Mozolne wstawanie z kolan. Jak zmienił się ukraiński futbol
Weszło

Mozolne wstawanie z kolan. Jak zmienił się ukraiński futbol

Niemal pięć lat po Euromajdanie i rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę sytuacja w tamtejszej piłce to niemal lustrzane odbicie sytuacji w całym państwie. Na szczytach, choć kilka istotnych kwestii przykrywają tylko pozory normalności, wszystko się raczej zgadza. Może nie jest kryształowo, ale organizacja stoi na względnie wysokim poziomie, a co najważniejsza – są przesłanki ku temu, że będzie tylko lepiej. Jednak schodząc niżej, dobre wrażenie bardzo szybko niknie pod nawałem skandali, problemów i zwykłej prowizorki. W takich warunkach trudno o poprawę sytuacji, ale Ukraińcy próbują. W imię zwycięstwa odniesionego w „rewolucji godności”, które – mimo licznych przeciwności – starają się spożytkować w należyty sposób.

„Rewolucja godności”, której ostatnim aktem, tym potwierdzającym triumf Ukrainy, była ucieczka z kraju skompromitowanego Wiktora Janukowycza, musiała odbić się na futbolu. W końcu to właśnie w wyniku protestów na Majdanie z kraju uciekł Siegiej Kurczenko, ówczesny właściciel Matalista Charków, co doprowadziło do upadku klubu, który sezon 12/13 zakończył tylko za Szachtarem Donieck, a w planach miał detronizację ukraińskiego giganta. Kurczenko, który dziś uznawany jest za jednego z „wewnętrznych inicjatorów” rosyjskiej agresji, nie miał jednak innego wyjścia. Jako człowiek z najbliższego otoczenia Janukowycza, przez wielu uznawany wręcz za prezydencki portfel, na Ukrainie był skończony. Gdyby został, musiałby się liczyć z samosądem, ale na szczęście pomocną dłoń podała mu „matuszka Rassija”.

Kurczenko tuż po uciecze został osadzony na Krymie, gdzie otworzył sieć stacji benzynowych i holding medialny, do którego włączono najważniejsze media na półwyspie. Swoje interesy prowadził też w przyjaźnie nastawionej do niego Moskwie. W międzyczasie jego Metalist pozbawiony finansowania stopniowo chylił się ku upadkowi, a w 2016 roku został ostatecznie rozformowany. Prorosyjski oligarcha, posiadając cały czas klubowe aktywa na czele z nowoczesnym i wielofunkcyjnym stadioniem, próbował wprawdzie szybko odbudować klub, powołując poprzez swoich wiernych współpracowników nowy podmiot, ale ten plan nie wypalił. W 2017 roku prokurator generalny Jurij Łucenko poinformował, że na zasadzie „speckonfiskacji” Kurczence odebrano wszystkie aktywa, które przeszły na własność państwową. Na stadionie goszczącym uczestników Euro 2012 swoje mecze rozgrywa dziś Metalist 1925, który ze starym Metalistem nie ma nic wspólnego, ale stopniowo pnie się w górę ligowej hierarchii.

Oprócz Metalista 1925 swoje domowe mecze w Charkowie od ponad roku gra również Szachtar Donieck. Klub Rinata Achmetowa, który po kraju tuła się od 2014 roku, w ten sposób znalazł się bliżej domu i swoich kibiców, choć na co dzień nadal stacjonuje w Kijowie. Przeniesienie wszystkich meczów, w których Szachtar pełni rolę gospodarza do Charkowa, ma być jednak pierwszym krokiem na długiej drodze prowadzącej z powrotem do Doniecka, gdzie Achmetow stopniowo odzyskuje wpływy. A przede wszystkim ukłonem w stronę najwierniejszych fanów, którzy cztery lata temu, po meczowych manifestacjach wspierających jedność Ukrainy, podobnie jak Szachtar musieli uciekać z Doniecka.

Przed wybuchem wojny nazwisko najbogatszego Ukraińca w Donbasie wywoływało wyłącznie pozytywne skojarzenia. Opinie na temat Achmetowa zmieniła dopiero tak zwana „rosyjska wiosna”, której efektem było powstanie separatystycznej Donieckiej Republiki Ludowej uzurpującej sobie prawa do części obwodu donieckiego i jawnie demonstrującej swoją niepodległość. Spora część mieszkańców Donbasu uważa, że odpowiedzialność za powstanie tego tworu spoczywa właśnie na barkach Achmetowa, bo ten, choć dysponował ogromym autorytetem i potężnymi możliwościami finansowymi, nie bronił regionu w sposób, na jaki mógł sobie pozwolić. Co prawda Achmetow od początku rosyjskiej agresji opowiadał się za jednością Ukrainy, ale za słowami – poza pomocą humanitarną dla Donbasu, którą DRL i tak blokuje od kilkunastu miesięcy – nie poszły konkretne czyny.

