Mistrz ze skazą. Alejandro Valverde wreszcie złoty
Inne sporty

Mistrz ze skazą. Alejandro Valverde wreszcie złoty

Od początku swej zawodowej kariery był faworytem do zdobycia złotego medalu mistrzostw świata. Przez siedemnaście sezonów – z przerwą na odcierpienie swoich win – stale znajdował się w czołówce najlepszych zawodników. Dla kolarstwa jest człowiekiem-instytucją, choć jego przeszłość nie jest kryształowo czysta. A jego złoty medal podzielił kolarski świat.

Pogoń

Ktokolwiek nie robiłby zestawienia największych faworytów do złota mistrzostw świata – jeśli tylko Alejandro Valverde w nich startował, to od 2002 roku trzeba było go w takowym umieszczać. Nic dziwnego – pochodzi z rodziny z kolarskimi tradycjami, ścigał się od dziewiątego roku życia i odnosił sporo sukcesów jako młodzieżowiec. Jego talent był naturalny, mówiło tak o nim wiele osób.

Od zawsze przyciągał mnie sport. Zacząłem trenować lekką atletykę w szkole, ale mój ojciec i wujek byli fanami kolarstwa, w każdy weekend jeździli na rowerach (a ojciec startował też wśród amatorów). Zacząłem ich naśladować i jeździć razem z nimi. […] W moim pierwszym wyścigu zająłem drugie miejsce, kolejny wygrałem. Od tego dnia już nigdy nie przestałem zwyciężać. Wiedziałem, że chcę zostać profesjonalnym kolarzem.

Mówiąc, że „nie przestał zwyciężać” Alejandro wcale nie przesadził. Jako nastolatek zanotował serię ponad 50(!) wygranych wyścigów z rzędu. Już wtedy zyskał przydomek „Niezwyciężony”. Jako junior załapał się do ekipy Banesto, ale że jej siedziba była oddalona od jego rodzinnego domu, męczyły go ciągłe podróże. Przerzucił się więc do Kelme-Costa Blanca i w barwach tego teamu zdobył mistrzostwo Hiszpanii do lat 23. Od kolejnego roku jeździł wśród seniorów.

Pierwsze zawodowe zwycięstwo odniósł w 2003 roku – zgarnął trzeci etap wyścigu dookoła Kraju Basków. Szybko stał się kolarską sensacją. Zwracano uwagę na to, że jest niesamowicie uniwersalny – radził sobie i na sprinterskich finiszach, i na trudnych górskich etapach. Potrafił wygrywać w każdych warunkach i z każdym kolarzem (to nie przesada, na Tour de France 2005 ograł na ostatnich metrach 10. etapu samego Lance’a Armstronga). Dodawano też, że znakomicie prezentuje się na rowerze – jego pozycja przybierana w trakcie jazdy była niemal idealna. Sam mówił, że jest perfekcjonistą i bardzo o to dba.

W swoim drugim sezonie wśród zawodowców dwa razy najlepszy okazywał się na etapie hiszpańskiej Vuelty, a całe zmagania zakończył na najniższym stopniu podium. Odniósł też kilka mniejszych zwycięstw. Przede wszystkim jednak – zajął drugie miejsce na mistrzostwach świata rozgrywanych w Hamilton. Lepszy był jedynie jego rodak, Igor Astarloa. Dla wielu stał się wówczas pewniakiem do zgarnięcia złotego medalu w kolejnych latach.

Valverde nie był jednak w stanie sprostać oczekiwaniom, choć zawsze był blisko. We wszystkich swoich startach w mistrzostwach tylko dwa razy wypadł z pierwszej dziesiątki. W 2005 Madrycie, po dwóch latach przerwy od imprezy w Kanadzie, znów był drugi (całe podium obsadzone było wówczas 25-latkami, do dziś jest jednym z „najmłodszych” w historii). Mało zresztą brakowało, by w ogóle nie pojechał na te mistrzostwa – przed nimi męczył się z urazem.

