Chorzowska kuźnia bohaterów
Weszło

Chorzowska kuźnia bohaterów

W historii polskiej piłki Stadion Śląski zajmuje wyjątkowe miejsce. To tutaj reprezentacja rozegrała wiele fantastycznych meczów o niebagatelnym znaczeniu. To tutaj pokonywaliśmy wyraźnie silniejszych rywali, do których w teorii nie mieliśmy podjazdu. Wreszcie to tutaj rodzili się bohaterowie wprawiający w euforię tłumy kibiców zgromadzonych na trybunach i miliony śledzące relacje przed telewizorem albo z uchem przyklejonym do radioodbiornika. Sprzyjała temu atmosfera i wyjątkowy klimat „Kotła Czarownic”, jak w 1973 roku ochrzciła obiekt brytyjska prasa. Sprzyjały też okoliczności, bo przez lata to właśnie na Stadionie Śląskim działy się rzeczy dla polskiego futbolu najważniejsze. Bohaterowie wyrastali praktycznie z każdej generacji piłkarzy, a kilku z nich, tych, którzy odznaczyli się najmocniej, warto przypomnieć przed zbliżającymi się meczami z Portugalią i Włochami. 

Gerard Cieślik (Polska – ZSRR 2:1, 20 października 1957)

Mecz, który w historii polskiej piłki nożnej urósł do rangi symbolu. Z trybun Stadionu Śląskiego zwycięstwo nad ówczesnymi mistrzami olimpijskimi i bez wątpienia jedną z najsilniejszych reprezentacji ówczesnego świata oglądało prawie sto tysięcy kibiców, którzy właściwie przez całe spotkanie głośno manifestowali niepodległość Polski. Dla piłkarzy to spotkanie też miało szczególne znaczenie – w końcu wielu z nich Sowietów kojarzyło z nie tak odległych przecież czasów wojny i bynajmniej nie były to najprzyjemniejsze wspomnienia.

Faworyzowani piłkarze ZSRR musieli być w ciężkim szoku, gdy Polacy równo z pierwszym gwizdkiem rzucili się im do gardeł, nie zostawiając choćby metra wolnej przestrzeni na boisku. Na bramkę legendarnego Lwa Jaszyna sunął atak za atakiem. Po raz pierwszy biało-czerwoni do radzieckiej siatki trafili tuż przed przerwą. Po akcji Edwarda Jankowskiego piłkę przejął Edward Kempny, podał do Gerarda Cieślika, a ten celnym strzałem zaskoczył Jaszyna. Drugiego gola napastnik Ruchu dołożył pięć minut po przerwie, tym razem pokonując bramkarza rywali głową po doskonałej centrze Lucjana Brychczego.

Po meczu radziecka prasa tłumaczyła, że gdyby nie choroba Jaszyna, to wynik byłby zapewne inny, ale jednocześnie nie odbierała Cieślikowi wielkości. – Przed spotkaniem pierwszych reprezentacji Polski i ZSRR jedna z polskich gazet zamieściła bardzo ciekawe zdjęcia: Gerard Cieślik układał pasjansa, próbując odgadnąć, czy na boisku pokona Jaszyna, czy nie. Ostatecznie udało mu się to zrobić dwa razy. Kapitan reprezentacji Polski, sądząc po tym, co mówił dziennikarzom, bardzo chciał sięgnąć po sukces, a mówił na przykład tak: „Nie wiem, czy wygramy, ale ja dołożę wszelkich sił, żeby strzelić gola”. Tego gorącego pragnienia i chęci, żeby grać ostro, zawzięcie, grać tak, żeby zespół zwyciężył, ewidentnie zabrakło naszym napastnikom – pisał „Sowiecki Sport”, krytykując takich snajperów jak Eduard Strielcow czy Nikita Simonjan.

Polscy dziennikarze podobnych problemów nie mieli, bo po zapewnieniu wygranej z ZSRR Gerard Cieślik zasługiwał na same pochwały. Tym bardziej że w kadrze znalazł się właściwie na ostatnią chwilę, otrzymując powołanie raptem trzy dni przed meczem. Wielki występ przeciwko Sowietom jednocześnie był dla niego powrotem do kadry po ponad rocznej przerwie. W tym czasie Cieślik nie był brany pod uwagę, ponieważ według niektórych na reprezentację był po prostu za stary, ale jednym występem udowodnił jak daleko od prawdy stała ta teoria.

