Stwierdziłem, że nie będę pracował, tylko kradł. Traktowałem to jako pomysł na życie
Weszło Extra

Stwierdziłem, że nie będę pracował, tylko kradł. Traktowałem to jako pomysł na życie

– Brałem wszystko jak leci oprócz heroiny. Traktowałem to jako pomysł na życie. Stwierdziłem, że nie będę pracował, tylko będę kradł – Kamil Gzyl już jako czternastolatek chodził po Krakowie z maczetą. Brał udział w ulicznej wojnie między Cracovią i Wisłą. Narkotyki brał każdego dnia, wpadając w ten sam nałóg, w który wpadł jego ojciec. Trafiał notorycznie na komisariat, kłamał na potęgę, przede wszystkim przed samym sobą. 

Dziś Kamil nie bierze od trzech lat. Pracuje w zieleni miejskiej w Częstochowie. Jest też kapitanem reprezentacji Polski bezdomnych. Nam opowiada o roli szczerości w wychodzeniu z nałogu, 20-miesięcznej terapii w zamkniętym ośrodku, a także jak piłka pomagała mu wychodzić na prostą.

***

Tata odszedł od nas jak miałem trzy lata. Tata też jest z problemu. Brał. Ojca w domu brakowało. Niby mieszkał trzy bloki dalej, ale wiadomo, spotkania nie były zbyt normalne. Jak teraz patrzę, był moment, kiedy chodziłem od babci do babci. Jedna pomagała mnie wychować, drugą odwiedzałem przychodząc do taty, bo ojciec znikał. Mówił, że będzie, ale nie przychodził. Potem poszedł do ośrodka, próbował naprawić kontakt, ale ja wtedy zaczynałem go urywać. Z młodszym bratem kontakty nie były najlepsze, podporządkowywałem go sobie, dyrygowałem nim. Czas to zmienił, dziś może nie mamy super wielkiego kontaktu, ale jest w porządku. Brat chyba na razie ominął mielizny. Myślę, że gdzieś się w to nie wpieprzy. Mówiłem mu z czym to się je: na początku jest fajnie, ale tylko na początku. Uważaj, bo sobie życie zmarnujesz. Po co masz się błąkać po ośrodkach jak ja? Chciałbym żeby mu się udało też ze względu na mamę, żeby od tego wszystkiego odpoczęła, bo przecież najpierw ojciec, potem ja.

Na czyjej dzielnicy mieszkałeś w Krakowie – Wisły czy Cracovii?

Dawna Wisły. Potem pół na pół z Cracovią. Do tej pory chyba nie wiadomo czyja to dzielnica.

Brzmi jak dzielnica frontowa, gdzie sporo się dzieje.

Było gorąco. Jak to w Krakowie – w ruch szły noże, maczety. Chodziło się pod stresem.

Jaką miałeś najbardziej niebezpieczną historię?

Grałem na boisku szkolnym w piłkę podczas w-fu. Nagle wbiegło pięciu zamaskowanych chłopaków z maczetami, gazem pieprzowym i tak dalej. Na całe szczęście usłyszałem, że biegną i w odpowiednim momencie się odwróciłem. Dostałem tylko gazem w lewą stronę twarzy, prawą widziałem co się dzieje i zdołałem uciec do szkoły.

Maczety cię nie dosięgły.

Nie, na szczęście nie, ale widziałem, że już były skierowane w moją stronę.

Byłeś po stronie którego klubu?

Cracovii. To odwieczna walka. Policja nie może sobie z tym dać rady. Nie wiem jak teraz, nie siedzę w takim klimacie, ale już było tak, że za złapanie z maczetą dostawało się od trzech tysięcy do ośmiu tysięcy złotych kary. Tylko za posiadanie.

Miałeś swoją maczetę?

Miałem. Nigdy jej nie użyłem na nikim.

Każdy w grupie musiał taką mieć?

Myślę, że tak. Dla własnego bezpieczeństwa. Nigdy nic nie było wiadomo w tym środowisku. Wyjdziesz, a tu może wyjechać auto, wyskoczą ludzie i cię potną. W najgorszym wypadku zabiją.

Gdzie dzisiaj jest twoja maczeta?

Na policji. Byłem złapany z maczetą kilkukrotnie.

Pierwszy raz kiedy?