Starałem się dać z siebie wszystko, ale nie byłem w stanie. Udało mi się dotrwać do końcowego sprintu, zacząłem go bardzo wcześnie, ale Boonen poszedł za mną i łatwo mnie objechał. Jest szybki i mocny – to jeden z najlepszych kolarzy. Myślałem, że nie będzie mnie tu w ogóle, a nie tylko jestem – mam też medal – mówił po tamtym wyścigu.

Rok później finiszował na najniższym stopniu podium. Później jeszcze trzykrotnie zajmował tę lokatę, stając się rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę zdobytych medali. Całą kilkunastoletnią karierę ścigał jednak złoty medal. Serwis cyclingnews.com nazwał ten krążek „Białym Wielorybem Valverde”. Moby Dick Hiszpana – widział go wielokrotnie, niemal czuł już jego ciężar na szyi, ale zawsze czegoś brakowało. Raz odpowiedniej strategii, raz wsparcia kolegów, raz mocy na finiszu, raz wyczucia momentu…

W międzyczasie Valverde stał na podium Tour de France, wygrywał klasyfikację generalną Vuelty, sięgał po ponad sto innych triumfów – ale nie był w stanie założyć tęczowej koszulki. Gdy w 2012 roku zajął trzecie miejsce, powiedział tylko: „czekałem chwilę za rywalami, potem zorientowałem się, że muszę ruszyć do przodu, ale było już za późno. Kurwa… myślę, że mogłem to wygrać”.

Rozczarowanie było tym większe, że w poprzednich dwóch latach Hiszpan mistrzostwa musiał ominąć. Podobnie jak wszystkie inne wyścigi.

Torebki

Operación Puerto – pod tym dwoma słowami kryje się afera dopingowa, która wybuchła w 2006 roku i wstrząsnęła światem zawodowego kolarstwa. Dokładnie 23 maja aresztowano Manolo Saiza, dyrektora grupy Liberty Seguros. To data historyczna, wybuch bomby, który poszkodować miał wiele osób z zawodowego peletonu. Na czele z takimi sławami jak Jan Ullrich, Ivan Basso, Aleksander Winokurow czy właśnie Valverde.

Cała sprawa kręciła się wokół doktora Eufemiano Fuentesa. To w jego gabinecie znaleziono torebki z krwią zawodników i niedozwolone środki dopingowe. Do tego notes, w którym były nazwiska klientów. Zapisane szyfrem, rzecz jasna. MImo to wszyscy doskonale wiedzieli, kto korzystał z usług Fuentesa. Kilku zawodników złapano zresztą bezpośrednio na dopingu. I choć hiszpańskiego kolarza nigdy nie złapan§o za rękę, to i tak musiał zmagać się z wieloma problemami.

To było popieprzone, ten czas pomiędzy 2007 a 2010 rokiem. Zmagałem się z wieloma pytaniami i kłopotami. Czy pozwolą mi jechać w mistrzostwach świata? [W 2007 roku nie było to pewne aż do dnia poprzedzającego wyścig – przyp. red.]. Czy pojadę w Tour de France? To było po prostu popieprzone.

U Fuentesa znaleziono mnóstwo torebek z krwią, przygotowanych do przeprowadzenia transfuzji. Dwa lata zajęło Międzynarodowej Unii Kolarskiej opracowanie programu biologicznych paszportów i monitorowania poziomu krwi, by uniknąć w przyszłości podobnych sytuacji. W międzyczasie toczyły się spory dotyczące dyskwalifikacji zawodników. Bywało łatwo (Ivan Basso przyznał się sam i został zawieszony na dwa lata), czasem wręcz przeciwnie (Jan Ullrich do 2013 roku zaprzeczał, że brał niedozwolone środki). Sprawa Valverde zaliczała się do tej drugiej grupy.

Hiszpana połączono z torbą numer 18, nazwaną Valv-Piti. Nie był to specjalnie zmyślny kod. Tak samo nazywał się bowiem owczarek niemiecki Alejandro. Oskarżenia wobec Valverde jako pierwszy wysunął… Włoski Komitet Olimpijski. Tak, włoski. Tamtejsze prawo stanowi, że nawet jeśli przestępstwo zostało popełnione za granicami kraju, to komitet może się wtrącić jeśli wpływało na rywalizację w jego granicach. A gdzie odbywa się choćby Giro d’Italia, tego nikomu nie trzeba pisać.