Poza piłką nożną biografia Cieślika przepełniona jest głównie wątkami wojennymi. Jako syn powstańca śląskiego został zmuszony do wstąpienia w szeregi Hitlerjugend, w 1944 roku dostał z kolei powołanie do Wehrmachtu i trafił na wojskowe szkolenie do Cottbus, gdzie odmawiał noszenia niemieckiego munduru. – Przez pięć pierwszych dni pobytu w jednostce, ani razu nie założyłem znienawidzonego munduru. Codziennie odbywały się tam apele, a ja – jako jedyny – stawiałem się na nich w cywilnym ubraniu. W końcu szef kompanii zapytał mnie, dlaczego? A ja, w swojej naiwności, wypaliłem: „Bo mnie Niemcy ojca zabili i nie założę tego munduru!”. W najlepszym razie po takich słowach groził obóz koncentracyjny, a w najgorszym pluton egzekucyjny na miejscu. Tymczasem szef kompanii poklepał mnie tylko po ramieniu i odszedł – wspominał w swojej biografii.

Już po wojnie Cieślik, próbując uciec z terenów kontrolowanych przez Armię Czerwoną, wpadł w sowieckie ręce i trafił do obozu dla jeńców w Brandenburgu. Do domu został zwolniony jesienią 1945 roku, a pierwszą rzeczą, jaką zrobił po powrocie, było zapisanie się do Ruchu Chorzów. To właśnie jako zawodnik „Niebieskich” został wytypowany przez Urząd Bezpieczeństwa na informatora. Z listy tajnych współpracowników wykreślono go pięć lat później, gdyż jego raporty – o ile w ogóle je składał – nie miały żadnej wartości.

Piłkarsko najlepsze w karierze Cieślika były lata pięćdziesiąte. Z Ruchem, w którym spędził całą karierę, trzykrotnie sięgnął po mistrzostwo kraju i raz po Puchar Polski. W Ekstraklasie strzelił dla „Niebieskich” aż 168 goli, co do dziś jest trzecim wynikiem w historii. Na boisku był po prostu wyjątkowy, a przecież grę w piłkę cały czas łączył z pracą tokarza. Był też bożyszczem tłumów, idolem, który zawsze miał klasę. I pierwszym zawodnikiem, który sprawił, że Stadion Śląski wprost oszalał z radości.

***

Ernest Pohl (Polska – Finlandia 6;2, 8 listopada 1960, Polska – Dania 5:0, 5 listopada 1961)

Pohl pierwszy raz na Stadionie Śląskim błysnął w listopadzie 1959. W meczu z mało wymagającymi Finami zaliczył swojego drugiego hat-tricka w koszulce z białym orłem na piersi (trzy lata wcześniej strzelił cztery gole z Norwegią jako zawodnik Legii Warszawa), a wszystkie trzy bramki zdobył jeszcze przed przerwą. W tym czasie był już etatowym reprezentantem kraju, co wcześnie nie było regułą.

Drużyny ze Skandynawii upodobał sobie zresztą w szczególny sposób, bo rok lata później trzy bramki – znów na Śląskim – wbił także Duńczykom. Na pokrytej śnieżną powłoką murawie Pohl dał popis swojego kunsztu technicznego, momentami po prostu bawiąc się z rywalami (TUTAJ można zobaczyć materiał PKF ze spotkania). Po dwudziestu czterech latach przerwy Polakom wreszcie udało się pokonać Danię, a dzięki trzem trafieniom napastnik Górnika Zabrze wysunął się na pozycję lidera strzelców naszej reprezentacji.

O wybitności Pohla świadczą jednak nie tylko jego dokonania reprezentacyjne, ale także te klubowe. Z Górnikiem osiem razy zdobył mistrzostwo kraju, z Legią w 1955 i 1956 roku sięgnął po dublet. W Ekstraklasie strzelił łącznie 186 bramek, co do teraz jest niepobitym rekordem. – Ernest był piłkarzem… po prostu doskonałym. Miał wszelkie walory techniczne niezbędne wybitnemu zawodnikowi. Ten talent potrafił wykorzystać na boisku. A rzadko bywało, żeby siedział na ławce rezerwowych, chyba że z powodu kontuzji – na łamach Interii wspominał kilka lat temu Stanisław Oślizło, który grał z Pohlem w barwach zabrzańskiego klubu.