W dniu meczu Wisły. Miałem czternaście lat. Biłem się z myślami czy wychodzić, bo dużo policji. Ale zdecydowałem, że wyjdę. Poszedłem z dziewczyną na spacer, po prostu spędzić razem czas. Widziałem z daleka jadące auto, ale nie wiedziałem, że to nieoznakowana policja. Zatrzymali się. Powiedzieli, żebym wyciągnął dokumenty. Zacząłem uciekać. Złapali mnie, zawieźli na komisariat. Sprawa w sądzie założona. Ale gdzieś tą sprawą tak się nie przejmowałem i jakiś czas później znowu mnie złapali z maczetą, tym razem podczas derbów. Policjantka zaproponowała mamie, żeby mnie oddała w ręce policji, a oni bez spraw sądowych umieszczą mnie w ośrodku poprawczym, bo widać, że jestem ciężkim przypadkiem. Mama na szczęście się na to nie zgodziła. Pamiętam, że odebrała mnie, wróciłem do domu i pojechałem na mecz.

Czekaj. Miałeś czternaście lat, szedłeś z dziewczyną. Dlaczego akurat ciebie zatrzymali?

Myślę, że już byłem znany. Spisywano mnie wcześniej, a też mam charakterystyczny wygląd przez dwa znamiona na głowie, które posiadam od urodzenia. Ciężko mnie nie zapamiętać.

To było twoje pierwsze zatrzymanie?

Nie. Pierwszy raz złapali mnie w święto Trzech Króli do próby pocięcia.

Ile miałeś lat?

Trzynaście, niepełne czternaste. Ale tam nic się nie wydarzyło. Gdzieś obok na osiedlu doszło do pocięcia, policja szukała sprawców i trafiła na nas. Wtedy byłem przerażony. Broń, głośne krzyki. Gleba, gleba. Kopanie, deptanie. Chyba dziesięciu policjantów w mundurach przeszło po moich plecach. Jeden z kolegów zaczął się drzeć, że co oni robią, że ja mam czternaście lat i żeby się opanowali. Potem zawieźli mnie na komisariat, z komisariatu na izbę dziecka. Kraty w oknach, kraty przed telewizorem. Gdzieś się bałem wtedy, co z tego będzie. Ale na drugi dzień zostałem przesłuchany, a potem odebrała mnie mama.

Co powiedziała odbierając cię stamtąd?

Dlaczego ja w takim środowisku siedzę i że jak tak dalej pójdzie wsadzą mnie do poprawczaka. Prosiła, żebym znalazł sobie innych kolegów, zadawał się z rówieśnikami, bo mając trzynaście lat trzymałem ze starszymi chłopakami.

Jak wsiąkłeś w to środowisko?

Od małego ich znałem. Razem graliśmy w piłkę. Później jakoś tak wyszło, że widywaliśmy się coraz częściej, aż wreszcie umawialiśmy się codziennie. Ich świat imponował, jak to młodemu świat starszych. Podobała mi się ta adrenalina i nowe znajomości. Gdzieś, na tamten czas, to było budujące. Byłem kimś wśród swoich.

Dojrzalszy od rówieśników?

Tak. Wyższy. Co oni mogą wiedzieć o różnych rzeczach.

Ale byłeś dzieckiem, a tu za chwilę przyszło chodzić z maczetą. Nie wydało ci się to dziwne?

Nie. Mnie to wpadło w normalność.

A gdy słyszałeś o sytuacjach, gdy ktoś za barwy zostawał pocięty lub zabity?

Zdawałem sobie sprawę, że każdy dzień może być ostatnim. Wychodzisz z klatki i nie wiadomo co się zadzieje.

I nie myślałeś, żeby się z tego wycofać?

Nie. Na tamten moment nie. Wpadało się w rutynę. Zdarzały się różne historie, kradzieże, inne rzeczy.

Kradzieże tobie osobiście też się zdarzały?

Tak. Też byłem złapany. Parokrotnie w sklepie na kamerach jak kradłem kawy, różne rzeczy spożywcze. I byłem też złapany raz na kradzieży roweru. Zatrzymano mnie parę dni później po zajściu. Znowu kamery.

Robiłeś to typowo dla pieniędzy czy dochodził inny powód?

Dla pieniędzy. Zaczęły się narkotyki, trzeba było na nie mieć, a nigdy nie zabierałem mamie ani nikomu z rodziny. Wolałem coś komuś ukraść, niż żeby na tamten moment bliscy cierpieli. Później nie wiadomo jak by było, ale na tamten moment nie okradałem bliskich.

Pamiętasz kiedy pierwszy raz wziąłeś?

Pierwsza gimnazjum. Ja już od podstawówki – 5, 6 klasa – mówiłem, że chcę spróbować marihuany. Na początku roku w gimnazjum pojawiły się nowe znajomości, no to żeśmy palili. Tak raz, drugi, trzeci, gdzieś to potem weszło w monotonię i paliliśmy codziennie.

Zawsze marihuana czy też coś innego?

