Miesiąc bez zwycięstwa i „mecz o wszystko” z ŁKS-em. Studium kryzysu Lecha Poznań
Weszło

Miesiąc bez zwycięstwa i „mecz o wszystko” z ŁKS-em. Studium kryzysu Lecha Poznań

– Nigdy nie sądziłem, że drużyna prowadzona przeze mnie może tak zagrać przeciwko Legii… – powiedział z ponurym niedowierzaniem Ivan Djurdjević po zawstydzającej porażce w najbardziej prestiżowym meczu rundy. Po czym dostał w cymbał od Arki Gdynia. Z pewną przykrością śledzimy wypowiedzi trenera Lecha Poznań. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że widzimy jak bardzo mu zależy na poprawie wyników zespołu. Po drugie dlatego, że widzimy jak bardzo nie ma pomysłu na wyciągnięcie Lecha z kryzysu. Kryzysu, który ciągnie się już od miesiąca i końca wciąż nie widać.

Pytanie tylko, czy tutaj nie wypada przypomnieć spiżowej sentencji Kisiela. Że to nie jest kryzys, tylko rezultat. Postanowiliśmy rozstrzygnąć tę kwestię z pomocą ekspertów w dziedzinie poznańskiego futbolu, którzy stadion przy ulicy Bułgarskiej znają jak własną kieszeń: Bartosza Bosackiego i Piotra Reissa.

*

Jak na razie Djurdjević się miota. Po meczu z Arką opowiadał w mediach głodne kawałki o tym, że w grze Lecha widać poprawę, chwalił piłkarzy za właściwą reakcję na poprzednie porażki. Szczerze mówiąc – brzmiało to wszystko nie do końca poważnie, raczej jak zaklinanie rzeczywistości. Jaką poprawę dostrzegł szkoleniowiec Kolejorza w postawie swoich obrońców, których pucołowaty Luka Zarandia bez litości wkręcał w murawę kolejnymi dryblingami? Jakie pozytywy dostrzegł Serb w postawie swoich środkowych pomocników czy skrzydłowych, którzy na przestrzeni całego spotkania wykreowali najwyżej ze trzy groźne sytuacje podbramkowe? To już nawet ten dziadowski Jesus Jimenez z Górnika Zabrze śmielej sobie na tle gdynian poczynał.

Lech przeciwko Arce zaprezentował się tak samo marnie jak we wcześniejszych występach. Po prostu żółto-niebiescy to wyjątkowo przeciętna ekipa, więc na ich tle udało się raz czy drugi zagrać jakąś fajniejszą kombinację. Nie ma jednak przypadku w tym, że podopieczni Zbigniewa Smółki przełamania w meczu przed własną publicznością doczekali się akurat przeciwko drużynie z Poznania, którą dzisiaj walnąć może każdy ligowy rywal.

– Po ostatnim meczu trudno szukać jakichkolwiek pozytywów – przyznaje Bartosz Bosacki. – Trudno to wszystko komentować. Sytuacja nie jest taka, na jaką wszyscy liczyli. Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie łatwo dźwignąć chłopaków mentalnie. Wszyscy wiedzą, jaka jest w Poznaniu presja. Trzeba umieć z nią żyć, ale być może dla niektórych zawodników to wciąż jest jakiś problem, o czym zresztą wspominał trener Djurdjević. Są jednak w drużynie doświadczeni ludzie, którzy powinni znaleźć sposób, żeby sobie z tą sytuacją poradzić.

Jeżeli rzucić okiem na kontekst historyczny, jesień to nigdy nie był złoty czas dla szkoleniowców Lecha. Raczej moment dorocznych zapaści i niemal już kultowych nawoływań o kadrową rewolucję. Bardziej utytułowani szkoleniowcy od Djurdjevicia tracili robotę właśnie wskutek fatalnego wejścia w sezon. Rumak i Urban lecieli ze stołka jeszcze w sierpniu, Skorża w październiku, Zieliński w listopadzie. Choć oczywiście trudno ich zestawiać z obecnym trenerem Kolejorza, który dopiero niedawno zaczął swoją przygodę na stanowisku. W przypadku wymienionych powyżej, zwolnienie było zwykle konsekwencją grzechów i grzeszków, które gromadziły się miesiącami. Aż wreszcie przelewały czarę gorzkiego niedosytu i rozczarowania.