Występy doskonałego napastnika szybko przykuły uwagę największych europejskich klubów, ale ani AS Roma, ani nawet Real Madryt nie miały wystarczająco mocnych argumentów, by wyciągnąć go z komunistycznej Polski. W związku z tym Pohlowi została gra dla zabrzan i reprezentacji, w której zaliczył kilka niezbyt przyjemnych przygód. Przykładowo po meczu z Czechosłowacją w 1963 roku do obiadu zamówił sobie piwo, co bardzo nie spodobało się ówczesnemu trenerowi kadry, Ryszardowi Koncewiczowi. Na nic zdały się tłumaczenia Pohla, że pochodzi z górniczej rodziny, więc jest przyzwyczajony do picia piwa przy obiedzie. Koncewicz był bezlitosny i wlepił zawodnikowi trzymiesięczne zawieszenie, które ze względu na prywatne animozje ostatecznie wydłużyło się do prawie dwóch lat.

Reakcję Koncewicza można jednak zrozumieć, jeśli weźmie się pod uwagę, że Pohl przez niemal całą karierą miał – mówiąc delikatnie – skłonność do nadużywania alkoholu. To jednak nie przeszkadzało mu w zdobywaniu kolejnych goli na ligowych boiskach czy dla reprezentacji – jak już dostawał powołanie. Choć w narodowych barwach rozegrał tylko 46 meczów, to strzelił w nich aż 39 bramek, co jest fenomenalnym wynikiem. – Do dziś nie pojmuję, jak on był w stanie tyle przyjąć. I jeszcze tak grać! – w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” dziwił się po latach Jan Banaś.

Podobnie o Pohlu w swojej książce pisał Włodzimierz Lubański: – Ernest Pol był piłkarskim fenomenem, choć nie mógł być dla mnie, wówczas szesnastolatka, wzorem do naśladowania. W każdy poniedziałek przychodził na trening na dużej ‚bani’. Zresztą pił dużo i często, co nie przeszkadzało mu jednak być wielkiej klasy artystą piłki. Ćmił papierosy i twierdził stanowczo, iż to właśnie piwko i cigarety dają mu dobre samopoczucie, że gdy ma w sobie odpowiedni nabój alkoholu i dymu, staje się odporniejszy i wtedy niestraszny mu żaden przeciwnik.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że Pohl przez wielu uważany jest za najwybitniejszego piłkarza w dziejach polskiej piłki. O jego popisach, nie tylko tych na Stadionie Śląskim, głośno jest zresztą do dziś. Bo z Pohlem, było dokładnie tak jak on sam to przedstawiał: wystarczyło podać mu piłkę, a on już wiedział, co z nią zrobić.

***

Włodzimierz Lubański

Prawdziwym magikiem „Kotła Czarownic” był też Włodzimierz Lubański, który w barwach reprezentacji strzelał bramki praktycznie w każdym spotkaniu rozgrywanym na tym obiekcie. Tak było w meczu z Węgrami (1966):

Belgią (1967)

Holandią (1969)

Czy Anglią (1973), w którym w Lubański przeżył też najgorszy moment w swojej karierze – zerwał więzadła krzyżowe.

Kontuzja, która – jak po latach wspominał sam Lubański – była bardziej wynikiem złego przygotowania do meczu niż samego faulu Roy’a McFarlanda, na kilka lat zatrzymała jego karierę, a przede wszystkim zabrała mu udział w mistrzostwach świata w 1974 roku, z których Polacy wrócili z medalami za trzecie miejsce. Na dobre pogrzebała też marzenia o transferze do czołowego zachodniego klubu, o który napastnik Górnika otarł się w 1970 roku, gdy zgłosił się po niego Real Madryt. Hiszpanie nie zdołali jednak przebić się przez mur postawiony w Komitecie Centralnym PZPR, więc Lubański musiał zostać w Polsce i… nadal strzelać w „Kotle Czarownic”. A z tym nigdy nie miał problemów, o czym mówi w rozmowie z Weszło.

Stadion Ślaski był dla pana wyjątkowy?