Zacząłem od marihuany, spróbowałem amfetaminy, mdm-u, mefedronu, kokainy, raz w życiu próbowałem piguły. To wszystko. Najbardziej podobały mi się euforyki, takie bycie pobudzonym. Ale marihuana też, paliliśmy cały czas, lubiłem ten stan. Pierwsze leczenie odbyłem w Częstochowie. Gdzieś po tych kradzieżach, maczetach, żeby nie iść do poprawczaka mama z tatą załatwili, żebym przyjechał do taty do Częstochowy i zaczął tu chodzić na terapię. Zgodziłem się, wiadomo, lepiej być w innym mieście, ale mieć kontakt z ludźmi, jeździć co tydzień do Krakowa, niż być pod kluczem. Nie wiedziałem jak to będzie, ale tam dalej brałem narkotyki, znalazłem nową grupę gdzie brali, kradli. W Częstochowie też zostałem dwa razy złapany na kradzieży w sklepie. Powychodziło mi wszystko na testach potem.

Poszedłeś typowo na odwal się, dla spokoju.

Tak. Odbębnić. Kończę to i wracam do Krakowa.

Nie miałeś wiary, że ci to potrzebne.

Nie. W ogóle nie twierdziłem, że jestem uzależniony. Może nawet wtedy nie byłem. Sam nie wiem. Bo tak naprawdę dopiero po tej pierwszej terapii, gdy wróciłem do Krakowa, zaczął się najgorszy okres brania z narkotyków. Dodatkowo rozstałem się z dziewczyną, z którą byłem rok i na której mi zależało. Była starsza o pięć lat ode mnie. Do dziś mamy kontakt, jest fajną osobą, ma swoje życie, ale pomimo wszystkiego, co jej wyrządziłem, gdzieś jest ciekawa co u mnie. To miłe. Wtedy zareagowałem impulsywnie, wyzywałem ją, a przecież co ja mając 14-15 lat mogłem jej zaoferować?

Brałem wszystko jak leci oprócz heroiny. Traktowałem to jako pomysł na życie. Stwierdziłem, że nie będę pracował, tylko będę kradł. Wartości mi się całkowicie poprzestawiały. Przestałem też grać w piłkę, która wcześniej była największą pasją. Od tej pory liczyło się tylko to, żeby wyjść na pole z kolegami, a potem niech się dzieje co ma się dziać. Rzadko bywałem w domu, mamę okłamywałem. Pewnego dnia dostałem pałką teleskopową w głowę i w twarz. Dlaczego, za co – do tej pory nie wiem. Po tym zajściu trafiłem do szpitala. Przyjechał tata. Powiedział, że przyszło pismo z sądu. Albo jadę na leczenie, albo młodzieżowy ośrodek poprawczy.

Zanim przejdziemy do terapii w zamknięciu, chciałbym się zatrzymać. Największe kłamstwo, jakie powiedziałeś mamie?

Że nie brałem. A przecież widziała różne rzeczy po mnie i cierpiała.

Są rzeczy, których sobie nie wybaczysz?

Szczerze? Chciałbym być dobrze zrozumiany, chciałbym, żeby to nie zostało źle odebrane, ale ja nie żałuję. Oczywiście robiłem rzeczy złe, krzywdziłem. Tu nie ma z czego być dumnym. Ale wiem jak wszystko pachnie. Jestem o te doświadczenia mądrzejszy. Wiem, że jeśli wrócę do narkotyków, wyląduję na ulicy, zacznę kraść, ranić bliskich, stracę zaufanie rodziny i przyjaciół. Stracę wszystko, co zyskałem przez czas odkąd jestem trzeźwy.

Powiedziałeś, że piłka była twoją pasją.

Tak, do szkoły brakowało chęci, traktowałem ją tylko jako miejsce, gdzie można pójść i porobić jaja, spotkać się. Zawsze klasa, w której byłem, zostawała najgorszą w szkole, a ja byłem na świeczniku. Ale piłka była dla mnie ważna. Lekcje olewałem, ale trening musiał być zrobiony. Nawet mama, gdy znowu opuszczałem się w szkole, aby mnie zmotywować chowała buty, koszulki.

Na piłkę zapisała mnie babcia. Trafiłem do parafialnego klubu sportowego. Przechodziłem przez wszystkie pozycje na boisku, aż zostałem na defensywnym pomocniku. Taki twardy gość do przerywania akcji, do teraz mi zostało. Był czas, kiedy mieliśmy fajną pakę, potrafiliśmy postraszyć największe firmy Krakowa. Ale potem coś się zadziało w klubie, moim zdaniem rodzice płacili trenerom większe składki, wymuszając grę słabszych. W konsekwencji siadałem na ławie, a grał gościu, który był obiektywnie gorszy ode mnie. W końcu się zdenerwowałem, kolega był w Wiśle Kraków, dostałem stamtąd propozycję. Grałem tam od 4 do 6 klasy podstawówki, ale mnie wyrzucili za złe zachowanie. Miałem małe sprzeczki z takim Krystianem. Któregoś razu zaczął mi pisać wyzwiska na Facebooku. Odpowiedziałem tym samym. Wydrukował to i pokazał w klubie, ale pomijając swój wkład. Idę do klubu, mówię dzień dobry, a trener:

– Nie wiem czy taki dobry. Oddaj sprzęt. Już tu nie grasz.