Od wielu lat mają w stolicy Wielkopolski problem, żeby tę czarę choć do połowy opróżnić. I chyba jest coraz gorzej. Jose Mari Bakero, którego tuż po przerwie zimowej niemalże na kopach wyniesiono z Poznania po dwóch porażkach z rzędu, w rundzie jesiennej sezonu 2011/12 przegrał tylko pięć spotkań z siedemnastu. Mamy za sobą ledwie dziewięć kolejek bieżącego sezonu, a lechitów znoszono z boiska na tarczy już czterokrotnie.

WARSZAWA 16.09.2018 MECZ 8. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN 1:0 PEDRO TIBA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Jako się rzekło – Djurdjević na pewno jest w tej chwili tą postacią w poznańskiej szatni, której zdecydowanie najbardziej zależy na zażegnaniu kryzysu. Co chyba nie jest układem do końca zdrowym, bo akurat trener powinien – mimo wszystko – koncentrować się na stricte merytorycznych aspektach związanych z zarządzaniem drużyną, a nie tylko imponować zaangażowaniem. W tym przypadku jest odwrotnie – defensywa zdezorganizowana, taktycznie zespół leży i kwiczy, ale Serb wciąż ma na ustach hasła o odwadze, walce, przywództwie. Na pewno bliżej mu do Williama Wallace’a niż Rafy Beniteza.

Widać, że Ivan, gdyby tylko mógł, najchętniej sam znów wskoczyłby na boisko i wybiegał za swoich podopiecznych te wszystkie brakujące kilometry, nadrobił własnym wysiłkiem człapanie Jevticia i jemu podobnych. Ale tego zrobić rzecz jasna nie może. Zatem jego poza, choć budzi jakąś tam sympatię, Lechowi raczej nie pomaga. Na krótszą metę może i była inspirująca, ale na przestrzeni całego sezonu liczy się jednak przede wszystkim trenerski warsztat i konsekwentna praca, nie tylko pompowanie swoich podopiecznych. Warsztat na ten moment budzi pewne wątpliwości, a i wokół odporności trenera na naciski ze strony zawodników narastają kontrowersje.

Już podczas lipcowej rozmowy z Weszło, Djurdjević zdawał się mieć świadomość, jak ciężka czeka go przeprawa. Aczkolwiek wtedy jeszcze mógł tryskać beztroskim optymizmem, a nie smęcić spostrzeżeniami na temat konieczności szybkiego wyjścia z kryzysu. – Jest coś jeszcze, co zdecydowanie najbardziej lubię w kibicach Lecha. Zawsze są niezadowoleni. Jak wygramy 2:0, to pytają „dlaczego nie 4:0?”. Jeśli wygramy 4:0, to „pamiętaj, bądź skoncentrowany, bo za tydzień kolejny mecz”. Przy Bułgarskiej zawsze masz kilkanaście tysięcy nieoficjalnych trenerów. I super, bo to oznacza, że ludzie chcą zwycięstw Kolejorza. W Lechu zawsze musi być wojna o zwycięstwo. I ja na tę wojnę idę – powiedział w rozmowie z Damianem Smykiem.

Pewnie dlatego szkoleniowiec Kolejorza rozpoczął rozpaczliwe poszukiwania w szatni człowieka, który tę całą wojenną retorykę od niego przejmie i zaszczepi w kolegach. Również tych kolegach, którzy dziś przy Bułgarskiej są, a jutro ich nie będzie i cała ta bojowa otoczka obchodzi ich generalnie mniej od zeszłorocznego śniegu. Przyjechali do Poznania grać w piłkę za pieniądze, w czym nie ma nic ani bulwersującego, ani tym bardziej zdrożnego. Ale trudno w takich facetach rozniecić ogień, jaki od lat płonie w sercu Djurdjevicia. Serb jest pod tym względem postacią wyjątkową. Stąd żonglerka kapitańską opaską i dopominanie się o kogoś, na kogo można będzie nałożyć odpowiedzialność za zespół, a on nie tylko chętnie tę odpowiedzialność przyjmie, ale jeszcze zdoła ją udźwignąć i ponieść na swoich barkach cały team.

