„Zbrodnia bez odcisków palców”. Jak punktują bokserscy sędziowie?
Inne sporty

„Zbrodnia bez odcisków palców”. Jak punktują bokserscy sędziowie?

Rewanżowe starcie Giennadija Gołowkina (38-1-1, 34 KO) z Saulem „Canelo” Alvarezem (50-1-2, 34 KO) znów zakończyło się w atmosferze skandalu. Tym razem po dwunastu rundach sędziowie niejednogłośnie wypunktowali minimalną wygraną pięściarza z Meksyku. Cały problem polega na tym, że zdecydowana większość przedstawicieli bokserskiego środowiska znów widziała nieznaczną wygraną Kazacha. Kontrowersje pojawiły się również przy ocenie punktacji sędziów walki Anthony’ego Joshuy (22-0, 21 KO) z Aleksandrem Powietkinem (34-2, 24 KO). „Spojrzenie kibica i arbitra to dwie zupełnie inne sprawy” – tłumaczy nam sędzia Leszek Jankowiak.

Do pierwszego zderzenia gigantów kategorii średniej doszło we wrześniu 2017 roku. Gołowkin zabiegał o ten pojedynek od lat i między linami zaprezentował się z lepszej strony. Doprowadził wtedy do celu 218 z 703 ciosów (31%) przy 169 z 505 (33%) rywala. Warunki dyktował głównie z pomocą lewego prostego, którym skutecznie ustawiał i rozbijał „Canelo” przez większość rund. Oczywiście Meksykanin miał w tej walce swoje momenty i wyprowadził wiele kapitalnych kontr, jednak w powszechnej opinii zrobił po prostu zbyt mało, by wygrać. Harold Lederman – były sędzia i ekspert stacji HBO – punktował wygraną Kazacha w stosunku 116:112. Tak samo widzieli tę walkę między innymi byli mistrzowie świata – Sergio Martinez i Amir Khan.

Taki wynik – wraz z punktacją 115:113 na korzyść „GGG” – przejawiał się najczęściej w podsumowaniach. Niektórzy – jak choćby Floyd Mayweather czy Roy Jones junior – punktowali remis. Dokładnie tak widzieli tę walkę dwaj sędziowie, którzy mieli bezpośredni wpływ na werdykt – Dave Moretti wypunktował 115:113 dla „GGG”, z kolei Don Trella widział remis 114:114. Najwięcej uwagi skupiła na sobie jednak Adalaide Byrd, która wypunktowała 118:110, ale… dla Alvareza. Nawet promujący Meksykanina Oscar de la Hoya i Bernard Hopkins widzieli jego wygraną „tylko” w stosunku 115:113. Każdy wynik ponad to wydawał się po prostu niedorzeczny.

Byrd widziała przewagę „Canelo” w dziesięciu rundach! Nie był to pierwszy raz, gdy zobaczyła w ringu coś, czego nie widział nikt inny. Po wszystkim została zawieszona, ale sprawa rozeszła się po kościach. W końcu żadna tragedia się nie stała – walka była wyrównana i ciekawa, a zasądzony w takich okolicznościach remis aż prosił się o rewanż, który wszystkim stronom powinien przynieść jeszcze większy zysk. Gołowkin po raz pierwszy w karierze nie wygrał, ale zdecydowanie nie czuł się przegrany. „Wciąż mam moje pasy i jestem mistrzem” – powtarzał cierpliwie.

Po drodze do rewanżu wydarzyło się sporo rzeczy, które nie miały wiele wspólnego ze sportem, ale 15 września 2018 roku w końcu spotkali się w ringu ponownie. Dali kapitalne widowisko – jeszcze lepsze niż za pierwszym razem. To było dwanaście rund pełne zwrotów akcji. Dynamika pojedynku była jednak zupełnie inna – w pierwszej walce to Canelo mocniej finiszował (wygrał trzy ostatnie rundy u wszystkich trzech sędziów). Tym razem Meksykanin zaczął lepiej, ale końcówka należała do Gołowkina.

Pod względem liczby ciosów obaj spisali się jeszcze lepiej niż przed rokiem. Kazach wyprowadził 879 uderzeń, z czego 234 (26,6%) dotarły do celu. Rywal odpowiedział 622 ciosami, trafiając 202 razy (32,5%). Te liczby nie mówią oczywiście wszystkiego, ale pokazują kilka kluczowych tendencji. Widać wyraźnie, że Gołowkin bił więcej, ale z gorszą skutecznością niż Alvarez.

