Albo zostać bandytą, albo joga bonito. Śladami Krzysztofa Piątka
Weszło Extra

Albo zostać bandytą, albo joga bonito. Śladami Krzysztofa Piątka

Gdy Krzysztof Piątek pierwszy raz wchodził do szatni Zagłębia, tu i ówdzie słychać było podśmiechujki z jego stylówki. Dziś nie śmieje się nikt. Szyderkę zastąpiło uznanie dla chłopaka z maleńkiej Niemczy, który w wieku 23 lat zdążył już wylądować na okładce „La Gazzetta Dello Sport”.

Quebonafide – raper, na którego koncercie zdarzyło się Piątkowi być podczas pobytu w Cracovii – w kawałku „Luis Nazario de Lima” nawija: „Jaka droga jest pisana tu typom? Albo zostać bandytą, albo joga bonito”. Swoje słowa odnosi do Rio De Janeiro, ale równie dobrze można je odnieść do rodzinnej miejscowości Krzyśka. Do Niemczy.

Gdyby tworzyć listę miejsc, w których najlepsza rzecz, jak może cię spotkać, to wyjazd, zdecydowanie trzeba by było wpisać na nią Niemczę. Trzy tysiące mieszkańców, bardzo wysokie bezrobocie, raczej marne perspektywy. Piątek sam w wywiadzie dla Weszło opowiadał: – To specyficzne miejsce. Gdy przyjeżdżam do rodziców, widzę, że niektórzy koledzy z klasy czy z podwórka się stoczyli. Ciężko się tam żyje, a narkotyki czy alkohol można potraktować jako pewną ucieczkę. Nie wiem, co by było, gdyby… Nie mówię, że na pewno bym chlał lub ćpał, ale bez piłki na pewno ciężko byłoby o takie życie, które teraz mam.

Szczęśliwie Piątek wybrał opcję: joga bonito.

Opcję, która zaprowadziła go aż na okładkę „La Gazzetta Dello Sport”, gdzie jego nazwisko wymienia się obok nazwy „Juventus”.

2018-09-28_11h20_02

Opcję, która sprawiła, że dziś Cristiano Ronaldo – a wraz z nim każdy inny zawodnik Serie A – spogląda na Krzyśka z dołu klasyfikacji strzelców.

Jakiś pierwiastek Niemczy wciąż w nim siedzi. Uwalnia go jednak dopiero, gdy wychodzi na boisko i zamyka z powrotem w klatce, gdy z tego boiska schodzi.

– Takich zawodników jak on nazywam boiskowymi bandytami. Lubi się porozbijać, bywa nieprzyjemny, wręcz złośliwy. Czasami nawet kopnie, jak nie wytrzymuje. Obrońcy nie cierpią grać na takich napastników, ale każda drużyna chce takiego mieć – charakteryzuje Piątka Tomasz Siemieniec, były kierownik drużyny w Cracovii.

Nie ma w tym przypadku – za dzieciaka trzymał przecież zawsze z największymi zakapiorami. – Nauczyciele wróżyli, że nie będzie z nas w przyszłości zbyt wiele pożytku – mówił. Jeśli więc znani ze swoich brudnych sztuczek obrońcy w Serie A liczyli, że kilka skrobnięć, kilka uszczypnięć i parę bolesnych łokci odbierze Piątkowi animusz? Cóż, nie mogli się bardziej pomylić.

– Liga włoska jest w tym względzie dla niego idealna, ale uważam też, że docelowo powinie wylądować w Anglii. Jest niesamowicie twardy, lubi ostrzejszą grę. Taką, gdy nie czekasz na dobre piłki, tylko musisz o każdą mocno walczyć – mówi Siemieniec.