Włosi zabronili Valverde startu w wyścigach, które odbywały się na terenie ich kraju i przesłali sprawę dalej – do CAS (Sportowego Sądu Arbitrażowego). Hiszpan walczył z wyrokiem, choć dowody były przytłaczające: najważniejszym była analiza porównawcza DNA, która jasno wskazywała na to, że krew w torebce należy do Alejandro. Choć już sposób jej przeprowadzenia budził wątpliwości.

Moje DNA zostało zebrane z jednego powodu i użyte przy okazji innej sprawy w bardzo dziwnych okolicznościach. Kiedy zaproponowałem, że oddam próbki DNA do neutralnego laboratorium w Szwajcarii, by tam zostało zbadane, Włoski Komitet Olimpijski się na to nie zgodził. Co jeszcze mogę powiedzieć? Wierzę, że wszystko jest tu jasne.

Jasne było z pewnością dla każdej kolejnej instancji, która rozsądzała sprawę Hiszpana. Ostatecznie – choć nigdy nie przyłapano go bezpośrednio na dopingu – Valverde skazano na dwa sezony zawieszenia. Rok 2010 i 2011 to puste kartki w karierze Alejandro, choć w pierwszym z nich zdążył wygrać kilka wyścigów, był też liderem kolarskiego rankingu. Gdy wyrok zapadł, wszystkie te osiągnięcia skasowano.

Alejandro Valverde stał się kolarskim banitą.

Przerwa

Dziś dużo łatwiej mi o tym mówić. Sprawę zamknięto, torebki z krwią mogą zostać przekazane władzom, nie będzie o mnie już żadnych rewelacji. Zostałem zdyskwalifikowany wtedy, „odsiedziałem” swoje. Nie mam powodów, by się czymkolwiek martwić. […] Czy moja kara była słuszna? Cóż… dostałem ją, tyle. Nie wiem, czy była słuszna czy też nie. „Odsiedziałem” swoje dwa lata i o tym zapomniałem.

Główny problem z Alejandro Valverde jest jeden: gość nigdy za nic nie przeprosił. To irytuje wiele osób, które chciałyby usłyszeć proste „popełniłem błąd, moja wina, chcę to naprawić”. Wielu byłych kolarzy po dyskwalifikacji zaangażowało się w walkę z dopingiem. Hiszpan nawet o tym nie pomyślał, najchętniej w ogóle nie wspominałby, że istnieją niedozwolone substancje. „Nie zrobiłem nic złego, zawsze szanowałem prawo. Moje sumienie jest czyste” – to zdanie najlepiej podsumowuje jego podejście.

Zresztą te stracone dwa lata też nie były szczególnym dramatem. Jasne, przytrafiły się mu w okresie, gdy – teoretycznie – wchodził w najlepszy kolarski czas. Miał 30 lat, przed sobą wielkie perspektywy i nadzieje na wygranie kolejnych wielkich tourów (przypomnijmy, rok wcześniej zwyciężył we Vuelcie) czy zdobycie upragnionego złota mistrzostw świata. Jednak nie załamało to jego kariery w żaden sposób. Normalnie trenował, dokładnie tym samym trybem, co gdy ścigał się w peletonie.

Jeśli musiałbym trenować samotnie każdego dnia mojej dyskwalifikacji, pewnie byłoby znacznie trudniej sobie z tym poradzić. Ale trenuję z zawodnikami takimi jak Fran Pérez, Luis León Sánchez czy José Joaquín Rojas, do pomocy mam też kilku amatorów. Móc polegać na takim towarzystwie, to najlepsza droga do utrzymania dobrego nastawienia. […] Moje życie wygląda dokładnie tak samo, jak wyglądało przed dyskwalifikacją, pomijając fakt, że nie startuję w zawodach.