Bez wątpienia to dla mnie właśnie takie miejsce. Tam rozgrywaliśmy prawie wszystkie najważniejsze mecze w Pucharze Europy z Górnikiem Zabrze i z reprezentacji Polski

Czym klimat Stadionu Śląskiego różnił się od klimatu panującego na innych stadionach. Nazwa „Kocioł Czarownic” nie mogła wziąć się z niczego.

Przede wszystkim zasadniczą rzeczą była liczba widzów na stadionie. To tworzyło tę niepowtarzalną atmosferę. Większość meczów, które tam rozegrałem, odbywała się przy wypełnionych trybunach. Atmosfera była rzeczywiście wyjątkowa. Jeżeli wokół siebie ma się 80 tysięcy ludzi i nieustanny krzyk, to bardzo to mobilizuje.

Grając dla reprezentacji wolał pan występować właśnie w Chorzowie niż w innych polskich miastach?

Może nie był to dla mnie specjalny wybór, ale atmosfera Stadionu Śląskiego powodowała, że lubiliśmy tam grać. Mieliśmy tam super wsparcie publiczności, które, nie będę ukrywał, bardzo nam pomagało. Ten doping był naprawdę wyjątkowy. Zupełnie inny niż na pozostałych stadionach.

Oprócz tego, że zaliczył Pan na Śląskim mnóstwo bardzo dobrych meczów i strzelił dużo goli, to ten stadion niesie też przykre wspomnienia. Chodzi o mecz z Anglią w 1973 roku.

Zawodowa piłka nożna, jaką ja uprawiałem niesie za sobą ryzyko kontuzji. Mnie akurat właśnie na tym stadionie przytrafiła się najstraszniejsza kontuzja w mojej karierze sportowej. Dojście do siebie kosztowało mnie niesamowicie dużo czasu i innych związanych z tym problemów. Przez dłuższy okres nie mogłem w ogóle grać w piłkę.

Patrząc na to, co Stadion Śląski znaczy dla polskiej piłki i jakie mecze były tam rozgrywane, pokusiłby się pan o stwierdzenie, że to najważniejszy obiekt dla naszego futbolu?

Na pewno jego rola jest niepodważalna. Na tym stadionie rozegrano wiele meczów niezwykle ważnych dla polskiego piłkarstwa ze względu na stawkę. Był mecz ze Związkiem Radzieckim, spotkanie eliminacyjne do mistrzostw świata z Anglia i mecze różnych generacji piłkarskich. Sam chodziłem na Stadion Śląski, żeby kibicować drużynie Jurka Engela czy innych trenerów. Ten stadion to niezwykłe miejsce dla polskiej piłki. Proszę zwrócić uwagę, że większość rozgrywanych tam istotnych meczów była zwycięska. To powodowało, że zawsze bardzo chętnie się tam wracało.

Liczył pan kiedyś ile bramek udało się panu strzelić na tym stadionie? To bez wątpienia był dla pana bardzo przyjazny obiekt.

Na Stadionie Śląskim strzeliłem chyba najwięcej goli, biorąc pod uwagę mecze pucharowe i reprezentacyjne. Zawsze lubiłem tam grać, notowałem na tym obiekcie świetne występy. Przeżyłem tam wiele pięknych chwil, mnóstwo radości i jeden przykry moment, ale tak to już bywa. Ten stadion jest dla mnie czymś absolutnie wyjątkowym.

Któryś mecz albo bramka szczególnie zapadły panu w pamięci?

Tak, jedna bramka rzeczywiście była dla mnie wyjątkowa i będę ją pamiętał do końca życia. To była bramka strzelona w meczu z Mancheterem United, gdy właśnie na Stadionie Śląskim pokonaliśmy tę drużynę w zimowej scenerii. To była bramka, którą zdobyłem lewą nogą z okolicy szesnastego metra, trafiłem w samo okienko. Był to dla nas wówczas fantastyczny wynik, bo Manchester wygrał całe rozgrywki, a Górnik Zabrze był jedyną drużyną, która zdołała pokonać Anglików.

A w reprezentacji?

