Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi od takich słów zacząć felieton. Straciłem nadzieję. Ale właśnie w momencie życiowego rozstawania się z rozpasanym naiwniactwem i marzycielstwem, spełniło się:

Zadebiutowałem w B-klasie.

Żonę straszyłem od kilku tygodni, nosząc klubową koszulkę na plecach i instruując, by przyzwyczaiła się do zwycięskich barw. Żart był szyderczy – żona doskonale wiedziała, że dwadzieścia minut gry na piasku podczas weszlackiej integracji w Żelechowie przypłaciłem siniakiem wielkości melona – siostra podejrzewała krwotok wewnętrzny – opuchlizną i trzymiesięczną kontuzją.

To co miało ze mną zrobić dziewięćdziesiąt minut w B-klasie?

Wyjechałbym z boiska na taczce?

A może nawet w częściach na taczek tuzinie?

Sam nie wierzyłem więc w luźne zaproszenie, wykorzystując je głównie w celach przekomarzania się z małżonką. Ale zaproszenia nasilały się. Przestały mieć charakter rekreacyjno-komediowy. W pewną sobotę telefon rozdzwonił się o poranku, a informacja była dramatyczna: nie ma kto grać. Beze nie tylko nie złożą składu, co nie złożą jego zrębu. Nie mogłem, ostatecznie zagrali bodajże w ósemkę i zeszli w drugiej połowie.

Nie miałem już w perspektywie paru minut statystowania przy linii, figurowania gdzieś na obrzeżach meczu, ale grania na całego, bez przerw, bez wymówek.

Jak Bartek Wrona wyczułem szansę jedną na milion.

Powiecie – a dlaczego nie KTS Weszło? Moi drodzy, KTS to jest mocna, poważna drużyna, w której nadawałbym się maksymalnie do pompowania piłek. Ja od lat nie grałem w piłkę, nawet na orliku. Kondycja? Nie palę papierosów, ale też nie biegam, nie trenuję na siłowni, lubię zjeść kurczaka po indyjsku u chińczyka, lubię czipsa, lubię słodycza. Granie w zauważalnym wymiarze czasowym w jakimkolwiek meczu graniczyło z szaleństwem. Ale taka okazja mogła się nie powtórzyć.

O dramatyczności sytuacji w drużynie niech zaświadczy fakt, że zorganizowałem jeszcze szwagra – również wiele lat bez gry w piłkę, piłką nawet się nie interesuje – a także dobrego kumpla, który jest orlikowym bramkarzem. Problem w tym, że dobry kumpel, który jest orlikowym bramkarzem, przewidziany był do gry w polu, bo bramka stanowiła jedyną pozycję zawsze obsadzoną przez kapitana, zarazem najaktywniejszego działacza.

Mimo spadochroniarskich, egzotycznych nawet jak na ósmą ligę transferów, i tak nie udało się zebrać jedenastu. Byliśmy raptem w dziesiątkę. Rywal? Lider tabeli, w dodatku wypożyczający boisko, więc w zasadzie mowa o starciu derbowym.

Murawa urzekła od pierwszego wejrzenia. Rosły na niej pieczarki, które jeden z naszych piłkarzy pozbierał na jajecznicę, upewniając się o ich jadalności u mojego szwagra, dysponującego rozległą wiedzą grzybiarską. Później nastąpiło równanie murawy. Kopce kreta? Zlikwidowane przez prezesa praktyczną metodą na „z buta”.

Zakupiłem specjalnie na meczową okoliczność buty, ale jednak reprezentowały poziom orlikowy. Trzymałyby się na tej murawie dobrze gdyby było sucho, ale spadł deszcz. Dostałem więc miejscowe Lopezy. Buty legendy, buty przechodnie, buty lanki, buty bazarówki. Czołowe osiągnięcie mołdawskiej myśli technicznej. Samo założenie Lopezów to plus dziesięć do wszystkich umiejętności.

Orlikowe buty otrzymał w spadku szwagier, który pierwotnie zamierzał wyjść na boisko w zwykłych adidasach do biegania. Nic nie narzekał, spytałem go więc potem:

– Nie ślizgałeś się w tych butach?
– Ślizgałem się jak pojebany.

***

Zmachałem się już na rozgrzewce.

