ŁKS myśli, że full house to pełny stadion, a Widzewowi się wydaje, że strit to inna nazwa Piotrkowskiej
Inne sporty

ŁKS myśli, że full house to pełny stadion, a Widzewowi się wydaje, że strit to inna nazwa Piotrkowskiej

Co się wydarzy, kiedy w jednym miejscu spotkają się kibice i piłkarze dwóch znienawidzonych klubów z jednego miasta? Kiedy na niewielkiej, zamkniętej przestrzeni, z jednej strony staną ludzie Widzewa, a z drugiej – ludzie ŁKS-u? My to już wiemy – zaczną się bić, przebijać, atakować, zabierać sobie pieniądze i za wszelką cenę starać się wyeliminować. A na koniec… przybiją piątki i rozejdą się z uśmiechem. Oczywiście, pod warunkiem, że spotkają się na turnieju pokerowym.

Łódź to jedyne miejsce w swoim rodzaju. Przed wojną była drugim co do wielkości miastem w Polsce, którego ponad 30 procent ludności stanowili Żydzi. Kiedyś była słynna z powodu przemysłu, potem z powodu znanej na cały świat szkoły filmowej. A w międzyczasie – także z powodu dwóch drużyn piłkarskich. I były lata, w których obie były naprawdę mocne. Dość powiedzieć, że nie tak dawno, raptem dwie dekady temu, zdarzyły się trzy sezony z rzędu, w których tytuł mistrza Polski nie opuszczał Łodzi, choć zmieniał posiadacza. Inna sprawa, że już wcześniej i ŁKS, i Widzew, miały na koncie mistrzowskie tytuły. Do dziś tylko pięć miast w kraju może się pochwalić co najmniej dwoma klubami, które wygrały ligę (oprócz Łodzi także Kraków, Warszawa, Poznań i Bytom).

Od mistrza do czwartej ligi

O ile jednak Kraków wciąż ma dwa kluby w Ekstraklasie (jeszcze, bo Cracovia w tym sezonie robi wszystko, żeby w hukiem wypaść z elity), a Warszawa wciąż ma mistrza (jeszcze, bo Legia w tym sezonie robi wszystko, żeby tytułu nie utrzymać), o tyle w Łodzi sytuacja mocno się skomplikowała. Widzew po złotych latach 1995-97, kiedy dwa razy zdobył mistrzostwo kraju, a potem nawet grał w Lidze Mistrzów, wpadł w marazm, a w 2004 roku spadł z Ekstraklasy. Nastąpiła dekada bujania się między najwyższą klasą rozgrywkową, a jej zapleczem. RTS, niczym wańka-wstańka, raz spadał, raz awansował. Wreszcie, w 2014 roku spadł po raz kolejny, a sezon później w koszmarnym stylu pożegnał się także z I ligą (4 wygrane, 10 remisów i 20 porażek). W 2015 roku zadłużony po uszy RTS Widzew ogłosił upadłość. W jego miejsce powstał nowy Widzew, który przystąpił do rozgrywek IV ligi. W pierwszym sezonie udało się wywalczyć awans, w kolejnym było blisko. Wiosną 2018 roku „nowy” Widzew, ku radości kibiców, awansował do II ligi. A propos kibiców – to fenomen na skalę światową, bo na nowym stadionie kibice wykupili wszystkie karnety: kilkanaście tysięcy na mecze czwartego poziomu rozgrywkowego! Czapki z głów!

6 kilometrów dalej, u lokalnego sąsiada, było niestety równie boleśnie. Dwa lata po mistrzostwie z 1998 roku, nastąpił upokarzający spadek. Po kilku sezonach udało się wywalczyć ponowny awans do Ekstraklasy, ale tylko na krótko, bo potem klub nie uzyskał licencji na grę w elicie. I znów było podobnie jak w Widzewie – walka o powrót do najwyższej ligi, raz nieudana, raz udana. W 2012 roku ŁKS ponownie spadł z ligi i był to początek spektakularnego upadku. Rok później drużyna nie zdołała nawet dokończyć rozgrywek w I lidze i kolejny sezon zaczęła w łódzkiej grupie IV ligi. W rok udało się zrobić awans do III ligi, w czwartym sezonie do II, a w piątym – do I.

