Po ciemnej stronie siatki
Inne sporty

Po ciemnej stronie siatki

Bogata kariera. Status gwiazdy w ojczyźnie. Kontrakt, który okazał się pocałunkiem śmierci. Tajemniczy biznes i setki tysięcy euro w tle. Zabójstwo, które szokuje nawet w czasach, kiedy morderstwa mają w mediach stałą ramówkę – śmierć Holenderki Ingrid Visser była najgłośniejszą sprawą kryminalną, jaką pamięta siatkówka. I o której na pewno już nigdy nie zapomni.   

***

„El cadáver”, czyli zwłoki

Hiszpańska policja grób odkryła w niedzielę. Trop doprowadził do Alquerías, niewielkiej miejscowości położonej 12 kilometrów na wschód od Murcji. Konkretnie do sadu cytrynowego należącego do niejakiego Serafina de Alby.

Podczas przeczesywania ogrodu funkcjonariusze zauważyli plac zruszonej ziemi, który mocno wyróżniał się na suchych jak pieprz uprawach. Zaczęli kopać. Nie trwało to długo, ponieważ natrafili na coś już na głębokości zaledwie pół metra. Były to plastikowe worki, a w nich poćwiartowane zwłoki dwóch osób. Torby dodatkowo zostały przysypane jeszcze grubą warstwą sody kaustycznej, której mordercy użyli, aby przyspieszyć proces rozkładu ciał. Widać było, że napastnicy działali w dużym pośpiechu. Nie dość, że zakopali zwłoki bardzo płytko, to jeszcze w miejscu, które trudno było nazwać niedostępnym: około trzydziestu metrów od wiejskiego domu, a sama posesja mieściła się blisko skrzyżowania i restauracji.

Od razu po odkryciu grobu niemożliwe było więc potwierdzenie, czy ciała należały do zaginionej 36-letniej Ingrid Visser i jej 57-letniego partnera Lodewijka Severeina. Chociaż uwagę policjantów zwrócił fakt, że były to szczątki dwóch bardzo wysokich osób, a takich właśnie szukali. Ciała były jednak w takim stanie, że potrzebne były badania DNA. Lekarze wkrótce potwierdzili jednak tożsamości ofiar, a także dostarczyli nowych faktów – zanim ciała zostały poćwiartowane, ofiary były torturowane. Urazy czaszek świadczyły o tym, że para była bardzo długo katowana tępym narzędziem. Mężczyzna miał też złamaną szczękę i był praktycznie pozbawiony zębów.

Kolejnego dnia, 27 maja 2013 r., szef policji w Murcji Cirilo Duran powiedział na konferencji prasowej, że do zbrodni doszło prawdopodobnie „z powodów biznesowych”. Jakich? Tego funkcjonariusze jeszcze nie wiedzieli, ale chcieli dowiedzieć się przesłuchując trójkę podejrzanych, których już zatrzymano. Jednym z nich był Juan Cuenca Lorente, były dyrektor nieistniejącego już klubu CAV Murcia 2005, w którym kilka lat wcześniej występowała holenderska siatkarka.

„El estrella de voleibol”, czyli gwiazda siatkówki

Ingrid Visser była w swoim kraju pomnikiem.

Zaczynała w połowie lat 80. w klubie VC Nesselande. Wyrośnięta młoda środkowa od początku uznawana była za cudowne dziecko holenderskiej siatkówki, dlatego nikogo specjalnie nie dziwiło, że pierwszy mecz w kadrze rozegrała przeciwko Ukrainie w 1994 r. zaledwie w wieku 17 lat. Mało tego, już rok później świętowała z reprezentacją wygraną w mistrzostwach Europy, a w 1996 r. wystąpiła na igrzyskach olimpijskich w Atlancie, gdzie Holandia zajęła piąte miejsce.

29.09.2009 LODZ HALA ARENA LODZ CEV ORLEN WOMEN EUROPEAN CHAMPIONSHIPS MISTRZOSTWA EUROPY KOBIET SIATKOWKA KADRA REPREZENTACJA POLSKA BELGIA INGRID VISSER KAMIL JOZWIAK / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Ingrid Visser podczas mistrzostw Europy w Polsce w 2009 r. 