Było to do przewidzenia, zaskoczenia brak, ale jednak głowę jak robak jabłko przegryzała myśl – człowieku, ty się rozgrzewką zmęczyłeś, a chcesz dziewięćdziesiąt minut biegania wytrzymać? Jakim cudem?

Ale adrenalina była znacznie większa od obaw. Wierzcie lub nie, dla mnie ten mecz to było autentyczne wydarzenie.

Wyszedłem na lewej obronie. Nasza taktyka – wybicie z piątki i zobaczymy co się będzie działo. Działy się wyłącznie kontry. Przesuwaliśmy się do połowy boiska, próbowaliśmy straceńczego pressingu, by potem sprintem wracać pod własne pole karne. I tak co chwilę.

Nie grało mi się źle. Kondycja kondycją, musiała dać o sobie w pewnym momencie znać, na to byłem przygotowany. Ale byłem ciekaw jak u mnie typowo z piłką. Kiedyś się grało regularnie, niemal codziennie, styl podwórkowo-przyzwoity. Coś z tego zostało, z piłką przy nodze było w miarę. Raz udała mi się nawet ambitna akcja, po której minąłem dwóch na własnej połowie.

Wtedy przekonałem się, że rację mieli wszyscy ci, którzy mówili – nie jest ważne jaki poziom, zawsze walka jest podobna. Widzicie, w momencie kiwki było już z 0:6. W pierwszej połowie. Chyba nie spodziewaliście się tutaj disneyowskiej historyjki, w której wygrywamy, życie tak nie funkcjonuje. Zbieraliśmy baty i to srogie. Ale tym bardziej minięcie kogoś wchodziło prowadzącym na ambicję. Przecież nie możesz dać się minąć komuś z drużyny, która jest o tyle słabsza. Dostałem ostre wejście.

Po trzydziestu minutach przestałem mieć fizyczną możliwość sprintu. Rywal wiedział, że można puścić piłkę obok i wziąć mnie na obieg. To był moment, kiedy w innej drużynie dla dobra zespołu powinienem zejść. Ale tutaj na betonowych nogach grało się dalej. Robiłem co mogłem, ale na drugim biegu.

W naszej drużynie było kilku dobrych zawodników. Przeszłość w A-klasie, niektórzy nawet wyżej – gdzie indziej by się odnaleźli, robili grę. Ale było ich zbyt niewielu, w dodatku graliśmy na czołową drużynę rozgrywek – to musiało się tak skończyć. Dla nich zapewne mecz był doświadczeniem wybitnie frustrującym.

Nie było dwucyfrówki. Przynajmniej w żadnej z połów. Mieliśmy dobry moment po zmianie stron, kiedy broniliśmy się zwarcie na własnej połowie i przeciwnik nie mógł nic ukłuć. Pamiętam też jednak, że przy 0:14 nasz zawodnik dostał żółtą kartkę za grę na czas. Ostatecznie nie chcieliśmy pobić klubowego rekordu porażki i to udało się dowieźć. Przeciwnik strzelił kilka ładnych bramek i trzeba przyznać, że zachował się fair – szyderka ze strony kibiców wiadoma, ale z ich strony po prostu równa gra, bez żartów, odpuszczania. Gonili za golami jak źli i dobrze, bo każde przerwanie akcji dzięki temu miało lepszy smak.

Jeden w naszej drużynie, najbardziej z nią związany, był w połowie wkurwiony, a w połowie załamany. Od mniej więcej dziesiątej minuty zapewniał, że już nie przyjdzie i to koniec zespołu. Wiadomo, jeśli liczył na wyrównany mecz, mógł się zdziwić. Ale jest druga strona medalu – bez naszych „wzmocnień” klub ryzykował trzeciego walkowera w sezonie.

Z nas trzech żaden nie był rozczarowany. Dla każdego był to debiut. Debiut, o którym żaden z nas nie sądził, że się przydarzy. Każdy mógł szczerze powiedzieć, że dał z siebie ile fabryka dała, a że dała maksymalnie na orlikowe granie – tam będziemy się kopać od najbliższej środy.