Walka na murach i przy stołach

Dziś ŁKS walczy na zapleczu Ekstraklasy, a Widzew – ligę niżej. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem stwierdzenie, że Łódź na derby czeka, jak żadne inne miasto w kraju. O tym głodzie rywalizacji może świadczyć choćby jedyna w swoim stylu wojenka na łódzkich murach. Na pewno o niej słyszeliście – zamiast obraźliwych haseł, bluzgów i wulgaryzmów, zabawne teksty w stylu: „ŁKS robi herbatę w wodzie po pierogach”, „Widzew jeździ Tico”, „RTS kuca przy sikaniu”, czy „ŁKS śpi w skarpetkach” (większość z tych haseł to wprawdzie robota jednego ulicznego artysty z łódzkiej ASP, ale część kibiców chętnie weszła w zaproponowaną przez niego konwencję).

Zanim jednak rywalizacja z murów przeniesie się na boisko, piłkarze łódzkich klubów już dziś regularnie walczą przy pokerowych stołach. Tych, których ta wiadomość mogłaby zaniepokoić od razu jednak uspokajamy: chodzi o grę w turniejach Legalnego Pokera. Ani kariery, ani fortuny przegrać tam się nie da. Co można wygrać? Mnóstwo dobrej zabawy, nagrody rzeczowe, a nawet coś na kształt zgody między zwaśnionymi klubami.

Legalny Poker to inicjatywa, o której już pisaliśmy. W praktyce to jedyny zgodny z prawem sposób na grę w pokera w kraju. W największym skrócie – w wielu polskich miastach kilka razy w tygodniu organizowane są turnieje z symbolicznym wpisowym od dwudziestu do pięćdziesięciu złotych. Imprezy przyciągają tłumy ludzi, czasem gra nawet setka jednocześnie. Nie można wygrać pieniędzy, bo tego zakazuje absurdalna ustawa hazardowa, jedyna taka w całej Unii Europejskiej. Gra toczy się więc o nagrody rzeczowe do regulowanej przepisami łącznej kwoty nieco ponad dwóch tysięcy złotych. Początkowo nagrodami na przykład w Warszawie były konsole, smartfony, tablety i inna elektronika; z kolei w Łodzi gracze sami mogli zdecydować, na co chcą przeznaczyć wygraną. Ktoś kupił piekarnik, inny perfumy dla żony. A na przykład jeden z piłkarzy ŁKS-u zamówił katering dietetyczny na kilka tygodni. Teraz sprawa wygranych jest prostsza – gracze dostają po prostu bony do jednej z łódzkich galerii. Zwycięzca ma do wydania 1100 złotych, drugi 600 złotych i tak dalej.

Poker nad podziałami

Jedna z łódzkich piwiarni dwa razy w tygodniu zamienia się w klub pokerowy. Zamiast głośnej muzyki, hałasów ze stołu od piłkarzyków, czy gwaru z kuchni, słychać jeden, dominujący dźwięk: przerzucanych żetonów. To charakterystyczny odgłos z wszystkich sal, w których odbywają się turnieje pokerowe – słychać żetony, którymi gracze się bawią, rzucają na stół, a potem układają na stosach. W Łodzi słychać także raz po raz wybuchy śmiechu, atmosfera jest wyjątkowo luźna i przyjacielska, choć jak przy każdej grze – są i zwycięzcy, i pokonani. To, co słychać, to także poruszenie na sali, kiedy w lokalu pojawia się ktoś znany. Wiadomo, na turnieje przychodzą głównie młodzi ludzie, w dużej mierze kibice jednego, lub drugiego łódzkiego klubu. Ci sami, którzy w weekend zdzierają gardła, dopingując ŁKS (4,282 na ostatnim meczu), czy Widzew (16,658), we wtorek zasiadają do partyjki pokera. Mimo oczywistych i dobrze znanych animozji pomiędzy nimi, przy stołach nie da się tego odczuć. Ale kibice to jedno. Znacznie ciekawiej robi się, kiedy do gry dołącza podstawowy piłkarz jednej z drużyn. Na przykład Artur Bogusz (na zdjęciu poniżej po prawej), rodowity łodzianin, który po kilku latach gry w Wigrach Suwałki, od nowego sezonu wrócił do domu i reprezentuje barwy ŁKS-u. Przerwę na mecze reprezentacji Polski wykorzystał na to, by wpaść na turniej Legalnego Pokera.