Ponad połowa wszystkich celnych ciosów „GGG” to same lewe proste. Meksykanin z kolei miał przewagę w liczbie trafionych tzw. ciosów mocnych – doprowadził do celu 143 takie uderzenia przy 116 Gołowkina. Mistrz świata znów wyjątkowo słabo bił na korpus – trafił tylko 6 (!) razy, z kolei jego przeciwnik… 46. Na podstawie samych tylko liczb widać, że mogła to być naprawdę trudna walka do punktowania, która w dużej mierze sprowadzała się do subiektywnych wrażeń.

Znowu nikt nie padł na deski. Żaden z pięściarzy nie stracił też punktów na skutek niesportowego zachowania. Sędziowie po raz kolejny nie byli jednomyślni. Glenn Feldman wypunktował remis 114:114, jednak Steve Weisfeld i Dave Moretti (ten sam, który widział wygraną GGG w pierwszej walce) minimalnie wskazali na „Canelo”, punktując 115:113 na jego korzyść i przesądzając tym samym o jego zwycięstwie Zdruzgotany Gołowkin opuścił ring bez słowa – odmówił nawet wywiadu dziennikarzowi HBO. Po paru godzinach był wyjątkowo oszczędny w słowach. Pogratulował wprawdzie rywalowi postawy, ale przyznał, że nie czuł się od niego gorszy. Takie samo wrażenie miała większość ludzi ze świata boksu.

Zbrodnia czy nie?

Ekspert HBO Harold Lederman znów punktował 116:112 dla Kazacha, ale z rozbrajającą szczerością przyznał, że kilka rund było po prostu zbyt wyrównanych, by mieć pewność co do jednoznacznej oceny. W takim samym stosunku walkę ocenił też Lennox Lewis. Być może jeszcze bardziej daje do myślenia sonda przeprowadzona wśród dziennikarzy, którzy walkę oglądali spod ringu. Z 51 przepytanych osób aż 34 widziały triumf Gołowkina – najczęściej minimalny. Piętnastu wskazało remis, z kolei wygraną Canelo widziały… tylko dwie osoby.

Najbardziej emocjonalnie do tematu podszedł Teddy Atlas. Były trener Mike’a Tysona i Aleksandra Powietkina do tej pory był znany z wyjątkowo oschłego podejścia do Kazacha. Gdy większość ekspertów widziała go w okolicach podium zestawienia najlepszych pięściarzy bez podziału na kategorie wagowe, kontrowersyjny trener nie uwzględniał go nawet w swoim TOP 10. Mimo to zdaniem Atlasa Gołowkin wygrał obie walki z Canelo i został w nich po prostu okradziony.

„To zbrodnia bez pozostawienia odcisków palców. Nie ma znaczenia, czy przekręcili go o jeden punkt czy o sto – kradzież to kradzież! (…) Jestem wstrząśnięty, bo za każdym razem słyszę te same wymówki. Dokładna punktacja nie ma znaczenia. Lepszy w ringu powinien być zwycięzcą – to jego ręka powinna pójść w górę” – przekonywał utytułowany trener. Z tym stanowiskiem pewnie można by się zgodzić gdyby nie jedno – sam Atlas punktował wygraną Gołowkina… 117:112! Czy to nie dokładnie to, co zrobiła Adalaide Byrd przy pierwszym pojedynku, ale w drugą stronę?

Sedno sprawy sprowadza się jednak do mocno subiektywnych preferencji. W teorii łatwo wyobrazić sobie kilka absurdalnych scenariuszy. Pięściarz A może wyraźnie przegrać sześć rund nie robiąc w nich dużo – wystarczy, że minimalnie wygra sześć pozostałych u dwóch sędziów. Walka będzie wtedy remisowa, choć w powszechnej opinii jeden z zawodników będzie przecież wyraźnie dominował. Według sędziowskiego podręcznika wszystko będzie jednak w porządku. Kryteria oceny nie są do końca jasne i bywają różnie interpretowane nie tylko przez ekspertów i dziennikarzy, ale również przez samych sędziów.

„Za każdym razem słyszymy rozmowę o czterech kryteriach oceniania – czystych ciosach, efektywnej agresywności, defensywie i ringowym przywództwie. Z własnego doświadczenia – na które składają się także rozmowy z innymi sędziami i udziały w panelach naukowych – mogę powiedzieć, że najbardziej skupiamy się jednej kategorii: czystych ciosach” – tłumaczył w 2015 roku Steve Weisfeld, który w zawodzie pracuje od 1991 roku i punktował ponad 100 walk o mistrzowskie pasy. To doświadczony sędzia punktowy, który prowadzi seminaria sędziowskie i uczy tej trudnej sztuki kolejnych adeptów. Zupełnie przypadkowo to także jeden z dwóch arbitrów, którzy w sobotę widzieli wygraną „Canelo”.