Choć nie da się ukryć, że oficjalny mecz, gra jedenastu na jedenastu, ma w sobie ten element autentycznej piłkarskiej magii, której nie posiada ani telewizor, ani trybuna. Korci by przywrócić się do porządnego stanu fizycznego – teraz, po przetrwaniu 90 minut jest wiara, że się uda – i stać się kimś, kto faktycznie może pomóc jakiejś drużynce, choćby jako uzupełnienie z ławki.

Przyznam bez bicia: stary koń ze mnie, trzydzieści lat na karku, a zajawka jak za dzieciaka.

Kto wie, może u was w okolicy też jest zespół, który nie narzeka na przesadną frekwencję?

Leszek Milewski

Napisz autorowi, że wiesz o jaki klub chodzi

KOMENTARZE (45)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

WieslawWojnar

Jak to się ma do artykułu?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

WieslawWojnar

O w mordę, mam followera!

OzjaszGoldberg
Maccabi Petach Tikwa

Chyba stalkera

JesusChristPose
Legia Warszawa

i jak? stoi ci?

OzjaszGoldberg
Maccabi Petach Tikwa

Niggga whaaaat?

Kondredd
Ciupakabra Klukosieki

No żeż w mordę. Sam właśnie skończyłem 39 lat, też nie uprawiam regularnie sportu, jem co chcę, nie stronię od gnicia przy lapku i raz na parę tygodni pykam na orliku lub hali. I bez problemu zasuwam tam godzinę czy dwie, a dwudziesto- i trzydziestolatkowie nie mogą mnie dogonić. Co się z Wami ludzie porobiło, drogi Leszku?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

efrenbatareyes

Kurzak Nic dodać, nic ująć. Pamiętaj pierwsze mecze w a klasie do której przychodziłem jako całkiem dobry zawodnik ligi szóstek i… nie ma co porównywać. Inny przegląd pola, inaczej się biegało, ustawiało, po prostu grało. Bardzo ciężko było się przestawić. Na orlik dzisiaj sobie wychodzę pohasać (39lat), a na pełnowymiarowe nawet myślami nie wybiegam… Moim zdaniem, bez treningu nie ma to sensu.

Kondredd
Ciupakabra Klukosieki

Możliwe, że macie rację, Panowie. Chętnie zweryfikuję to kiedyś na pełnowymiarowym polu bitwy, bo nie miałem takiej możliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że młodziaki często wyglądają przy mnie słabo.

LOBO

Tak jak kolega napisał, duże boisko, a hala czy orlik to zupełnie inna dyscyplina, nie ma co porównywać. Chociaż jeżeli grając na hali czy orliku żresz od pola karnego do pola karnego i wyszarpujesz każdą piłkę to w takim razie zmarnowałeś swój potencjał nie idąc w stronę sportu.

Krzycho

Wg mnie większa intensywność jest na hali niż na dużym boisku. Na dużym boisku jest 10 zawodników, na hali tylko 4-ech, na dużym możesz sobie chwilę odpocząć bo jest jeszcze 9 innych,m na hali nie ma na to szans. Naturalnie mówimy o jakimś sensownym a nie rekreacyjnym graniu. Oczywiście inaczej się gra na hali (nawet piłka jest inna) niż na dużym boisku, halówka intensywnością bardziej przypomina hokej.

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

Kuwa, 13 lat grałem amatorsko (3 tytuły akademickie MP na normalnym boisku, 1 na hali, wszelakie rozgrywki „zakładowe”, „pod balonem” – o „Orlikach” wtedy nikomu się nie śniło, „zawodowo” 4 treningi na 4 lidze i spierdoliłem stamtąd, bo to kurwa banda rzeźników była) na pełnym wymiarze 90 minut, zapierdalałem jak dzik na prawym skrzydle od 16-tki do 16-tki, potrafiłem w przerwie spalić cichaczem fajkę żeby trener nie widział i w drugiej połowie dalej zapierdalałem, a koledzy co w życiu papierosa w ryju nie mieli rękawami oddychali po 25 minutach, pod wodą przepływałem 2x25m z nawrotem… potem standard: mikropęknięcia we włóknach mięśniowych, rehabilitacja, teraz niedawno łatanie achillesa, który zaczął się ni z gruchy ni z pietruchy odzywać … w tenisa stołowego daję radę godzinę, na halę trochę drygam się iść żeby się znowu wszystko nie odezwało … czyli wg LOBO zmarnowałem swój potencjał? ;( ;( ;( … 😀 … taki lajf…

