Fajny ten Lech, taki nie za mocny. Nawet gdy gra z pierwszoligowym beniaminkiem
Weszło

Fajny ten Lech, taki nie za mocny. Nawet gdy gra z pierwszoligowym beniaminkiem

Wtorek, godzina 15:00, wiało i zimno było jak na stadionie Stoke… Liczyliśmy więc, że chociaż pod jedną czy drugą bramką szybko zrobi się gorąco, lecz były to ewidentnie płonne marzenia. Oczywiście liczyliśmy cicho i nieśmiało, biorąc pod uwagę jak słabo ostatnio gra Lech, jednak im dłużej trwa ten sezon, tym trudniej usprawiedliwiać poznaniaków.

Tym bardziej że mieliśmy tu pewien paradoks, który polegał na tym, że to Kolejorz wyszedł najmocniejszym składem, zaś ŁKS posłał do boju sporo rezerwowych. Budzyński pojawił się za Kołbę w bramce, na ławce zaś wylądowało kilku ważniejszych graczy łodzian, w tym Bryła, Wolski, Radionow, czy też Grzesik.

Ale co z tego, skoro podopieczni Djurdjevicia w ogóle nie potrafili z tego faktu skorzystać? Bez urazy dla serbskiego szkoleniowca, aczkolwiek kompletnie nie było widać, że umie zarazić swoich zawodników charyzmą. A przecież tak dużo zawsze mówi o klasyczny jeżdżeniu na tyłkach oraz odwadze i zaangażowaniu. Tymczasem dziś przy Al. Unii obejrzeliśmy po prostu kolejny odcinek serialu pod tytułem „Bezjajeczny Lech”, no bo na tak słabą grę z pierwszoligowym rywalem, do tego w zastępczym garniturze, usprawiedliwienia nie ma.

Djurdjević mówił o tym, iż jego ekipa stanęła pod ścianą, lecz siły przebicia nie udowodniła w ogóle. Z jednej strony wynikało to z braku pomysłów poznaniaków na rozgrywanie akcji. Albo powoli podawali od boku do boku, albo próbowali dośrodkowań, co średnio im szło. Zwłaszcza Kostewyczowi, nie przypominamy sobie ani jednego udanego wejścia Ukraińca do ofensywy. Środek pola? Wiecie, przez długi czas myśleliśmy, że i na grafice meczowej, i na rozpisce wystąpił błąd, skoro był na niej Maciej Gajos. O jego występie wiele też powinien powiedzieć fakt, iż pokazał się nam dopiero przy okazji przechwytu we własnym polu karnym około 40. minuty. Radut co prawda zmienił go jakoś po godzinie gry, ale chyba zbyt dosłownie potraktował wcielenie się w rolę polskiego kolegi.

Z drugiej strony pochwalić należy stoperów ŁKS-u, ze szczególnym zwróceniem uwagi na Maksymiliana Rozwandowicza – zawsze dobrze ustawionego, właściwie czytającego grę, kryjącego Gytkjaera tak pilnie, że w przerwie pewnie i to WC poszedł razem z nim. Co jak co, ale Duńczyk miał dziś przerąbane z samym stoperem Rycerzy Wiosny, a także z dość ściśle ustawioną całą defensywą. Właściwie oddał tylko jeden groźny strzał, aczkolwiek wtedy zaś kapitalnym refleksem w bramce popisał się Dominik Budzyński.

Co dziwne, Lech praktycznie tylko w kilku pierwszych minutach meczu dość wysoko podchodził do przeciwników. Im dłużej jednak trwał mecz, tym Lech coraz bardziej tracił ikrę. Niby poznaniacy regularnie pojawiali się na połowie przeciwnika, jednak ani w tym agresji zbyt wielkiej nie było, ani jakichś pazernych doskoków. No, taki tam niby-pressing, z którego podopieczni Kazimierza Moskala wychodzili bez większych problemów. Tym bardziej się temu dziwiliśmy, ponieważ taki chociażby taki Gamrot nie emanował wielką pewnością w środku pola, podobnie zresztą Widejko w późniejszych fazach meczu.

Tak pod własną bramką, jak i przeciwną, bo to właśnie on miał praktycznie najbardziej klarowną sytuację w tym starciu, którą dość spektakularnie schrzanił. Szedł sam na sam z Putnockim, minął go, bo delikatnie pyknął futbolówkę, puścił ją pod Słowakiem, a później ta została wybita. O celowość takich numerów to moglibyśmy podejrzewać Pippo Inzaghiego, boczny obrońca zaś ewidentnie skiksował, ponieważ jego intencją było raczej lobowanie. No cóż, jaki kraj, takie calcio.

Trudno jednak myśleć o zwycięstwie, kiedy marnuje się takie okazje. I to w dwie strony, wszak:

– cieplutko zrobiło się gospodarzom w 55. minucie, gdy w ich szesnastkę wpadł Kamil Jóźwiak. Przepchnął na luzie Rozmusa no i… tyle dobrego było z tej akcji. Bo już strzał wychowanka Lecha był tak niechlujny, tak niedbały, że Budzyński nie musiał nawet się do niej rzucać,

– innym razem zaś interwencję mocno ułatwił mu Tiba, uderzając prosto w niego z paru metrów,

– w samej końcówce zaś Amaral również przegrał sam na sam z bramkarzem ŁKSu,

– nawet z rzutu wolnego z (tak na oko) 18 metrów nie potrafi się celnie uderzyć, jak Radut na początku dogrywki.

Do której de facto mogłoby nie dojść, gdyby arbiter zdecydował się sprezentować gościom rzut karny, a miał ku temu okazje po dwukrotnym zagraniu łodzian ręką we własnym polu karnym. Skoro jednak VAR był obecny w tym meczu, ufamy, iż jego interpretacja była prawidłowa.

Dopiero w dogrywce Kolejorz zaczął jakkolwiek dominować nad przeciwnikiem, co też wcale nie jest dla niego wielkim komplementem, skoro pierwszoligowy beniaminek musiał najpierw opaść z sił po 90 minutach, aby dał się przycisnąć. Nic to jednak, skoro większość centr gości zaledwie przeszywała pole karne łodzian wszerz, lądowała na głowach obrońców, lub w ogóle ci uprzedzali Lechitów skutecznymi interwencjami. I skapitulowali dopiero w 120. minucie, gdy Gytkjaer najpierw zmarnował setkę, a potem praktycznie do pustej bramki trafił Amaral.

W wielkich bólach zrodziło się to zwycięstwo Kolejorza, ale czy jakoś wyraźnie podbuduję tę ekipę? Czy to będzie punkt zwrotny w jej tegorocznych losach? Szczerze mówiąc nie mamy co do tego przekonania, ponieważ w żaden sposób podopieczni trenera Djurdjevicia nas nie przekonali. Ich gra wciąż była wolna, nijaka, nieskuteczna… Po prostu trudno było dostrzec w postawie poznaniaków objawy przełamywania kryzysu.

ŁKS Łódź 0:1 Lech Poznań (0:0)
Amaral 120′

Fot. FotoPyk