Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi od takich słów zacząć felieton. Straciłem nadzieję. Ale właśnie w momencie życiowego rozstawania się z rozpasanym naiwniactwem i marzycielstwem, spełniło się:

Zadebiutowałem w B-klasie.

Żonę straszyłem od kilku tygodni, nosząc klubową koszulkę na plecach i instruując, by przyzwyczaiła się do zwycięskich barw. Żart był szyderczy – żona doskonale wiedziała, że dwadzieścia minut gry na piasku podczas weszlackiej integracji w Żelechowie przypłaciłem siniakiem wielkości melona – siostra podejrzewała krwotok wewnętrzny – opuchlizną i trzymiesięczną kontuzją.

To co miało ze mną zrobić dziewięćdziesiąt minut w B-klasie?

Wyjechałbym z boiska na taczce?

A może nawet w częściach na taczek tuzinie?

Sam nie wierzyłem więc w luźne zaproszenie, wykorzystując je głównie w celach przekomarzania się z małżonką. Ale zaproszenia nasilały się. Przestały mieć charakter rekreacyjno-komediowy. W pewną sobotę telefon rozdzwonił się o poranku, a informacja była dramatyczna: nie ma kto grać. Beze nie tylko nie złożą składu, co nie złożą jego zrębu. Nie mogłem, ostatecznie zagrali bodajże w ósemkę i zeszli w drugiej połowie.

Nie miałem już w perspektywie paru minut statystowania przy linii, figurowania gdzieś na obrzeżach meczu, ale grania na całego, bez przerw, bez wymówek.

Jak Bartek Wrona wyczułem szansę jedną na milion.

Powiecie – a dlaczego nie KTS Weszło? Moi drodzy, KTS to jest mocna, poważna drużyna, w której nadawałbym się maksymalnie do pompowania piłek. Ja od lat nie grałem w piłkę, nawet na orliku. Kondycja? Nie palę papierosów, ale też nie biegam, nie trenuję na siłowni, lubię zjeść kurczaka po indyjsku u chińczyka, lubię czipsa, lubię słodycza. Granie w zauważalnym wymiarze czasowym w jakimkolwiek meczu graniczyło z szaleństwem. Ale taka okazja mogła się nie powtórzyć.

O dramatyczności sytuacji w drużynie niech zaświadczy fakt, że zorganizowałem jeszcze szwagra – również wiele lat bez gry w piłkę, piłką nawet się nie interesuje – a także dobrego kumpla, który jest orlikowym bramkarzem. Problem w tym, że dobry kumpel, który jest orlikowym bramkarzem, przewidziany był do gry w polu, bo bramka stanowiła jedyną pozycję zawsze obsadzoną przez kapitana, zarazem najaktywniejszego działacza.

Mimo spadochroniarskich, egzotycznych nawet jak na ósmą ligę transferów, i tak nie udało się zebrać jedenastu. Byliśmy raptem w dziesiątkę. Rywal? Lider tabeli, w dodatku wypożyczający boisko, więc w zasadzie mowa o starciu derbowym.

Murawa urzekła od pierwszego wejrzenia. Rosły na niej pieczarki, które jeden z naszych piłkarzy pozbierał na jajecznicę, upewniając się o ich jadalności u mojego szwagra, dysponującego rozległą wiedzą grzybiarską. Później nastąpiło równanie murawy. Kopce kreta? Zlikwidowane przez prezesa praktyczną metodą na „z buta”.

Zakupiłem specjalnie na meczową okoliczność buty, ale jednak reprezentowały poziom orlikowy. Trzymałyby się na tej murawie dobrze gdyby było sucho, ale spadł deszcz. Dostałem więc miejscowe Lopezy. Buty legendy, buty przechodnie, buty lanki, buty bazarówki. Czołowe osiągnięcie mołdawskiej myśli technicznej. Samo założenie Lopezów to plus dziesięć do wszystkich umiejętności.

Orlikowe buty otrzymał w spadku szwagier, który pierwotnie zamierzał wyjść na boisko w zwykłych adidasach do biegania. Nic nie narzekał, spytałem go więc potem:

– Nie ślizgałeś się w tych butach?
– Ślizgałem się jak pojebany.

***

Zmachałem się już na rozgrzewce.

Było to do przewidzenia, zaskoczenia brak, ale jednak głowę jak robak jabłko przegryzała myśl – człowieku, ty się rozgrzewką zmęczyłeś, a chcesz dziewięćdziesiąt minut biegania wytrzymać? Jakim cudem?