Szczerze, wchodziłem już wtedy w środowisko starszych, paliłem papierosy, zaczynałem latać po ulicy. Wróciłem jeszcze do parafialnego klubu, ale to nie było to.

Nie miałeś problemów, że grałeś dla Wisły, a byłeś w środowisku Cracovii?

Nie. To były młodzieńcze lata, nie miały znaczenia.

Powiedz, gdy drugi raz trafiłeś na terapię, traktowałeś ją poważnie, czy też szedłeś żeby odbębnić?

Na odwal się. Jechałem z nastawieniem, że będę dalej brał. Mój terapeuta prowadzący, Łukasz, zaraz na początku powiedział, że jestem tak zdemoralizowany jak na swój wiek, że albo naprawdę chcę się leczyć, albo mogę się pakować i jechać do domu. Mam tyle kawałków do przepracowania, że jak mam poświęcić czas na robienie z pobytu w ośrodku kolejnej przygody, to żebym nie zawracał głowy. Ta sytuacja miała miejsce po około trzech tygodniach. Powiedziałem mu, że chcę się leczyć. Ale to też było na odwal się.

Z tygodnia na tydzień zaczynałem pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Pokazywać, że nie jestem grzecznym Kamilem. Zaczęła wychodzić moja ulica, cwaniactwo, łamanie regulaminu. Po dwóch miesiącach w ośrodku robi się bilans. Cała społeczność wraz z kadrą podsumowuje twój pobyt. Miałem obraz siebie jako fajnego gościa. A tu usłyszałem, że jestem kawał cwaniaka, że ulicy jest we mnie dużo. Kolejne osoby się wypowiadały, a potem terapeuta dziesięć minut mi cisnął. To znaczy, samą prawdę o mnie mówił, ale to co mówił bolało.

Co ci powiedział?

Że jestem bardzo chory. Że jak do mnie nie dociera, to niech jadę do domu. Na koniec stwierdził, że takiego kosmity jak ja dawno nie widział. Chyba wtedy przełamała się u mnie ważna bariera. Jeszcze nie pojawiła się szczera chęć leczenia, ale zacząłem ufać temu, co się tam dzieje. Zacząłem akceptować ścisłe reguły. Nie wolno słuchać muzyki, nie wolno przeglądać Facebooka i tak dalej. Trzeba zdawać higienę po kąpieli, trzeba chuchać somicie – członkowi Służby Ochrony Monaru – po myciu zębów by sprawdził, czy jesteś trzeźwy. Pięć godzin pracy dziennie: szorowanie kafelek, robienie samemu obiadów, mycie kibli, łupanie drewna. Byłem tym początkowo przerażony, zastanawiałem się gdzie trafiłem.

Pojawił się kryzys?

W szóstym miesiącu. Byłem już w SOM-ie. Swoją historię na społeczności opowiedział Wiktor, który był na końcu leczenia. Miał już status opiekuna, więcej przywilejów. W historii Wiktora przewijały się narkotyki, w tym takie, których jeszcze nie brałem. Ja już kreowałem się na kogoś, kto nie chce brać nigdy, kto chce się leczyć, ale to dalej była maska, choć sam o tym nie wiedziałem. Wtedy pękła. Nakręcałem Wiktora, żeby opowiadał o narkotykach, o stanach jakie miał po nich i się wciągałem. Myślałem: kurde, jeszcze tyle narkotyków mam do spróbowania.

Codziennie w ośrodku jest spotkanie społeczności, na której omawia się co kto zrobił, czy złamał regulamin, czy źle się zachował. Wielu miało pretensje tego dnia do Wiktora, że w ten sposób poprowadził swoją opowieść, gdzie on, niebawem opuszczający ośrodek, przypomniał wielu osobom smak narkotyków. Ja też zabrałem głos. Jak mogłeś? A potem uświadomiłem sobie swój fałsz. Dopiero co go zachęcałem, a teraz go cisnę. Uświadomiłem sobie po tej sytuacji, że cały czas podoba mi się takie życie i nie chcę go zmieniać, a tyle jeszcze mam do spróbowania. Byłem potem na zebraniu SOM-u, gdzie jest podział obowiązków. Terapeuta widział, że jest ze mną źle. Powiedział, że albo mu powiem albo mnie wyrzuci z domu. I na tym spotkaniu wyrzuciłem z siebie wszystko. Absolutnie wszystko.

Pierwszy raz byłeś ze sobą naprawdę szczery?