W końcu musiały upomnieć się o nią silne zagraniczne kluby i tak się stało. Z VVC Vught najpierw trafiła do ligi brazylijskiej, następnie do włoskiej. Największe sukcesy świętowała jednak po przeprowadzce do Hiszpanii, gdzie najpierw w latach 2001-2003 występowała w Las Palmas (jeden tytuł mistrzyni kraju), a następnie przez cztery lata w Teneryfie. Z tym drugim klubem zdobyła aż trzy mistrzostwa oraz przede wszystkim wygrała Ligę Mistrzów w sezonie 2003/2004 (sama została wybrana najlepszą blokującą rozgrywek). Dla hiszpańskiej żeńskiej siatkówki był to jedyny jak dotąd triumf w tym najważniejszym z europucharów. Na Teneryfie przez jeden sezon jej klubową koleżanką była nasza Milena Rosner.

Dobrze wiodło jej się też w reprezentacji, której przez lata była kręgosłupem. W 2007 r. Holenderki wygrały trochę niespodziewanie World Grand Prix po drodze pokonując dwukrotnie m.in. Polki. Z kolei dwa lata później Oranje z nią w składzie zdobyły srebro rozgrywanych w naszym kraju mistrzostw Europy. Visser karierę reprezentacyjną zakończyła w 2011 r. mając na koncie rekordowe 514 spotkań. – Zawsze mogliśmy na nią liczyć. Była wierna nawet czasach, kiedy reprezentacja nie grała za dobrze. Przez długi czas to ona była najbardziej znaną twarzy drużyny – mówił były selekcjoner Bert Goedkoop.

U schyłku kariery podpisywała już umowy kierując się przede wszystkim chęcią zapewniania sobie jak najlepszej przyszłości finansowej, stąd kontrakt w Azerbejdżanie.

„El mayor error”, czyli największy błąd

Zanim jednak zaczęła odcinać kupony, w 2009 r. dała się skusić na wysoki kontrakt w CAV Murcia 2005, czyli w klubie, który na siatkarskiej mapie Hiszpanii istniał dopiero od kilku lat. Według niektórych źródeł, propozycja należała jednak do gatunku tych nie do odrzucenia – na stole położono przed nią umowę opiewającą na 300 tys. euro rocznie. Jak na siatkówkę żeńską była to królewska oferta, a tym bardziej dla zawodniczki już po trzydziestce.

W Murcji o nowym klubie najczęściej mówiło się w kontekście wręcz nieograniczonego budżetu. Drużyna była wymysłem Evedasto Lifante, znanego lokalnego biznesmena, który dorobił się na branży budowlanej, bo ta wówczas wprost rozkwitała w tamtej części Hiszpanii. Sam był zresztą właścicielem m.in. kamieniołomu marmuru położonego w Sierra de Quibas. W mieście dla jednych uchodził za dobroczyńcę, który cieszył się sporym zainteresowaniem lokalnych mediów, dla drugich był członkiem szemranego towarzystwa. Dziennik „El País” stawiał nawet znak zapytania, czy wspomniany kamieniołom nie był przypadkiem tylko miejscem do prania brudnych pieniędzy, bo teren od lat był nieczynny, podobnie jak i nie działała obsługująca go firma. Chociaż Lifante biznesów miał więcej, chociażby knajpę Pétalos w centrum Murcji, która w rzeczywistości była po prostu burdelem. Lokal był znany w mieście, a jego wielkie reklamy jeździły nawet na tyłach miejskich autobusów – konkretnie blondynki skąpane w płatkach róż.

Evedasto Lifante zawsze był też zakręcony na punkcie sportu. Kilka lat wcześniej próbował wejść do piłki, ale zobaczył, że to jednak nie jego bajka. Przeniósł więc swoje uczucie na siatkówkę żeńską, bo uznał, że tam konkurencja jest mniejsza i łatwiej o szybki sukces. Wiedział jednak, że sam nie będzie miał czasu prowadzić klubu, dlatego jako swoją prawą rękę zatrudnił mającego już doświadczenie w siatkówce Juana Cuencę, dając mu fuchę dyrektora. Ten miał jasny plan na drużynę – wyszukiwał gwiazdy w podeszłym już sportowo wieku, ale mogące jeszcze grać na wysokim poziomie przez sezon-dwa. I to właśnie Cuenca wymyślił Ingrid Visser.

Zrzut ekranu 2018-09-23 o 10.25.53

Z lewej zaznaczony Juan Cuenca – Fot. marca.com

Lifante nie oszczędzał: ściągał znane zawodniczki, oferował im wysokie kontrakty, drużyna woziła się na mecze luksusowym autobusem. Nic więc dziwnego, że dziewczyny zaczęły wygrywać niemalże z marszu. Już w 2007 r. zdobyły premierowe mistrzostwo kraju, a powtórzyły ten wynik także w 2008 i 2009 r. Z kolei w latach 2007-2011 zdominowały Puchar Hiszpanii.