Krzycho

Gra grze nierówna, nieważne na jakim boisku. Ludziom się wydaje ze jak wyjda pograć na orlika przez godzine czy półtorej i nie umierają pod koniec – że to prawdziwa gra w piłkę. Grałem na dużym boisku, na hali, na orlikach i wiem na czym polega różnica: na intensywności. Np. na hali (4+bramkarz) jak nie zapierdzielasz non stop na 100% to tak naprawdę nie grasz, tylko sobie pykasz. Pamiętam jak awansowaliśmy w niezłym stylu z lokalnej 2 ligi do 1 ligi i na dzień dobry dostaliśmy faworyta rozgrywek. My sobie przez pierwsza połowę pykaliśmy tak jak poprzednio w 2 lidze, a oni grali, wynik po 20 minutach: 0:5. W przerwie postanowiliśmy jednak zapierdalać tam i nazad, robić częstsze zmiany (na zasadzie kto nie ma siły wrócić musi się zmienić), trochę też rozszyfrowaliśmy ich grę (to byli naprawdę przyzwoici grajkowie, mieli regularne treningi, nawet mieli własnego sponsora, który coś im tam płacił) i okazało się że druga połowę zremisowaliśmy 3:3. Goście byli mocno zdziwieni, bo po pierwszej połowie spodziewali się raczej spokojnej dwucyfrówki, a tu zonk, jakaś zbieranina utarła im nosa i w 2 połowie częściej mieli do siebie pretensje niż gratulowali sobie udanych zagrań, co raczej sugeruje ze nie odpuścili, tylko my zagraliśmy dużo lepiej. Wg znajomych ta 2 połowa była jednym z najlepszych kawałków piłki halowej jaką oglądali w tych rozgrywkach. Ale właśnie dlatego ze obie druzyny zagrały na pełnej intensywności, nie było ani chwili przestoju, odpoczywania / stojanowa. Pamiętam że po tym meczu długo się zbieraliśmy z szatni, takiego wysiłku nigdy wcześniej nie włożyliśmy w cały mecz a co dopiero mówić o jednej połowie. To było jakieś 300% naszej normy :)
Niestety, okazało się że to był początek końca naszej zbieraniny, część ludzi uznała że to nie ich poziom i nie stać ich na takie regularne zapierdalanie, zwłaszcza że w przypływie dobrych pomysłów postanowiliśmy tak samo zapierdalać także na treningach (1 czasem 2 x w tygodniu). Bardziej im pasowało 2-ligowe pykanie dla przyjemności, niż faktyczna ciężka harówa. Ten pierwszy meczyk otworzył nam oczy i pokazał różnicę między pykaniem a prawdziwym graniem. Po 1 rundzie byliśmy bodajże na 3 miejscu od końca (na 12 zespołów, co i tak było super wynikiem) ale do 2 rundy już nie przystąpiliśmy. Nie było komu grać :) Za to rekreacyjnie, na hali czy orliku jeszcze sobie czasem pykaliśmy, wspominając nasze złote, 1-ligowe czasy :)

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Krzycho

Na dużym boisku grałem zwykle jako boczny pomocnik (częściej jako lewy, choć lepszą mam prawą nogę) – czyli bieganie box-to-box i chyba nigdy się tak nie zajechałem jak w tej jednej połowie na hali. A jestem z tych co to nigdy nie odpuszczali, że tam akcja idzie a ja odwalam stojanowa i mam w dupie. Nie zgadzam się, że samą techniką bez ruchliwości i szybkości wygrasz na hali 20:0, własnie na hali trzeba się ruszac non stop, naciskać, próbować odbierać, szukać wolnej pozycji na zagęszczonym polu. Tak własnie nas w pierwszej połowie meczu ojebali 5:0 , granie szybką piłką, dużo z klepy i non stop szukając wolnej pozycji. Żadne tam techniczne cuda, kiwki itd. Dla nas to było coś zupełnie innego niż do tej pory sami pokazywalismy, przeskok był niesamowity.
Interwały na hali sa krótsze ale intensywniejsze i są cały czas, bo na małym boisku nie ma że akcja jest po drugiej stronie, cała 4-ka przez cały czas bierze udział w grze i cały czas na 100%.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Krzycho