Brak zdecydowania Achmetowa tłumaczyć można tylko w jeden sposób – oligarcha chciał po prostu zachować jak najwięcej wpływów, a by tak się stało musiał odsunąć się na boczny plan. Kiedy więc separatyści coraz śmielej poczynali sobie w Donbasie, właściciel Szachtara, chcąc nie chcąc, tylko się przyglądał. Gdy jednak konflikt rozgorzał na dobre, Achmetow musiał wynieść się z Doniecka, bo dla separatystów stał się dość oczywistym celem. Dziś jego rezydencja i ekskluzywny hotel „Donbas Palace” są w rękach ludzi zabitego w sierpniu przywódcy samozwańczej DRL, Aleksandra Zacharczenki. Odłogiem stoi za to zarastająca trawą „Donbas Arena”, nowoczesny stadion, który miliarder postawił dla ukochanego Szachtara.

Kontrowersje związane z Achmetowem napędza również fakt, że na pełnych obrotach cały czas pracują należące do niego fabryki zlokalizowane na terenie DRL. W 2015 roku na zjeździe rosyjskich nacjonalistów wystąpił dywersant z Donbasu, Aleksander Borodaj, który przekonywał, że Achmetow poszedł na współpracę z separatystami, a ich obecność w okolicach Doniecka tak naprawdę jest mu na rękę. – Wśród obecnych władz i ukraińskiego establishmentu ma bardzo dużo wrogów. On cały czas mógłby być tym człowiekiem, który – mówiąc wprost – utrzymywałby Ukrainę, ale obecna sytuacja zwyczajnie jest dla niego bardzo wygodna. Pasuje mu, że jego przedsiębiorstwa znajdują się na naszym terenie i stale coś produkują. A jeszcze bardziej pasuje mu, że może swoje towary eksportować. Gdzie? Do Włoch, przez port w Mariupolu, jedyny, który jest dla niego dostępny. Bo Mariupol nie został zajęty przez nasze wojska właśnie dlatego, że dogadaliśmy się z Achmetowem. My zostawiliśmy mu Mariupol, a on w zamian za to zaczął wspierać DRL.

Informacje przekazane przez Borodaja są na tyle trudne do zweryfikowania, że Achmetowa – nie licząc nieprzychylnych mu elit – nikt nie odsądza od czci i wiary. Faktem jest za to, że oligarcha bez wątpienia dba o swoje interesy, a w międzyczasie robi wszystko, aby Szachtar stawał się coraz mocniejszy. Argumenty, zwłaszcza finansowe, wciąż są po jego stronie, więc klub z Doniecka radzi sobie lepiej niż dobrze. Strzałem w sam środek tarczy okazało się zatrudnienie Paulo Fonseki, który najpierw odzyskał dla Szachtara mistrzostwo kraju, a następnie awansował z nim do 1/8 finału Ligi Mistrzów, w którym Roma była lepsza wyłącznie dzięki bramce strzelonej na wyjeździe.

Nadal prężnie działa też pion sportowy Szachtara. W trakcie dwóch ostatnich okienek transferowych klub kolejny raz ściągnął grupę utalentowanych Brazylijczyków, którzy za kilka lat mogą stać się objawieniem na miarę Wiliana, Aleksa Teixeiry, Freda czy Fernandinho. Przymusowy wyjazd z Doniecka pozwolił z kolei uniknąć sytuacji podobnych do tych sprzed czterech lat, gdy klubowy autokar regularnie atakowali separatyści, nakazując piłkarzom zakładanie koszulek wspierających „Noworosję” czy robiąc sobie z nimi zdjęcia na dowód tego, że DRL ma wsparcie piłkarzy – bohaterów Donbasu.

pjatow

Andrij Pjatow z grupą separatystów. Człowiek w kurtce moro, to niejaki „Stecuk”, jeden z najbardziej znanych żołnierzy Donieckiej Republiki Ludowej.