Bramka z Anglią absolutnie jest tą, której nigdy nie zapomnę. Ten mecz bezwzględnie trzeba było wygrać, ja odebrałem piłkę Bobby’emu Moore’owi, podbiegłem kilkanaście metrów w stronę pola karnego, wyszedł mi świetny strzał, piłka otarła się o słupek i wpadła do siatki. Były też ważne bramki z Holendrami czy Belgami. Zdarzały się też mecze, w których strzelałem więcej niż jedną bramkę, ale te pamiętam szczególnie ze względu na ich rangę.

Ważnych bramek przez całą karierę Lubański strzelił od groma. Trafiła i w Ekstraklasie, i w europejskich pucharach i w reprezentacji. Problemów ze strzelaniem goli nie miał też we francuskim Valenciennes i belgijskim Lokeren, gdzie podobnie jak w Górniku, doczekał się statusu legendy. Ale ze wszystkich stadionów, na których grał, to właśnie „Kocioł Czarownic” był tym najważniejszym. Nic więc dziwnego, że reprezentacyjne pożegnanie Lubańskiego odbyło się właśnie na Stadionie Śląskim. Legendarny napastnik Górnika zagrał zresztą tak, jak niemal zawsze, strzelając jeszcze jedną bramkę w tym niesamowitym miejscu.

***

Jan Schmidt (Polska – Jugosławia 1:1, 1961)

Schmidt, świetnie zapowiadający się napastnik Ruchu Chorzów, który ze względu na problemy zdrowotne musiał przedwcześnie zakończyć karierę, w reprezentacji zdobył tylko jedną bramkę. Niewiele, ale to trafienie miało wyjątkowe znaczenie, bo pozwoliło Polakom zremisować na Stadionie Śląskim z Jugosławią, wówczas wicemistrzami Europy, która w 1962 roku na mundialu w Chile zajęła czwarte miejsce. Jego popis z trybun oglądały dziesiątki tysięcy kibiców.

Dla Schmitda bramka strzelona w Chorzowie miała szczególne znaczenie, bo wówczas reprezentował barwy miejscowego Ruchu. Na Górny Śląsk, podobnie zresztą jak Pohl, trafił okrężną drogą z Legii, ale kariery na podobną miarę niestety nie zrobił. Z piłki musiał zrezygnować w 1962 roku z powodu problemów z sercem, które nie zostały jednak do końca wyjaśnione.

Zanim jednak napastnik Ruchu zawiesił buty na kołku, zdążył napisać piękną kartę w historii chorzowskiego klubu. W 1960 roku razem z „Niebieskimi” sięgnął po mistrzostwo kraju, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem zespołu z dwunastoma bramkami na koncie. Na więcej nie pozwoliło zdrowie. Kilka lat później reprezentacyjną schedę przejął po nim młodszy brat Zygmunt, który w biało-czerwonych barwach rozegrał trzynaście meczów i był pierwszym zawodnikiem GKS-u Katowice, który doczekał się powołania do kadry.

***

Tomasz Hajto (Polska – Rosja 3:1, 27 maja 1998)

W maju 1998 roku obecny ekspert Polsatu był na początku swojej reprezentacyjnej drogi. Mecz z Rosją był dla niego dopiero czternastym w narodowych barwach, ale równocześnie jednym z najważniejszych. Hajto, wówczas zawodnik MSV Duisburg, miał udział przy pierwszej bramce Mirosława Trzeciaka, a później sam dołożył kolejne dwa gole. Dzięki tym trafieniom reprezentacja Janusza Wójcika zdołała pokonać Rosjan, co na Stadionie Śląskim, nawet jeśli było to tylko towarzyskie spotkanie, musiało smakować wyjątkowo.

Równie piękne chwile Hajto na Stadionie Śląskim przeżywał we wrześniu 2001 roku, gdy wraz z pozostałymi członkami kadry Jerzego Engela właśnie tam świętował awans na mistrzostwa świata w Korei i Japonii przypieczętowany efektownym 3:0 z Norwegią.

