Antoni znowu przydzwonił! Joshua znokautował Powietkina
Inne sporty

Antoni znowu przydzwonił! Joshua znokautował Powietkina

Nie ma mocnych na Anthony’ego Joshuę! Anglik radzi sobie z rywalami, presją, kłopotami, nawet ze złamanym nosem. W walce z innym mistrzem olimpijskim, Aleksandrem Powietkinem, miał duże kłopoty, ale koniec końców, jak zwykle wygrał przez efektowny nokaut.

Powietkin ma 39 lat, 11 lat więcej od Joshuy. Większość obserwatorów spodziewała się, że zaawansowany bokserski wiek będzie po nim widać. I co? I nic. Sasza wyszedł do ringu naładowany energią, pewnością siebie i wolą walki. Wypełniony po brzegi stadion Wembley przywitał go gwizdami. Powietkin z kolei 80 tysiącom kibiców odwdzięczył się wspaniałą kombinacją, która wstrząsnęła mistrzem świata trzech federacji i prawdopodobnie złamała mu nos. Szczęście Joshuy polegało na tym, że do wszystkiego doszło tuż przed końcem pierwszej rundy. W przerwie przed kolejnym starciem sekundanci Anglika byli w stanie doprowadzić go do stanu używalności.

Kolejne rundy jednak wcale nie oznaczały, że wszystko wróciło do normy. Niespodziewanie dla większości obserwatorów to Powietkin był szybszy i dokładniejszy, to on częściej trafiał. Wprawdzie w drugiej rundzie przyjął bombę na prawą skroń, ale jedynym efektem było głębokie rozcięcie. Poza nim nie dało się zauważyć, żeby Sasza w jakikolwiek sposób odczuł siłę uderzenia mistrza. A przecież mówimy o gościu, który 20 z 21 walk wygrał przez nokaut.

Nokaut od początku wisiał nad ringiem także na Wembley. Obaj pięściarze polowali na bombę, żaden nie udawał, że będzie próbował prezentować elegancki, techniczny boks. Nie, tutaj chodziło tylko o to, żeby urwać rywalowi głowę. W połowie walki już dla wszystkich było jasne, że o wyniku może zdecydować jeden błąd. Popełnił go ostatecznie Powietkin. Mistrz olimpijski z Aten przyjął jeden mocny cios, potem kolejny. W efekcie odsłonił się i na jego głowie wylądował potężny lewy sierpowy. Bez cienia przesady można ocenić, że to uderzenie powaliłoby niedźwiedzia. Powietkina nie powaliło, padł dopiero po następnym. Wstał na „osiem” i próbował kontynuować walkę. Po kolejnym strzale mistrza sędzia zlitował się, ratując Rosjanina przed piekielnie ciężkim nokautem.

Tak, czy inaczej, Joshua został pierwszym pięściarzem, który zdołał Saszę pokonać przed czasem. Po walce unosił w górę jego rękę, w geście ogromnego szacunku. Trudno się dziwić, bo takich kłopotów na początku walki nie sprawił mu chyba nikt w karierze.

Aleksander był świetnym rywalem, bardzo groźnym, niebezpiecznie kontratakował i szukał nokautu – oceniał na gorąco, tuż po zakończeniu walki. Odniósł się także do kontuzji nosa w pierwszej rundzie. – To był świetny cios, ale nie myślałem o tym, tylko robiłem swoje.

Powietkin był obowiązkowym pretendentem, wyznaczonym przez federację. Nokautując go Joshua usunął ostatnią przeszkodę przed walką, na którą czeka cały bokserski świat – z czempionem WBC Deontayem Wilderem.

Kogo teraz chcecie? – pytał kibiców zgromadzonych na Wembley. – To jest sport, tu chodzi o to, czego chcą kibice. Ja jestem już gotowy na walkę tutaj, na tym stadionie, 13 kwietnia. Wiadomo, że zawsze są kłopoty w negocjacjach. Ja po prostu robię swoje, wróciłem na ścieżkę nokautów.

Wilder w grudniu zmierzy się z Tysonem Fury, czyli pogromcą Władymira Kliczki. Jeśli wygra także z nim, jedynym sensownym scenariuszem będzie jego starcie z Joshuą. Coraz więcej wskazuje na sobotę 13 kwietnia. Na wszelki wypadek zakreślcie sobie już tę datę w kalendarzu, bo takiego pojedynku absolutnie przegapić nie wolno!

foto: newspix.pl