Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Nazywam się Nałóg.

Tak mógłby się przedstawiać Dawid Janczyk z późniejszych rozdziałów swojej biografii.

Może nawet powinien.

Bo przecież Dawida Janczyka jako niezależnej osoby, podejmującej autonomiczne decyzje, mającej swój własny charakter, już wówczas nie ma. Dawid Janczyk na tamtych stronach nie istnieje. Jego ciałem i umysłem rozporządza samodzielnie Alkohol. 

Przyznam się bez bicia, miałem rezerwę wobec tej biografii. Nie czekałem na nią. Czułem przesyt historiami polskich piłkarzy, którym się nie udało. Widziałem to też po czytelnikach – jak opublikowałem wywiad z Marcinem Siedlarzem, który przyznawał, że potrafił przepuścić kilka tysięcy euro na założone raz buty, wielu z was reagowało niesmakiem. „Ile można tego słuchać?” – pytaliście.

Ale książka okazała się porażającym studium zniewolenia nałogiem. Czegoś takiego nie czytałem nigdy. Za takie studium uchodziło do tej pory „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha, ale Pilch jest zbyt elokwentny, zbyt błyskotliwy i zbyt ironiczny, by potraktować jego obrazy upadków jako prawdziwe klęski. Pilch nawet jak opowiada o najgorszych odcieniach swoich ruin, ocieka polotem i dowcipem. Dajże spokój – jeśli twój umysł tak pracuje po alkoholu, to gdzie twoje zniszczenie? Na pewno utraciłeś wiele. Wierzę. Ale sam przyznajesz, że alkohol nigdy nie przeszkadzał ci w pisaniu, w konsekwencji nienaruszony pozostał twój bastion, bastion najważniejszy, bastion potężny, bo nie tylko zapewniający pieniądze, ale stanowiący fundament twojego charakteru.

U Dawida Janczyka nie zostało nic. U Dawida Janczyka nie ma Dawida Janczyka. Jest tylko Nałóg. A Nałóg interesuje się sprawami nałogu, nie sprawami ludzi. Co Nałóg obchodzi praca? Co Nałóg interesuje rodzina? Co Nałóg ma za interes w dbaniu o relacje z innymi ludźmi? Nałóg interesuje tylko podsycanie nałogu. Nic więcej.

Jest taki moment w książce, gdzie mama Dawida rozmawia z jego lekarzem. I lekarz mówi, że nałogowiec po przekroczeniu pewnych furtek nie ma już żadnych barier. Nie liczy się honor. Nie ma pojęcia wstydu. Wszystkie reguły społeczne są do złamania.

Matka znalazła go w mieszkaniu w tragicznym stanie, kiedy od trzech dni nie jadł i sam myślał, że umrze. Zamieszkała z nim w Warszawie. Jako była pielęgniarka doprowadziła go po tygodniu do pionu wkładając w to całą matczyną troskę i zawodową wiedzę.

Co zrobił Dawid, jak tylko poczuł się lepiej?

Wyszedł, kupił flaszkę, upił się do nieprzytomności. Do domu musieli go wnosić obcy ludzie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie rozpaczy jego matki na ten widok.

A zaraz potem masz zdjęcie sześcioletniego Dawida przebranego za kowboja w przedszkolu. Uśmiechnięty, dobry dzieciak – tak opowiada o nim mama.

Albo jak było z nim tak źle, że przez noc pięć razy lekarze ratowali go ze stanu agonalnego. Miał majaki, omamy, zwidy. Przypięty pasami wył na cały oddział jak opętany. Wywieziono go na korytarz, bo innych pacjentów zdejmował strach. Ale przeżył. I rozpłakał się na widok bliskich, którzy odwiedzili go o poranku. Dzień po dniu czuł się coraz lepiej.

Ale jak tylko wyszedł ze szpitala, kupił flaszkę.

Jesteś swoimi decyzjami. Najłatwiejsze rozwiązania rzadko prowadzą ku lepszemu. Do podjęcia decyzji trudnych potrzeba siły woli, bo to pokonywanie swoich oporów, swoich obaw, swoich pokus. Bez silnej woli człowiek nie jest w stanie wyznaczyć sobie kierunku. Po prostu dryfuje. Jest bezradny. Przypadkowy. Znam to z autopsji, sam miałem z tym problem – nie z alkoholem, ale z wolą. Luźny dryf, robienie tego, co się chce, a nie tego, co się robić powinno. A to prowadzi ku temu, że nie ty decydujesz o swoim życiu, nie ty jako twój rozum, rozsądek, tylko rządzą instynkty, zachcianki, toksyczne przyzwyczajenia. Stajesz się cieniem. Słaba wola, rozwalona nawet w niewinny sposób, to stojąca w poczekalni autostradą do piekła.

O tym wszystkim biografia Dawida Janczyka mi przypomniała, a jeśli ktoś w mocny sposób przypomina ci o tak fundamentalnej zasadzie życia, nie sposób nie pozostać wdzięcznym.

Osobnym wątkiem jest Janusz, postać drugoplanowa, oscarowa. Janusz, jeszcze w czasach legijnych, gdy Janczyk zarabiał 2500 zł, siedział u Dawida miesiącami i nie robił nic. Udawał, że sprawdza oferty pracy na kompie i tyle z obowiązków. W kluczowym momencie zasiał w nastoletnim Dawidzie ideę, że da się łączyć alkohol z normalnym funkcjonowaniem. Później potrafił lecieć do Moskwy, lecieć do Londynu, sprowadzać Dawida na weekendy do Polski – zgadnijcie na czyj koszt. Skończyły się pieniądze, skończyła się przyjaźń. Przyłożył obie dłonie i obie nogi do upadku człowieka. Podobnie jak Jerzy Kopiec, tak zwany menadżer. O gorszym chyba nigdy nie czytałem.

Nikt nie kazał Dawidowi spędzać z nimi czasu. Janczyk miał rodzinę, żonę, córkę, a i tak wybierał w sposób oczywisty toksyczne towarzystwo. Nie zamierzam Janczyka wybielać. Wybielić się Janczyka po tej lekturze nie da. Ale piłkarz, który przeczyta książkę i wyniesie tylko „nie pij chłopie!” będzie głupcem.

Picie nie wzięło się znikąd. Największym wrogiem nie jest butelka, a ci, którzy butelkę przynoszą.

Leszek Milewski