– Przez dwa miesiące szukałem lidera. Po tych ostatnich trzech sezonach doszedłem do wniosku, że Lech Poznań nie ma prawdziwego przywódcy. Chciałem, by wyłonił się on na boisku. Dlatego wszyscy dostali szansę. Kapitan to duża odpowiedzialność. Chciałem ich sprowokować, by brali tą odpowiedzialność w szatni i na boisku. Po tym czasie wybrałem najbardziej odpowiednich ludzi. Trałka i Burić są w Lechu najdłużej. Przegrali dużo, ale też dużo wygrali. Rogne też ma dobre podejście, Tiba ma jakość w grze – powiedział szkoleniowiec Kolejorza.

Zaraz, zaraz… Djurdjević przez trzy sezony obserwował brak prawdziwego przywódcy w drużynie, więc rozpoczął poszukiwania kogoś z duszą lidera. I po dwóch miesiącach gorliwych analiz psychologicznych wskazał na… Łukasza Trałkę? Przecież defensywny pomocnik Kolejorza przez całe lata hasał przy Bułgarskiej z opaską na ramieniu, co to za nowina? To wręcz kapitulacja. Jeżeli ktoś jest w ostatnim czasie symbolem poznańskiego średniactwa i niespełnionych aspiracji – jest to właśnie Trałka.

CASARES 09.02.2013 LECH POZNAN - ZGRUPOWANIE HISZPANIA - TRENING --- LECH POZNAN TRAINING CAMP IN SPAIN IVAN DJURDJEVIC FOT. PIOTR KUCZA

Hasło „mamy kurwa dosyć” pozostaje w Poznaniu boleśnie aktualne, ale czy działacze Lecha powinni mieć już dosyć Djurdjevicia? Mimo wielu zastrzeżeń i fatalnej passy – o wiele na to za wcześnie. Choć wypowiedź samego zainteresowanego zdaje się sugerować zupełnie coś innego. – Mecz Pucharu Polski w Łodzi będzie niewątpliwie dla nas meczem o wszystko – stwierdził trener w rozmowie z Gazetą Wyborczą. – Jesteśmy pod ścianą, to prawda. Może jednak ta ściana jest nam potrzebna. Teraz, gdy już za plecami nie mamy niczego, możemy tylko pójść do przodu.

Mecz o wszystko. 1/32 finału Pucharu Polski. Z pierwszoligowym ŁKS-em. We wrześniu.

To brzmi tak niewiarygodnie, że – biorąc poprawkę na fakt, iż poruszamy się w realiach polskiego futbolu – aż w to wierzymy. Trudno powiedzieć, czy trenerowi chodziło o to, że krajowy puchar to dla Kolejorza jedyna droga do europejskich pucharów, czy może jednak szkoleniowiec już poczuł, że jego stołek nabrał temperatury? A może ma poczucie, że jeżeli lada dzień nie podźwignie swojej drużyny, to jego misja po prostu zakończy się niepowodzeniem? Oczywiście istnieje również możliwość, że papla byle co w emocjach.

Skoro jednak Ivan Djurdjević swoją drużynę i samego siebie stawia pod ścianą, to zastanówmy się, co mogło go do tak niewygodnej pozycji doprowadzić. Przecież po czterech ligowych kolejkach Kolejorz był liderem ekstraklasy, a później prowadził 2:0 z Wisłą Kraków i zanosiło się na kolejne, gładkie zwycięstwo. Wtedy, zgodnie z kultową tyradą, coś się popsuło.

Wraz z byłymi piłkarzami Lecha rozważyliśmy kilka najpopularniejszych tez, które mają tłumaczyć beznadziejną postawę poznańskiej drużyny w ostatnich tygodniach.

Czy zawodzi przygotowanie fizyczne?