Hiszpan jeździł na obozy przygotowawcze, robił mnóstwo kilometrów po górach i opowiadał o tym, że jego czasy z treningów są zbliżone do tych, które wykręcał w najlepszych momentach swojej kariery. Cały czas był pewien, że wróci do peletonu jako równie dobry – lub nawet lepszy – kolarz, jakim był przed dyskwalifikacją. Upewniały go w tym sukcesy z początku 2010 roku. Te, które później mu odebrano: zwycięstwa w Tour of Romandie czy Tour Méditerranéen.

Kiedy mnie zatrzymali, byłem liderem rankingu UCI i znów nim zostanę. Po pierwszych trzech czy czterech miesiącach od otrzymania wyroku, jestem pewien, że najlepszy Alejandro Valverde znów się pojawi.

Przy okazji powrotu pomogło mu jeszcze coś: Eusebio Unzue, dyrektor Movistaru (starej-nowej ekipy Alejandro), powitał Valverde z otwartymi ramionami. Obaj zresztą byli (i nadal są) przyjaciółmi. Nawet jeśli nie mówił tego wprost, to od samego początku dyskwalifikacji, Hiszpan mógł liczyć na miejsce u Eusebio. Gdy jego dyskwalifikacja się skończyła i oficjalnie ogłoszono podpisanie nowego kontraktu z hiszpańską ekipą, Unzue powiedział:

Wierzę, że Alejandro będzie osiągał dokładnie takie same wyniki jak wtedy, gdy nas opuścił. Najlepsza jest świadomość, że niezależnie od tego, jak ułoży się wyścig, istnieje szansa, że on go wygra. To dla nas zbawienie.

Jak się okazało – miał rację.

Wino

Kolarstwo to moje życie, naprawdę kocham ten sport. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie bez roweru. Jasne, czasem nie jest łatwo iść na trening, bo czuję się, jakbym miał przywiązane do siebie dodatkowe 20 kilogramów, ale kiedy wsiadam na rower, o wszystkim zapominam.

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czemu Alejandro Valverde wciąż rywalizuje – wyżej macie odpowiedź. Dlatego. No, jest jeszcze jeden powód: ten gość się nie starzeje. Ma 38 lat, a jeździ jak gdyby dopiero co znalazł się w tourze. Naturalnie, rodzi to sporo pytań: skoro raz był już zamieszany w aferę dopingową, skąd mamy pewność, że nie robi tego raz jeszcze? Może powinien ujawnić wyniki badań krwi, jak robią to inni zawodnicy? Hiszpan odpowiada tak:

Wierzę, że każdy może robić, co chce ze swoimi wynikami [chodzi o badania krwi – przyp. red.] – nawet opublikować je w mediach. Z pewnością wierzę, że UCI powinna znać te wyniki. Wierzę też jednak, że lepiej byłoby dla kolarstwa i młodych zawodników czytać o kolarstwie i sportowych osiągnięciach, zamiast o wynikach badań krwi. Nie mam jednak nic do ukrycia. […] W ostatnich latach przeszedłem setki testów antydopingowych, wcześniej byłem zdyskwalifikowany i odbyłem karę. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

Jeśli nie doping, to opcja jest tylko jedna: fenomen. Od powrotu w roku 2012 do dziś wygrał 62(!) razy. Wliczamy etapy, klasyfikacje generalne, wyścigi jednodniowe. Już przebił swój rezultat z dziewięciu sezonów w zawodowym peletonie, jakie przejechał przed dyskwalifikacją. Co roku dyskutuje się, czy aby nie jest już za stary na wielkie triumfy, a on co roku udowadnia, że wręcz przeciwnie.

Jego powrót był zresztą okazały: wygrał etap w pierwszym wyścigu, na którego starcie stanął – Santos Tour Down Under w Australii. Potem było już tylko lepiej. W ostatnich siedmiu sezonach dwa razy najlepszy był na trasie Liege-Bastogne-Liege, cztery raz (z rzędu!) triumfował w Walońskiej Strzale, wygrywał też m.in. Clásica de San Sebastián, wyścig dookoła Kraju Basków, Volta a Catalunya (dwa razy) czy etapy każdego z Wielkich Tourów. I to nie tak, że najlepsze wyniki przyszły w pierwszych latach po dyskwalifikacji – wręcz przeciwnie. Właściwie z sezonu na sezon stawał się lepszy i co roku zachwycał kolejnymi sukcesami. Gdy w 2015 roku belgijski dziennikarz zapytał go – mrugając przy tym okiem – jak to możliwe, Alejandro odpowiedział: „Ponieważ jestem cholernie dobry”.