Ale adrenalina była znacznie większa od obaw. Wierzcie lub nie, dla mnie ten mecz to było autentyczne wydarzenie.

Wyszedłem na lewej obronie. Nasza taktyka – wybicie z piątki i zobaczymy co się będzie działo. Działy się wyłącznie kontry. Przesuwaliśmy się do połowy boiska, próbowaliśmy straceńczego pressingu, by potem sprintem wracać pod własne pole karne. I tak co chwilę.

Nie grało mi się źle. Kondycja kondycją, musiała dać o sobie w pewnym momencie znać, na to byłem przygotowany. Ale byłem ciekaw jak u mnie typowo z piłką. Kiedyś się grało regularnie, niemal codziennie, styl podwórkowo-przyzwoity. Coś z tego zostało, z piłką przy nodze było w miarę. Raz udała mi się nawet ambitna akcja, po której minąłem dwóch na własnej połowie.

Wtedy przekonałem się, że rację mieli wszyscy ci, którzy mówili – nie jest ważne jaki poziom, zawsze walka jest podobna. Widzicie, w momencie kiwki było już z 0:6. W pierwszej połowie. Chyba nie spodziewaliście się tutaj disneyowskiej historyjki, w której wygrywamy, życie tak nie funkcjonuje. Zbieraliśmy baty i to srogie. Ale tym bardziej minięcie kogoś wchodziło prowadzącym na ambicję. Przecież nie możesz dać się minąć komuś z drużyny, która jest o tyle słabsza. Dostałem ostre wejście.

Po trzydziestu minutach przestałem mieć fizyczną możliwość sprintu. Rywal wiedział, że można puścić piłkę obok i wziąć mnie na obieg. To był moment, kiedy w innej drużynie dla dobra zespołu powinienem zejść. Ale tutaj na betonowych nogach grało się dalej. Robiłem co mogłem, ale na drugim biegu.

W naszej drużynie było kilku dobrych zawodników. Przeszłość w A-klasie, niektórzy nawet wyżej – gdzie indziej by się odnaleźli, robili grę. Ale było ich zbyt niewielu, w dodatku graliśmy na czołową drużynę rozgrywek – to musiało się tak skończyć. Dla nich zapewne mecz był doświadczeniem wybitnie frustrującym.

Nie było dwucyfrówki. Przynajmniej w żadnej z połów. Mieliśmy dobry moment po zmianie stron, kiedy broniliśmy się zwarcie na własnej połowie i przeciwnik nie mógł nic ukłuć. Pamiętam też jednak, że przy 0:14 nasz zawodnik dostał żółtą kartkę za grę na czas. Ostatecznie nie chcieliśmy pobić klubowego rekordu porażki i to udało się dowieźć. Przeciwnik strzelił kilka ładnych bramek i trzeba przyznać, że zachował się fair – szyderka ze strony kibiców wiadoma, ale z ich strony po prostu równa gra, bez żartów, odpuszczania. Gonili za golami jak źli i dobrze, bo każde przerwanie akcji dzięki temu miało lepszy smak.

Jeden w naszej drużynie, najbardziej z nią związany, był w połowie wkurwiony, a w połowie załamany. Od mniej więcej dziesiątej minuty zapewniał, że już nie przyjdzie i to koniec zespołu. Wiadomo, jeśli liczył na wyrównany mecz, mógł się zdziwić. Ale jest druga strona medalu – bez naszych „wzmocnień” klub ryzykował trzeciego walkowera w sezonie.

Z nas trzech żaden nie był rozczarowany. Dla każdego był to debiut. Debiut, o którym żaden z nas nie sądził, że się przydarzy. Każdy mógł szczerze powiedzieć, że dał z siebie ile fabryka dała, a że dała maksymalnie na orlikowe granie – tam będziemy się kopać od najbliższej środy.

Choć nie da się ukryć, że oficjalny mecz, gra jedenastu na jedenastu, ma w sobie ten element autentycznej piłkarskiej magii, której nie posiada ani telewizor, ani trybuna. Korci by przywrócić się do porządnego stanu fizycznego – teraz, po przetrwaniu 90 minut jest wiara, że się uda – i stać się kimś, kto faktycznie może pomóc jakiejś drużynce, choćby jako uzupełnienie z ławki.

Przyznam bez bicia: stary koń ze mnie, trzydzieści lat na karku, a zajawka jak za dzieciaka.

Kto wie, może u was w okolicy też jest zespół, który nie narzeka na przesadną frekwencję?

Leszek Milewski

Napisz autorowi, że wiesz o jaki klub chodzi