Ten wątek został podniesiony przede wszystkim po wspomnianym już feralnym meczu z Legią. Lechici wypadli w statystykach biegowych po prostu dramatycznie słabo na tle rywali, o których zresztą również się powtarzało do znudzenia, że są fatalnie przygotowani do sezonu pod kątem motoryki i wytrzymałości. Trener Sa Pinto postawił jednak w trakcie przerwy reprezentacyjnej na ciężkie treningi i można zaryzykować stwierdzenie, że już widać pewne tego efekty.

Djurdjević – niejako w swoim stylu – sprowadził cały problem do kwestii zaangażowania, czy raczej jego braku. – Znam statystyki. Wiem, kto ile przebiegł, ale żeby o tym rozmawiać, trzeba na mecz wyjść przede wszystkim odważnym i przekonanym. I tu rozmowa się kończy. Wszyscy z wyjątkiem Kamila Jóźwiaka i Tomka Cywki zagrali słaby mecz. Powiedziałem, że właśnie w takich spotkaniach liczy się przede wszystkim odwaga i przekonanie, a brak tego było czymś, co mnie, jako szkoleniowca najbardziej rozczarowało – oświadczył szkoleniowiec.

Tymczasem zawodnicy Kolejorza często po prostu człapią, zwłaszcza w fazie ataku pozycyjnego. Jedni żwawiej, inni bardziej ospale, lecz generalnie wszyscy grają w jednostajnym tempie, koncentrując się w ofensywie na pojedynczych szarpnięciach. Nie są w stanie założyć skutecznego pressingu, przycisnąć rywala w oddali od własnej bramki. Zdominować go. Dlatego w ich polu karnym notorycznie kipi od zagrożeń. A obdarzeni zwrotnością tankowca obrońcy co i rusz dają się ośmieszyć dynamicznym rywalom.

To rzeczywiście może być kwestia źle dobranych obciążeń. Sam trener groził, że po jego treningach zawodnicy potraktują mecz jak odpoczynek. Jednak Bosacki i Reiss bagatelizują tę teorię.

Bartosz Bosacki: Oczywiście trudno coś na ten temat powiedzieć nie uczestnicząc w przygotowaniach. Lech bardzo dobrze wszedł w sezon, dopiero teraz sytuacja wygląda dużo gorzej. Ale akurat w przygotowaniu fizycznym bym nie upatrywał kłopotów Kolejorza. Pamiętajmy, że jesteśmy dopiero w pierwszej części sezonu, dopiero co dobiegła końca przerwa na reprezentację. Nawet jeżeli coś negatywnego by się stało, to w tej przerwie była okazja, żeby to dopracować. Wierzę, że zespół jest monitorowany – gdyby czegoś brakowało, były dwa tygodnie na korekty. Kłopotów Lecha upatrywałbym bardziej w zawirowaniach związanych z systemem gry. 

Piotr Reiss: Oczywiście inaczej oglądać mecz z boku, a inaczej być przy drużynie. Rzeczywiście – coś w tym jest, że Legia przebiegła znacznie więcej kilometrów od Lecha. Jednak w dzisiejszych czasach samo przygotowanie fizyczne zawodnika nie jest tak ważne. Piłkarze chcący grać na poziomie Ekstraklasy przygotowani muszą być zawsze. Gdybyśmy mówili o pierwszym, drugim meczu w rozgrywkach – wtedy jeszcze mogą dochodzić kwestie przemęczenia okresem przygotowawczym, brakiem świeżości. Ale we wrześniu? 

Powtarzam – zawodnik musi być zawsze przygotowany do gry pod względem umiejętności technicznych, wydolnościowych, motorycznych i siłowych. To, że Lech biega mniej, leży raczej w kwestii psychiki czy zaangażowania. W Polsce przerwa na letnie urlopy trwa tydzień, dziesięć dni. Latem nie ma mowy o żadnych wielkich okresach przygotowawczych. Co innego w przerwie zimowej

Czy zawodzi przygotowanie fizyczne?

Werdykt: NIE

Czy Djurdjević nie daje rady w kwestiach taktycznych?