Na krajowym podwórku największym rywalem Szachtara nieustannie pozostaje Dynamo Kijów, które korzystając z chwilowej słabości donieckiego klubu, w 2015 i 2016 roku sięgnęło po mistrzostwo kraju. Dynamo, które w czasie wojny ucierpiało zdecydowanie słabiej, nie było jednak w stanie zdystansować Szachtara, co najlepiej pokazuje, jak duże są możliwości Rinata Achmetowa. Poza tą dwójką w lidze nie ma zespołów, które byłyby w stanie włączyć się do walki o tytuł. O ile kilka lat temu bardzo dużo do powiedzenia miały Metalist czy prowadzone przez Myrona Markiewicza Dnipro, to teraz uchodząca za trzecią siłą Zoria Ługańsk, pozostaje wyraźnie z tyłu. Z drugiej strony, ten wyraźnie słabszy od czołowej dwójki klub w zeszłym sezonie potrafił przebić się do fazy grupowej Ligi Europy, a w bieżącym był o włos od wyeliminowania w rundzie play-off  RB Lipsk, więc siłą rzeczy ciężko określić Zorię mianem słabeusza.

Zespół z Ługańska to zresztą niejedyny dowód na to, że futbol ligowy powoli na Ukrainie odżywa. Część klubów stopniowo odbudowuje się finansowo, co ma też swoje przełożenie na poziom sportowy i dokonywane transfery. Dla przykładu latem Karpaty Lwów mogły sobie pozwolić, by za Jorge Carrascala z Sevilli zapłacić aż dwa miliony euro. Na Ukrainę chętnie zaglądają też największe kluby Europy, które za czołowych zawodników Premier Lihi (Fred, Andrij Łunin) płacą naprawdę dobre pieniądze.

Niestety największym problemem piłki klubowej na Ukrainie pozostają skandale korupcyjno-sędziowskie, które niszczą to, co w bólach udaje się wypracować. W maju, tuż przed rozgrywanym w Kijowie finałem Ligi Mistrzów, na jaw wyszła wielka afera korupcyjna, w którą było zamieszanych 2/3 klubów mających status zawodowych. Walkę z procederem zapowiedziały władze krajowe, ale wyplenienie zjawiska z piłki nie będzie możliwe, jeżeli najpierw nie wypleni się go właśnie z politycznych gabinetów. A z tym Ukraińcy nie potrafią sobie poradzić od lat. Zdecydowanie dłużej niż trwa wojna na wschodzie kraju.

Negatywny obraz ligi od czasu do czasu tworzą też same kluby, których szefowie mają wyjątkową skłonność do kombinowania. Z reguły dotyczy to najbiedniejszych zespołów, ale chociażby w poprzednim sezonie do niecnego fortelu z wykorzystaniem wojennej zawieruchy uciekły się władze Dynama Kijów, odmawiając wyjazdu na mecz do Mariupola. Jako powód podano niebezpieczną sytuację w mieście, która tak naprawdę była wówczas zaskakująco stabilna. Na nic zdały się zapewnienia władz Mariupola i obwodu donieckiego, w którym leży miasto, o zachowaniu wszelkich względów bezpieczeństwa. Na nic były prośby ultrasów Dynama, którzy deklarowali, że bez względu na wszystko pojadą na wyjazd. W kijowskim klubie pozostali nieugięci i odpuścili mecz, za co władze ligi ukarały Dynamo walkowerem. Patrząc na to, jak na koniec sezonu wyglądała ligowa tabela, bracia Surkisowie mogli pluć sobie w brodę.

tabela

Zresztą ludzie, którzy tworzą na Ukrainie piłkarską rzeczywistość, to kolejna zmora tamtejszego futbolu. Częste zmiany na najważniejszych stanowiskach w najlepszym wypadku przynoszą tylko doraźny efekt, a próby skruszenia urzędniczego betonu są z reguły nieudane. Na związkowych szczytach, gdzie zaczyna się problem, panuje totalna samowolka, bo różni ludzie ciągną wózek w różne strony. Równe traktowanie klubów czy pojedynczych zawodników to na Ukrainie zwyczajne mrzonki, więc ludzie tacy jak na przykład Achmetow czy Surkisowie oglądają się tylko na siebie. Ich śladem próbują podążać inni, czemu specjalnie nie można się dziwić.

Trudny okres, nie tylko ze względu na wojnę, ale też przez wewnętrzne podziały panujące w kraju, ma za sobą także reprezentacja Ukrainy, prowadzona przez Andrija Szewczenkę. Były napastnik m.in. Milanu i Chelsea drużynę narodową przejął po nieudanych mistrzostwach Europy we Francji, w czasie których Ukraińcy zasłynęli jedynie zdjęciami z zajmowanej przez nich podczas meczu z Niemcami szatni, w której pełno było petów i butelek po alkoholu. Pod jego wodzą Ukraińcy mieli porzucić rolę europejskiego średniaka i doszlusować do czołówki drużyn ze Starego Kontynentu, ale na na razie wychodzi im to raczej słabo. Głównie ze względu na przeciętność liderów, których utalentowana młodzież póki co nie potrafi zluzować. Albo po prostu jeszcze do tego nie dorosła.