Mimo wszystko wielu kibiców wciąż ma wątpliwości. Pytają wprost: jak to wytłumaczyć, jeśli nie dopingiem?

Cóż, podjęli się tego zagraniczni eksperci, którzy wskazali na dwa ważne czynniki. Po pierwsze, Valverde stał się znacznie bardziej opanowany – w przeszłości potrafił jedną złą decyzją zawalić sobie cały wyścig. Tak było np. w trakcie Vuelty w 2008 roku, gdy zamiast wysłać jednego ze swoich kolegów po kurtkę przeciwdeszczową, sam podjechał do samochodu swojej ekipy. Potem nie zdołał nadrobić dystansu do rywali. Po drugie, peleton jeździ dziś inaczej niż kilkanaście lat temu – mniej jest szaleńczych ataków, mniej ucieczek, które kończą się powodzeniem. Najlepsi kolarze stali się wyrachowani do granic. Etapy – a nawet całe wyścigi – często przebiegają w wolniejszym tempie, kończąc się sprinterską rozgrywką na finiszu czy oderwaniem się od peletonu na ostatnich kilku kilometrach (tak dzieje się zwykle na górskich etapach) – w takich okolicznościach Hiszpan radził sobie zawsze, z wiekiem nabierając doświadczenia.

Sam Valverde dokłada do tego jeszcze kilka czynników:

Jeśli musiałbym jutro odejść na emeryturę z powodu choroby, kontuzji czy czegokolwiek innego, nie czułbym się smutny, nie miałbym też poczucia, że czegoś mi brakuje. Brak presji pomaga mi osiągać sukcesy. Wygrałem niemal wszystko, co mogłem, przynajmniej raz. Nie zrozumcie mnie źle: uwielbiam wygrywać – zarówno dla siebie, jak i dla zespołu. Ale czuję się teraz zrelaksowany, a w konsekwencji jeżdżę lepiej. […] Pomaga mi też stabilne życie zespołu, jakie mam dzięki Movistarowi. Równie istotne są wakacje, na które co roku wybieram się z żoną, by uciec od tego wszystkiego.

Mimo tego wszystkiego, w kolekcji wciąż brakowało mu mistrzostwa świata. Bezpośrednio po powrocie zgarnął trzy brązowe medalu z rzędu, w kolejnych trzech latach zabrakło go na podium.

Wreszcie

Rok 2017, Tour de France. Alejandro Valverde i kilku innych kolarzy upada na trasie. Hiszpan nie jest w stanie kontynuować wyścigu, zostaje przewieziony do szpitala. Informacje docierające z niego nie są dobre: mówi się nawet o możliwym zakończeniu kariery. W końcu pojawia się oficjalne oświadczenie: rozwalona rzepka, Alejandro czeka operacja, a potem kilka miesięcy rehabilitacji.

Niedługo po wyjściu ze szpitala Hiszpan udziela pierwszych wywiadów. Komunikaty z nich płynące są jasne: nie ma mowy o emeryturze, zależy mu tylko na wyleczeniu się i powrocie do peletonu. Mimo że może zrobić to jeszcze w poprzednim sezonie, decyduje się poczekać do 2018 roku. Wraca, szybko odnosi pierwsze zwycięstwa. Pytany, czy trudniej było wrócić teraz, czy po dyskwalifikacji, odpowiada:

Jest inaczej. W 2012 roku było pięknie, gdy wróciłem i wygrałem etap Tour Down Under, ale teraz zwycięstwa smakują jeszcze lepiej. 2012 był dawno temu, myślę tylko o teraźniejszości i przyszłości. Jestem szczęśliwy. […] Jak długo będę wygrywać, tak długo będę jeździć. Nie wiem, czy jestem najlepszym kolarzem na świecie, ale z pewnością jestem zawodnikiem, który wygrywa duże wyścigi i zawsze jest z przodu.