Na potwierdzenie tych słów – wymowna statystyka. Nikt w Ekstraklasie nie stoczył w poprzednim sezonie równie wielu pojedynków w ataku co Piątek (734, drugi Carlitos – o dziesięć mniej), tylko Taras Romanczuk zaliczył więcej pojedynków w ogóle (871, Piątek – 865). Napastnik Pasów był też drugim najczęściej faulowanym zawodnikiem w lidze, zaraz za klubowym kolegą Javim Hernandezem.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Cracovia Krakow - Pogon Szczecin. 19.05.2018fot. Jakub Gruca, 400mm.pl

Wygrane pojedynki dawały Piątkowi poczucie, że spłaca się włożona w tygodniu praca. Przegrane były motywacją, by zapieprzać jeszcze mocniej. Czasami wręcz za mocno. Grzegorz Kurdziel, drugi trener Cracovii zwykł napastnikowi przypominać o tym, że tak jak będąc najedzonym po jednym obiedzie nie je się natychmiast drugiego i trzeciego, tak samo nie można przesadzić z dociążaniem organizmu nadprogramowymi seriami ćwiczeń.

– Krzysiek lubił zostawać po treningach i ćwiczyć uderzenia sytuacyjne. Zresztą widać, jak dobrze mu to teraz wychodzi. Rzecz w tym, że są takie treningi motoryczne, po których ryzyko odniesienia urazu jest duże, jeśli zawodnik będzie jeszcze dodatkowo ćwiczył po zajęciach. Po niektórych takich treningach trzeba go było ściągać. Wtedy chodził wkurzony, marudził pod nosem – mówi Grzegorz Kurdziel, asystent Michała Probierza w Cracovii.

– Zawsze chciał więcej. Jak trzeba było wykonać dziesięć powtórzeń jakiegoś ćwiczenia, on koniecznie chciał jeszcze dołożyć jedenaste, dwunaste. Patrzyłem, jak trenuje i myślałem sobie: co za człowiek. Do zajęć podchodził z nastawieniem „nie muszę, ale chcę”. „Praca, praca, praca, praca”. Jak się mu pogratulowało jednej, drugiej bramki, to zawsze odpowiadał „dziękuję trenerze, ale przede mną jeszcze sporo pracy”. Nie traci pokory i dzięki temu cały czas, tak mi się przynajmniej wydaje, nie odpływa – charakteryzuje swojego byłego podopiecznego Paweł Karmelita, asystent pierwszego trenera w Zagłębiu Lubin i człowiek współodpowiedzialny za sprowadzenie 17-letniego „Bani” do Lubina.

– Nie potrafił przejść obok treningu. Nie odpuścił choćby jednej piłki. Na treningach strzeleckich liczył sobie bramki, jeśli coś mu nie wyszło podczas gierki wewnętrznej, zawsze mówił po zajęciach: „a, niezadowolony jestem, tu i tu miałem sytuację, a nie strzeliłem” – dopowiada Tomasz Siemieniec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPiątek (z lewej) w meczu z juniorami Piasta Gliwice, fot. Lechia.infoddz.pl // Łukasz Bienias

Często mówi się, że za sukcesem piłkarza zwykle stoi kobieta. To ambitne podejście i skupienie na karierze do tego stopnia, że tematami numer jeden, dwa, trzy i cztery w rozmowie z Piątkiem będzie piłka nożna i wszystko z nią związane, to także w dużej mierze zasługa Pauliny Procyk, partnerki zawodnika. Siemieniec, który poznał dziewczynę Krzyśka osobiście mówi, że napastnik trafił fantastycznie, bo Paulina jest równie zajarana tematami diety, treningu, zdrowego stylu życia.

Podobne zdanie mają też w Dzierżoniowie, gdzie Piątek zaczynał swoją piłkarską karierę. – Gdy chłopcy wchodzą w wiek 16, 17 lat, to niby mówią, że mają jakieś cele długofalowe, ale nie są chętni do pracy, chcą korzystać z życia. Krzysiek nie był inny, nawet na początku w Lubinie był pod tym względem trudny. Lubił się bawić, wiadomo – młoda osoba w nieco większym świecie, trochę pieniędzy, chce się żyć. Ale pomogła mu dziewczyna, która go trochę okiełznała, zmieniła mu priorytety. Po wynikach widać, że poprowadziła go w dobrym kierunku – ocenia Zbigniew Soczewski, trener Piątka w Lechii Dzierżoniów.