Wg mnie w nizszych klasach rozgrywkowych jest więcej biegania, bo poziom jest niższy, piłka rzadziej słucha i trzeba latać tam i nazad co kilkanascie/kilkadziesiąt sekund. Oczywiście są zespoły, w których część składu lub nawet cały gra rekreacyjnie, ale generalnie obaj z nas pewnie lepiej by wyglądali w przeciętnym zespole w ekstraklapie (co wcale nie znaczy że wyglądalibyśmy dobrze) niż w przeciętnym zespole z I czy II ligi.

Maciej Stolarczyk Hard Pressing
Wisła Kraków

Ach, ostatnia liga niemiecka w rejonie (Kreisklasse), 14-16 drużyn, z czego dwie wysypują się na starcie sezonu, grało się. Na hali graliśmy jako trening i turnieje w zimę, peem wam, że porównanie ciężko zrobić, chociaż duże boisko na początku robi lepsze wrażenie (i jest bardziej męczące).

Na hali musisz być non stop w ruchu, to prawda mieć lepszą technikę (bo inaczej nawet bieganie Ci nie pomoże), ale też masz lotne zmiany, co bardzo pomaga. I masz mniej sprintów, co sprawia, że gra na hali jest bardziej podobna do ćwiczeń gimnastycznych czy siłowni, męczysz się, ale jednak masz to pod kontrolą, oddech jest bardziej wyrównany (co jest niesamowicie ważne, co powiedzą wam długodystansowcy), nie ma dużych i gwałtownych obciążeń dla mięśni jak wyskoki i sprinty.

Na dużym boisku często masz kilka, kilkanaście sprintów z rzędu zależnie od tego w jakim sektorze się toczy gra, ale czasami masz też stojanowa – różnie bywa. Ja zauważyłem, że najbardziej nabiegałem się w meczach, gdzie rywale byli o klasę lub dwie lepsi: po prostu ich technika+kondycja są takie, że nie nadążasz za nimi, tylko biegasz jak żyd po pustym sklepie. Jeśli masz pecha, grasz na prawej i akcje toczą się tylko tą stroną, to zdecydowanie masz szansę zajechać się i w 10 minut. Ale jak nauczysz się „strefowego” biegania, to masz większe szanse na łapanie oddechu, kwestia rozłożenia sił to ważna sprawa (częstą i złą uwagą kierowaną w stronę polskich piłkarzy jest to, że nie nakurwiają od początku do końca, ale jak pokazały kazusy Lecha i Lechii w meczach z Wisłą, bardzo łatwo w drugiej połowie opaść z sił przy takim graniu). Wracając do tematu, z uwagi na dłuższe dystanse, sprinty, zderzenia i wyskoki, to jest większa szansa na przegrzanie mięśni, stłuczenia, naciągnięcia na dużym boisku, co rzutuje na zmęczenie. Dlatego treningów na hali nigdy nie czułem w kościach, owszem dusiłem się, ale po złapaniu oddechu, powiedzmy godzinę po treningu było już ok, często grało się turnieje cały dzień z 4-6 meczami, za to po każdym meczu na dużym boisku byłem tak wypompowany i obolaly, że dojście do siebie zajmowało mi dzień-półtora. Moja drużyna prawie zawsze dawała z siebie wszystko, co było dodatkowo motywujące do wypruwania sobie flaków. Peem wam, że problem polskich piłkarzy mniej leży w kondycji, co w surowości technicznej. Co z tego, że wybiegasz 13 km, kiedy piłka odskakuje ci na 10 metrów? To jasne, że wtedy biegasz za piłką. Tymczasem tu chodzi o to właśnie, żeby po oficjalnych treningach zostawać jak Messi czy Ronaldo i ćwiczyć żonglowanie piłką, przyjęcia, zwody, uczyć się jak ustawiać stopę do rzutów wolnych, popracować nad mięsniami „centrum” na siłowni czy nad „elastycznością” więzadeł, co poprawia wydajność mięśni. Wisła z Lechem przebiegła 119 km i wygrała 5:2, chwała jej za to, ale na dłuższą metę bieganie powyżej 115 km może być oznaką słabości. W polskiej lidze jak masz technicznego zawodnika jak Żurkowski, to mu nogi połamią. 15-16 latkowie często odpadają z przedbiegów, bo jakiś rzeźnik przeambicjonowanego trenera młodzieżowców połamie mu kości.