Nie da się ukryć, że eksperyment z trzema środkowymi obrońcami i wahadłami po bokach był w Poznaniu dość niespodziewany. I ostatecznie jego żywot dobiegł końca bardzo szybko, co zresztą do złudzenia przypomina taktyczne kombinacje Deana Klafuricia w Legii. Djurdjević ochoczo trzymał się swojego planu, dopóki przynosił on kolejne zwycięstwa, choć już wtedy postawa obrońców budziła wiele wątpliwości. I lechici często mieli w defensywie więcej korzyści wynikających z czystego farta niż dobrej organizacji. O ile na wahadłach rzeczywiście jest komu grać, przynajmniej zakładając brak kontuzji, o tyle stoperzy z Poznania naprawdę kiepsko się do funkcjonowania w trójce nadają.

Ostatecznie Serb się poddał, przynajmniej na razie. Powrócił do gry czwórką z tyłu, gdy linia obrony Kolejorza zaczęła już naprawdę przypominać durszlak.

WARSZAWA 16.09.2018 MECZ 8. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN 1:0 IVAN DJURDJEVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Coś w przemyśleniach trenera Lecha na pewno pękło po zdumiewającej klęsce z Wisłą Kraków. Wówczas gospodarze oberwali przy Bułgarskiej aż pięciokrotnie i chyba właśnie wtedy Djurdjević zaczął się rakiem wycofywać z koncepcji gry trójką środkowy obrońców, choć ubierał to raczej w kostium „taktycznej elastyczności”. Plotkowało się również, że sami zawodnicy go do tego nakłaniali. Mniejsza z tym – grunt, że te zabiegi wcale nie poprawiły kondycji Kolejorza w defensywie. Bo wciąż szwankuje asekuracja, boczni obrońcy często są pozostawieni sami sobie i narażeni na pojedynki ze skrzydłowymi rywali. Jóźwiak czy choćby Amaral raczej pozorują grę w destrukcji, zamiast się w nią naprawdę zaangażować.

Można mieć o to uzasadnione pretensje do tej dwójki, lecz z drugiej strony trudno się im dziwić, skoro właściwie tylko od nich zależy, czy Lech w ogóle zaistnieje pod bramką przeciwnika. Jeżeli Jóźwiak czy Amaral czegoś nie wyszarpią, sami nie wykreują – Kolejorz nie istnieje. Atak pozycyjny Lecha działa skuteczniej niż niejedna kołysanka, ale – niestety – nie usypia rywali, tylko samych poznaniaków. Element przyspieszenia czy zaskoczenia niemal nigdy nie wynika z błyskotliwej kombinacji podań, tylko indywidualnego popisu jednego z wyżej wymienionych zawodników.

Trochę czasu już upłynęło od kiedy po raz pierwszy kopnięto świńskim pęcherzem w kierunku prostokąta, ale jeszcze nikt nie wymyślił w futbolu skuteczniejszego sposobu do zdobywania terenu niż szybka klepka. W Lechu Djurdjevicia takiej błyskotliwej, dynamicznej wymiany podań jest naprawdę jak na lekarstwo. Króluje Łukasz Trałka i jego firmowe rozegrania do tyłu.

Wydaje się, że taktyczne niedociągnięcia to może być jedna z ważniejszych przyczyn, dla których Lech osuwa się w stronę dna tabeli, zamiast zakotwiczyć w czołówce.

Bartosz Bosacki: Od samego początku sezonu forsowany był system z trójką obrońców. I na pewno tutaj tkwił problem, choć nie możemy powiedzieć, że jedyny – tych kwestii jest więcej. Zdaję sobie sprawę, że trener Djurdjević chciał wprowadzić coś nowego. Coś, co w przyszłości mogło zaprocentować. Ale nie jestem przekonany, czy Lech ma w tej chwili w swojej kadrze piłkarzy zdolnych, by w ogóle w systemie z wahadłami funkcjonować. I wbrew pozorom nie mówię tutaj tylko o obrońcach, ale i zawodnikach drugiej linii, a nawet napastnikach. Oni też się muszą w taki system wkomponować. Tutaj dopatrywałbym się błędów i mimo że nastąpiła teraz zmiana tego systemu, to mamy efekty w postaci chaosu.