Hajto, który dziś wzbudza w kibicach sprzeczne uczucia, na przełomie XX i XXI wieku był czołową postacią reprezentacji Polski i jednym z nielicznych wówczas zawodników, którzy z dużym powodzeniem występowali na Zachodzie. Na swoim koncie ma chociażby Puchar i wicemistrzostwo Niemiec w barwach Schalke, gdzie przez wiele lat w duecie z Tomaszem Wałdochem tworzył wyjątkowo silną defensywę. Na niemieckich boiskach rozegrał łącznie 201 spotkań, zdobył 15 bramek oraz zaliczył 14 asyst i aż 73 razy był napominany przez sędziów żółtą kartką. W tym ostatnim aspekcie brylował zwłaszcza w sezonie 98/99, gdy jako piłkarz Duisburga kartonikiem w tym kolorze karany był aż szesnastokrotnie, ustanawiając tym samym rekord Bundesligi.

Z ostrej gry nie zrezygnował też, kiedy po latach spędzonych na obczyźnie w 2007 roku zdecydował się wrócić na polskie boiska i podpisał kontrakt z Górnikiem Zabrze. Sezon 08/09 skończył z aż piętnastoma „żółtkami”, co – a jakże! – stało się rekordem Ekstraklasy. „Giani” rywali nie oszczędzał też, grając dla reprezentacji – w 62 meczach żółtą kartkę obejrzał aż 24 razy, najwięcej ze wszystkich zawodników, którzy dostąpili zaszczytu gry w biało-czerwonych barwach. Spotkanie z Rosją, w którym strzelił dwa gole, oczywiście również jest na tej liście.

Karierę piłkarską Hajto, który poza boiskiem nigdy nie stronił od kontrowersji, zakończył w ŁKS-ie Łódź w 2010 roku. Jego powrót do Ekstraklasy pamiętany jest zwłaszcza z dwóch powodów. Po pierwsze, czy to w Górniku, czy w ŁKS-ie nigdy nie szczędził gorzkich słów sędziom lub działaczom. Po drugie, w barwach zabrzańskiego klubu strzelił fenomenalnego gola zza połowy boiska.

Po zakończeniu kariery Hajto próbował swoich sił jako trener, ale ani w Jagielloni Białystok, ani tym bardziej w GKS-ie Tychy, z którym spadł z pierwszej ligi, nie wiodło mu się dobrze. Dużo lepiej odnalazł się za to w roli komentatora, a teksty, którymi raczył kibiców podczas eliminacji do mundialu w Rosji, na czele z „truskawką na torcie”, na stałe weszły do słownika bon motów polskiej piłki.

***

Euzebiusz Smolarek (Polska – Portugalia 2:1, 11 października 2006, Polska-Belgia 2:0, 11 listopada 2007)

Mecz z Portugalią Ebiemu pamiętają wszyscy. Nieistotne, jak bardzo i do której balowali wówczas nasi rywale. Liczy się tylko to, że napastnik Borussii Dortmund wszedł na boisko, zapakował im dwa gole, nawiązując tym samym do występu ojca przeciwko Portugalii na mistrzostwach świata w 1986 roku, a przede wszystkim mocno uwiarygodnił nasze marzenie o wyjeździe na mistrzostwa Europy. Bo to właśnie jego bramki na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim w dużej mierze zbudowały reprezentację Leo Beenhakkera.

Swój wyczyn Smolarek skopiował niemal równo rok później, tym razem pokonując dwukrotnie bramkarza Belgii i pieczętując historyczny dla nas awans na Euro.

W całych eliminacjach Ebi strzelił dziewięć goli, co pozwoliło mu zając trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców. Wówczas wydawało się, że drzwi do dużej kariery naprawdę stoją przed nim otworem, a jego popularność w Polsce sięgnęła zenitu. Wychowanek Feyenoordu miał wprawdzie za sobą nie najlepszy okres w Racingu Santander, ale mając na uwadze jak dobrze spisywał się wcześniej w barwach Borussii czy w reprezentacji, wszyscy byli przekonani, że wkrótce niekorzystna karta się odwróci.