Tak. Wcześniej nawet nie wiedziałem, że nie jestem ze sobą szczery. Przełamałem swoją dużą barierę. Terapeuta powiedział, że nigdy nie widział mnie tak szczerego. To był duży krok w terapii. Pojechaliśmy potem na obóz kajakowy. Dostałem status domownika, dalej byłem w SOM-ie. Pojechałem na przepustkę. W dziewiątym miesiącu przyszedł drugi kryzys.

Na przepustce?

Nie. Wtedy już podjąłem prawdziwą decyzję, że chcę się zmieniać, uczciwą ze sobą, na przepustce miasto nie korciło. Liczyłem, że dostanę po obozie funkcję szefa kuchni, bo w SOM-ie byłem 4 miesiące. Funkcję dostał ktoś inny, kto był w ośrodku krócej ode mnie. Bardzo zdenerwowałem się na terapeutów. Nie mogłem zrozumieć tej decyzji. Zacząłem unikać ludzi. Miałem nakaz rozpisania sobie planu leczenia – nie zrobiłem tego. Odciąłem się od wszystkiego. Uciekłem w samotność, przeczytałem książkę „Więzień labiryntu”, 540 stron, choć nigdy czytać nie lubiłem. A tutaj tylko czekałem, aż znowu będę mógł usiąść i czytać. Jedyna książka w życiu, przy której nie mogłem się doczekać, żeby do niej zasiąść. Pamiętam, jakoś wtedy rodzice nie mogli przyjechać w odwiedziny, przyjechała ciocia z babcią. Szedłem ich odprowadzić, zaczepił mnie powracający z urlopu terapeuta. Spytał co u mnie. Powiedziałem, że dobrze. On na to zaczął się śmiać. I poszedł. Zostawiając mnie z myślami.

Potem znowu przyszedł i spytał co u mnie. Znowu powiedziałem, że dobrze. Odpowiedział: „Aha, dobrze. Przecież za chwilę się spakujesz, pojedziesz do domu i znowu zaczniesz brać. Widzę jak funkcjonujesz. To nie ten zaangażowany Kamil”. Powiedziałem, że nie chcę być w ośrodku, że jestem już gotowy żeby wyjść. Po nitce do kłębka ciągnął temat, aż wyszło, że chodziło o tę funkcję, bo przez jej brak czuję się skrzywdzony, a także jakbym stał w miejscu. Terapeuta kazał mi przedstawić plan leczenia. Przedstawiłem, dostałem funkcję. Najpierw pierwszą, potem drugą – kierownika pracy. Po roku, gdy tak naprawdę powinienem kończyć terapię, terapeuta zapytał czy chcę ją przedłużyć. Kazał mi się zastanowić. Stwierdziłem, że to nie jest jeszcze czas, żeby wychodzić, bo mam jeszcze parę kawałków do przepracowania.

O ile przedłużyłeś terapię?

Sędzina powiedziała, żebym przedłużył o tyle, ile potrzebuję. Terapię skończyłem po siedemnastu miesiącach, łącznie w ośrodku byłem dwadzieścia miesięcy, bo jeszcze robiłem kurs i staż spawacza. Blisko dwa lata w zamknięciu, ale nie uważam, żeby to był czas stracony.

Wychodziłeś pełen obaw?

Wiadomo. Myślę, że to normalne. Jak będzie? Już nie ma ochronki. Nie pójdziesz na społeczność powiedzieć, co cię boli. Wiadomo, są bliscy, możesz się zwierzyć, ale przede wszystkim musisz liczyć na siebie i uważać na różne rzeczy.

Kiedy wyszedłeś?

Rok temu.

Co jest najważniejsze po wyjściu?

Żeby od razu wbić się w rytm życia. Zdobyć pracę. Znaleźć mieszkanie i mieć trzeźwych znajomych. Trzy rzeczy, które są podstawą.

A najważniejsze w terapii?

Szczerość ze sobą. Szczerość z innymi. Uczciwość i chęć. Jak się będzie kłamało, ściemniało, nic z tego nie będzie.

Jak sobie radzisz?

Myślę, że dobrze. Pracuję w zieleni miejskiej, jeżdżę autem i sprzątamy. Mieszkam z tatą, gram w reprezentacji. Do piłki wróciłem już w ośrodku, graliśmy na mistrzostwach Polski ośrodków. Pierwsze powołanie do reprezentacji miałem już do Oslo, ale trener powiedział, że jeszcze nie jestem gotowy, żebym poukładał sobie życie, a potem dostanę szansę.

Piłka wypełnia twój wolny czas?

Tak. Przed reprezentacją trenowałem crossfit, teraz więcej czasu poświęcam treningom, ale do crossfitu też wrócę, fajny sport. Poza tym pracuję, trenuję, śpię, ewentualnie w weekendy się z kimś spotkam albo jadę na zgrupowanie.