Gdy rozmawiam z Sebastianem Stebleckim, kolegą Piątka z pokoju zaraz po jego przenosinach do Krakowa, ten zdecydowanie potwierdza, jak mocno jego kompan był już wtedy ukierunkowany na cele piłkarskie. – Nawet w przerwie między zajęciami siadaliśmy sobie i analizowaliśmy, co można poprawić. Nie było tak, że nie dało się z Krzyśkiem porozmawiać o niczym poza piłką, ale to zdecydowanie był główny temat. Cały czas myślał, co może zrobić lepiej.

***

23 bramki strzelone dla Genoi od momentu transferu. 13 trafień we wszystkich oficjalnych rozgrywkach, z czego 9 w Serie A. Prowadzenie w klasyfikacji Złotego Buta. Dziś bardzo łatwo stwierdzić, że Piątek to zawodnik obdarzony ponadprzeciętnym talentem. Napastnik, przed którym rysuje się świetlana przyszłość. Kiedy jednak sięgało po niego Zagłębie, to wcale nie było tak oczywiste.

– Krzysiu Piątek nie grał nawet w kadrze wojewódzkiej. Wtedy gdyby ktoś w wieku 16-17 lat zapytał przykładowo: „Horoszkiewicz czy Piątek?”, padłoby od razu pytanie: „Horoszkiewicz i kto?”. Totalnie nieznany dzieciak. To znaczy – znany tutaj, w regionie, ale na zasadzie: jeden z kilku. W ostatniej rundzie przed przejściem do Zagłębia, zagrał 160 minut w III lidze. 6 meczów, bez gola – mówi Jacek Jurkiewicz, menedżer ds. rekrutacji, skautingu i administracji Zagłębia Lubin, z którym spotykam się w jego biurze, gdzie na ścianie wśród nazwisk najpilniej obserwowanych młodych zawodników w kraju wisi naprawdę długa lista wychowanków lubińskiego klubu, którzy zdążyli zadebiutować na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Nie wszyscy w Polsce, bo Piotr Zieliński zaczął od razu od Serie A. Podobnie jak Igor Łasicki.

Piątek wtedy do Serie A miał drogę dalszą i trudniejszą niż z Dzierżoniowa do Genui piechotą. Pół roku do osiemnastych urodzin, a nie był wyróżniającą się postacią nawet w III lidze. On w tej III lidze z rzadka w ogóle wchodził z ławki. Nie bywał powoływany do reprezentacji młodzieżowych, nawet w regionie w jego roczniku byli napastnicy obdarzeni – tak się wtedy wydawało – większym piłkarskim potencjałem.

Ba, jak słyszę w Dzierżoniowie, nawet w roczniku 1995 miejscowej Lechii o znacznie większy potencjał podejrzewano kogo innego. Konkretnie – Piotra Pietkiewicza, który tej samej zimy, gdy Piątek trafił do Lubina, podpisał kontrakt z Arką Gdynia, natychmiast będąc włączonym do kadry pierwszego zespołu. On jednak kompletnie się pogubił i po niecałym roku pożegnał się z arkowcami, wracając do punktu wyjścia. Do Dzierżoniowa.

To póki co nie grozi Piątkowi, mimo że on w tym samym czasie był przecież sprowadzony do Zagłębia bynajmniej nie z myślą o pierwszej drużynie.

– Był to bodaj ostatni rok Młodej Ekstraklasy. W zimie 2012/13 dużo zawodników przeszło z mojej drużyny do pierwszego zespołu. Wśród nich między innymi Damian Kowalczyk, na którym opieraliśmy grę w ataku. No więc podjęliśmy decyzję: szukamy wzmocnień. Jednym z trenerów w akademii był trener bramkarzy Jacek Kubasiewicz. Chodził wtedy za mną i cały czas powtarzał mi: „Paweł, musisz sprawdzić dwóch chłopaków. Musisz, musisz, musisz. Gwarantuję ci, to bardzo dobrzy chłopcy, ręczę za nich osobiście”. Zaprosiliśmy więc Krzyśka i Jarka Jacha. Okazało się, że Jacek jest prawdziwym odkryciem, jeśli chodzi o skauting, decyzja mogła być tylko jedna: ci chłopcy muszą zostać – opowiada Paweł Karmelita.