„Dla mnie czyste ciosy to najważniejszy czynnik, z którym wiążą się wszystkie pozostałe. Weźmy taką „efektywną agresywność”. Kiedy pięściarz jest efektywny? Wtedy kiedy doprowadza do celu czyste ciosy. „Defensywa”? Pięściarz pokazuje ją jeśli nie daje się trafiać czystymi ciosami. Na koniec „ringowe przywództwo” –  zawodnik używa ringu w taki sposób, by znaleźć się w pozycji, która pozwala na wyprowadzanie czystych ciosów. Wszystko się do tego sprowadza” – dodaje Weisfeld.

Między sędzią a kibicem…

O komentarz do burzy wokół werdyktu walki Gołowkina z Alvarezem poprosiłem Leszka Jankowiaka – doświadczonego sędziego ringowego, który punktował kilka walk o mistrzowskie tytuły. Regularnie bywa również obsadzany w tej roli podczas największych krajowych gal. Werdykt ostatniego starcia gigantów przyjął z dużym zrozumieniem, choć sam walki nie punktował.

„Patrzyłem na nią oczami kibica, a to jest jednak inny sposób oglądania. Przeżywałem ten pojedynek jak duże sportowe wydarzenie i starałem się jak najwięcej czerpać z tej atmosfery. Oglądanie boksu oczami sędziego często to utrudnia. Spodziewałem się trochę innego przebiegu tej walki, ale werdykt absolutnie mnie nie zaskoczył. Choć na bieżąco nie punktowałem, to miałem po wszystkim wrażenie, że Canelo wygrał. Myślałem, że Gołowkin będzie miał przewagę siłową nad rywalem, a mam wrażenie, że było odwrotnie i to Alvarez narzucił swój styl boksowania” – przyznaje sędzia Jankowiak.

„Ten pojedynek punktowali naprawdę wybitni sędziowie, którzy znają atmosferę największych walk. To ważne, bo często w takich pojedynkach ten fotel sędziego parzy. To moje subiektywne odczucie, ale żeby sędziować taką walkę trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym pod względem mentalnym, do czego niezbędne jest zebranie doświadczenia na odpowiednim poziomie” – dodaje.

Jak rzeczywiście jest z tymi kryteriami punktowania? Sędzia Jankowiak podziela wykładnię Steve’a Weisfelda i przyznaje, że najważniejsze są czyste ciosy – taką interpretację wskazują wszystkie najważniejsze federacje. Pięściarze wychodzą ze sobą walczyć i lepszy jest ten, kto częściej i mocniej trafia. Tylko co jeśli w tym aspekcie obaj zawodnicy prezentują podobny poziom?

„Wówczas liczą się pozostałe kryteria. Kolejny aspekt to efektywna lub nieefektywna agresja. Jeśli bokser zadaje cios z intencją zrobienia rywalowi krzywdy, ale z jakichś względów nie trafia – bo przeciwnik zablokował albo zrobił unik – to działa to na jego niekorzyść. Trzeci parametr to ‘ringowe przywództwo’ – to, kto narzuca przeciwnikowi swój styl walki. Czwarty parametr to obrona – kto lepiej używa jej elementów w radzeniu sobie z rywalem. Tylko że to nie jest tak, że jeśli zbierzemy do kupy wszystkie trzy ostatnie parametry, to one mogą ‘przebić’ ten pierwszy. Każda z federacji mówi, że najważniejsze są ciosy – wynik agresywnego działania boksera. Dopiero gdy tutaj sędzia nie jest w stanie jednoznacznie wskazać, to skupia się na kolejnych aspektach” – tłumaczy sędzia Jankowiak.

Taka interpretacja faktycznie wiele tłumaczy w kontekście walki Gołowkina z Alvarezem. To Meksykanin zadał wyraźnie więcej tzw. „mocnych ciosów” i boksował na lepszej skuteczności. Rywal bił więcej, ale mimo wszystko trafiał rzadziej. Cała sprawa sprowadza się jednak do ostatniej rundy, która – jak się okazało – bezpośrednio zdecydowała o werdykcie.

Przed nią wszyscy trzej sędziowie widzieli na kartach prowadzenie „Canelo” 105:104. Kazach musiał więc wygrać ostatnie starcie jednym punktem, by uratować remis. Zaczął bardzo mocno, trafiając serią efektownych uderzeń. Potem do głosu doszedł rywal, jednak w końcówce znów błysnął Gołowkin, który na sam koniec wyprowadził jeden z najlepszych ciosów w całej walce – potężny prawy podbródkowy. Mimo to tylko jeden sędzia zapisał tę rundę na jego korzyść! Dave Moretti i Steve Weisfeld wypunktowali ją dla Alvareza. Gdyby choć jeden z nich uznał przewagę „GGG”, to pojedynek zakończyłby się kolejnym remisem.