Ukraińska młodzież ma jednak naprawdę duży potencjał. Niektórzy zawodnicy, chociażby Andrij Łunin, Wiktor Kowałenko, Oleksandr Zinczenko, Wiktor Cygankow czy Roman Jaremczuk kilkukrotnie udowodnili to już na poziomie klubowym. Inni, jak na przykład Władysław Supriaha lub Serhij Bułeca, liderzy reprezentacji do lat 19, która w lipcu dotarła do półfinału mistrzostw Europy, już niedługo mogą podążyć ich śladem. Wymiana pokoleniowa jest więc procesem, którego nie da się zatrzymać, ale jeśli uda się to dobrze poprowadzić, efekty powinny być zadowalające. Pytanie tylko, czy władzom Ukraińskiego Związku Piłki Nożnej wystarczy cierpliwości i wiary w trenerski kunszt Szewczenki, do którego władze FFU mają coraz więcej zastrzeżeń.

Na razie Ukraińcy unikają jednak nerwowych ruchów. W ostatnim czasie w taki sposób zareagowali tylko raz – gdy w eterze pojawiła się plotka o możliwym meczu towarzyskim z Rosją, który miałby być rozegrany w Mińsku. Jej źródłem była oczywiście druga strona deklarująca, że bardzo chętnie wybierze się do stolicy Białorusi, tylko po co, skoro Ukraińcy wysłanemu w ich kierunku gołąbkowi pokoju ukręcili łeb? Mocna reakcja ze strony FFU była bowiem łatwa do przewidzenia, więc łatwo było ją też wykorzystać dla własnych celów. Ostatecznie stanęło na tym, że Ukraina, owszem, może zagrać z Rosją, ale dopiero po tym, jak rozegra mecz z reprezentacją Marsa.

Podobne zaczepki i prowokacje Ukraińcy powinni ignorować, ale w sytuacji, gdy wiązani są z agresorem, który wciąż panoszy się po ich kraju, jest to po prostu trudne. I to niemal tak samo trudne, jak zaakceptowanie utraty Krymu, który jako kraj nieuznawany przez UEFA, piłkarsko żyje obecnie własnym życiem, więc tamtejsze kluby rywalizują wyłącznie w wewnętrznej, bardzo słabej ośmiozespołowej lidze. Na Krymie nikt nie ma jednak wątpliwości, że to tylko stan przejściowy i oczekiwanie na to aż kwestia aneksji półwyspu ostatecznie ucichnie. Wtedy wszystkie zespoły zostaną najprawdopodobniej włączone do rozgrywek organizowanych przez rosyjską federację piłkarską, a to z kolei będzie równoznaczne z finansowaniem na zupełnie innym poziomie.

Do łatwych zadań z pewnością nie należy też postawienie na nogi ukraińskiej piłki, która na przestrzeni ostatnich pięciu lat mocno się zmieniła. Najpierw praktycznie upadła, później jakiś czas wegetowała, aż w końcu powoli i z mozołem zaczęła się podnosić. Sytuacji panującej w tamtejszym futbolu wciąż nie można określić mianem chociażby poprawnej, ale nawet jeśli nie jest różowo, to całkiem źle też nie. Jeśli zatem kluby Premier Lihii, FFU, a przede wszystkim cała Ukraina nie dobiły do ściany, to za rok czy dwa może być jeszcze lepiej. O ile tylko po drodze – jak choćby pięć lat temu – nie wydarzy się nic niespodziewanego.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
M.S.

Jak oni wstają z kolan, to my jesteśmy w pozycji leżącej i pukamy w sufit na dnie.

Czeski_Amator_Fioletowej_Ambrozji
Odra Opole, LFC

mylisz sie,
jestesmy jeszcze nizej

kibicu

Kiedyś zazdrościliśmy im reprezentacji i ligi. Teraz oni mogą zazdrościć nam.
Nie maja w skladzie takeigo piłkarza jak Lewandowski. Jeden Konoplianka i Jermolenko to jak nasi Polacy z Napoli czy Krychowiak, poza tymi dwoma reszta to przecietnosc z ligi ukrainskiej

WhiteStarPower

To fakt. A jeszcze 5 lat temu nas wozili i to u nas

Pavlo Kravchuk
Pierwyj Ukrainskij FK "Legja" Manevichi

chuj ze szkoleniem, wystarczy 2-3 oligarchów + kilku znawców piłki brazylijskiej i mamy polskie kluby grające regularnie w LM

Travis

Ewentualnie pożyczka od Bociana pełny bak paliwa do autokaru i hulaj duszo piekła nie ma!

wpDiscuz