Odnośnie Piątka nie było podobno absolutnie żadnych wątpliwości. Wszyscy trenerzy w sztabie zgodnie stwierdzili, że to materiał na bardzo dobrego napastnika. Lis pola karnego, potrafiący się odnaleźć, potrafiący kończyć akcję zarówno nogą, jak i głową, mający świetny timing. – Byliśmy zgodni, że jeśli chodzi o fundamenty u młodego napastnika, to są one już prawidłowo wylane – mówi Karmelita.

Odpowiedzialnych za tę wylewkę znalazłem w Dzierżoniowie, w osobach Andrzeja Bolisęgi i Zbigniewa Soczewskiego. A więc pierwszego i ostatniego trenera Piątka w miejscowej Lechii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKrzysztof Piątek (z prawej) podczas jednego z młodzieżowych turniejów za czasu gry w Dzierżoniowie, fot. Lechia.infoddz.pl // Łukasz Bienias

Lechia Dzierżoniów nie jest co prawda klubem, który w dorosłej piłce byłby znaczącym punktem na piłkarskiej mapie Polski, ale trzeba oddać mu to, co jego. W ostatnich kilku latach w dorosłej reprezentacji Polski zadebiutowało bowiem aż trzech zawodników pobierających swego czasu szlify w klubie z Dolnego Śląska. Oprócz Piątka – także wspomniany wcześniej Jarosław Jach oraz wspominany po dziś dzień z sentymentem i stawiany za wzór profesjonalizmu Michał Masłowski. Zbigniew Soczewski, obecny pierwszy trener Lechii, wspominał, że podczas gdy wielu zawodnikom wystarczy nieco brudu pod paznokciem, by zgłosić niezdolność do gry, „Masło” dzień po groźnym wypadku samochodowym stwierdził, że chce zagrać w meczu ligowym.

A zaczęło się tak: Bolisęga chciał zapisać swoich synów do sekcji piłkarskiej Lechii. Jako że w klubie nie było w 2005 roku odpowiednio młodych roczników, postanowił zaproponować, iż jako człowiek z uprawnieniami trenerskimi sam je stworzy, sfinansuje i poprowadzi. Niedługo później z mianowania burmistrza Dzierżoniowa został prezesem klubu, sprawującym pieczę nad wszystkimi grupami młodzieżowymi. W międzyczasie trenował dzieci z rocznika 1995, czyli – jak się pewnie domyślacie – rocznika Krzysztofa Piątka.

– Nie graliśmy w żadnej lidze, więc jeździliśmy i rozgrywaliśmy sparingi. Jeden z nich wypadł w Niemczy. Nie pamiętam, ile on tam zagrał, ale zaraz po meczu zawinąłem Krzyśka do Dzierżoniowa. Urzekło mnie w nim to, że już wtedy był błyskotliwy, mądrze poruszał się na boisku. Miał błysk w oku, choć nie był wtedy wcale najlepszym zawodnikiem w drużynie. Tylko że on bardzo mocno na piłkę postawił – wspomina Bolisęga. Choć dodaje, że na początku Piątek nie był najłatwiejszym zawodnikiem do prowadzenia. Był czas, kiedy zarzuci treningi w Lechii, bo męczyły go dojazdy z Niemczy.

– Rozmawiałem bardzo dużo z jego tatą, bo jak Krzyśkowi się nie chciało, to nie szedł na trening. Bo po co? Ale ojciec był bardzo zdeterminowany. Woził go, później dosłownie wsadzał w autobus – mówi Bolisęga.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPiątek z 17 na plecach. Bolisęga z dumą wspomina, że jego zespół jako jeden z niewielu w regionie miał koszulki z nazwiskami swoich młodych piłkarzy, fot. Lechia.infoddz.pl // Łukasz Bienias

Tata zresztą już wcześniej bardzo mocno dbał o systematyczność Krzyśka. Ferie, wakacje, weekendy – nieważne. Siódma rano wyjście na boisko i tak od ósmego do jedenastego roku życia. Na początku nagrodą za robienie kolejnych kółek na bieżni czy treningów konkretnych elementów gry były słodycze. Później i one zniknęły.