Podsumowując, jeśli nie biegasz jak wariat na dużym boisku, to masz szansę mniej się męczyć, ale jako że na hali masz lotne zmiany, to jednak duże boisko wygrywa. Pamiętam pierwszy mecz na dużym boisku, to mi gały wyłaziły z wrażenia, jakie to wielkie. Nagle wcale przeciwnicy nie byli tak blisko jak się wydawało w telewizji, tylko 5-10 metrów i trzeba było dosprintowywać i doskakiwać (później odkryłem, że przy braku posiadania piłki lepiej wybrać sobie przylepę). Inne wrażenie z grania.

bogdan

Dzisiejszy felieton prawie jak „90 minut” Vegha :)

Vooyek_Zbooyek

Też grałem w B-klasie. Wszystko tu opisane się zgadza. Pamiętam mecz pod Warszawą, gdzie przez środek boiska na skos popier**lała ścieżka ze wsi do wsi, a przebieraliśmy się na pace od żuka. Lało i wiało tak, że działacze przeciwnika podrzucili nam do tego żuka dwie małpki na rozgrzewkę przed rozgrzewką. Kończę, bo się zaraz rozkleję…

Krzycho

Ja sobie kiedyś skręciłem kostkę na jakims kretowisku, to tez była B-klasa (a grałem na „pożyczonej” karcie, musiałem pamiętać że jestem jakiś Robert :D), i tak dograłem z tą nogą prawie całą druga połowę, na czystej adrenalinie (choć ból czułem, ale nie było nikogo na zmianę). Po meczu miałem problem ze zdjęciem buta, tak mi stopa spuchła, Od tej pory prawą kostkę mam wyraźnie grubszą niż lewą 😀

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Zenon Zawodowiec

Na pocieszenie: jeśli wytrzymałeś 30 minut biegania wiedz, że lewy skrzydłowy reprezentacji Polski wytrzymuje niewiele dłużej, więc nie jest tak źle. 😛

gryf01

Pewnie, że tak! Zresztą, mało to takich w ekstraklasie co po pół godziny oddychają rękawami?
A i taktyka zazwyczaj taka sama – wybić z piątki a potem się zobaczy. :)

efrenbatareyes

Brawo Leszku! Bundesliga ma swoją magię, jak również pełnowymiarowe boisko i gra po jedenastu. Brawo Ty, raz jeszcze, tylko pamiętaj, nowe buty na mecz to bardzo słaby pomysł, a na rozgrzewce musi przytkać!

Habanero
Las Palmas

Kurczę liczylem na disneyowskie zwycięstwo z golem w tle, mam też wątpliwości co do legalności debiutu, nawet w b-klasie trzeba zawodnika zgłosić w okręgu.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

JesusChristPose
Legia Warszawa

zapewne to był okręg WARSZAWSKI!!! Jedziesz Janko Zdjęcie profilowe semikonduktor

Steffel
RKS Sarmata Warszawa

To musiał być niewątpliwie szlagier Mazur II Radzymin – Pogoń Józefów. Spektakularne 25-0 odbiło się szerokim echem od Karpat po Andy. Natomiast o klasycznym hattricku, skompletowanym przez gwiazdę zespołu z ulicy Wołomińskiej, Krzysztofa Taracha pomiędzy 82 a 87 minutą, mieszkańcy Radzymina będą opowiadać wnukom.

mcz
Bałtyk Międzywodzie

Chyba nie ten mecz, bo Leszek pisał, że nie wpadło 10 goli w jednej połowie, a przy 25-0 jeśli nie w obu to przynajmniej w jednej połowie musiałoby dwucyfrówka wpaść.