Jak dziś wyglądają twoje relacje z tatą?

Dopiero się poznajemy. Myślę, że raz jest łatwo, raz jest ciężko. Ciężko mi jest rozmawiać z nim na poważniejsze tematy. Jest jednak w porządku. Taka relacja mi pasuje.

Twój tata też grał w reprezentacji bezdomnych.

Tak, w 2013 był w Poznaniu na mistrzostwach świata i mnie zaprosił. Poznałem wtedy trenera, Maćka Gudrę, całe to środowisko. Pamiętam, z mistrzostw pojechaliśmy do cioci. I powiedziała, że może też zagram w takiej reprezentacji. A ja wtedy, że raczej nie, bo to jest dla uzależnionych. Życie jednak napisało taki scenariusz.

Tata zagrał chyba dwa mecze, ale była duma, że ojciec gra z orzełkiem na piersi. Kurde, fajnie. Wpuszczali mnie na wszystkie odprawy. Chłopaki gadali co poprawić, a co jest dobrze, ale też jak minął dzień, jak się kto czuje. To mi się podobało, tak jak cała impreza – dużo kibiców, fajny doping. Same budujące wspomnienia.

Twojemu tacie to pomogło?

Myślę, że mogło pomóc. Dziś nic nie bierze. Wiadomo, najważniejsza jest terapia, ale reprezentacja uczy przekładać pewne rzeczy na życie. Na przykład dyscyplinę, determinację. Zdrowe funkcjonowanie w grupie, z którą się żyje. Dużo gadamy o swoich problemach życiowych, bo wiadomo, nie jesteśmy ludźmi, którzy jak – powiedzmy – Robert Lewandowski mają problem z jakąś reklamą, tylko niektórzy są na krawędzi. Zastanawiają się: pójdą siedzieć czy nie? Takie tematy odzywające się z przeszłości. Myślę, że ludzie wokół reprezentacji nam pomagają. Jakby mieli nas gdzieś to byłoby zgrupowanie, trening, koniec. A tu jest inne podejście. Jak w życiu, jak praca. Teraz próbują zachęcić ludzi do zbiórki, która może nas wysłać na mistrzostwa świata do Meksyku. Nie wiem czy tam pojadę, zbiórka trwa, perspektywa wyjazdu mnie nakręca, chciałbym bardzo. Ale równie dobrze mogę nie załapać się do drużyny, jest rywalizacja. Przyjąłbym to pokornie i kibicował chłopakom.

POMÓŻ REPREZENTACJI BEZDOMNYCH POJECHAĆ NA MUNDIAL – ZBIÓRKA FUNDUSZY NA POMAGAM.PL

Zgadzasz się, że najważniejsze jest odpowiednie środowisko, żeby poradzić sobie z nałogiem?

Myślę, że nie. Środowisko jest ważne, bo zmiana życia równa się zmiana środowiska, ale najważniejsza jest chęć. Dojście głęboko w duchu do przekonania, że dłużej nie chce się żyć takim życiem. To jest najważniejsze. To walka ze sobą. Czy ja chcę czy ja nie chcę. I jak się odpowie pozytywnie na to pytanie, potrzeba mnóstwo determinacji, żeby w nim wytrwać. Ważne są też własne, osobiste cele, konkretne plany, które motywują. Ja, nie ukrywam, żyję wizją mistrzostw świata w tym momencie, jeśli znalazłbym się w składzie i wszystko by się ułożyło. W dalszej perspektywie chciałbym mieć normalne, dobre życie. Fajną dziewczynę, z którą założyłbym rodzinę. Fajną pracę. Zdaną maturę. Ale teraz priorytetem jest reprezentacja – może to źle, może dobrze.

Jesteś kapitanem, trudno, żebyś nie żył sprawami reprezentacji.

Tak. Drużyna mnie wybrała, co było dla mnie ogromnym szokiem. Nigdy nie byłem kapitanem. Nigdy nie usłyszałem wcześniej, że umiem uspokoić, umiem zarządzać. A jednak oni widzą mnie na to miejsce. Ucieszyłem się bardzo, byłem dumny. Choć od razu myślałem: żeby mi nie odbiło. Ale chyba to wypośrodkowałem i chłopaki są zadowoleni. To budująca odpowiedzialność, którą biorę na swoje barki. Jesteśmy jedną wielką rodziną, zżyliśmy się bardzo.

Może pierwszy raz w życiu masz być wzorem dla innych.

Tak. Też to czuję. Stawia mnie to do pionu pozytywnie.

Jak długo jesteś trzeźwy?

11 listopada miną trzy lata.