Jednak powtarzam – jest mnóstwo małych błędów, które negatywnie wpływają na całość funkcjonowania drużyny. Mam wrażenie, że to są te same problemy, które już w tym zespole były obecne od lat i nad którymi sztab i działacze mieli pracować. Choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że na to może nie wystarczyć nawet i pół roku pracy.

Piotr Reiss: Powiedzmy sobie szczerze – bez względu, czy zespół gra 4-4-2, 4-2-3-1, 4-1-4-1 czy 2-6-5-3-1-2, wszystko musi być dostosowane pod kątem dostępnej kadry i bardzo płynne. Trener stosując daną taktykę musi najpierw przeanalizować swoich zawodników i ich umiejętności pod dany styl gry. Włosi wprowadzili grę z trójką obrońców, ale mieli do tego odpowiednio przygotowanych zawodników. U nas nawet trenerowi Nawałce w reprezentacji to nie wyszło. Trzeba dobierać taktykę stricte pod kątem umiejętności piłkarzy, jakich się ma do dyspozycji. W Lechu tego zabrakło.

Czy Djurdjević nie daje rady w kwestiach taktycznych?

Werdykt: TAK

Czy Lechowi rzeczywiście brak wyraźnego lidera?

O tym zagadnieniu już szeroko pisaliśmy wyżej. Posłuchajmy więc po prostu ekspertów.

Bartosz Bosacki: Powiem szczerze, że nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego Ivan od początku nie wyznaczył jednego kapitana w zespole. Nie wiem, jaki to miało cel, żeby żonglować opaską wśród zawodników. Zastanawiałem się nad tym kilka razy oglądając mecze Lecha i przysłuchując się wyjaśnieniom komentatorów. Ja nie znajduję żadnego logicznego wyjaśnienia. Jak spotkam się z Ivanem to na pewno go o to zapytam. Dlaczego tak to wyglądało i dlaczego akurat w tym momencie rolę kapitana przyznano Łukaszowi Trałce.

Nie mówię oczywiście, że on nie powinien być kapitanem. Jest doświadczonym zawodnikiem, być może pełni rolę lidera w szatni. Ale dlaczego ta rada drużyny została wybrana tak późno, a nie przed sezonem – to mnie zastanawia. To może być jeden z tych elementów, dla których drużyna wciąż potrzebuje czasu na poukładanie tych wewnętrznych klocków.

Piotr Reiss: Dla mnie to wszystko jest bardzo niezrozumiałe. Ivan był chyba zupełnie innym piłkarzem niż jest trenerem. Opaska kapitańska w klubie z tradycjami to nie jest coś, czym można żonglować w lewo i w prawo. Aż żal mi patrzeć na to, kto w tym sezonie kapitanował Lechowi Poznań. Patrząc na historię klubu – niektórzy zawodnicy na pewno na zaszczyt noszenia tej opaski nie zasługiwali. Nie wiem, czy to były suwerenne decyzje Ivana. Jeżeli tak, to bardzo krytycznie na to patrzę.

Czy Lechowi rzeczywiście wyraźnego lidera?

Werdykt: TAK

Czy nie przeceniamy siły kadrowej Lecha?

No właśnie – może efektowny początek sezonu i cztery zwycięstwa z rzędu w lidze to był raczej wynik ponad stan i trzeba lechitom pogratulować, że udało im się aż tak znakomite rezultaty wykręcić? Tymczasem ostatnie porażki to po prostu naturalna przeciwwaga i trudno mieć do kogoś o to pretensje?

Na dwoje babka wróżyła. Joao Amaral i Pedro Tiba przez moment wyglądali na graczy – zresztą, kupiono ich przecież za naprawdę słuszne pieniądze w skali Ekstraklasy – którzy wparują do polskiej ligi razem z futryną i porozstawiają naszych poczciwych ligowców po kątach. Portugalczycy wciąż jeszcze sprawiają wrażenie zawodników, których rzeczywiście stać na to, żeby wynurzyć się ponad bagno ligowej przeciętności, ale… Cóż, nie są to piłkarze zdolni odmienić oblicze całej drużyny w pojedynkę, ani nawet w duecie. Mogą stanowić mocny punkt fajnie skonstruowanej ekipy. Jeżeli zespół jako całość jest natomiast cienki, to oni są po prostu troszkę mniej ciency od całej reszty cieniasów. Tyle jakości piłkarskiej można w 2018 roku kupić za 2,5 miliona euro. Tylko tyle i aż tyle, bo jednak nie ma wątpliwości, że kiedy Lech się rozbuja – a prędzej czy później to nastąpi – to i Tiba, i Amaral szybko zaczną błyszczeć.