Duży nacisk Piątek senior kładł również na to, by syn nie odleciał. Ba, on ten nacisk kładzie nadal. – W meczu z Wisłą Płock była taka sytuacja, że nawinąłem przeciwnika i chciałem szybko oddać strzał z czuba, żeby mnie nie zablokowali, ale nie trafiłem w piłkę. Jeśli nie pamiętasz, to nic dziwnego, bo to sytuacja jakich wiele. Później zresztą strzeliłem bramkę i wygraliśmy, ale jak zadzwonił tata, to od razu usłyszałem: „Jak ty możesz w szesnastce w piłkę nie trafić?! I to z czuba, musisz opanować podstawy!” Żadnego „fajnie, że wygraliście”! I tak jest praktycznie z każdym meczem, niezależnie od wyniku i mojej gry – najpierw błędy, później ewentualnie pozytywy – mówił w marcowej rozmowie z Weszło.

Nauka nie poszła jednak w las, bo Piątek na boisku raz za razem korzystał z lekcji, jakie najpierw dawał mu ojciec, a później – trenerzy w Dzierżoniowie. Jak zdążyliśmy ustalić, nie był w żadnym razie dzieciakiem wybijającym się na tle chłopaków z regionu jakimiś nadludzkimi osiągami. Ale regularnie strzelał bramki dla swojego rocznika w Lechii i w końcu dostrzegł też, że praca daje owoce, a odpuszczanie zajęć – już niekoniecznie. Aż w końcu Jacek Kubasiewicz wysłał jego i Jarosława Jacha na testy do Lubina.

– Piłkarsko był wtedy jednym z wielu. Ale jednocześnie był chłopakiem z charakterem i z tym, co w naszej akademii jest jedną z najważniejszych, jak nie najważniejszą wartością. Z pokorą – charakteryzuje 17-letniego Piątka Jacek Jurkiewicz z Zagłębia.

Reszta, jak to mówią, jest historią. Nie minęło pół roku, a Piątek doczekał się swojego debiutu w „jedynce”. Choć jego wejście nie było najłatwiejsze i pewnie gdyby był bardziej kruchej konstrukcji psychicznej, już na starcie miałby ciężary. Poszło o… ubiór. Podobno zdecydowanie odbiegający wtedy standardami od koszulek Calvina Kleina, butów Balenziagi i nieodłącznej kosmetyczki Louis Vuitton. Jak to w piłkarskiej szatni – natychmiast pojawiła się konkretna szyderka.

Gdzie są ci, którzy wtedy się śmiali, a gdzie jest Piątek, to inna kwestia.

Jego szczęście w postaci szybkiego przeskoku do pierwszej drużyny związane było z nieszczęściem klubu – spadkiem do I ligi. Ten stał się bodźcem do pozbycia się zagranicznego szrotu i sięgnięcia bardziej zdecydowanie niż kiedykolwiek po chłopaków będących na miejscu. W rezerwach, w akademii. Jednocześnie pozostawiono jednak kilka wzorów dla młodych. Lubomira Guldana, od którego nauki czerpał pełnymi garściami Jarosław Jach czy Michala Papadopulosa – wkrótce mentora, ale i po prostu świetnego kumpla Piątka.

Kogokolwiek zapytalibyście o to w Lubinie, nikt nie ma wątpliwości, że stosunki „Bani” z czeskim napastnikiem były kluczem do wszystkiego, co później wydarzyło się w jego karierze. „Papa” imponował tężyzną fizyczną, więc Piątek, chcąc mu jak najszybciej dorównać, przez pierwszy rok w Lubinie harował za zamkniętymi drzwiami siłowni za dwóch. A przy tym będąc na boisku bardzo często pytał dziś już snajpera Piasta o to, jak zrobić to czy tamto, jak ustawić się w takiej a takiej sytuacji, co jeszcze może poprawić w swojej grze. A Papadopulos nie zżymał się, gdy dzięki jego naukom chwilowo to młodszy kolega był numerem jeden. Zresztą Jurkiewicz mówi wprost: – Takich zawodników jak Papadopulos i Guldan chce się mieć w klubie do końca kariery, a najlepiej także później, w roli członków sztabu szkoleniowego. To, jak sami grają, to jedno. Ale to, ile mogą dać wchodzącym do zespołu piłkarzom, czyni ich tak pożądanymi.

