobaczyliśmy w Bank Holiday przeciwko Grimsby. Z arogancją i pogardą szlachcica niepotrafiącego uwierzyć, że wylądował chłopów, Prosinecki skierował Marynarzy na skały. Miał udział przy każdym z goli w wygranym 4:2 meczu. Podobne zapierające dech w piersiach występy serwował w kilku kolejnych meczach, jak gdy jego rzut wolny z około 23 metrów zainspirował do czterobramkowej wygranej z Crystal Palace” – pisał na łamach Four Four Two Steve Morgan, wieloletni kibic Portsmouth, w cyklu „Moja idealna 10”.

To wszystko jednak nie wystarczyło, by skierować Portsmouth w kierunku Premier League. Nie wystarczyło nawet, by znaleźć się w górnej połówce tabeli League One. Jak zwykle w karierze Prosineckiego aby coś było białe, coś musiało być czarne. Znany schemat:

Nowa nadzieja, nowe rozczarowanie.

Nowy klub, nowa kontuzja.

Tym razem: wielka gra, małe wyniki.

Ale nawet jeśli klub zajął dopiero 17. miejsce, mając ambicje na dokonanie czegoś znacznie większego, Bob Prosinecki dał kibicom coś innego. Coś nieśmiertelnego. Wspomnienie piłkarskiego magika będącego co weekend na wyciągnięcie ręki, które wśród fanów Pompey jest żywe po dziś dzień. Kultowego bohatera, jakim wiele klubów podobnych do Portsmouth wciąż nie jest się w stanie pochwalić.

SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Janusz Ekspert

Zdziwiło mnie, że w tekście nie znalazło się nic o półfinale MŚ w 1998, tym bardziej, że jest wzmianka o meczu o brąz na tym samym turnieju. Otóż zamiast rozgrzewać się przed spotkaniem z Francją, Prosinecki poszedł sobie na fajkę, czym wkurwił Blażevicia i w efekcie nie zaczął tego spotkania w „podstawie”, a na ławce, pojawiając się na boisku dopiero w 89 minucie. Można sobie gdybać jak mógłby wyglądać ten mecz z Robertem w podstawowej jedenastce.
Co ciekawe, gdy chciałem wygooglować powyższą historię aby upewnić się, czy ją dobrze pamiętam, natrafiłem na oryginał powyższego artykułu:
https://sports.vice.com/en_au/article/9apdka/robert-prosinecki-and-the-improbable-portsmouth-years
Nie wiem jak autorowi, ale mi byłoby wstyd tak bezmyślnie kopiować cudzą pracę, w dodatku w sytuacji gdy ktoś za to pisanie płaci (i to zakładam że niemało, skoro co chwilę musi poszukiwać coraz to nowszych reklamodawców).
A o tych starszych meczach czyta się z przyjemnością, ale niestety gorzej się je ogląda. Zachwyty w tekstach nad błyskawicznymi kontrami Crveny nieco bledną, gdy włączy się ten mecz (cały jest na yt) i obejrzy trucht Savicevicia podczas którego taka Chelsea a.d. 2018 zdążyłaby odbudować ustawienie trzy razy, a Kante w tym czasie kilkukrotnie mógłby już odebrać Dejanowi piłkę, bądź go sfaulować. Dzisiejsi piłkarze są jednak niesamowitymi atletami, co akurat jest dobre dla przeciętnego widza, gdyż zwyczajnie lepiej się to ogląda.

wpDiscuz