Steffel
RKS Sarmata Warszawa

Racja Szanowny Panie, nie doczytałem tego fragmentu. No to w takim razie musiał to być mecz ze Złym. Nie ma bata.

dejwid Ildefons dzbankowiak
prezes bałwanów i pierwsza beksalala na Weszło

Nie zauważyłeś małej podpowiedzi – „bez naszych „wzmocnień” klub ryzykował trzeciego walkowera w sezonie.” A Zły wygrał 16:0 w 1 kolejce. Więc Mileś raczej zagrał w meczu Sokół Skromnica – Orzeł Wróblew 0:18.

Bartek Kiezun

30lat? Stary koń? Masz przed sobą 15lat grania.

Vooyek_Zbooyek

Doprecyzujmy: 15 lat grania na wysokim poziomie!

Mieciokiler

Nie przejmuj sie w swoim debiucie przegralem 10:0. Ale pozniej sie odkulem, najwyzsze zwyciestwo 22:0.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Stój Chalina
Leeds United

Na FB ktoś sugeruje, że był to mecz Sokół Skromnica vs Orzeł Wróblew – Ornitologiczne Derby Polski. xD

qdlaty81
WIDZEW

Leszek dawaj znac. Mam czterech chetnych, nawet z doświadczeniem U16 😉

Mocarny Mirmil

Zacząłem pisać cały elaborat na temat „Moja przygoda z piłką i B-klasą”, ale stwierdziłem, że i tak nikt tego nie przeczyta, więc zrobiłem tld;dr xD

Moja przygoda z graniem w niższych ligach skończyła się zaraz po awansie do A-klasy – po jednym z pierwszych meczów wpadł do nas wkurwiony sędzia z krzykiem, że on nam pieniędzy nie odda, że jak on miał dać nam karnego, jak żeśmy nawet im w pole karne nie weszli, że jesteśmy chujowi i reklamacji nie uwzględnia. Wyszedł, a zaraz po nim wbił prezes, równie wkurwiony, wrzeszcząc że wisimy mu 2 stówy za sędziego, i że jak można przegrać kupiony mecz xD Więcej mnie w klubie nie widzieli, wolę się kopać po czole na orliku czy na hali.

Sam awans też trochę śmierdział, bo już po rozegraniu wszystkich kolejek doliczyli nam walkower za mecz na samym początku rundy – jedyny zremisowany mecz w całej rundzie (reszta to wygrane lub wysokie wygrane). Dzięki tym dwóm zarobionym punktom udało się wyprzedzić lidera – z którym to graliśmy w ostatniej kolejce, który położył lachę na mecz z nami bo wiedział, że niezależnie od wyniku skończy sezon na pierwszym miejscu. : D
Takie tam, uroki niższych lig.

Przemyslaw

Coś ta bajka kupy się nie trzyma. Skoro, jak wpiszesz, wygraliście wszystko oprócz pierwszego meczu, to jakim cudem nie skończyliście na pierwszym miejscu? Jakim cudem niby drużyna, z którą graliście ostatni mecz, mogła położyć lachę i być na pierwszym miejscu bez względu na wynik z wami? Skoro z tą drużyną również wygraliście, to nawet w przypadku, gdy wszystkie pozostałe mecze mieli oni wygrane, to nawet wy remisując pierwszy mecz mielibyście o o 1 punkt więcej od nich: oni zdobyli max punktów minus 3 (porażka z wami), a wy max punktów minus 2 (remis z pierwszym meczu). Chyba że daliście się wrobić i zrobiliście zrzutkę na kupno walkowera, który i tak był całkowicie zbędny 😀

Mocarny Mirmil

Mea culpa – byłem zmęczony jak to pisałem 😛 Opisałem tylko rundę wiosenną, bo wtedy dołączyłem ja i paru innych chłopaków. Cała wiosna to było właśnie gonienie lidera, który jak na złość również wygrywał mecz za meczem, i przed ostatnią kolejką, graną z nami, niby wciąż miał bezpieczną przewagę. 😀 Mecz wygraliśmy jakoś 8-0, bo oni byli skacowani po festynie i pewni awansu. Parę dni później dostaję telefon od prezesa, że hehe, jednak mamy awans i lidera, bo dali nam walkower za mecz z początku rundy xD
Oczywiście zrobiła się gunwoburza, zakończona tym, że do A-klasy weszły dwie drużyny zamiast jednej, bo w sumie czemu nie.

wpDiscuz