ROZMAWIAŁ LESZEK MILEWSKI

PS: Aby posłać chłopaków na imprezę życia, potrzeba zebrać 30 tysięcy złotych. Turniej odbędzie się w dniach 12 – 18 listopada.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI BEZDOMNYCH

PRZECZYTAJ WYWIAD Z SZEFEM STOWARZYSZENIA REPREZENTACJI BEZDOMNYCH

„DLA NICH KAŻDY MECZ JEST O ŻYCIE”

Y8PRpfm-835x420

Jeden jest z zakładu karnego, drugi leczy się z alkoholizmu, trzeci przyszedł z odwyku, czwarty funkcjonuje na ulicy. Spotykają się na boisku, a potem tworzą drużynę. Reprezentację Polski Bezdomnych. Jak futbol może pomóc bezdomnym i uzależnionym w osiąganiu celów życiowych? Jak piłka daje wiarę w siebie i uczy współpracy? Dlaczego źródłem tak wielu problemów jest niska samoocena? Jakie są największe trudności w prowadzeniu takiej kadry? Dlaczego do noclegowni trafiają coraz młodsi? Przeczytacie historie optymistyczne, o osobach, które dzięki piłce wróciły do świata, ale życie to nie bajka: choćby najlepszy piłkarz w historii tej kadry przegrał z samym sobą. Opowiada Maciej Gudra, szef Stowarzyszenia reprezentacji Bezdomnych i pracownik noclegowni św. Brata Alberta we Wrocławiu. 

(…)

Kto może występować w reprezentacji bezdomnych?

Według światowej federacji Homeless World Cup, w reprezentacji bezdomnych mogą grać te osoby, które w ostatnich dwóch latach miały epizod bezdomności. Nie jeden, nie dwa dni, tylko rzeczywiście były osobami bezdomnymi. Druga grupa: osoby, które ukończyły terapię długoterminową. Nie ma tak, że ktoś kończy krótkoterminową terapię, na przykład sześciotygodniową – nie, musi być zamknięty w ośrodku co najmniej na rok. Trzecia grupa to wychowankowie domów dziecka, a czwarta grupa to ci, którzy w ostatnich dwóch latach odbywali wyrok w zakładzie karnym. Dla zachodnich reprezentacji ma też znaczenie kwestia sprzedawców gazet ulicznych, to ważny wątek choćby na Wyspach, bo tam bezdomni są takimi sprzedawcami. Najważniejsze: to nie jest tak, że ktoś z ulicy wchodzi do kadry. Żeby zagrać z orzełkiem na piersi, musisz wykonać dużą pracę nad sobą. Nie może istnieć zagrożenie, że ktoś pije, ćpa, a przebywa z chłopakami, którzy są w terapii. Poza tym to reprezentowanie barw narodowych. Chłopaki nigdy nie powiedzą, że są reprezentacją bezdomnych, tylko reprezentacją Polski. Koniec, kropka.

KOMENTARZE (27)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Hadziuk
Wisła Krakow

Najpierw promowanie książki alkoholika, teraz wywiad z jakimś narkomankiem… Ja pierdole, ten portal schodzi na totalne dno

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

renegat

i taki masz problem? ktos zmusza do czytania? twoje zycie jest malo interesujace.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Redmond
Legia Warszawa

Raczej chamstwo to dla ciebie norma. A różnica jest taka, że jak przychodzi niedziela to zakładasz koszule z krótkim rękawem, kamizelkę i sandały i biegniesz do kościoła całować księdza proboszcza w sygnet,

Dirty_Harry

Wywiad ciekawy, ale zauważam pewną niezrozumiałą tendencję. Ostatnio to bardzo popularne – spowiedź bandyty. Opowiada, jakie złe rzeczy robił, skąd to się wzięło (90% przypadków – patologiczna rodzina) i kiedy nastąpił punkt zwrotny. Jest w tym wszystkim chęć usprawiedliwienia, wręcz wywołania współczucia. Ale pod tym jakby na dalszy plan schodzi fakt, że on wyrządzał realną krzywdę innym ludziom. Okradał, straszył, terroryzował. Sam jestem z Krakowa i choć próbuję trzymać się z daleka od zagrożenia, zawsze jest jakaś niepewność. Właśnie przez takich nastoletnich bandziorów latających z maczetami. Co mi z tego, że za 15 czy ileś lat jeden czy drugi skończy z bieganiem po mieście i opowie o wszystkim, co robił? Będą kolejni, którzy nadal będą terroryzować miasto i ludzi, którzy chcą żyć spokojnie i uczciwie. Co mi po ich spowiedzi? I jeszcze fragment, w którym gość przyznaje, że nie żałuje, bo mu to wszystko dało jakąś lekcję. Super, ale to była lekcja kosztem wielu ludzi. Wiem, że trudne dzieciństwo ma wpływ, ale nie oznacza, że musimy usprawiedliwić i przebaczyć wyrządzone krzywdy. W tego typu wywiadach brakuje wyraźnego słowa potępienia

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

chozjor_dadybicz

Brakuje, ale dzięki temu wywiady są bardziej naturalne. Co Tobie z tego wywiadu? Nic. Innym ulicznym cwaniakom może nieco otworzyć oczy, że w większości skończą niewiele lepiej. Zauważ, że nie ma w tych wywiadach gloryfikacji takiego życia, różne hasła brzmią jednak gorzko. Jeśli przynajmniej jeden cwaniak odrzuci maczetę i się za siebie weźmie, to warto taki wywiad opublikować.