Gdy więc Papadopulos złapał kontuzję kolana i jasnym stało się, że czeka go kilka ominiętych pierwszoligowych kolejek, Piątek był przygotowany, by wskoczyć w jego buty. Podczas nieobecności Papadopulosa strzelił dwa gole, zaliczył dwie asysty, a Zagłębie z nim na szpicy wygrało 5 z 6 meczów, remisując tylko z Bruk-Bet Termaliką.

DSC_0601

Jedno ze zdjęć wiszących w budynku mieszkalnym Akademii Zagłębia. Chłopaki przechodzą i widzą zawodników stawianych im za wzór. Na wyobraźnię zdecydowanie najbardziej działają ci, którzy przez zespół Miedziowych trafili do Serie A (Piątek) czy Premier League (Jach).

W dużej mierze dzięki Papadopulosowi Piątek trafił wreszcie do młodzieżowej reprezentacji Polski i zapracował sobie na transfer do Cracovii. Transfer, który w Lubinie wzbudził trochę kontrowersji, no bo jednak choćby dla marki klubu w oczach zagranicznych kontrahentów optymalnie byłoby, gdyby ich zawodnik wyjeżdżał bezpośrednio za granicę.

Ale, jak się miało okazać, przenosiny zrobiły Piątkowi dobrze. Na swojej drodze spotkał przede wszystkim Michała Probierza. Trenera, który umiał go zbudować, porównując go choćby do Roberta Lewandowskiego czy dając opaskę kapitańską. Choć ta – zdaniem Grzegorza Kurdziela – była oprócz wotum zaufania dla wciąż młodego zawodnika po prostu naturalną koleją rzeczy.

– To zawsze był typ lidera. Swoją pracą na treningach dawał dowód, że chce być najlepszy. Przez to wyrobił sobie duży szacunek u reszty zawodników, co w efekcie dało mu posłuch.

Probierz potrafił go jednak również przytrzymać przy ziemi, gdy jego stopy zaczynały się od niej odrywać.

– W poprzednim sezonie po jednym ze spotkań trener Probierz miał duże pretensje do Krzyśka o machanie rękami. Krzysiek był wkurzony, bo dostawał za mało podań, to był dla niego trudny mecz, bo zostaliśmy zepchnięci do obrony. Za karę przez cały tydzień nosił na treningach koszulkę w innym kolorze, tak jakby przygotowywał się do meczu w drugim zespole. Ale ostatecznie wyszedł w podstawowym składzie i jego reakcja pokazała, że doszło do niego to, co trener chciał mu przekazać. Strzelił dwa gole, wygraliśmy z Lechią 2:1.

Piątek sprawdził się też nie tyle w większym klubie – bo patrząc na wyniki Zagłębia i Cracovii można o tym dyskutować – ale przede wszystkim w znacznie większym mieście. Większym nawet od Genoi, co z pewnością ułatwiło mu przystosowanie się do życia w nowym miejscu, w nowym kraju tuż po transferze.

Jak bardzo – to widać na pierwszy rzut oka, gdy tylko spojrzeć w klasyfikację Złotego Buta.

1. miejsce – Krzysztof Piątek. 18 punktów za 9 strzelonych goli w Serie A.

I skoro zaczęliśmy od cytatu z Quebo, cytatem z Quebo skończmy. Bo tak jak w kawałku „To nie jest hip hop” „do Manhattanu przez Ciechanów, to brzmi jak z kawału”, tak droga na szczyt klasyfikacji strzelców Serie A z Niemczy – choć nie rymuje się to już tak dobrze – wcale nie brzmi bardziej prawdopodobnie.

Ale w przypadku Piątka nieprawdopodobne ostatnio zdecydowanie przestało być niemożliwe.

SZYMON PODSTUFKA

fot. główne Lechia.infoddz.pl // Łukasz Bienias