Choć niepokojące jest tempo, w jakim przesiąkają ekstraklasowością. – Jeżeli gra się z taką intensywnością, jak to miało miejsce w przypadku naszej drużyny, to normalne jest, że przychodzi słabszy moment. Nie można wszystkich spotkań wygrywać – bredził niedawno Tiba przed wrześniowym meczem z Piastem. Doprawdy, jak polski ligowiec z dziada pradziada, w którym ducha sportowej rywalizacji zaszczepił Piotr Ćwielong.

Ale tak poza tym, to kto w Lechu gra? Dwóch bramkarzy, z których obaj zapomnieli jak się porządnie wykonuje swoją robotę. Co jest zresztą materiałem na osobną, pogłębioną analizę, bo Putnocky i Burić to naprawdę nie są byle ogórasy z pierwszej-lepszej łapanki. Janicki, Trałka, Cywka czy Gajos – ligowy dżem, nawet jeżeli zwiastowali kiedyś nadzieje na coś więcej. Orłowski? Nie ten poziom. Vujadinović?! Jak to jest możliwe, że w klubie chełpiącym się rozwojem swojej akademii i odważnym stawianiem na jej wychowanków zagnieździł się 32-letni Czarnogórzec, który, co gorsza, nie potrafi grać w piłkę? Jasne, że paru chłopaków można by było równolegle wyróżnić w pozytywnym kontekście, ale wciąż nie jest to ekipa, która samą siłą swoich indywidualności jest w stanie regularnie punktować. Tym bardziej, gdy na dno stacza się Jevtić, faktycznie zdolny zrobić różnicę w pojedynkę, a sytuacji zdrowotnej nie może od dłuższego czasu ustabilizować Makuszewski, stanowiący istotną broń na skrzydle.

Generalnie – fajna, solidna paka. Z bardzo mocnymi punktami w skali całej ligi, ale i ze znacznie słabszymi elementami. Murowany kandydat do tytułu? Nie.

Bartosz Bosacki: Zdaję sobie sprawę, że ciężko zarządowi czy trenerowi powiedzieć w Poznaniu: „budujemy zespół, potrzebujemy czasu”. Bo wiadomo, że na te procesy potrzeba w piłce nożnej przede wszystkim cierpliwości. Może właśnie trzeba w końcu oświadczyć, że na przebudowę zespołu trener i działacze potrzebują dwóch, trzech lat? Żeby dać realną szansę chłopakom z akademii i zrobić jednocześnie przemyślane, perspektywiczne transfery, a nie ściągać zawodników na ostatnią chwilę. Tak jak to było teraz. Może potrzeba tej odwagi, by powiedzieć kibicom: „porozmawiajmy za trzy lata, bo mamy taki i taki plan”? 

Wiem, że w Poznaniu bardzo trudno zmierzyć się z tym problemem. Presja ze strony trybun będzie zawsze. Ale dopiero gdy nie będzie wygórowanych oczekiwań w stosunku do trenera, to on będzie mógł komfortowo popracować z młodymi wychowankami akademii Lecha. Jeżeli teraz trener Djurdjević ma jasny cel – zdobycie mistrzostwa Polski, to trudno jest mu zaufać takim zawodnikom jak Tymoteusz Klupś, a tkwi w tych chłopakach duży potencjał. Młodość jednak wiąże się z tym, że forma nie jest stabilna. Takie jest prawo młodego wieku. I dopiero gdy znikną wielkie oczekiwania, trener będzie mógł sobie pozwolić, żeby taki wychowanek z przez te góry i doliny swojej formy spokojnie przeszedł i się rozwijał.