„To faktycznie mocno dyskusyjna sprawa” – tłumaczy Leszek Jankowiak. „Tu wychodzi różnica w tym, jak walkę ogląda kibic, a jak sędzia. Kibic zapamięta z tej rundy wyrazisty początek i koniec, ale niespecjalnie będzie miał na uwadze to, co działo się w środku rundy. Moim zdaniem sam początek rundy sprawił, że Gołowkin objął przewagę. Sędziowie muszą punktować rundę na bieżąco – do tego stopnia, że gdyby ktoś powiedział w którymś momencie ‘stop’, to powinni być w stanie wskazać tego, kto na tę chwilę prowadzi. Dla mnie Gołowkin tej przewagi z początku nie roztrwonił, dociągnął ją do końca. Kibic spojrzy na to inaczej – zapamięta raczej drugą część rundy, podczas gdy sędziowie muszą pamiętać o każdym z momentów i traktować je na takich samych zasadach” – kończy sędzia Jankowiak.

Kontrowersje pojawiły się również przy walce Anthony’ego Joshuy (22-0, 21 KO) z Aleksandrem Powietkinem (34-2, 24 KO) w ostatni weekend. Choć Brytyjczyk wygrał przez nokaut w siódmej rundzie, to w opinii większości obserwujących do tego momentu przegrywał. Portal BoxingScene po sześciu rundach punktował 58:56 dla Rosjanina, jednak wszyscy trzej sędziowie widzieli dominację mistrza (58:56, 58:56, 59:55). Tę punktację również można w jakiś sposób obronić posługując się powyższymi kryteriami. Joshua bił więcej (doprowadził do celu 90 z 256 ciosów – rywal odpowiednio 47 ze 181) i był skuteczniejszy. Powietkin ograniczał się do krótkich i treściwych zrywów, ale przez większość czasu pojedynek toczył się jednak na warunkach gospodarza.

Mimo wszystko dobrze, że skończyło się nokautem, bo zanosiło się na kolejną burzę – jak u Gołowkina i Alvareza. Oczywiście tamten werdykt nie jest pierwszą i ostatnią kontrowersyjną decyzją sędziów punktowych w historii boksu, jednak do „wałka” mu daleko. Rewanżowe starcie Kazacha z Meksykaninem było po prostu starciem pięściarskich tytanów, których style znakomicie uzupełniały się w ringu. Wiele rund było bardzo bliskich i ich punktowanie sprowadzało się do najdrobniejszych subiektywnych detali. Komisja sportowa stanu Nevada po burzy wokół werdyktu pierwszej walki zatrudniła naprawdę najlepszych kandydatów, których fachowości przed walką nie podważał nikt. Wybór został zresztą zaakceptowany przez obie strony.

Gołowkinowi trudno jednak nie współczuć. W obu pojedynkach z „Canelo” nie wyglądał na gorszego, ale żadnego z nich nie wygrał. Wielkich walk na miarę swojego talentu doczekał dopiero po 35. urodzinach. Chyba wszyscy obserwujący jego ostatnie poczynania zgodzą się, że nie jest już tym samym ringowym kilerem co jeszcze kilka lat wcześniej, choć wciąż potrafi robić rzeczy niesamowite. Podobnie jak wielcy mistrzowie sprzed lat – choćby Marvin Hagler – Gołowkin został ofiarą ciemnej strony bokserskiej polityki, która wciąż często okazuje się ważniejsza niż sam sport. I to mimo wszystko wciąż poważniejszy problem niż dyskusyjny werdykt w wyrównanej walce dwóch znakomitych pięściarzy.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

LOBO

Można by odnieść wrażenie, że pisał to jan ciosek, ale jednak nie, weszło ma więcej takich ananasków.

Jozef Wojciechowski
Bułka z Bananem i Zupa w Pięć Minut

A niech się leją tak długo aż jeden będzie miał dość.

Tomaszz

Kiedyś tak właśnie było. Była kiedyś walka, którą ktos wygrał, bo jego przeciwnik nie był w stanie wyjść na ring na chyba 48 rundę:-)

KazimierzZdzislaw
! 14=13+1/1 !

Kurwa, tych to mi nie szkoda… Niech się napierdalają!
Szkoda mi tylko tych Borków i ?Stanowskich, którzy się tym emocjonują…
Jeszcze dużo wcieleń na tej planecie przed wami, zanim zrozumiecie, że napierdalanie się po ryjach, nie stanowi sensu tego świata… pod rozwagę…

Staszek Anioł

„Kilka rund było po prostu zbyt bliskich” – tak to po polsku raczej nie piszemy. Wyrównanych.

wpDiscuz