Gdy to mówił, nie wiedział, że największy sukces wciąż przed nim. Zresztą i bez niego nie miałby na co narzekać: trzynaście zwycięstw w sezonie to wynik więcej niż dobry. Zwłaszcza po tak ciężkiej kontuzji, gdy dziennikarze i eksperci pytali: dlaczego on wciąż jeździ? Przecież nie musi tego robić, osiągnął już wystarczająco wiele. Mógłby siedzieć w domu na zasłużonej emeryturze. Sęk w tym, że on… i tak to robi.

Czuję, że jestem szczęściarzem, uprzywilejowany, bo moje kolarskie życie sprawia, że gdy jestem w domu z rodziną, to naprawdę się tam znajduję. Niektórzy kolarze lubią trenować do wczesnego wieczora, ale ja swoje rundy odbywam przed obiadem, więc zawsze mam możliwość spędzenia popołudnia z rodziną. Byłoby dużo trudniej spędzać z nimi tyle czasu, gdybym miał standardową, rutynową pracę.

Ze wsparciem rodziny, bez stresu i z jasnym celem udał się w tym roku do Innsbrucku. Zresztą cel od wielu lat był taki sam: złoto mistrzostw świata, nic innego się nie liczyło. Jedyna różnica była taka, że w tym sezonie faktycznie udało mu się po to sięgnąć. Po przejechaniu jednej z najtrudniejszych tras w historii mistrzostw i fantastycznym, wcześnie rozpoczętym finiszu, Alejandro Valverde podniósł ręce do góry, wpadł w ramiona przyjaciół, zasłonił twarz rękami i rozpłakał się, ujawniając wszystkie emocje, jakie w nim drzemały.

Wiedziałem, że nie mogę tego zepsuć na ostatnim kilometrze. Wiedziałem, że jeśli tak się stanie, zawiodę zespół i wszystkich, którzy mnie wspierali. To niesamowite uczucie. Brakuje mi słów, nie jestem w stanie w to uwierzyć. Mistrzostwo świata było moim marzeniem. Wiele razy byłem blisko, mam sześć medali , ale żaden nie był złoty. W końcu udało mi się to osiągnąć.

To sukces, który podzielił kolarski świat. Wiele osób wprost przyznało, że wolałoby widzieć na pierwszym miejscu kogoś bez dopingowej przeszłości. Bo przecież Valverde należy do generacji skażonej tą rysą. Inni mówili, że odcierpiał swoje i zasłużył na taki sukces. Jego sukces porównywano do triumfu Aleksandra Winokurowa z igrzysk – kolejnego z zawodników, który spędził dwa lata poza tourem.

Greg Van Avermaet, mistrz olimpijski z Rio, zalicza się do grupy tych, którzy woleli widzieć w Valverde wielkiego mistrza, nie oszusta:

Nie sądzę, że powinniście przywiązywać wagę do jego przeszłości. Jest niesamowicie powtarzalny w swoich osiągnięciach, nie sądzę, by wciąż robił tego typu rzeczy. Zasłużył na ten tytuł. […] Jestem szczęśliwy z jego powodu, jest najlepszym zawodnikiem swojej generacji. Musiał czekać długo, to była jego ostatnia szansa, udało mu się. To czysty talent. Jest zasłużonym zwycięzcą.

Belg pomylił się w jednym: to nie była ostatnia szansa Valverde. Hiszpan ogłosił, że ma zamiar ścigać się co najmniej do igrzysk w Tokio. Nie jest to zaskoczeniem: olimpijskiego medalu Alejandro też nie ma. A patrząc na to, w jakiej jest formie w ostatnich sezonach, jesteśmy w stanie uwierzyć, że za dwa lata o niego powalczy.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
eneene5

Co z reklamami?! Chcę wam dać zarobić, a wy mnie tak zawodzicie!:)

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz