Polska rozbita. Jutro mecz o wszystko
Inne sporty

Polska rozbita. Jutro mecz o wszystko

Po zwycięstwie Polaków nad Bułgarami w pierwszej fazie grupowej pisaliśmy, że nasi reprezentanci wybudowali sobie autostradę do finałowej szóstki. I tak było, tyle że wczoraj okazało się, że w asfalcie były dziury, a dziś natrafiliśmy na bramki. Jutro może okazać się, że nie mamy pieniędzy, by jechać dalej…

Napiszmy to wprost: sytuację spieprzyliśmy sobie w piątek. Gdybyśmy zamiast jednego punktu dopisali na nasze konto trzy, to wszystko wyglądałoby inaczej. Tym bardziej, że graliśmy z ekipą, która w normalnych warunkach nigdy nie powinna nam zagrozić. Serio, Argentyńczycy wyglądali bardzo słabo przez cały turniej, a wczoraj wcale nie podnieśli poprzeczki. To po prostu my strąciliśmy ją na własne życzenie.

Dziś Vital Heynen postawił wszystko na jedną kartę, ale potem… sam chyba nie był pewien, czy ma zamiar właśnie nią rozgrywać tę partię. Skład dość jasno sugerował, że oszczędzamy się na jutrzejszy mecz z Serbami i tam mamy rzucić wszystkie siły. Tyle że gdy szło nam słabo, nagle na boisku zaczęli pojawiać się wszyscy ci, którzy w teorii mieli odpoczywać. Nawet Michał Kubiak, wciąż pod działaniem leków i nie w pełni sił. Choć mamy wrażenie, że lepiej od swoich kolegów zagrałby nawet z ręką na temblaku.

Serio, długo szukaliśmy jakichkolwiek pozytywów tego spotkania. Jedyny, jaki przychodzi nam do głowy, to ten, że jeśli pokonamy jutro Serbów 3:2, to z turnieju odpadną Francuzi. Dlaczego to dobra wiadomość? Bo nowi liderzy naszej grupy mogą chcieć wyrzucić Trójkolorowych, by nie musieć grać z nimi w kolejnych fazach. Poza tym można by pisać o tym, że w wygranym secie (sami nie wiemy, jakim cudem udało nam się go wyrwać) funkcjonował blok i nieźle rozrzucaliśmy Francuzów zagrywką, ale sprawa jest prosta: to był jeden set. Na cztery rozegrane. W pozostałych wyglądaliśmy jak banda dzieciaków, które dostały szansę rywalizacji ze swoimi idolami.

U Francuzów brylował N’Gapeth. Bywały takie momenty, że w ciemno mogliśmy skakać do niego potrójnym blokiem, bo wiadomo było, że to właśnie on dostanie piłkę. Szkoda, że nie spróbowaliśmy, bo może wtedy udałoby się go zatrzymać. Choć trudno w to wierzyć, biorąc pod uwage, jak karcił nas każdym atakiem. Tak było w czwartym secie. Gdzieś do jego połowy łudziliśmy się, że może faktycznie coś z tego będzie, a opcjonalny comeback przebije ten z 2006 roku, gdy odrobiliśmy straty z Rosjanami, ale wystarczyło tylko, że Earvin zaczął atakować i przestaliśmy istnieć. Zresztą w defensywie to też on nakręcał Francuzów. Dla nich to człowiek-instytucja, u nas dziś nikogo takiego nie było. Ale to nie tak, że to przez niego jesteśmy w czarnej dupie – sami do niej weszliśmy.

Wygrzebać z niej możemy się tylko w jeden sposób: wygrywając z Serbią. Nieważne czy rywale nam odpuszczą i specjalnie ustawią mecz pod 3:2 czy też ockniemy się z tego letargu, ogrywając ich w trzech lub czterech setach (wątpimy, Serbowie to ewidentnie najmocniejsza ekipa tej grupy). Musimy wygrać, jeśli chcemy choć na kilka dni przedłużyć marzenia o medalu.

No chyba że Argentyńczycy kilka godzin wcześniej ograją Francję. Choć to chyba niemożliwe, bo Trójkolorowi musieliby kompletnie spieprzyć sprawę, jeszcze bardziej niż my wczoraj.

Fot. Newspix