bogusz poker
W pokera na razie ŁKS górą, bo ostatnio wygrałem turniej – śmieje się w rozmowie z Weszło. – A tak serio, turniej za 30 złotych to tylko i wyłącznie zabawa. Gramy w fajnym miejscu, jest bardzo dobre jedzenie, świetna atmosfera. No i oczywiście świetni ludzie, nie ma żadnych złych emocji, żadnej złej krwi. Wszyscy fantastycznie się bawią, śmieją się, kibicują sobie. Wspaniała sprawa. Poker jest moim hobby, ale nigdy nie mogłem się w niego na poważnie zaangażować, bo piłka zawsze jest na pierwszym miejscu. Czasem obejrzę transmisję z największych turniejów, popatrzę, jak grają najlepsi, kiedy indziej wyskoczę na Legalnego Pokera, pogram kilka godzin. Najważniejsza jest jednak praktyka, a na to, jako zawodowy piłkarz po prostu nie mam czasu.

Nie da się ukryć, że Bogusz, jako przedstawiciel I-ligowego klubu, jest na turniejach witany z honorami. Większość graczy z miejsca go poznaje, a nawet ci, którzy nie interesują się piłką i tak zaraz się dowiedzą od pozostałych, że do stołu dołączył piłkarz ŁKS-u. Obrońca często jest pytany przez graczy Legalnego Pokera o różne tematy, związane z piłką. Ktoś prosi o zdjęcie, ktoś chce wiedzieć, czy zespół ma szanse na awans, inny dopytuje o lokalnego rywala.

Dla mnie jako łodzianina, to co się teraz dzieje w naszym mieście, to jest świetna sprawa. Ta odbudowa dobrze zrobiła obu klubom, bo oba były zatrute, od samej góry, do samego dołu, wszystko było źle. Teraz jest zupełnie inaczej: i ŁKS, i Widzew idą w dobrą stronę, bardzo szybko się rozwijają, co chwila awansują. Oba zespoły wróciły na właściwe tory – podkreśla. – Naszym celem na ten sezon jest utrzymanie. Wiadomo, że kibice by chcieli Ekstraklasy, ale potrzebujemy cierpliwości. Stadion jest w trakcie budowy, zarząd powiedział nam wprost: w tym roku walczymy o pozostanie w I lidze. Gramy głównie tym składem, który awansował z II ligi, są nawet chłopaki, którzy awansowali z III ligi, klub zrobił kilka wzmocnień, ale awans to cel na kolejny sezon. Jeśli chodzi o Widzewa, oni mają jasno postawione zadanie: awans, jak zresztą co roku. To może oznaczać derby Łodzi już w przyszłym sezonie. Oby tak się stało, całe miasto będzie wtedy żyło piłką!

Zapomnijcie o Wielkim Szu

Rozmowy zahaczają o bardzo różne tematy. Mówi się oczywiście o piłce nożnej (zwłaszcza jeśli przy stole jest piłkarz), o sporcie, polityce, kinie, imprezach i tak dalej. Ale regularnie, niczym bumerang, powraca temat ustawy hazardowej i przepisów, które bardzo utrudniają życie pokerzystom. Artur Bogusz ma swoje zdanie także na ten temat.

Szkoda, że nie można promować pokera w Polsce, dobrze, że chociaż w taki sposób możemy legalnie pograć. Problem tej gry polega na tym, że jest źle postrzegana. Wiele osób, słysząc, że ktoś gra w pokera, myśli: hazardzista, zaraz przegra dom i samochód. Kojarzą pokera tylko z klimatem z „Wielkiego Szu”. A przecież to świetna gra, sposób na fajne spędzenie czasu ze znajomymi, rywalizacja – tłumaczy. – Kiedy grałem w Wigrach Suwałki, mieliśmy bardzo dalekie wyjazdy na mecze. Często w drodze powrotnej graliśmy w autokarze w pokera, dzięki temu czas mijał dużo szybciej. Teraz trener niestety nie pozwala na grę i źle patrzy na pokera.