W Hiszpanii Smolarkowi jednak nie wyszło. Na wypożyczeniu w Boltonie czy później w greckiej Kavalii też nie. Latem 2010 roku, niecałe trzy lata po dublecie z Belgami, piłkarz zawitał więc do Ekstraklasy, zasilając szeregi Polonii Warszawa. Tam radził sobie nie najgorzej, ale dość szybko popadł w konflikt z Józefem Wojciechowskim, który oczekiwał od niego zdecydowanie więcej. Kiedy po zakończeniu sezonu Smolarek nie zgodził się na renegocjowanie umowy, szalony właściciel klubu z Konwiktorskiej odesłał go do rezerw, a po czasie skłonił do rozwiązania umowy. – Rację mieli ci, którzy odradzali mi jego sprowadzenie. Wiem od trenera Okuki, że w Kavali Smolarek miał kontrakt na pół miliona euro rocznie. Zaproponowano mu zmniejszenie wynagrodzenia do 250 tysięcy. W tym czasie otrzymał ofertę od nas. W Grecji się dogadał, że w zamian za 100 tysięcy euro rozwiąże umowę, a z nami wynegocjował zarobki w wysokości 400 tysięcy euro netto, bo argumentował, że nie może zarabiać dużo mniej niż te 500 tysięcy, które otrzymywał w Kavali. Deklarował przy tym, że dla niego strzelenie 12 goli w sezonie to żaden problem. A okazało się że ma problemy z wywalczeniem miejsca w składzie. Dlatego po rozgrywkach mieliśmy pełne prawo zasiąść do rozmów na temat renegocjacji kontraktu – tłumaczył później Wojciechowski w rozmowie z „Super Expressem”.

Epizod w Polonii był dla Smolarka początkiem końca. Kariery nie udało mu się odbudować ani w katarskim Al-Khor skąd po kilku miesiącach zwolniono go, aby zrobić miejsce dla innego zagranicznego piłkarza, ani w Den Haag, ani w Jagiellonii Białystok. Dla kogoś, kto kilka sezonów wcześniej potrafił zanotować trzynaście goli oraz pięć asyst w Bundeslidze i za kogo Racing płacił prawie pięć milionów euro był to bardzo bolesny upadek.

Nie zmienia to jednak faktu, że Smolarek ma za sobą naprawdę udaną karierę. W końcu niewielu polskich piłkarzy ma w koncie triumf w Pucharze UEFA czy ponad dwieście występów na poziomie Bundesligi, Eredivisie, La Liga czy Premier League. Być może CV Ebiego byłoby jeszcze bogatsze, gdyby nie fatalna kontuzja kolana, której nabawił się w marcu 2002 roku czy problemy pozaboiskowe związane z półrocznym zawieszeniem za palenie marihuany. Niemniej w historii Stadionu Śląskiego i tak zapisał się wyjątkowo pięknymi zgłoskami, a jego wyczyny w meczach z Portugalią czy Belgią ciężko będzie przebić.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (10)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fronda

Na takich kurnikach nie da się oglądać. Co za poroniony pomysł.

VIKING

Napisz buraku ile kasy pompują przy Bułgarskiej w wymianę murawy z powodu bardzo złego nasłonecznienia???

baran

Brakuje jednak Marka Leśniaka. I Arkadiusza Głowackiego.

Kaczano

Niezły meksyk – realizator po drugiej bramce Hajty zmienił wynik na 2:2 😀

pko

Bardzo ładny artykuł. Pojawił się też w nim całkiem nowy piłkarz imieniem Edward Kempny. Kto to jest?. Asystentem Cieślika przy golu na 1-0 był zdaje się Henryk Kempny…

nu pagadi

„Grając dla reprezentacji wolał pan występować właśnie w Chorzowie niż w innych polskich
miastach?”
same durne pytania.
tak jakby wtedy były w Polsce jakieś stadiony w innych miastach o zbliżonej pojemności.
XX-lecia odpadał w przedbiegach, bo nie miał sztucznego oświetlenia.
był jeden w Chorzowie i na nim grali najważniejsze mecze – wyboru nie było.
tak samo można było by spytać się Drzymały dlaczego lubił mieszkać w tym jednym wozie, bo innego nie miał.
teraz mamy lepsze niż ten w Chorzowie i czar Śląskiego prysł.

Laguna

Brakuje kuszczakowej truskawki na torcie.

Vooyek_Zbooyek

Jak tam, lornetki naszykowane?

gibon050505

Nie ma się co śmiac.Patrząc na wyniki to w Polsce raczej powinniśmy budować stadiony lekkoatletyczne.

Mejk

Delikatnie przypomnę o Polska-Norwegia 3-0 w 2001 roku, meczu który zdecydował o pierwszym po 16-letniej przerwie awansie Polski na MŚ (i ogólnie na jakikolwiek wielki turniej).

wpDiscuz