Eldorado nie potrwało jednak długo, bo klub zaczął zalegać siatkarkom z wypłatami. Visser pensję za pierwszy rok otrzymała z góry, ale za drugi już nie. Między nią a dyrektorem Cuencą coraz częściej dochodziło do kłótni, ale o swoje upominały się także pozostałe zawodniczki. Bo zaległości były już takie, że siatkarki zarabiające mniej, miały problem nawet z opłaceniem czynszu. – Wiedziałyśmy, że nas okłamuje, ale zawsze powtarzał, że wszystko zostanie załatwione. Był jedną z tych osób, które potrafiły przyciągnąć ludzi – mówiła na łamach „El País” jedna z oszukanych dziewczyn.

Ale dyrektor nie zawsze był taki taktowny. Jeśli ktoś zbyt namolnie próbował walczyć o swoje, radził zważać na słowa, bo „Murcja jest małym miastem”, co było nawiązaniem do właściciela będącego lokalnym bonzem, którego należy się bać. Przeinwestowany klub przestał istnieć już w 2011 r. Wtedy też z Półwyspu Iberyjskiego wyjechała Visser, która nie zdołała odzyskać znacznej części wynagrodzenia.

„El asesinato”, czyli zabójstwo

Ale z pieniędzy rezygnować nie miała zamiaru. Tym bardziej, że jej partnerem był Lodewijk Severein, menadżer reprezentacji w latach 2006-2009 oraz facet z żyłką do interesów. Holenderski biznesmen – co ważne dla całej historii – spotykał się z siatkarką jeszcze w czasach, kiedy grała w Murcji, przez co poznał się z Juanem Cuencą. Według ustaleń policji, panowie poczuli między sobą biznesową chemię i założyli firmę zarejestrowaną na Gibraltarze, która miała zarabiać na wydobyciu marmuru. Interes jednak nie wypalił, a Holender stracił kilkaset tysięcy euro. I po kilku latach chciał w końcu odzyskać te pieniądze od wspólnika.

Visser i Severein nie zdradzili swoim bliskim w Holandii, jaki naprawdę jest cel ich podróży. Mówili tylko, że wyjeżdżają na krótki, dwudniowy odpoczynek połączony z wizytą u lekarza, ponieważ para starała się o dziecko i w przeszłości korzystała już z pomocy jednej z tamtejszych klinik bezpłodności. Po wizycie u lekarza miało jednak dojść do spotkania z Cuencą. Siatkarka chciała odzyskać przynajmniej 60 tys. euro z 240 tys. kontraktowych zaległości, a jej partner wspomniany wkład w marmurowy biznes.

13 maja 2013 r. para wylądowała na lotnisku w Alicante, gdzie też wynajęła samochód. Holendrzy następnie zakwaterowali się w hotelu „El Churra” w Murcji, gdzie jak się później okazało, po raz ostatnio widziano ich żywych. Według ustaleń hiszpańskiej policji, 14 maja Visser i Severein udali się na spotkanie biznesowe, które odbyło się niedaleko miejscowości Molina de Segura, kilkanaście kilometrów na północ od Murcji. Tam w jednej z rezydencji spotkali się z Juanem Cuencą oraz dwoma Rumunami, którzy zjawili się razem z działaczem: Valentinem Ionem i Constantinem Stanem.

Według ustaleń policji, podczas negocjacji w sprawie długów, siatkarka i jej partner zostali zaatakowani. Byli brutalnie bici różnymi przedmiotami, m.in. krzesłem, wazonem i kryształową popielniczką. Oprawcami mieli być Cuenca oraz Ion. Drugi z wynajętych mężczyzn był w tym czasie piętro wyżej, gdzie popijał whisky i grał w karty. Kiedy zszedł na dół, zobaczył zakrwawionych kompanów, którym następnie zaczął pomagać przy uprzątnięciu zwłok. Ciała zostały pocięte na kawałki – zdaniem śledczych użyto do tego piły łańcuchowej oraz topora – a następnie wrzucone do plastikowych toreb. Mordercy wywieźli później zwłoki do oddalonego o ponad 20 kilometrów Alquerías, gdzie zakopali je w sadzie cytrynowym.

Ciała odnaleziono dopiero po dwóch tygodniach szeroko zakrojonych poszukiwań, a decydujący był sygnał od anonimowego świadka. Wcześniej temat zdominował holenderskie media, w akcję bardzo mocno zaangażowało się środowisko siatkarskie, a plakaty ze zdjęciami zaginionych zawisły w całej Murcji.