ŁKS, za sprawą Bogusza, już ma na koncie wygraną w turnieju Legalnego Pokera. Widzew z kolei może się pochwalić zwycięstwem w tak zwanym „boczniaku”, czyli turnieju drugiej szansy dla tych, którzy odpadli z głównej rywalizacji. Co ciekawe, w tym samym czasie, kiedy podstawowy bramkarz Widzewa Patryk Wolański (na zdjęciu poniżej) wygrywał „boczniaka”, jego dziewczyna Patrycja, w turniejowym debiucie zajmowała drugie miejsce w turnieju głównym!

wolański poker

Debiut wyszedł nam jak marzenie! Cieszę się, bo dziewczyna zobaczyła, że to świetna zabawa, a przy okazji wygrała bon do galerii na kilkaset złotych. Przyjeżdżamy tu się pobawić, rozerwać, znam tu mnóstwo ludzi. Jasne, są kibice jednego i drugiego klubu, więc jak zawsze przy takich spotkaniach pojawiają się żarty, dogryzki, śmiechy. Ale z agresją ani tu, ani nigdzie indziej się nie spotkałem. Ja mam mnóstwo znajomych z ŁKS-u, potrafimy normalnie pogadać, czy na przykład pograć w karty – wyjaśnia Patryk Wolański w rozmowie z Weszło. O pokerze wiele nie mówi, bo dopiero zaczyna swoją przygodę z grą, uczy się i traktuje to jak dobrą zabawę. Chętniej mówi o futbolu i celach Widzewa na ten sezon. Celach, które są wyjątkowo jasno sprecyzowane.

Zrobimy awans – mówi wprost. – Krok po kroku robimy duże postępy. Klub chce iść coraz wyżej, jesteśmy na to gotowi. Tym bardziej, że II liga jest łatwiejsza niż III. Po pierwsze dlatego, że awansują trzy zespoły, a po drugie tu wszyscy chcą grać w piłkę, nie ma zespołów, które stawiają autokar w bramce. Na początku sezonu brakowało nam skuteczności, teraz już wróciła. W przyszłym roku szykują się derby, bo ŁKS raczej nie awansuje. Oby tylko zostali w pierwszej lidze. Jak najdłużej!

Wszystko wskazuje jednak na to, że zanim Wolański i Bogusz staną oko w oko w derbach Łodzi, zmierzą się przy pokerowym stole na turnieju Legalnego Pokera. I wtedy się okaże, kto robi herbatę w wodzie po pierogach!

JAN CIOSEK

foto: newspix,pl, legalny poker

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
kolor100

Można dodać do wstępu, że w Warszawie przed wojną, 30% mieszkańców stanowili Żydzi i Warszawa była największym żydowskim miastem na świecie.

danny_trejo

Drugim po Nowym Jorku, tak konkretnie, ale najwiekszym w Europie.

Kolorowa_jak_Diabli
Widzew Łódź

Zdecydowanie brakuje derbów w mieście Włókniarzy.
Jeśli natomiast chodzi o animozje kibicowskie, to zawsze byłam od nich jak najdalej. Mam ja mnogo znajomych kibicujących ŁKS-owie czy Legii – no co ja poradzę, każdy w życiu popełnia błędy. I oni się ich nie ustrzegli…
Jednak w ludziach (tych niekibicujących) dalej tkwi „strach” przed kibolskimi burdami. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, dyrektor w szkole mojego syna poinformował na zebraniu rodziców, że organizowany będzie przez lokalny klub kibiców wyjazd na mecz Widzewa. I słyszę za plecami tekst mamy:
-Na mecz siatkówki to bym puściła, ale z tymi KIBOLAMI…
Na tym skończyła, bo odwróciłam się i z uśmiechem wyprowadziłam ją z błędu.

wpDiscuz