Chociaż być może dla tych, którzy rządzą teraz Lechem obecny model budowy zespołu się sprawdza? I wszystko wygląda dokładnie tak, jak ma wyglądać, w ramach jakiegoś bardzo długofalowego procesu, który w którymś momencie ma eksplodować. Trzeba się z tym tematem po prostu zmierzyć.

Piotr Reiss: Z jednej strony tak, trochę tę kadrę przeceniamy. Ale z drugiej strony – właściciele i zarząd Lecha cały czas mówią przecież o swoich wielkich ambicjach. Pieniądze i budżet, które posiada Lech, poziom rozwoju klubu – to musi rodzić wymagania. Zawodnicy mają do dyspozycji wszystko co tylko możliwe, więc trudno nie oczekiwać od nich sukcesów. Zwłaszcza w Ekstraklasie, z sezonu na sezon coraz słabszej.

Czy nie przeceniamy siły kadrowej Lecha?

Werdykt: I TAK, I NIE

Czy Ivan Djurdjević wciąż cieszy się zaufaniem w klubie?

To pytanie jednak musi paść, niejako puentując całą debatę. Choć Serb przepracował z Lechem w roli pierwszego szkoleniowca zaledwie kilka miesięcy i tak naprawdę wciąż jeszcze nie możemy z całą stanowczością powiedzieć, że to jest „jego” Lech. Na pewno nie dostał tylu drugich i trzecich szans co jego poprzednicy. Ba, nie zdążył jeszcze zmarnować swojej pierwszej szansy. Jednak cytowana już wypowiedź i określenie starcia z Łódzkim KS-em jako „meczu o wszystko” była niczym wiadro benzyny dolane do ogniska spekulacji.

Zatem – pospekulujmy.

Bartosz Bosacki: Nie wydaje mi się, żeby w klubie były jakieś pomysły odnośnie zmiany trenera. Aczkolwiek trudno mi sobie wyobrazić sytuację, żeby Lech jutro odpadł z rozgrywek Pucharu Polski. Jeżeli tak by się stało – a to odkładam na bok, nawet nie chcę o tym myśleć – to sfera mentalna naprawdę będzie już dla trenera trudna do opanowania. W Poznaniu już się na dobre zapali. I ci najwięksi kibice Lecha, z którymi czasami rozmawiam, oni też nawet nie dopuszczają myśli o odpadnięciu.

Myślę, że trener jeszcze się nie poddaje jeżeli chodzi o walkę o europejskie puchary poprzez ligę. Trochę chyba to sformułowanie zbyt dramatycznie wybrzmiewa. Nikt w Lechu broni nie będzie składał. Jednak niewątpliwie odpadnięcie na tym etapie Pucharu Polski nie będzie proste do opanowania od strony szatni. Ciężko będzie po prostu podnieść głowę i wyjść na kolejny mecz. Pewności siebie może chłopakom na dobre zabraknąć, co będzie stanowiło tylko dodatkową przeszkodę, jeżeli chodzi o wydostanie się z kryzysu. Jednak jestem dobrej myśli. Wierzę, że ten jutrzejszy mecz to będzie początek dobrej serii i drużyna wreszcie zacznie pokazywać to, nad czym wraz ze sztabem od wielu miesięcy pracuje.

Piotr Reiss: Nie ma co ukrywać: Lech jest w bardzo trudnej sytuacji, zarówno zarząd jak i sztab szkoleniowy. To wszystko w tej chwili kwestia mentalu i osób, które pociągną klub do kolejnych zwycięstw. Ale presja na pewno jest już ogromna i myślę, że posada trenera może być już w tej chwili zagrożona. Ivan ma bardzo duże zaufanie u kibiców, bo inny trener pewnie już żegnałby się z posadą.

Najkrótsza droga do europejskich pucharów może prowadzić przez Puchar Polski i chyba dlatego Ivan powiedział, że mecz z ŁKS-em jest „meczem o wszystko”. Podejrzewam, że sam też już czuje ogromne ciśnienie i domyśla się, że w przypadku porażki będzie się musiał ze stanowiskiem pożegnać. Takie są realia sportu, zawsze musi się znaleźć winowajca. Przecież nie wyrzuci się z zespołu siedmiu zawodników, tylko poświeci głowę jednego trenera.

fot. FotoPyk