„El castigo”, czyli kara

Trójka podejrzanych – były dyrektor klubu oraz dwaj Rumunii – zostali zatrzymani w Walencji. Wkrótce policja doprowadziła na przesłuchania także właściciela nieistniejącego już klubu Evedasto Lifante oraz Serafina de Albę, gospodarza sadu, w którym zakopano zwłoki.

combo-condenados

Juan Cuenca (z lewej) i Valentin Ion – Fot. La Verdad

Jakie były prawdziwe okoliczności feralnego spotkania w rezydencji pod Molina de Segura? Juan Cuenca od początku przekonywał, że udając się na spotkanie z Holendrami nie planował morderstwa, bo chodziło tylko o negocjacje. Poza tym zarzekał się, że inicjatorem zebrania był Lifante, a on sam nie był obecny przy późniejszym zabójstwie, bo wcześniej opuścił budynek (a dawny szef cały czas miał tam być). Zeznawał również, że Lifante i zabitego Severeina łączyły biznesowe relacje (sprowadzanie z Afryki drogich kamieni) i to jemu mogło zależeć na śmierci 57-latka. Evedasto Lifante, który był naturalnie jednym z głównych podejrzanych, od początku odcinał się od tych oskarżeń, twierdząc, że to próba ratowana skóry przez jego byłego pracownika. Twierdził też, że Cuenca chciał w ten sposób odegrać się na nim, bo ostrzył sobie zęby na przejęcie jego kamieniołomu.

Ale to nie wszystko. Oskarżony Juan Cuenca zaczął też opowiadać śledczym o tajemniczym Rosjaninie, który miał własnoręcznie dokonać mordu, ale to było już wymyślanie kolejnych niestworzonych historii i sąd tego nie łyknął. Byłego dyrektora CAV Murcia 2005 pogrążyły zeznania osoby, która została objęta programem ochrony świadków. Anonimowy świadek poinformował śledczych, że Cuenca jeszcze przed spotkaniem biznesowym z Severeinem i siatkarką zaopatrzył się w plastikowe torby, mopa i środki chemiczne, które mogły później posłużyć do sprzątnięcia miejsca zbrodni. Wkrótce pękł też sam Valentin Ion – przyznał się do podwójnego zabójstwa, za które zapłacił mu były dyrektor klubu, organizator spotkania.

Proces ciągnął się trzy lata. Ostatecznie pod koniec 2016 r. hiszpański sąd skazał Juana Cuencę i Valentina Iona na 34 lata więzienia (rok później w drugiej instancji wyroki podwyższono do 40 lat). Drugi z rumuńskich osiłków, Constantin Stan, który nie brał bezpośredniego udziału w zbrodni tylko pomagał w ukryciu zwłok, został skazany na pięć miesięcy. Właściciela sadu cytrynowego uniewinniono.

A Evedasto Lifante? Podejrzany biznesmen, który marzył o stworzeniu wielkiego klubu, kilka lat później napisał książkę. Na ponad 200 stronach zrelacjonował wszystko to, co widział i słyszał podczas całego śledztwa. Na pytania dziennikarzy, po co to zrobił, odparł, że chciał pokazać prawdę opinii publicznej. Czyli na dobre odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. – Książka została napisana dla Ingrid. Wciąż mam nieprzespane noce, połykam tabletki uspokajające – mówił.

Tylko czy ktoś mu wierzy?

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
soshman

Bardzo dobry artykuł! Brawo. 😉

Jozef Wojciechowski
Bułka z Bananem i Zupa w Pięć Minut

40 lat więzienia za podwójne morderstwo, tortury i ćwiartowanie zwłok? Pięknych czasów dożyliśmy.

bercello

Za dużo czy za mało? 40 lat to w pizdu czasu. Po chu utrzymywać za podatki 70-80 latka w pierdlu?

mr.OTHER
Kartofliska.pl

Najgorsze jest to, że za 20 lat mogą tego typka wypuścić za dobre sprawowanie.

bercello

Nie, to nie jest najgorsze. Nawet zawężając do tylko tej historii, najgorsze jest to że dwie osoby zginęły w męczarniach. W przypadku gdyby gościu nie stanowił zagrożenia dla społeczeństwa to wolałbym żeby wyszedł po tych 20 latach niż miałbym (raczej mój hiszpański odpowiednik :-)) utrzymywać go za swoje podatki.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

mr.OTHER
Kartofliska.pl

mocny i smutny artykuł – nie znałem tej historii…

wpDiscuz