DrMabuse
Wisła Kraków

Gdzieś mi w tym wszystkim brakuje wyraźnego odcięcia się od przeszłości.
Wyraźnego powiedzenia – byłem zwykłym ch**em z nożem.

Tytus_Sz

kurwa Leszek, taki ciekawy wywiad, ale takie kwiatki jak ‚rok czasu’, albo ‚sędzina’ nie powinny się pojawić w kręgu poważnego dziennikarstwa, na jaki kreuje się ta strona

tolep
kibic i hejter tolepa

u wywiadującego czy wywiadowanego?

TSWR22

Świetny wywiad. Straszna, ale budująca historia. Brawo za walkę.

Ekstraklasa stan umysłu
Kartofliska

Wychodzić na pole :) Jprd, każdy w Polsce B tak gada. Ci za wieśniacki język.

qdlaty81
WIDZEW

Akurat Kraków był od zawsze grodem, więc mieszczanie wychodzili z grodu na pole do wieśniaków.
Wieśniaki zaś chodziły na dwór do Krakowa…;)

czoper

Wyjdź na pole, przewietrzysz się i ci przejdzie…

lupi45

Nie rozumiem czemu tak źle oceniacie ten artykuł. Przecież portal weszło czyta różny profil społeczny. Historia młodego chłopaka któremu udało się wyjść na prostą , oby w tym wytrzymał. Jeśli nawet jedna osoba po takim wywiadzie zrozumie że narkotyki i bieganie po ulicy, to jest zły sposób na życie, to chyba ma sens. A jeśli ktoś sądzi inaczej, ma do tego prawo. Ja uważam że nie zaszkodzi nikomu że co jakiś czas pojawi się taka historia. Przecież jasno widać że właśnie przez sport, chłopak ma jakiś cel w życiu. Lepsze to, a nie powrót do narkotyków.

danny_trejo

Jest ok, ale poza ‚nie zaluje niczego’ oczekiwalbym jeszcze od niego jednoznacznego potepienia srodowiska zjebow z maczetami i ich kolegow sprzedajacych im cpanie, calej tej subkultury pokurwiencow mordujacych innych szczeniakow z powodu nie takiej koncowki szalika czy z racji zamieszkiwania innego osiedla. Niektorzy chlopcy na krawedzi pewnie przeczytaja ten wywiad, przydaloby sie, zeby uslyszeli to od ‚swojego’ wyleczonego zanim sami trafia do pierdla za pociecie kogos na boisku podczas czy tez po lekcji wf…

Quotsa

Pełna zgoda. Piłkarze obu klubów też mogliby się wypowiedzieć. Ta, maczetowa, krakowska patola nie ma nic wspólnego z kibicowaniem. Dobrze napisałeś, że to jacyś pokurwieńcy…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

czoper

Te kamery… Pamiętam jak mama dawała mi 5zł i robiłem zakupy na cały tydzień, a teraz wszędzie ci ochroniarze, kamery…

efrenbatareyes

Trzy dychy brakuje, a Boniek gdzie jest, śpi kurwa? Tyle razy od niego słyszałem jaki to pzpn zarobiony i w jakiej jest świetnej sytuacji finansowej. No co jest kurwa, chłopaki mają żebrać? Płać rudy! Możesz obciąć kase dla tych parodystów i sztabu od raportu. To co odjebali się w głowie nie mieści, a ci muszą się prosić… Żenujące.

renegat

wywiad interesujacy, pouczajacy. wnioski wypada wyciagnac samemu, bo to, ze nasze spolecznosci lokalne zdane sa same na siebie wiemy od dawna. to jest smutna refleksja, do czego doprowadzono Rzeczpospolita wojnami, komuna i kontynuacja PRL, czyli 3 RP.

tolep
kibic i hejter tolepa

po to ma się społęczność lokalną by zdać się na społecznosć

renegat

w tym kontekscie chodzi bardziej o przestepczosc majaca wymiar ponadlokalny czy ponadnarodowy. w sensie, ze robia co chca, bo nie ma zadnego bata nad nimi.

wpDiscuz